Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #278 (17.12.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 17 grudnia 2012Numer 51/2012 (278)


Kontrowersyjne Avengers Arena oraz debiutujący Cable & X-Force to zdecydowanie numery minionego tygodnia. Im przyglądaliśmy się najbardziej i to one zebrały najwięcej recenzji. Zapraszam do lektury.

Age of Apocalypse #10
S_O: Jedyną nadzieją ludzkości okazuje się być super tabletka gwałtu. Tymczasem obowiązkowa walka między napompowanym technologią Celestiali Loganem a zdepowerowanym Sabretoothem zajmuje więcej, niż dwa kadry, bo tak nie wypada. Wszystko zmierza do finału i to jest jedyna dobra wiadomość.
Gil: No dobra, postanowiłem wrócić do tej serii, za względu na zapowiadany cross X-Termination. Jedno, o czym mogę powiedzieć dobre słowo, to rysunki – mam wrażenie, że poprawiły się nieco, odkąd ostatnio tu zaglądałem. Nie bardzo, ale jednak. Poza tym… No, może nie jest tak nudno, jak bywało, odkąd w centrum wydarzeń znalazły się te postacie, które są bardziej interesujące. Lub inaczej – te, które w ogóle są interesujące. Tym bardziej mam wrażenie, że zbliżamy się do końca serii, skoro główni gracze już są na planszy. Ale czy jest to interesujące? No, nie bałdzo… Jak się nie znalazło nic interesującego w tej serii przez tyle czasu, to i teraz się go nie znajdzie. Jednocześnie też trudno powiedzieć, żeby było tu coś głupiego lub po prostu złego, więc wyciągnie 4/10.

Amazing Spider-Man #699.1
S_O: Niektóre "pońtłany" są wprowadzeniem do nowej historii, niektóre to pojedyncze historie przybliżające teoretycznym nowym czytelnikom bohatera serii... Ale nie w przypadku ASM - bo najwyraźniej każdy, nawet eremita z głuszy, wie doskonale, kim jest Spider-Man i co dzieje się w jego życiu w tym dokładnie momencie wydawania serii, bo te numery służą jako odskocznie do innych serii - najpierw Venoma, teraz Morbiusa. Jasne, "chłyt materkingowy" i w ogóle... ale jeśli uważają, że seria Morbiusa nie zdoła sama z siebie przyciągnąć klientów, to czemu w ogóle ją wydają?
Sama zaś historia... Nie wiem. Ani mnie ziębi, ani grzeje. Ot, wycinek z biografii.
Gil: W tym tygodniu Marvel wspina się na wyżyny trollowania. Ktoś wpadł na pomysł, że trzeba jakoś wypromować nadchodzącą serię o Morbiusie (która podobno jest bardzo wyczekiwana, chociaż jakoś dziwnie cicho w tym temacie), ale zamiast wypuścić jakiś numer zerowy, który wszyscy oleją, postanowił chytrze wbić się tam, gdzie zainteresowanie jest znacznie większe w związku z hucznie promowanym finałem serii. TA-DA! Kupujesz Spider-Mana, a dostajesz zerówkę Morbiusa, w której rzeczony Pajęczak pojawia się na jednym kadrze w retrospekcji. Sama historia jest... no cóż, generalnie poprawna, ale z kilkoma zmianami, które mogą znaleźć konsekwencje w samej serii. Problem polega na tym, że nie jest to specjalnie interesujące. Zresztą, Morbius miał już dwie solowe serie i obie długo nie pozipały, więc i tej nie wróżę długiego trwania. Wygląda na to, że po prostu Marvel bardzo chce mieć serię o wampirze, skoro nadal się sprzedają, a konkurencji się udało (tak, warto poczytać I, Vampire od DC). A tutaj mamy takie sobie czytadło, które można sobie spokojnie odpuścić. Zwłaszcza jak ktoś jest nerwowy, a spodziewa się tu historii o Pająku ;) . Ja wystawię 5/10.

avalonpulse0278b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Arena #1
Demogorgon: Wróciłem! Wróciłem tylko po to, by móc na bieżąco informować moich kolegów, miłośników nastoletnich superbohaterów, co też się dzieje z ich ulubieńcami.
I powiem wam wprost - Mettle ginie. Tak, ulubieniec z Avengers Academy, meme z 4chana, ginie. I tak, zaspoilerowałem wam co najważniejsze się stało w tym numerze. Bo, powiedzmy sobie szczerze, nie chcę, byście czytali ten komiks. Bo on ssie. Dobra, nie ssie tak bardzo, jak się spodziewałem. Dobra, ma swoje momenty - poświecenie się Mettle'a było dobrze rozegrane, z perspektywy kogoś, kto postaci nie zna, a i sam motyw, czy, jak i kiedy bohaterowie ulegną, można by rzec, swojej mrocznej stronie, jest smakowity.
Problem w tym, że po pierwsze, wszyscy są tu wyraźnie out of character. Walka z bad guyem, a X-23, najlepiej wyszkolona w szybkim i sprawnym eliminowaniu przeciwników, mając najpewniej najlepszą okazję by spróbować go zaatakować i sprawdzić jego słabe strony, sobie stoi. Nico, która ma duże magiczne możliwości i raczej stara się chronić towarzyszy, zamiast spróbować wyczarować ich stąd czy coś, sobie stoi. Głupie. Arcade ma zamiar zabić pierwszą osobę (otwarty rip-off z początku Battle Royale tak apropo) a oni nic, stoją sobie, nikt nie próbuje nic zrobić. Jasne, to był niby sens tego, że gra zaczyna do nich docierać, ale to było za wcześnie i nikt nie próbował wybrać jakieś trzeciej opcji. Po drugie, nagle Arcade ma boskie moce, bo tak, co jest cholernie wkurzające, bo to najbardziej żałosna metoda na wyjaśnianie czegoś w historii...historii. Nie wspominając o tym, że gdyby Arcade naprawdę nagle stał się taki potężny, to czy ktoś poważnie myśli, że zabrał by się za bandę dzieciaków, a nie np Avengers albo X-Men? Jedyne co dobre z tego wyszło to teorie, że to albo wszytko virtual reality, albo to naprawdę Beyonder sobie jaja robi. Po trzecie - przez miesiąc nikt nie zauważył, że te wszystkie dzieciaki wcięło? Serio? Avengers, X-Men i Fantastic Four nie mogą ich znaleźć? Serio? Po za tym, fani Mettle i Hazmat twierdzą, że oboje byli pisani out of character - ten pierwszy został sprowadzony do "kocha Hazmat" a ta druga do "zawsze jest wkurzona" i szczerze, to rzeczywiście niewiele więcej ich tu było.
Ten komiks mógł być dobry. Ale póki co nie jest. A z pomysłem takim jak ten albo jesteś świetny, albo to nei działa. Jak na razie to kiepska seria, zrodzona z pomysłu na Arc do komiksu, który Hopeless chciał napisać (Braddock Academy, o nowym pokoleniu Brytyjskich superbohaterów), ale kazali mu pisać to. Nie czytać, nie kupować, strata czasu.
S_O: I wreszcie nadszedł dzień, gdy Internet zapłakał. Każdy nerd, geek, dweeb i dork uronił łzę za bohatera, którego Internet potrzebował - 4chan-mana, znanego dawniej jako Fortress. A potem zauważyli, że bohaterowie komiksu mają przy imionach paski zdrowia i domyślili się, że to wszystko jedynie jeden wielki odcinek holodeckowy.
No, może poza tymi najbardziej analnie zdewastowanymi.
Swoją drogą, już widzę, jak skończy się ta historia - gdy Hazmat ginie od raz zadanych jej przez X-23, sama Sniktbubette umiera od nadmiaru promieniowania. A jako, że nie ma zwycięzcy, Arcade strzela focha i restaruje grę, zmuszając graczy do dogrywki i tym samym jeszcze bardziej torturując ich psychicznie.
I na tym będzie polegać seria, bardziej niż na zobrazowaniu forumowych dyskusji w stylu "moja ulubiona trzecioligowa postać nakopie twojej" - na okazaniu, jaki ślad ta historia pozostawi na charakterze tych postaci - JEŚLI Hopeless nie zawiedzie. A, wbrew jego nazwisku, pozwolę sobie mieć nadzieję.
Hotaru: Nigdy nie śledziłem kariery Keva Walkera i chyba dociera do mnie teraz, że to był błąd. Oprawa graficzna jest bez zarzutu. Więcej - niektóre kadry są fenomenalnie rozplanowane i niosą ze sobą więcej emocji i informacji, niż 10 stron suchego skryptu. Sprawia to świetne, "filmowe" wrażenie i mam nadzieję, że zobaczę tego więcej w kolejnych numerach. Fabuła Hopelessa okazała się lepsza, niż mogłem się spodziewać. Na razie. Nadal nie jestem przekonany, w którym kierunku uda się ta seria - równie dobrze mogłoby być to coś epickiego, jak i... cóż - nie. Na pewno jednak sięgnę po kolejny numer.
Krzycer: Wiadomo było, że pomysł jest szalenie ryzykowny. Ale póki co - jest dobrze! Jasne, pozostaje jakiś taki niesmak i ogólne zniechęcenie, że ileś postaci, które lubię, pewnie nie przeżyje tej serii - ale szczerze mówiąc: wolę, żeby zginęły w dobrej historii, niż kisiły się w marvelowym limbo.
A póki co - to jest dobra historia. A przynajmniej jej mocne otwarcie. Pozostają ważne pytania: czy Hopeless wyczuje bohaterów? Wiadomo, że w ekstremalnej sytuacji ludzie zachowują się ekstremalnie, ale czy w tym ekstremum pozostaną rozpoznawalni jako postaci, które polubiliśmy? Jeśli mu się to uda, to będzie to seria, którą warto będzie śledzić. Ma nawet potencjał, by czytelnikom towarzyszyło to znane z Gry o tron uczucie: "nie cierpię autora za to, co zrobił tej, tamtej i jeszcze innej postaci, ale nie mogę przestać czytać".
Pozostają też pytania mniej ważne (gdzie jest Murder World i co daje Arcade'owi jego moce, skąd tam się wzięło parę postaci, które ostatnio widzieliśmy po drugiej stronie galaktyki, etc.), ale na odpowiedzi przyjdzie pora. Na razie dobrze jest.
I tylko słówko na koniec o obsadzie: wydaje się dobrze dobrana, z jednym wyjątkiem. Mam wrażenie, że X-23 deklasuje popularnością całą resztę. Trochę trudno uwierzyć, by akurat jej mogła się przytrafić poważna krzywda.
kid777: Podobało mi się. Może nie ma rewelacji, ale myślę, że jak na pierwszy numer, tytuł się broni. Arcade kreowany na niezlego badassa.. Troszke poglebiony.. I ten rys psychopaty.. W pewnych momentach pisany tak, że aż przeraża.. Troche mało było tutaj bohaterów, ale mam nadzieje, że Hopeless ich wyczuje i odpowiednio dużo miejsca poświęci każdemu (chociaż póki co postacie z Braddock Academy nie powalają - inna sprawa, że nie bardzo mieli okazję zaistnieć..) i że tytuł będzie czymś więcej niż krwawą jatką.. Nio i jeszcze przydałyby się wyjaśnienia - skąd tu Cammi, Darkhawk itd. Śmierć na ostatniej stronie? Hmm.. w sumie dramatycznie wypadła w kontekście numeru.. ale i tak padło na postać stosunkowo płytką.. ale przynajmniej od początku widać, że to nie gra.. Jak dla mnie Hopeless ma duży kredyt zaufania. 7/10.
Gamer2002: Phi. Wszystko już wiem. Arcade zamknął dzieciaki w jakiejś wirtualnej rzeczywistości, dlatego jest wobec nich wszechpotężny. Ostatnia dwójka to Hazmat i X-23. Stawiam, że puszczą twista i Hazmat wygra. Stawiam na kolejnego twista - nikt nie umrze bo Arcade chce tylko załatwić wszystkim psychologiczne traumy i puścić wolno.
Nie czytałem niczego z tymi postaciami (poza cośtam z X-23), więc nie jestem zaangażowany w "eksplorowanie" ich przez scenarzystę, który ich nie stworzył. BTW, /co/ twierdzi że przed zabiciem tego kogo zabito zarżnięto jego postać, ale jak mówiłem ja się nie znam więc 5/10 i se odpuszczam.
Volf: Jak przypuszczenia Gamera się sprawdzą to będę bardzo zły, bo to jedyna seria Marvel Now, którą zdecydowałem się czytać i mimo sporych obaw pierwszy numer okazał się dość solidnym wstępem do historii. Jeśli czegoś brakuje komiksom Marvela (poza jakością która spada na pysk, ale to już inna sprawa), to właśnie jakiegoś poczucia, że bohaterowie mogą zginąć w innych okolicznościach niż OMGWTFMEGAEVENCIE. A tutaj mają umierać gęsto i już na start otrzymaliśmy pierwszego trupa. Podobnie jak Krzycer uważam, że lepiej by zginęli w dobrej historii niż występowali jako tło kiedy akurat jakiemuś scenarzyście się o nich przypomni. A, i nie podoba mi się nowy wygląd Cammi.
kuba g: Przeczytałem. Nie chciałem, ale przeczytałem. Skończyłem i nie wiem co mam myśleć. Czytało się to znośnie, no i dobrze, że w słowach Arcade scenarzysta pokazał, że nie będzie dorabiał filozofii do tego skąd wziął się pomysł na serię. Może nawet podobało by mi się może to bardziej gdyby w komiksie pojawiły się postaci, które cokolwiek mnie obchodzą. Ale nie ma takich. Tak czy inaczej poczytam to dalej, póki mnie nie zniechęci na max, może w międzyczasie, któraś z postaci zacznie mnie interesować, no i może zginie, tak co bym miał jakikolwiek ładunek emocjonalny pod siebie.
venom: Nie znam większości bohaterów z tej serii, sięgnąłem po nią po to, bo pomysł na ten komiks jest świetny (choć wiem, że skopiowany). Nieważne czy zakończy się to rzeczywiście śmiercią większości bohaterów, czy może obudzą się po wszystkim i stwierdzą, że to nie działo się na prawdę. Na serio to nie jest istotne, mam zamiar czerpać przyjemność z tej serii, a ten numer zainteresował mnie na tyle, że wiem, że chcę więcej i mam nadzieję, że nie zawiodę się. Poza tym końcówka była piękna, pierwsza śmierć, poświęcenie a zapewne w kolejnym numerze zacznie się prawdziwa rozgrywka. Na to liczę.
Gil: Hahahahaha! Ależ to było… No, sam nie wiem, ale nie mogę przestać się śmiać. Ciekawe jak wyglądał proces powstawania tej serii? Przyszedł pan Beznadziejny do swego przełożonego i rzekł w te słowa: „Mam pomysł na serię, w której zerżniemy co tylko się da od Japończyków, wrzucimy grupę nastoletnich postaci, które nikogo nie obchodzą, a potem zgwałcimy ich charaktery i każemy się nawzajem mordować. Dzieciakom się na pewno spodoba!” A na to ów decydent odrzekł pewno: „Ależ to genialny pomysł! Nastolatki mordujące się nawzajem w stylu torture porn horrorów to będzie hicior! Na co jeszcze czekamy?” I tak oto dostaliśmy te tutaj dwadzieścia parę stron zmarnowanego papieru. Ktoś może powiedzieć, że wydając coś takiego chcieli nas zaszokować i skłonić do rozmyślań. Zgadzam się – jestem w szoku i ciągle myślę, jak w ogóle mogło do tego dość? Z tej połowy postaci, które tutaj kojarzę, obchodzi mnie może ze trzy, ale i tak twierdzę, że żadna z nich nie zasługuje na udział w tym czymś. Na przykład Mettle nie obchodził mnie zupełnie, ale mogę sobie wyobrazić, jak się poczuli jacyś jego fani, gdy tak po prostu go wysadzili w powietrze. A co dopiero musiał poczuć Gage, gdy się o tym dowiedział? Mi dla odmiany najbardziej przeszkadzał ten robot, podstawiony za Arcade’a (bo każdy, kto czytał cokolwiek z nim, od razu się domyśli, że to robot, a jeśli jest inaczej, to tym bardziej gromy polecą), który jest przepakowany, zupełnie niepodobny i w dodatku bezczelnie wystylizowany na jakiegoś dekadenckiego villaina z mangi (ta zwiewna grzywa i koszula z falbanami... Jeez!). A skoro już o tym mowa, to pierwowzoru nie znam i szczerze mówiąc, znać nie chcę, bo śmiem wątpić, czy by mi przypadł do gustu, a nawet jeśli, to tym bardziej bym się wkurzał na to coś tutaj. No dobra, to właściwie dlaczego nie mogę przestać się śmiać? Dlatego, że wydając ten denny i bezczelny badziew, Marvel ostatecznie strollował swoich czytelników. Zwłaszcza tych młodocianych, u których więź z postaciami i emocjonalne podejście do tematu są najsilniejsze. Teraz z zainteresowaniem będę obserwował nie sam komiks, ale reakcje na niego, bo ich poziom może ciekawie przełożyć się na portret współczesnego czytelnictwa. Natomiast jeśli o sam komiks chodzi, to jak już mówiłem, jest denny i zasługuje maksymalnie na 2/10.

Avengers Assemble #10
S_O: Mikroby sprzed dwudziestu milionów lat... nasieniem życia czy cośtam? Co jest, DeCuccyk próbowała wyciągnąć średnią geometryczną z dat podawanych przez teorię ewolucji i kreacjonizm?
Sama akcja wciągająca, charakteryzacja postaci całkiem fajna, ale, proszę, niech Kelly Sue zostanie przy popisywaniu się wiedzą o samolotach, bo SCIENCE! to nie jej działka.
Gil: Ech ci głupi Amerykanie i ich głupie nawyki picia wody z kranu… Coś takiego z pewnością nie przytrafiłoby się polskim lub rosyjskim Avengers, którzy po wejściu na miejsce rozpierduchy otworzyliby połówkę ;) . No, ale dobra, grajmy kartami, jakie dał nam los… O ile zatrucie Hulka wyszło trochę głupawo, to ciąg dalszy czyta się już trochę lepiej. Przynajmniej jeśli chodzi o interakcje między postaciami, które zaczynają nabierać rumieńców i odchodzą od filmowego schematu. Natomiast jeśli chodzi o przeciwników, to nadal nie bardzo wiadomo, o co chodzi, poza tym, że jeden z orków Sarumana grozi salmonellą sprzed milionów lat i ma na usługach hiphopowców z blokowiska. Można poczytać, nawet można parę razy się uśmiechnąć, ale hicior to to nie jest. Przynajmniej rysunki (poza okładką) wypadają fajnie i autentycznie mogą się podobać. Dam 5/10, chociaż niewiele brakowało do szóstki.

Cable & X-Force #1
S_O: Każdy założyciel drużyny w końcu ląduje w tytule. Wolverine założył X-Men, więc wychodzi Wolverine and the X-Men (przynajmniej według Neala Adamsa), Cable założył X-Force, więc teraz wypuścili tę serię. Gdyby nie fakt, że Stary Nick Fury pewnie niedługo zginie, żeby zrobić miejsce Samowi L. Jacksonowi, to pewnie doczekalibyśmy się Nick Fury and the Avengers, w związku z faktem, że założył drużynę już w '59.
Ale tak serio - tutaj też Hopeless zyskuje kredyt zaufania. Historia zapowiada się ciekawie, postacie prowadzone są fajnie (no, może poza Piotrusiem), na chemię między Cablem a Hope aż miło się patrzy... Jasne, jest tu łyżka dziegdziu pod tytułem "nie powiemy Avengers, o co chodzi, bo nie bycie poszukiwanymi przez przedstawicieli prawa zbyt ułatwiłoby sprawy". No i motywacje Colossusa co do dołączenia do tego zespołu nadal pozostają tajemnicą. Ale wierzę, że dostaniemy na to odpowiedzi. Tutaj również jestem dobrej myśli.
Gamer2002: Yhy, więc nie tylko Bendis bierze się za X tytuł i nie czytał AvX: Consequences. Hope oburza się na Cable'a, że nie dawał jaj znaku życia, a przecież już się widzieli. Ale na razie daję temu szansę, choć powoli się rozkręca i nie wiem po kij Cable zbiera sobie team. 6/10.
avalonpulse0278c%20%5B1600x1200%5D.JPGkuba g: Moją motywacją sięgnięcia po ten komiks był sentyment do Domino i to, że jak scenarzysta się postara potrafi zrobić z Colossusa świetną postać. Domino dostałem, a na ocenienie COlossusa przyjdzie mi poczekać. Na razie nie ma pierdolnięcia, nie ma nic co specjalnie zaciekawiło by mnie, ale poczekam. Nie zrozumcie mnie źle, pojawił się już problem z Uncanny Avengers, pojawiły się pierwsze niejasności i zaczątki intrygi, po prostu nie zostałem jeszcze wciągnięty. Ale sprawdzać będę dalej. Bo Domino.
zedicus: Zainteresowałem się tym komiksem z dwóch powodów. Cable i Colossus. Colossus dostał niesamowicie ambitną kwestie "Arghh" czy inne "Roaghh". Cable'a jest ciut więcej. Znów nasz bojownik z przyszłości nie ma technowirusa i musi sobie z tym jakoś poradzić. Pomysł z brakiem oka i niedowładem ręki fajny. Choć wolałbym chyba żeby nie miał w ogóle ręki. Na razie nie wiemy jakie Cable ma moce, ale bóle głowy też są dobrym pomysłem. Drużyna, choć nie wiem czy można ich nazwać drużyną, też jest sensowna. Jednak jak na razie nie ma tego "czegoś". W pierwszym numerze kompletnie nic się nie dzieję. Ma jednak nadzieję że w 2 to się zmieni. Na razie jestem zainteresowany. No i rysunki świetne.
venom: Sięgnąłem po ten numer głównie ze względu na Colossusa, którego praktycznie w tym numerze nie było. Cable znowu ma swoje tajemnicze zamiary - ile razy będziemy to przerabiać? Czy przynajmniej choć raz nie mógł po prostu usiąść np. z Alexem i mu powiedzieć co i jak? Tak, ma na pewno swoje powody by nie mówić, jak zwykle... bo zawsze świetnie wychodziło jak innym nie mówił co jest grane... tja... Do tego nie jestem zadowolony z obecności Forge'a, nigdy za nim nie przepadałem i miałem nadzieję, że na dobre go uśmiercili. No ale cóż, nadzieja matką głupców... No ale zobaczymy, dam szansę tej serii, pierwsze numery w końcu rzadko powalają na kolana, a co jak co, ale ten numer taki najgorszy nie był, mógł być lepszy, ale cóż, może się rozkręci.
Gil: Taaak… Diabeł tkwi w szczegółach i potrafi być straszną świnią…
Punkt pierwszy: Cable. Transmodowy techno wirus, którym został zarażony jako dziecko przekształca organizmy biologiczne w mechaniczne. Całkowicie. Nie "pokrywa je jakimś syfem", ale całkowicie, ostatecznie i jednokierunkowo zmienia ciało w mechanizm. I tak została zmieniona większa część lewej połowy ciała Cable'a. Jego lewa ręka i LEWE oko. Żeby było zabawniej, Nate stracił tę rękę w historii Burnt Offering i po raz drugi w finale Second Comming. Raz wyjaśnili, jak ją odzyskał, drugi raz im się nie chciało. A teraz wyskakują nam tu z takim bullshitem, że nagle mu ta ręka odrosła i jest całkowicie ludzka, chociaż sprawia to, że wygląda jak chodzący dowcip o masturbacji. Mogli chociaż rzucić na odczepkę wyjaśnienie, że ktoś próbował mu ją odrosnąć, ale nie - nic. Bullshit #2: nagle znika mu PRAWE oko. Przypomniał mi się dowcip Deadpoola o świecącym oku, zmieniającym strony, tylko że tutaj jakoś mnie to nie śmieszy. Albo czyjaś głupota, albo edytorskie czary-mary, żeby nie dało się go pomylić z Furym. Bullshit #3: Problem z telekinezą. Tę sytuację też już przerabialiśmy w C&D – koniec problemów z wirusem, dostęp do pełnej mocy i… absolutny brak problemów z jej kontrolą, a wręcz naprawdę imponujące zdolności. A tutaj jakieś bzdurne tłumaczenie, że "telekineza nie ma co ze sobą zrobić, więc udaje atak kaca giganta". I na koniec, ta śmieszna mechaniczna łapa, w której Larroca rysuje kciuk po niewłaściwej stronie. I gdzie się ^%#! mieszczą te wszystkie rakiety?!?
Punkt drugi: Forge. Nie, tym razem brakuje właściwej kończyny, ale… Już o tym wspominałem, ale muszę się powtórzyć, bo to właśnie tutaj było najwłaściwsze miejsce na takie wyjaśnienia: Forge dostał fixum-dyrdum, próbował stworzyć nowy gatunek mutantów, po czym wysadził się w powietrze podczas runu Ellisa w Astonishing X-Men. Wiadomo, że komiksy rządzą się własnymi prawami, jeśli o zmartwychwstania chodzi, ale reguły prowadzenia opowieści są nieubłagane – jeśli coś takiego nie ma wyjaśnienia, nie ma prawa się wydarzyć. Nie powinno go tu być!
Punkt trzeci: Hope. Mamy tu postać, o którą wybuchły już chyba ze cztery mniejsze albo większe wojny, która jest jedną z najpotężniejszych i teoretycznie najważniejszą postacią obecnego uniwersum. Czyli jest to jak najbardziej naturalne, że po kolejnej wielkiej awanturze z nią w roli głównej, wszyscy spuszczają ja z oka i pozwalają ot tak sobie chodzić do szkoły. Tak samo logiczne, jak piłowanie gałęzi, na której siedzisz. I w dodatku ten pomysł z rodziną zastępczą – skrajna głupota! Czyli, że co? Ktoś przyprowadził ją do przypadkowych rodziców zastępczych i powiedział "ona teraz z wami zamieszka, a jak znienacka zacznie świecić, albo wielkie roboty polujące na mutantów wylądują w waszym salonie, to się nie przejmujcie"? I już pominę taki szczegół jak to, w jaki sposób w ogóle wpadła na ślad Domino i skąd wiedziała, że ma jakikolwiek kontakt z Cablem.
Punkt czwarty, czyli reszta. Z całej reszty składu bez problemu kupuję tylko Domino, która ma długą historię z Nathanem, więc jako jedyna powinna się tu znaleźć. Co nie zmienia faktu, że scena, w której przebiera się przed wejściem do windy jest wyjątkowo głupia. Dla odmiany, Nemesis nie pasuje mi tu w ogóle i sposób, w jaki został zrekrutowany jest godny pożałowania. Prawie jak "we have cookies" i bęc! - gotowe. I na koniec Colossus, który w tym numerze pojawia się wyłącznie w prologu, jako żywy taran, który poza tym tylko warczy i robi groźne miny. Way ta go! A teraz dodajmy do tego fakt, że jedynym motorem fabuły jest jak na razie konflikt z inną grupą bohaterów oraz wyjątkowo plastelinowe rysunki Larroci i po raz drugi w tym tygodniu otrzymujemy dowód, że to dzieło jest równie beznadziejne jak nazwisko scenarzysty. Ocena mierna, czyli 2/10.


Dark Avengers #184
S_O: Heh, to jest coś nowego - dwójka bohaterów (no, protagonistów w każdym bądź razie) po prostu tłumaczy napotkanej super-postaci, co się wydarzyło, zamiast walczyć przez pół numeru. Zaprawdę, Parker łamie wszelkie konwencje.
A tak poważnie mówiąc, podoba mi się pomysł na ten nowy świat. Trochę jak Gangi Nowego Jorku, ale ciekawe. Zobaczymy, jak się potoczy historia i czy polubię Fakevengers tak, jak polubiłem skaczących po czasie Boltów.
Gil: Ach, alternatywne rzeczywistości… Czyżby to one miały być nowym pomysłem Parkera na tę serię? No cóż, póki co nie wygląda to najgorzej. Nasi antybohaterowie trafiają do świata, gdzie herosi podzielili Nowy Jork na swoje terytoria i zazdrośnie ich strzegą. Całkiem oryginalne, chociaż nie powiem, żeby zostało przedstawione w ekscytujący sposób. Albo po prostu mam opory po przyszłościowej zabawie z Bossami. No i wciąż największym problemem serii są jej główni bohaterowie. Oprócz Moonstone i może jeszcze Walkera, cała reszta jest bezbarwną masą, która dopiero musi sobie zapracować na jakąkolwiek sympatię czytelnika. Może wreszcie będą mieli ku temu okazję, więc można popatrzeć. Poza tym, wygląda to przyzwoicie i ma parę całkiem niezłych momentów, więc mogę wystawić nawet 6/10, chociaż z dolnych rejonów.

Fantastic Four vol. 4 #2
S_O: Nie wiem, chyba już mnie porwała magia świąt, bo nawet Fractiona odbieram pozytywnie. Nie Bagley'a, bo z tego, co kojarzę, poplątał numery dzieciaków (ale nimi będzie się od teraz zajmował Allred), ale sama historia interesująca, nawet podobała mi się przemowa Thinga na Yancy Street. Tylko to "Dummy"... Co jest, w żadnej ze swoich serii Fraction nie może wprowadzić jakiegoś starego dziada, który lekceważąco mówiłby do dorosłych mężczyzn per "boy", więc teraz musi znaleźć nowy epitet, po którym go będą rozpoznawać? Co z "bro", bro bro bro?
No i jak na razie Johnny pozostaje kretynem.
Gil: Nadal jest całkiem przyzwoicie, ale drugi numer pozwala lepiej zidentyfikować dobre i złe strony tego tytułu. Te dobre, to cały pomysł z wyprawą i chorobą Reeda. Jak już chyba mówiłem, jest to bardzo w stylu Fantastycznych, wnosi pewną dozę niepewności, a przy tym dużo obiecuje, nawet jeśli jednocześnie budzi obawy o realizację. Ale póki co, w tych wątkach wszystko mi się podoba i nie mam zastrzeżeń. Natomiast ta zła strona to wszystko, co związane jest z Benem i Johnnym (a zwłaszcza Johnnym). O ile nadużywanie słowa dummy i trochę przesadne dążenie do rywalizacji tylko irytują, to już debilizm i dziecinność zaczynają palić w oczy. Niedawno facet ciągał Annihillusa na smyczy, a teraz zachowuje się jak nastoletni ćwierćmózg, który ma wszystko gdzieś. I w dodatku spotyka się z najbardziej wkurzającą kobitą w komiksach, wciskając ją do zastępczej drużyny, żeby sobie podreperowała PR. Właśnie takie motywy najbardziej mnie drażnią u Fractiona, bo chyba tylko on uważa, że są zabawne. No ale dobra, podsumujmy: numer uzupełnia trochę fabułę pierwszego FF i pokazuje początek wielkiej wyprawy. Wiele się nie dzieje, trochę za dużo jest pseudozabawnych wypełniaczy, ale parę fajnych momentów można znaleźć. Chociaż muszę też dodać, że w pierwszym numerze było dużo autentycznych emocji, a tutaj prawie wcale ich nie czuć. Mimo wszystko, nadal postawię go powyżej średniej i dam 6/10.

Iron Man vol. 5 #4
S_O: Czy... Czy Gillen ukrył na drugiej stronie komiksu kąśliwą uwagę pod adresem swojego rysownika? Bo jeśli tak, to chyba zostanie bohaterem Internetu, przynajmniej sądząc po reakcjach, z jakimi się spotkałem.
Sama historia... Cóż, muszę przyznać, że cała ta bieganina za kradzionym Extremisem zaczyna powoli nużyć. Jasne, na razie dwa z czterech numerów, w tym ten, pozostawiają po sobie wątki, które pewnie wrócą, żeby ugryźć Starka w tyłek, ale na razie machina narracyjna porusza się bardziej ospale, niż u Hickmana. No i fakt, że Żelazowy walczył tu z tuzinem identycznych lasek, ku radości Landa i rozpaczy czytelników (podejrzewam, że "c" i "v" to dwa najbardziej wytarte klawisze na klawiaturze Grega). Ale jeszcze tylko jeden numer i wyruszamy w kosmos, wraz, z tego, co pamiętam, z nowym rysownikiem.
avalonpulse0278d%20%5B1600x1200%5D.JPGHotaru: Tak ja poprzednie numery - czytało się dobrze. Tylko "dobrze". Na szczęście ostatnia strona numeru pozwala żywić nadzieję, że Gillen ma jakiś większy plan, a nie tylko zabawia się koncepcją one-shotów. Ciekawe tylko, kiedy ten plan zacznie się realizować, bo skoro historia "Godkiller" ma się rozgrywać w kosmosie, to raczej do wątku bezwolnych wampirzyc w ciąży nie wrócimy szybko.
kuba g: Czytam, czyta się spoko, ale to ciągle nie jest ten Gillen na którego liczę. Motyw z dobieraniem zbroi pod misję na plus. Motyw ciągłego rozwoju A.I. jak najbardziej spoko, zaśmiałem się z dwa razy przy motywie nastoletniego buntu, tak samo przy "I hate Tolkien". Szkoda tylko, że ten odcinek, podobnie jak każdy następny nie sprawia, że nagle Stark zaczyna być postacią, którą będę lubił bardziej, a na to przede wszystkim liczyłem. Ale może to wina tej jednoodcinkowej konwencji i wszystko zacznie się od numer 6.
Gamer2002: "Czy dla ciebie wyglądam tak samo jak wszystkie inne kobiety?" w komiksie rysowanym przez Grega Landa. I najlepsze jest to, że Gillen sam potwierdził że jest to w pełni zamierzone. Zupełnie zmienia mi to moją perspektywę na oprawę graficzną serii która teraz stała się częścią geniuszu scenarzysty.
Co do numeru, wygląda na to, że Gillen buduje na razie swą galerie łotrów dla Starka. Podobała mi się scena, gdy Stark polecił SI zrobić to, co zrobiła. Choć nie kryję, że liczę że ten arc skończy się szybko byśmy mogli przejść do następnego, który jest ściśle powiązany z wydarzeniami z AvX. Półki co, 7/10.

Gil: O tak, mogę śmiało i z czystym sumieniem powiedzieć, że chcę więcej historii w tym stylu. Iron Man staje naprzeciw czegoś, co absolutnie nie jest z jego podwórka i musi się dostosować, żeby z tego wybrnąć. To może być ten właściwy kierunek. Z pewnością wypada lepiej niż stosowany do tej pory schemat: nowa zbroja na każdą okazję. Zwłaszcza, że dotychczasowe numery potwierdziły, jak bardzo nietrafiony jest każdy kolejny wybór. Ale powiedzmy, że to można Antosiowi wybaczyć, bo w końcu nie on jest naczelnym strategiem uniwersum. Oprócz tego, jedyna rzecz, do jakiej mógłbym się przyczepić to fakt, że historia jest za krótka. Tutaj jest potencjał na budowanie tajemnicy i klimatu, odkrywanie szczegółów, napięcie i grozę… A dostajemy szybką akcję i co najwyżej nadzieje, że z cliffhangera coś się urodzi w przyszłości. Rysunki znów pominę milczeniem, natomiast za całokształt wystawię solidne 7/10.

Marvel Universe vs. Avengers #3
S_O: No proszę, ciekawy twist... Choć już z tej starej i dzięki Bogu zapomnianej historii z zombiakami i małpami wiemy, że kto jak kto, ale Doom nie będzie bezmyślnym zombim.
Reszta historii... no, jest. Głównie ukazuje sytuację po tym, jak Doom został szefem. Jedyne, co się wyróżnia, to dyskusja Hawkeye'a z Thorem i dezercja tego drugiego, choć wiedziałem, do czego to doprowadzi, na długo zanim zobaczyłem okładkę następnego numeru.
Koniec końców: historia nadal trzyma poziom, choć nie jest to nic, co należy wychwalać pod niebiosa.

Scarlet Spider vol. 2 #12
S_O: A oto prawdziwy Superior Spider-Man. Uwielbiam tu wszystko: relacje między postaciami, wytykanie bohaterowi bzdurnego angstu, pokręconych przeciwników, akcję, fakt, że to kopalnia reaction images... A że według plotek i spoilerów krążących po sieci niedługo będzie to jedyny Parker, którego będzie można śledzić...
Gil: Ladies & gentlemen, our hero! Przez 90% numeru leży zalany na kanapie i mamrocze do siebie, a przez pozostałe 10% spuszcza łomot Mikołajom. No dobra, ja rozumiem, że Carnage, że kryzys i że wewnętrzne rozdarcie, ale chyba możemy się zgodzić, że nie jest to najlepszy wzorzec dla kogokolwiek. Jakoś nie czerpię przyjemności z czytania o facecie, który bierze na siebie odpowiedzialność za coś, a potem sobie z tym nie radzi i zalewa pałę. Chciałbym, żeby komiks choćby w jakiejś małej części mnie motywował i inspirował, a nie dość, że ostatnio wyjątkowo ciężko coś takiego uświadczyć, to jeszcze tytuły takie jak ten robią sobie z tego flagę i nią wymachują. Czyli zdecydowanie nie tego szukam. Ale muszą przyznać, że przynajmniej w tym numerze coś pozytywnego stało się z supporting cast i nawet udało im się pociągnąć fabułę, gdy ałer hiroł leżał zalany. Zawsze to jakiś plus. Ale i tak całość dostanie u mnie 4/10.

Ultimate Comics: Iron Man #3
Hotaru: Jest lepiej niż ostatnio, szczególnie kiedy Edmondson skupia się bohaterach, a nie scenach akcji. Bo te są zbyt długie, nienatchnione i po prostu nużące. Intensywne sceny z Tonym i Carol to jedyne, co nadaje tej serii głębi - wątek Mandarina na razie nie zdołał tego dokonać.

Ultimate Comics: X-Men #20
Hotaru: W jednym z ostatnich wywiadów Wood przyznał, że postać Kitty-lidera miał odgórnie narzuconą i wreszcie zrozumiałem, że to jest źródło problemów tej serii. Panna Pryde obsadzona w tej roli, która pasuje do niej jak pięść do oka, to pierwszy szew, który puścił - a potem poszła reszta. Fabuła w ogóle mnie nie wciąga, bo postaci, o których czytam, zachowują się jak kompletnie inne osoby. Dlatego nie potrafię pogodzić się z kierunkiem anty-utopii - bo nie kroczę tą ścieżką z bohaterami, których poznałem i polubiłem, tylko z nudnymi "podszywaczami".
venom: Dawno nie zaglądałem do świata mutantów Ultimate. Tak z ciekawości zajrzałem zatem do tego numeru i choć niewiele tam się dzieje, to jednak chyba postaram się nadrobić poprzednie numery, bo obecna sytuacja mutantów mnie ciekawi. Poza tym jest tam wiele postaci, których nie kojarzę. Tak czy siak chyba powrócę do śledzenia losów mutantów z Ultimate.

Winter Soldier #13
S_O: Walka w strugach deszczu, które idealnie nadają się do ukrycia, że grafika była robiona po łebkach.
Sama historia zaś... przyznam, że bardziej spodziewałem się zobaczyć ruską podróbkę, niż oryginał, ale wejście Capa mi się spodobało.
Prawdę jednak powiedziawszy... Ta historia nadal się ciągnie. Cieszę się, że następny numer będzie ostatni.
kuba g: Gildia byłych kochanków stara się uratować Black Widow. Ciągle. Matt Murdock robi za krwawą wskazówkę, Bucky za popychadło, a Logan i Hawkeye biegają w koło tylko po to by pod koniec zostać przywołanym do porządku przez typa w kostiumie z flagą. Brzmi jak brzmi ale to ciągle Brubaker i ciągle czyta mi się to dobrze. Serio, są wzloty i upadki, ale jakoś jest to jedna z niewielu serii, której czytanie ciągle sprawia mi przyjemność. Szkoda tylko, że to chyba najsłabiej narysowany zeszyt przez Butch'a od dawna. I szkoda też, że zaraz znika Brubaker.
Gil: Krótka wizyta w krainie wspomnień i jestem pewien, że dostaliśmy tu jedną z najlepszych bijatyk tego roku. Nie dość, że została świetnie zilustrowana przez Guice'a i ma genialny klimat dzięki efektownym strugom deszczu, to jeszcze jest bardzo fajnie rozplanowana i wykorzystuje unikalne zdolności każdej z zaangażowanych postaci. Krajobraz po bitwie to dla odmiany trochę zbyt szybkie przywrócenie Bucky'ego światu i dość zaskakujące, chociaż nie pozbawione logiki wnioski, pozwalające przewidzieć ciąg dalszy. Ale nadal nie wszystko jest oczywiste, więc jest też na co czekać. I muszę dodać, że boję się trochę o losy tej serii po odejściu Brubakera, bo jednak to on ją stworzył i jak dotąd prowadził bezbłędnie. Tym razem wystawiam solidne 7/10.

Wolverine #317 (Final Issue)
S_O: Wreszcie coś, na co mogę sobie szczerze ponarzekać. Cała ta bieganina w końcu do niczego nie doprowadziła, cała ta śniąca królewna była tylko McGuffinem, którego się pozbyto, gdy nie była już potrzebna, nadal nie wiadomo konkretnie, jakie konkretnie miała moce, motywacja przeciwników nie okazała się niczym więcej, niż bełkotem... Na szczęście seria dobiegła końca, a Bunn przenosi się do Ultimate, żeby psuć tamtejszego Wolverine'a. Good riddance.
Gil: Hm, tak właśnie mi się zdawało, że chyba jednak kojarzę skądś tych ludków… Widzieliśmy już wcześniej Covenant, chociaż nie potrafię skojarzyć, czy są pomysłem Bunna, czy może Fractiona. No cóż, nieważne. Tak samo nieważne, jak historia z tego numeru. Na końcu okazało się, że nie wiadomo właściwie, o co chodziło. Kryształowa kobitka i tak w końcu ginie, co było oczywiste od początku, bo kiedyś coś ją łączyło z Loganem. Ktoś ma jakieś złowieszcze plany, a w międzyczasie oczywiście muszą się przewinąć jakieś zmutowane redecki, bo to Bunn. Generalnie, jest to strata czasu, więc lepiej zajmijcie się świątecznymi porządkami, zamiast marnować go na te tutaj bzdury. Rysunki przeważnie dają radę, ale ze względu na mierność fabuły, nie mogę dać więcej niż 3/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #7.1
S_O: Gdy zobaczyłem gigantycznego Acanti-Xaviera, wiedziałem, że to będzie jedna z tych głupiutkich historyjek (choć szczerze powiedziawszy wątpię, żeby ktoś się nie domyślił). I rzeczywiście, trafiliśmy chwilowo do 616, by Pak mógł sobie trochę pożartować z AvX (choć czy można mu to mieć za złe?), przy okazji znowu wrzucając tego "chłopaka" Dazzler, który nikogo nie obchodzi. No i jakim cudem Kidcrawler i Gayverine nie rozpoznali Cyclopsa?
Gil: Taaak, właśnie tego potrzebowała ta seria – dodatkowego numeru, który przypomni nam, kto to jest Johnny Ito. Obok tego, niezwykle interesującego wątku, mamy też powrót do domu i atak gigantycznego kosmo-waleniowatego Xaviera z innego świata. Przy okazji okazuje się, że podróże między światami są bajecznie proste, bo Sage rozpracowała je w dwie minuty. A oprócz tego, standard tej serii, czyli nuda i postacie, które mamy gdzieś. I jakimś dziwnym sposobem, jeden rysownik nie dał sobie z tym rady i musieli złapać kogoś na ulicy, żeby zrobił wypełniacze w kulminacyjnej scenie. Nie muszę chyba dodawać, że mu to kiepsko wyszło? A szkoda, bo w pozostałej części, rysunki są przyzwoite, a miejscami nawet fajne. Nie zmienia to jednak faktu, że w tej chwili ta seria jest pierwsza na mojej liście do odstrzału, a zeszyt nie dostanie więcej niż 3/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0278a.jpgIron Man vol. 5 #4 (Bones Variant)
Autor:
Mike Deodato Jr.

Hotaru: Może i pomysł na tą okładkę nie jest najoryginalniejszy, ale co z tego, skoro działa? Hełm Iron Mana w otoczeniu rozpadających się ze starości ludzkich czaszek ma w sobie coś poetyckiego. A "kościane" logo tytułu - choć trochę campowe - jest wisienką na torcie.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.12.12
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.