Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #277 (11.12.2012)

avalonpulse0.png
Wtorek, 11 grudnia 2012Numer 50/2012 (277)


Zbliża się koniec roku, dlatego postanowiliśmy trochę zmienić obliczę naszej gazety. A jest ku temu specjalny powód. Jak większość zapewne wie, kilka dni temu zadebiutowała (przemilczymy poprzedni start) Wielka Kolekcja Komiksów Marvela (ciekawe, czy to zbieg okoliczności, że akurat w środe, tak jak komiksy w Stanach). Ponieważ jest to bardzo rzadko spotykane zjawisko, dlatego postanowiliśmy poświęcić mu trochę miejsca w Pulsie. I od teraz, co dwa tygodnie, będziecie mogli poznać również opinie odnośnie tej serii, ponieważ takiego typu inicjatywom należy przyklasnąć i oczywiście pomóc im dotrzeć do jak największego grona odbiorców. Po tym przydługim wstępie zapraszam do lektury.
avalonpulse0277f%20%5B1600x1200%5D.JPGAll-New X-Men #3
Hotaru: Nie rozumiem, dlaczego Bendis zrezygnował się tak odseparować od siebie wątki starych i młodych, poprzedni numer całkowicie poświęcony tym drugim, a ten tym pierwszym. Lepiej by to wypadło, gdyby oba wątki się przeplatały. Zamaskowałoby to pewne niedociągnięcia w stylu scenarzysty, który świetnie potrafi dawać głosy nastolatkom, ale kompletnie chybia próbując wpasować się w egocentryczną, zdzirowatą, ex-przestępczynię i ex-kochankę. Tak kompletnie chybia, że zaczynam podejrzewać, że to nie Emma, a Mystique. Nawet jeśli mam rację, to Magik i tak jest pisania w kompletnej ignorancji wobec tego, co z jej charakterem wyczyniali Wells i Gillen. A to mnie bardzo, bardzo uwiera. Chociaż Immonen nie zawodzi...
S_O: Rany boskie, te nowe punche z punch dimension muszą naprawdę oślepiać Cyke'a, skoro zamiast swojej ukochanej odbił zupełnie przypadkową blondynkę o imieniu Emma. Byłbym w stanie zrozumieć, że pomylił kogoś z Illyaną, bo w całym Extinction Team tylko Piotra ona obchodziła, ale jak mógł popełnić taki błąd?
Czyli nie, nie podoba mi się ubendisowienie naszych bohaterów. Podobnie jak Cyclops uciekający się do linii obrony w stylu Shaggy'ego. Tak jak sam pomysł z "zepsutymi" mocami, które, jak się domyślam, mają coś wspólnego z chorobą Beasta. Kredyt zaufania do Bendisa się wyczerpuje, a od początku nie był zbyt wysoki.
Krzycer: Nie przeszkadza mi, że Emma jest wkurzona na Scotta (choć nie podoba mi się zapowiedź, że to koniec ich związku). Przeszkadza mi za to, że w wykonaniu Bendisa w ogóle nie brzmi i nie zachowuje się jak Emma.
Poza tym... Hm. Ciekawe. Nie jestem fanem pomysłu, by Phoenix Force zrąbało moce nosicieli - tym bardziej, że nie bardzo rozumiem, jak to się ma do Magneto (do tego znając współpracę Bendisa z resztą redakcji Hopeless nic o tym nie wie, i Colossusa nie będzie to w żaden sposób dotyczyć). Ale węszę, że mutacja Beasta też jakoś zostanie pod to podciągnięta.
To tyle jeśli chodzi o poszczególne decyzje Bendisa i moje spekulacje. A sam komiks? Sam komiks jest w porządku. Choć to dopiero trzeci numer, a już miałem wrażenie, że obcuję z zapychaczem. Bo tak: pod koniec poprzedniego numeru proto-X-Men ruszyli do boju. Na końcu tego numeru... wkraczają do boju. A tymczasem w wątku Cyclopsa i spółki nie było żadnej rewelacji, która uzasadniałaby poświęcenie im całego numeru.
Lotar: Intensywny cykl wydawniczy odbił się na rysunkach. Świetna zagrywka, Alonso. Swoje trzy grosze dorzucił także Bendis swoim bełkotem. Histeryczna Emma obwiniająca o wszystko Scotta? Co to miało być? A no tak, zapomniałem, mają przecież ze sobą zerwać. Myślałem, że zjazd w dół serii zajmie trochę więcej czasu, ale Marvel potrafi zaskakiwać. Miesiac miodowy z tą serią powoli się kończy.
Po dwóch dobrych numerach przyszło mi przeczytać to. Nie podobało mi się. Po pierwsze, uwolnienie Emmy powinno być pokazane wcześniej, bo teraz to wypadło nieco dziwnie. Jedynie wściekłość Emmy na Scotta jest jak najbardziej dla mnie zrozumiała, każdy chyba w takiej sytuacji by tak zareagował, choć troszkę szkoda, że mu nie przyłożyła, to mi jakoś bardziej by pasowało do jej charakteru. Po drugie, szwankowanie mocy? Serio? W pierwszym numerze tej serii jakoś tego widać nie było, a tu nagle Emma bez telepatii, Scott nie kontrolujący swoich promieni (a liczyłem, że nadejdzie dzień, że pójdzie do przodu i zdobędzie całkowitą kontrolę nad swoją mocą, a tu nic z tego, woleli go cofnąć w rozwoju). Po trzecie, byłem ciekawy spotkania X-men z przeszłości z Cyclops'em z teraźniejszości i co? I dostałem co chciałem, na ostatniej stronie... tja... Powtórzę się zatem, nie podobał mi się ten numer!
venom: Po dwóch dobrych numerach przyszło mi przeczytać to. Nie podobało mi się. Po pierwsze, uwolnienie Emmy powinno być pokazane wcześniej, bo teraz to wypadło nieco dziwnie. Jedynie wściekłość Emmy na Scotta jest jak najbardziej dla mnie zrozumiała, każdy chyba w takiej sytuacji by tak zareagował, choć troszkę szkoda, że mu nie przyłożyła, to mi jakoś bardziej by pasowało do jej charakteru. Po drugie, szwankowanie mocy? Serio? W pierwszym numerze tej serii jakoś tego widać nie było, a tu nagle Emma bez telepatii, Scott nie kontrolujący swoich promieni (a liczyłem, że nadejdzie dzień, że pójdzie do przodu i zdobędzie całkowitą kontrolę nad swoją mocą, a tu nic z tego, woleli go cofnąć w rozwoju). Po trzecie, byłem ciekawy spotkania X-men z przeszłości z Cyclops'em z teraźniejszości i co? I dostałem co chciałem, na ostatniej stronie... tja... Powtórzę się zatem, nie podobał mi się ten numer!
EndrjuSzopen: Jak na razie nawet mi się to podoba, chociaż niepokoi mnie tak szybkie wydawanie kolejnych numerów. Tak czy siak - seria tak naprawdę dopiero się otwiera, trzeba pootwierać wątki, a już niektórzy narzekają na pewne rzeczy, które są normalne kiedy seria się otwiera i ma swoje pierwsze numery, chyba ludzie o tym zapominają. Chcę zobaczyć starcie Cyclopsa z Cyclopsem, jak może Jean zagmatwać sytuację samym swoim przybyciem, co się stanie z Beastem... Tak, seria jak najbardziej mnie kupiła.
Gil: Jakoś tak mam wrażenie, że zaocznie dostaliśmy pierwszy numer nadchodzącej serii Uncanny. Aż do ostatniej strony obserwujemy poczynania wesołej kompanii Summersa i dopiero tam pojawiają się właściwi bohaterowie tego tytułu. Inne ważne postacie serii nie pojawiają się w ogóle. No dobra, ale co właściwie się dzieje? Niewiele. Najpierw trochę wspominków z odbijania Emmy, potem zawiązują nowy wątek: kontakt z Phoenix pomieszał coś w mocach tych, którzy byli z nią połączeni. No i Magneto też, chociaż wszyscy zgodnie uważają, że to dziwne. Ale spoko – plot convinience. Potem trochę się kłócą i dostajemy nową postać, której ujawnienie się publicznie jest pretekstem do spotkania starych X-Men z nowymi Cyc-Men. I wiecie, co Wam powiem? Bendis właśnie rzucił cegłę na pedał i wyhamował cały mój rodzący się entuzjazm wobec tego tytułu. Ten przerywnik był niepotrzebny i nieciekawy. Można było zrobić to inaczej i podtrzymać dotychczasową dynamikę, zamiast wybijać z rytmu czytelnika. Wygląda to nadal nieźle, ale nie mogę podtrzymać oceny z poprzedniej odsłony, wiec tym razem będzie nijakie 5/10.
Gamer2002: U Gillena Cyclops w pełni wspierał szkołę Logana, w Bandisworldzie zakłada nową szkołę Xaviera na ruinach Weapon X. Poza tym że ludzie demonstrują swą miłość do mutantów (że łat?) cofamy się o 10 dni by pokazać jak uwolniona została Emma.
Wygląda mi to na zmianę wprowadzoną na ostatnią chwilę wywołaną tym, że Bendis nie wiedział że Gillen nie uwolnił Frost. Mamy tu poważny zgrzyt - utrata kontroli nad mocą? I to do stopnia że Scottowi odpada co chwila wizjer? Przecież uczestniczył w 2 akcjach odbicia mutantów i nic o tym nie świadczyło. Poza tym, Emma nie gada po swojemu a Magik w ogóle nie zachowuje się jak ona sama.
W prowadzeniu jednak nie był to zły numer, podobał mi się wkurzony Magneto i dla odmiany ukazane przyjazne nastawienie ludzi dla mutantów. Niech będzie 6/10.
kuba g: Gorzej niż w #1 i #2, ale dalej chcę to czytać. Szkoda tylko, że przez to co wymyśla Bendis wygląda na to, że historia Gillena z Consequences była uwzględniona przez "pana wielkiego architekta" tylko w temacie rewolucji i ucieczki, reszta jakby kapkę zlana. Trochę szkoda, że ten odcinek ostudził mój entuzjazm.

Amazing Spider-Man #699
Undercik: Wow! Podobało mi się. Naprawdę. No może z wyjątkiem kadru z ciocią May, ale "NO! STOP! Okay. Literal Mental Note: That. Never. Happend." Lepiej przejdźmy do plusów. Mentalna podróż po życiu Octopusa pokazała, że co jak co, ale Slott potrafi zrobić porządny research i nie nawydziwiać w continuity. Spider-Man and his Amazing Enemies! Mam nadzieję, że w kolejnym numerze wątek nie skończy się po kilku pierwszych stronach, bo Parker kierujący swoimi przeciwnikami, aby uratowali Spider-Mana to bardzo dobry pomysł. Pytanie tylko, ile będzie w stanie poświęcić Peter dla własnego życia? Co do sprawy Lizarda, czuję, że wokół niego będzie się toczyć historia Petera w Superior Spider-Man, jeżeli Parker odwiesi kostium na kołek. Na sam koniec Ramos, a ten jak to Ramos jedne panele narysuje rewelacyjnie, jedne gorzej.
S_O: Więc Ciocia May lubi tentakle? Naughty, naughty girl.
Jak można się było spodziewać, Slott poszedł po linii najmniejszego oporu i doprowadził do podmiany podczas przerwy między tą a poprzednią historią. Z dumą też stwierdzam, że domyśliłem się (choć nie napisałem o tym na Avalonie) tego, jaki był cel złotego octobota i w jaki sposób był kontrolowany. Teraz, jeśli Pete-w-ciele-Ocka skontaktuje się z Jackalem, żeby mu wysmażył Miguela O'Harę...
Miło też widzieć, że nawet w cudzym ciele Pete pozostaje Petem, biadoląc o tym, że musi się posłużyć moralnie dwuznacznymi metodami, żeby powstrzymać swego "arcywroga". "When life gives you lemons, you whine like a bitch" to w końcu najważniejsza zasada w jego życiu.
Xavier83: A jednak Marvel jak chce to potrafi. Podoba mi się droga dochodzenia do odkrycia jak doszło do zamiany i kiedy. Wspomnienie nocki przedślubnej Cioci May i Otto straszna i dowcipna równocześnie. Ciekawie wygląda również odkrycie dotyczące Lizarda. Ekipa ratunkowa Petera osobiście mnie zaskoczyła, a przeprowadzenie planu Parkera dobrze zrobione. Teraz tylko czekać na wielki finał serii pod koniec roku. 8.5/10.
Krzycer: Czyli jednak podmiana nastąpiła tuż przed poprzednim numerem. Z jednej strony to dobrze, bo nie ma doszukiwania się na siłę sensu w postępowaniu Octopająka przez ostatnie miesiące, z drugiej strony - przyznam, trochę się nastawiłem, że to będzie twist shamayalananowskich rozmiarów, i jednak dowiemy się, że Otto siedział w Pająku od początku runu Slotta.
A sam komiks jest... meh. Odkrycie, jak Otto to zrobił, nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Ale pionki są poustawiane tak, że jestem bardzo ciekaw finału. Slott najwyraźniej coś zrobił jednak dobrze.
EndrjuSzopen: Koniec coraz bliżej! A tutaj dowiadujemy się dokładnie kiedy Peter i Ock zamienili się mózgami i stało się to... Między 697 i 698. Po walce z Hobgoblinami. Owszem, jest to wynik wcześniejszych wydarzeń, ale widać, że tak daleko w przyszłość to zaplanowane nie było. A to niedobrze jak takie rzeczy widać. Nieważne, nieważne - to przecież dzieło Slotta! Wiem, jestem chamski, ale za każdym razem z nadzieją podchodzę do kolejnych numerów z Pajakiem i za każdym razem (chociaż były pojedyncze wyjątki) chociaż trochę się rozczarowuję. Superior ma być podobno dojrzalszy i mroczniejszy, ale myślę, że będzie równie mroczny co Edward ze Zmierzchu...
Gil: Postanowiłem przymknąć oko na całą głupotę pomysłu z zamianą ciał, która tak zirytowała mnie przy lekturze i spróbować wyciągnąć jakieś pozytywne wrażenia z tej historii. Natomiast Slott i spółka postanowili chyba nie ułatwiać mi zadania. Pierwsza połowa zeszytu wyjaśnia nam, kiedy i jak doszło do podmianki, a potem skupia się na jakże kliszowych przemyśleniach Piotrusia z tym związanych. I bardziej przeszkadzała mi ta druga część, bo okoliczności podmiany można od biedy przełknąć. Na szczęście, w części drugiej robi się ciekawiej, bo Piotrek postanawia wziąć się w garść i chwycić się brzytwy, jak to w zwyczaju mają tonący. Sięgnięcie po pomoc superłotrów i próba zapanowania nad sytuacją wypadają już całkiem fajnie i dają nadzieje, że coś z tego jeszcze wyjdzie. Ale z kolei znów muszę ponarzekać na rysunki. Jak rysuje Ramos, to wszyscy wiemy i pewnie wiecie już, że to nie moja bajka, natomiast tym razem wyjątkowo drażniła mnie cała seria zbliżeń na coś, co powinno być twarzą Octaviusa, a wygląda jak suszona śliwka po kuracji doktora Frankensteina. I w ten sposób docieramy do dylematu w postaci oceny… I ostatecznie zdecyduję się na neutralne 5/10, bo chociaż wiele rzeczy mi tu przeszkadza, to mimo wszystko zdołałem się dobrze bawić chociaż w końcówce.
Gamer2002: Eh, Slott nie trzyma klimatu poprzedniego numeru, winę też ponosi zmiana rysownika. Zaczynam kibicować Otto, on przynajmniej ma klasę jako główny bohater, w przeciwieństwie do Parkera którego obawy o to co wyprawia Otto były przedstawione bardziej śmieszne niż straszne. Przynajmniej wyjaśniono jak zaszła podmiana a sytuacja gdzie Parker przewodzi swą grupą superzłoczyńców może być interesująca.
kuba g: Dan Slott w końcu ostatecznie sprawił, że nigdy nie byłem tak blisko zakończenia z czytaniem komiksów o postaci, którą śledzę od chyba 15 lat. To chyba źle. Ale dlaczego chcę przeczytać #700 skoro #699 i #688 było taką męczarnią. Chyba tylko po to, aby dowiedzieć się kim jest Superior i wtedy z czystym sumieniem olać cokolwiek napisze Slott.

avalonpulse0277b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers vol. 5 #1
Hotaru: Po tym pierwszy numerze jestem niezdecydowany. Co innego wyobrażałem sobie po tych wszystkich zapowiedziach tej serii i różnic między nią, a New Avengers. Przede wszystkim myślałem, że będzie bardziej... kolorowa. Widać Dean White nie potrafi stosować innej palety kolorów, a ta jego standardowa nie pasuje mi do określeń "idealiści", "pozytywny wydźwięk". O fabule nie chcę się na razie wypowiadać. Hickman jeszcze nigdy nie przekonał mnie do siebie pierwszym numerem. Ba, nawet trzema pierwszymi. Jego Ultimate Comics Ultimates zacząłem doceniać dopiero w okolicach 6-tego zeszytu i mam nadzieję, że tak będzie i w tym przypadku. Znaczy, że zacznę doceniać, a nie zirytowany zrezygnuję.
Undercik: Nie spodziewałem się tego. Nie żebym się zawiódł czy coś w tym stylu, ale trochę inaczej wyobrażałem sobie jak będzie wyglądał ten tytuł. Na pewno zaskoczony jestem początkiem, który jest strasznie filmowy. Mam dziwne wrażenie, że Avengers Hickmana będą robić największe wrażenie, jak przeczyta się całość jednym ciągiem. Po zakończeniu zeszytu nie czułem się jak po zakończeniu odcinka serialu cliff-hangerem, a raczej jakby zaczęły się reklamy w czasie oglądania filmu na Polsacie. Kurczę, nie wiem jak to ocenić. Poczekam na kolejne numery aby wyrokować, ale jestem dobrej myśli, bo mimo wszystko przyjemnie spędziłem czas i nie mogę się doczekać numeru, który ukaże się za dwa tygodnie.
S_O: Awww, SHIT, things are gonna get DOWN! ...Za jakieś półtora roku, jak to u Hickmana. Ale jak w końcu się zacznie, to Galactusy będą latać na wszystkie strony!
Jestem nahajpowany. Podoba mi się wszystko. Zawiązanie akcji, motywacja antagonistów, zbiórka Mścicieli (tytuł historii sugeruje coś w stylu Avengers Inc., a hickmanowe kółka w kółkach w kółkach jeszcze bardziej utwierdzają mnie w tym przekonaniu, więc możemy mieć tu do czynienia z dziesiątkami franczyz na całym świecie. Co bardzo mi odpowiada). Jedyne, co mi przeszkadza, to fakt, że Opena najwyraźniej powiedział "Dobra, będę rysownikiem do tej serii, ale musi tam być ktoś z gigantycznymi rogami, jak u Ricka". Jak Ariel Olivetti z gigantycznymi robalami, słowo daję.
No i pierwotny skład zespołu. Movie Avengers, bo Movie Avengers, shut up.
Krzycer: Gdzieś już czytałem ten komiks. Miał chyba większą objętość, niż normalny zeszyt, oraz "all-new, all-different" wypisane na okładce...
Co prawda Krakoa nie zaczęła od wymordowania dwóch milionów Australijczyków i Kanadyjczyków (ok, 1,8 miliona Australijczyków i niecałych 200 tys. Kanadyjczyków), ale reszta zgadza się toczka w toczkę, razem z wysłaniem przywódcy pokonanego zespołu do domu.
Ciekawostka.
Poza tym... wiem, że ledwie tydzień temu narzekałem, że Remender kopiuje Red Skulla zamiast stworzyć nowych przeciwników, ale ci Marsjanie Hickmana w ogóle mnie nie interesują.
Przynajmniej Opeña jest w świetnej formie.
Byłbym zapomniał: kiedyś długo się pastwiłem nad Bendisem z tej okazji, to i Hickmanowi nie przepuszczę. Lubię, kiedy wiadomo, czemu drużyna jest drużyną. Nie każdy komiks/film/książka musi pokazywać, jak grupa ludzi staje się drużyną, ale lekturze powinno towarzyszyć poczucie, że jest powód, dla którego są razem.
Bendisowi udało się to raz, w New Avengers po Civil War - to byli ci herosi, którzy do końca sprzeciwiali się Starkowi i nie zgodzili się na nowy status quo. Proste i skuteczne.
A potem - i w Mighty, i w bezprzymiotnikowych Avengers - to było proste "Avengers, zbiórka!", "raz, dwa, trzy, Avengerem będziesz ty!".
No i tu chyba mamy to samo. Szkoda.
I jeszcze pytanie o ostatnią stronę: w pierwszej chwili pomyślałem, że to nowy kostium Monici Rambeau, bo gdzieś czytałem, że ma być w tej serii, ale potem do mnie doszło, że te wzory oznaczają Captain Universe... Wiadomo, kto ma nią być?
Xavier83: A dla mnie to jest dokładnie to czego spodziewałem się po Hickmanie z małym twistem. Przeczytawszy kilka razy jego Secret Warriors oraz prawie całe Fantastic Four/FF widzę, że zapowiada się dobra opowieść. Zmienił trochę konstruowanie historii, ale jak dla mnie w dobrym-niespodziewanym wydaniu. Mam na myśli to co opisujecie, że oponenci znikąd i nic o nich nie wiemy. Podoba mi się również nawiązanie jedno panelowo do drugiej serii scenarzysty czyli New Avengers. Od tego są mściciele co wykonali, czyli zlokalizowanie złoczyńców i pomszczenie zmarłych ludzi. "Świąteczny prezent" Thora dla Hulka był jedynym zabawnym momentem i dobrze. Podoba mi się też zapowiedź nowego Adama dla Ziemi oraz ci nowi oponenci. Kto jak kto, ale Hickman potrafi czytelnika zainteresować nowymi postaciami. To że Stark przewidział, że coś czai się za horyzontem mnie nie zaskoczyło, w końcu od tego też jest w Marvel Universe. Zastanawia mnie oczywiście dobór nowego składu Avengers, ale na to przyjdzie nam poczekać, w to nie wątpię, że scenarzysta wszystko wyjaśni. Zawołanie "Assemble At Down" przejdzie do historii. Rysunki są naprawdę dużym plusem tego komiksu. Jak na pierwszy numer Hickmana nie poczułem się zawiedziony i spokojnie daję 8/10.
_____: Po lekturze mam wrażenie jakbym przeoczył kilka zeszytów wstecz. Rozpoczyna się nowa seria i praktycznie nie dostajemy żadnej ekspozycji. Nowi przeciwnicy pisani w taki sposób, jakbyśmy już ich dobrze znali... ale ich motywacja jest tak oklepana, że rzeczywiście czuję się jakbym znał te postaci doskonale. Przedstawienie ataku na Ziemię na trzech kadrach to też dla mnie trochę za mało. A to jak został przedstawiony powrót Rogersa nadaje się do komiksów lat 60tych. C'mon, wchodzi w atmosferę, wypada ze statku, odbija się od budynku spadając na ulicę i 3 dni później wstaje z łóżka? Bzdura. Cały ten zeszyt przypomina szkic jakiejś historii, notatki nt punktów które po drodze trzeba zaliczyć. Za dużo jest tu jednak tylko sygnalizowane, a za mało jest rzeczywistego rozwoju wydarzeń. W takim tempie w kolejnym numerze źli powinni być pokonani i powinniśmy już znać kolejnych chłopców dla bicia dla Avengers. Mam nadzieję, że Hickman w kolejnych zeszytach czymś zaskoczy i poświęci trochę miejsca na zgłębianie postaci, a nie samą bitkę.
avalonpulse0277c%20%5B1600x1200%5D.JPGEndrjuSzopen: Czytałem i miałem wrażenie, że oglądam strasznie patetycznie zrobiony zwiastun filmowy, gdzie groza i nadzieja tak sztucznie narastają... Abstrahując już od tego, że znowu otrzymujemy kilka serii z tą nazwą w tytule (tak samo jest z Mutantami), bo tak najłatwiej jest zbić kasę, to pierwszy numer jak dla mnie był co najmniej średni, jeśli nie trochę gorzej. Jakieś ludki na Marsie, które sobie go zazieleniają... Nie, póki co nie jest dla mnie optymistycznie.
wolvie111: Nie mogę być do końca obiektywny, gdy numer jest ilustrowany przez Openę, którego uwielbiam Widzę jednak trochę słabszy poziom niż przy Uncanny X-Force. Sama historia jak na rozpoczęcie serii jest bardzo przystępna. Podobają mi się ci nowi przeciwnicy i świat, który tworzą, ale nie jest to zbyt nowatorski pomysł. Bardzo przypomina mi tworzenie "Tabula Rasa" z UXF, swoją drogą bardzo dobrze i tu narysowane. Przeciwnicy intrygujący, szczególnie ta dymiąca gotka.
Avengers pokonani na początku pewnie z wielkim stylem się zrewanżują. Co do nowego zespołu, to nie do końca jestem przekonany. Cały ten pomysł globalnych Avengers średnio mi się podoba, no ale może sie przekonam. Ostatni kadr i strona z symbolami postaci spowodował, że długo główkowałem kto jest kim. I tak wciąż nie wiem co to dwie laski lewo i ten chłopiec obok Sunspota. Czekam na rozwinięcie akcji. Na tę chwilę jedyne co cieszy to Opena.
grzgrzegorz: Rysunki Openy dałoby się nawet przeboleć gdyby nie te potworne twarze, zwłaszcza twarz Tonego prezentuje się strasznie.
Fabularnie trochę się zawiodłem. Miałem nadzieję, że pierwsza historia powali mnie na kolana. Niestety tak nie jest. Jak ktoś już zauważył trąci to trochę historią z Krakoą, chociaż to teraz Mars i jacyś obcy, ale nadal to schemat , jednak mam nadzieję na pozytywny rozwój historii,pewnie się mylę,ale..chociaż teraz pewnie ta nowa grupa pokona tych złych łatwo i bez żadnych strat ze swojej strony, I..nie,nie będę pesymistą i trzymam kciuki.
I Jeszcze jedno- Wolverine i SpiderM. w jednym teamie , ciekawe czy Hickman rozwinie jakoś relacje pomiędzy nimi i ich braterstwo krwi? 6/10.
Gil: Wystarczyły 3 pierwsze strony, żeby mnie kupić, a cała reszta numeru skutecznie podtrzymała ten stan. Jak dla mnie, jest to do tej pory najlepsza z nowych jedynek. I to właściwie nie jest wielkie zaskoczenie, bo w tym jednym przypadku pozwoliłem sobie mieć oczekiwania i nadzieje, a fakt, że Hickman ich nie zawiódł w pierwszej odsłonie, umocnił tylko moje zaufanie do niego jako scenarzysty. W przeciwieństwie do innych jedynek, ten numer nie tylko obiecuje i nie tylko rzuca od razu w wir akcji, ale łączy jedno z drugim, a nawet dość szybko wyciąga konsekwencje. Czy zbyt szybko? No, może troszeczkę przy drugim spojrzeniu, ale przy pierwszym kontakcie chciałem dostać całą historię już, od razu. No dobra, ale pora na konkrety. Zaczynamy od zapowiedzi, że coś się wydarzy i podobnie jak niedawno w F4, tutaj również widać zarys większego planu. Potem diagram, bo jak jest Hickman to musi być diagram. I przez prolog docieramy do właściwej akcji, czyli nowych przeciwników. I powiem Wam od razu, że Ex Nihilo to chyba najlepszy kandydat na klasycznego złoczyńcę od lat. Ma w sobie coś z Thanosa, ale jest jakby bardziej diaboliczny (nie tylko przez rogi), bardziej dostojny i budzący respekt. No i wydaje się odpowiednio potężny na poważnego przeciwnika dla Avengers. Jego towarzyszka Abyss również nieźle debiutuje, wnosząc element szaleństwa i nieprzewidywalności. Aleph dla odmiany wydaje się na razie wielką niewiadomą. W pierwszym spotkaniu z nimi, żelazny skład Avengers dostaje niezłe baty, co zmusza ich do uruchomienia rezerw. Niby dość prosta fabuła, a jednak wciągająca i sprawiająca, że chce się więcej. A przy tym bardzo dobrze narysowana. No i jest jeszcze haczyk w postaci nowych osób w Avengers: Hyperion, Captain Universe, Smasher, Eden? Na pierwszy rzut oka oryginalne dodatki, ale też spory potencjał. Cóż więcej mogę dodać? Po prostu czekam na ciąg dalszy, a na początek wystawiam bardzo mocne 7/10.
Gamer2002: Epicki rozmach i świetne rysunki, zapowiada się niezły start i rzeczywiście przypomina to Giant Size X-men. Co do opinii, że zespół zebrano tylko bo Cap powiedział by się zebrać, to myślę, że teraz zaczynamy od huku a później będą wyjaśnienia. W końcu narracja mówi, że historia zaczęła się przed terraformowaniem Marsa, zapewne między tym a propozycją Starka minęło trochę czasu. Na razie 7.5/10.
kuba g: Czytam i od razu czuję Hickamana. Wiem, że wszystko będzie powoli, wiem, że będzie epicko i rozbudowanie, wiem, że pierwszy odcinek będzie tylko małym wstępem. I podoba mi się to. Ale sprawia to, że nie jest tak łatwo mi ocenić osobny odcinek. Ale chyba właśnie tak powinno wyglądać Avengers jako team. Co nie zmienia faktu, że brak mi będzie street levelowego New Avengers.

Avenging Spider-Man #15
Undercik: Podobało mi się. Może nie była to ambitna lektura, ale jako takie zwykłe czytadło przy którym można się odprężyć spisało się rewelacyjnie. W sumie najbardziej kuleje tutaj intryga, która przeleciała mi koło nosa i nawet jej nie zauważyłem. Wielki plus dla Dell'Otto za rysunki dinozaurów - chociażby dlatego warto rzucić okiem na ten komiks. Poza tym czy tylko ja zauważyłem, że Bunn starał się stylizować dinozaury na wrogów Spider-Mana? Czy może był to pomysł rysownika? Wiem za to, że ten z tej dwójki który to wymyślił ma u mnie mały plus.
S_O: Hej, to alternatywny kostium Devil Dinosaura, na wypadek, gdyby ktoś postanowił wprowadzić go jako postać do Facebook Alliance! Ain't that cool?
Sama historia do bólu schematyczna. Jesteśmy w bazie tego złego! Znaleźliśmy tego złego! Walimy tego złego po mordzie! Ten zły prezentuje swoją tajną broń! Walimi tego złego po mordzie BARDZIEJ! Happy End, yay! Jeśli jakiś komiks z tego tygodnia zasługuje na to, by kpiąco porównywać go do pierwszych Power Rangers, to jest to ten.
Gil: Chyba jednak miałem rację, gdy pisałem, że najpierw powstały rysunki do tej historii, a dopiero potem dialogi. O jej fabule powinno się mówić w programie Ktokolwiek Widział, Ktokolwiek Wie?, bo z pewnością nie sposób jej znaleźć na stronach komiksu. Jest tylko pretekst do kilku starć między kolorowymi dinozaurami. Tak, wiem, że dinozaury są osą (czy coś tam takiego), ale to, nawet z najlepszymi rysunkami, nie wystarcza jeśli nie ma sensu. Jedyny plus, jaki mogę znaleźć to fakt, że przynajmniej użyli postaci związanej z Savage Landem. No, to i rysunki, które pozostają świetne, chociaż w paru miejscach oprawa się nie spisała. W tej sytuacji 3/10 to jedyna sprawiedliwa ocena.

Daredevil: End Of Days #3
S_O: "Dare, Dare, Daredevil, New York's greates love machine, it was a shame how he carried on..."
Uricha wędrówki po byłych Matta ciąg dalszy. I oprócz tego, że u każdej pozostawił swoje dziedzictwo (fakt, że tego nie pokazali, nie znaczy, że Echo nie ma małego rudzielca w domu), niewiele zostaje ujawnione. To znaczy, przynajmniej do końca numeru, gdzie ma miejsce nagły zwrot akcji i coś się zaczyna DZIAĆ.
Krótko mówiąc, ten i poprzedni numer bez problemu można byłoby sprasować w jeden. Ciekawe, o ilu z pozostałych jeszcze pięciu będzie można powiedzieć to samo.
EndrjuSzopen: Już sam klimat tej mini serii mi się podoba. Także czytam kolejny numer z bardzo pozytywnymi odczuciami, mimo iż nie ma tutaj wielkich dinozaurów z maszynami na głowach, robotów niszczących świat, kopiowanych jota w jotę postaci tworzących podobną grupę, tylko że dark... Jak widać nie trzeba na siłę wymyślać takich głupot, żeby komiks się czytało dobrze i z zainteresowaniem. Wystarczą dobrze przeprowadzona narracja i dialogi oraz ciekawe rysunki. I tajemnica wciąż utrzymywana jest tajemnicą, co nie wszystkim się podoba, ale kurcze - na tym polega tajemnica chyba, nie?
Gil:O, patrzcie – Bendis na okładce. LOL! A ten drugi to Maleev? Bo jakoś z twarzy nie kojarzę człowieka. I w sumie to by było chyba tyle, jeśli chodzi o interesujące rzeczy w tym numerze. Po lekturze skłonny jestem uznać, że seria powinna nosić bardziej swojski tytuł: Daredevil – Spis Cudzołożnic. Już drugi numer z kolei nie dzieje się nic poza przeglądem kobiet, z którymi Murdock spłodził małe, rude kopie siebie samego. Na szczęście, oszczędzili tego przynajmniej Echo, bo to by było już biologicznie niedorzeczne. Oczywiście nic nie posunęło się naprzód, a ostatnia strona tylko całkowicie mnie skonfudowała. Ale przynajmniej chwilami można było popatrzeć na fajne rysunki i jak zawsze niezwykle kolaże Macka. Trochę mnie to już zaczyna nużyć, więc chyba powoli zacznę odejmować punkty za grę na rozciągnięcie. Tak więc, tym razem będzie to 4/10.
kuba g: Spoko, ale jakoś nie jaram się Murdockiem jako wielkim reproduktorem. Chyba muszę poczekać na numer 4 i dostać coś więcej (czyli koniec Franka). Dalej oceniam dobrze, bo mało kto pisze tak dobrze Uricha jak Bendis. Nawet, gdy robi z życia Matta kronikę towarzyską.

Deadpool vol. 3 #3
Undercik: Znów jest dobrze. Scenarzyści umiejętnie żonglują żartami, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że wałkują ciągle to samo. Niby niektóre dowcipy powtarzają się, ale nie w jednym, a kilku numerach. Do tego są stosowane tak, aby na inny sposób rozbawić. Rysunki znów pasujące do tego tytułu. Oby poziom się utrzymał bo o to, że komiks utrzyma się na rynku się nie martwię. W końcu w listopadzie lepiej sprzedali się tylko X-Meni, Batman i Captain America.
S_O: Mi się podobało. Nie wszystkie dowcipy wywołały u mnie uśmiech, ale ich stosunek do tych, które to zrobiły, nadal jest zadowalający. Magiczna szabelka daje nadzieję na szybkie zakończenie historii (choć prawdę powiedziawszy, byłbym w stanie przecierpieć jeszcze kilka numerów ubijania zombidentów), a i twist z grupą paranormalną SHIELD również ciekawy. Panie Poznań, drugi panie, który nie ma nazwiska, które możnaby zabawnie przekręcić - make my Deadpool!
Krzycer: Ten komiks jest trochę jak "Naga broń" - wali dowcipami gdzie popadnie. Jest ich wystarczająco wiele, żebym dobrze się bawił przy lekturze, i nie zastanawiał zbyt długo nad tymi nieśmiesznymi, nieudanymi lub po prostu... dziwacznymi (jak nawiązanie do Kool-Aid Mana na jednym kadrze).
EndrjuSzopen: OK, Deadpool mnie kupił na całej rozciągłości, bawiłem się z tym numerem niesamowicie dobrze, poczucie humoru jest specyficzne, ale mi jak najbardziej się podoba taka konwencja i w moich osobistych rankingach ten numer uzyskał bardzo wysoką notę. Oby było tak dalej!
Gil: Zastanawiam się, czy powinienem napisać, że seria zaczęła mnie nudzić już po trzech numerach i uznać to za minus, czy może, że stało się to dopiero po trzech numerach, więc jest to jakiś plus. Za Waya nie mogłem doczytać jednego zeszytu, więc może jest to jakieś osiągnięcie, ale mimo wszystko – nudzi. Może się starzeję, ale coraz bardziej czuję, że ten rodzaj humoru skierowany jest raczej do przedziału wiekowego, w którym śmieszy wsadzenie komuś skarpety w gębę, tudzież zdzielenie deską sedesową. A może to po prostu różnice kulturowe? Tak, chyba tego będę się trzymał. W każdym razie, jeśli mam pozostać przy tym tytule, potrzebuję już zmiany tematyki i przy okazji również rysownika. Dam 4/10 spod szyldu "do mnie nie trafiło, ale może komuś się spodoba".

Hawkeye vol. 4 #5
Hotaru: Podobało mi się. Wczułem się w to, co Matt Fraction próbuje w tej serii osiągnąć, i nawet mi to odpowiada. Nie traktuje on ani siebie, ani swoich bohaterów kompletnie poważnie, a dzięki temu i ja podchodzę do lektury na luzie. Rysunki Pulido mnie nie drażnią, niektóre kadry są cudne, ale jednak nadal traktuję go jako zastępstwo dla Davida Aja i więcej niż kilka razy patrząc na stronę wyobrażałem sobie, jak by wyglądała, gdyby to Aja ją rysował. Nie byłaby kompletnie inna, tylko... estetyczniejsza i z większą wartością artystyczną. Ale i tak nie jest źle. Chcę więcej.
S_O: Zaraz... Mieli czas, żeby przebrać Kate z powrotem w jej ciuchy...? Czemu?
Nie podoba mi się sposób, w jaki Hawkeyowie wydostali się z tego ambarasu. O ile Clint jest długoletnim Mścicielem i w ogóle dobrze wyszkolonym w walce wręcz herosem, o tyle Kate nie ma nic poza Being Raped Powers. I ja mam uwierzyć, że przebili się przez pokój pełen niemilców? Dwa razy? Bez buta?
Z drugiej strony, końcowe wyjaśnienie pochodzenia kasety przypomina mi trochę numer, jaki wykręcili podczas finału czwartego sezonu LOST (ktoś jeszcze pamięta, że ten serial istniał?), gdy nakręcili trzy różne ostatnie sceny - też na wypadek przecieku. Całkiem cwany pomysł.
I właśnie w ten sposób widzę całą tę serię - fajne pomysły, przetykane najbardziej fractionowatym Fractionem, jaki Fraction ma do zaoferowania. Praktycznie definicja ambiwalencji.
Krzycer: Dopóki się nad nim nie myśli za dużo, jest to przyjemny komiks. Jest w tym również zasługa Fractiona, taka mianowicie, że jego Clinta da się czytać bez zgrzytania zębów (w przeciwieństwie do jego Starka, Cyclopsa, Frost, Thora, wszystkich bohaterów Fear Itself... no, lista jest długa).
Ale Aji wciąż brakuje.
EndrjuSzopen: Inny rysownik, ale ten numer był lepszy od poprzedniego i dorównywał trzem pierwszym, bo i tak fabuła poprowadzona była bardzo dobrze. Świetnie się to czyta i - skoro mamy za sobą już pięć pierwszych numerów tej serii- śmiało mogę powiedzieć, że to jedne z najlepszych komiksów z Marvela jakie mi się aktualnie czyta. I zaznaczę raz jeszcze - bardzo nie lubiłem Hawkeye'a przed pojawieniem się jego solówki.
Gil: No i zaczyna się robić coraz bardziej fractionowo. Okazuje się, że wszystko było zmyłą i tak naprawdę do niczego nie prowadziło, a wszystkie komplikacje wyszły same z siebie. Czy w jakikolwiek sposób odpowiada to na zarzuty, jakie poprzednio postawiłem tej historii? Nie. Fakt, że kaseta była fałszywką tylko dodaje niedorzeczności fabule. Jeśli SHIELD chciała tylko zidentyfikować kreta, udało im się to w momencie, kiedy kaseta wyciekła, więc po co reszta komplikacji? Cała ta akcja z jej odbijaniem? Przecież kto jak kto, ale SHIELD powinna być w stanie zrobić coś, co ulegnie samozniszczeniu we właściwym momencie i nie ma problema. Ale nie – musieliśmy przejść przez całą slapstickową gonitwę, bo czymś trzeba było zapełnić dwa numery komiksu. Żeby to chociaż było fajne, albo zabawne… Ale też nie jest. Są jakieś akcje wyjęte z kapelusza i randomowy bełkot. No, chyba że zakończenie to też ściema i jednak wszystko było na poważnie. Tylko znowu: po co tak to gmatwać? A najbardziej z tego wszystkiego nie podobały mi się rysunki, które chyba robił ktoś z łapanki. Na więcej niż 3/10 to nie zasługuje.

Iron Man vol. 5 #3
Hotaru: Kolejny numer, który czyta się dobrze. I tylko tyle. Znając Gillena, planuje on coś o wiele większego, ale tymczasem te jego one-shoty nie pomagają mi wykształcić jakiejś szczególnej więzi z tą serią. Ot, kolejna historia, kolejny średnio zaskakujący finał i oczekiwanie na kolejny podobny do tego numer. Liczę, że niedługo się to zmieni i seria zacznie odpłacać mi zainwestowane w nią zaangażowanie.
Undercik: Jest lepiej niż ostatnio, ale nadal nie jest do taki komiks jakiego oczekiwałem. To czego brakuje najnowszym przygodom Iron Mana, to jakiś wątek który może przytrzymać czytelnika na dłużej. Póki co przed oczami widzę luźno powiązane numery tak jak w serialu proceduralnym, który nie ma tego czegoś co by mówiło - tak musisz zobaczyć kolejny odcinek/numer. Mam nadzieję, że coś mnie wciągnie, bo jak na razie czuje się jakbym czytał one-shoty.
S_O: Nie wiem, jak Wy, ale ja domyśliłem się, o co chodzi, gdy tylko zobaczyłem łóżko z kroplówką. Równie banalne, jak nazywanie "Sam" czy "Alex" postaci, której twarzy ani ogólnej budowy ciała nie widać. I wywołuje to pewne obawy o Gillena, któy jednak nieźle sobie z tymi banałami radzi.
Tak, czy inaczej, historyjka najwyżej dobra. Mam nadzieję, że Kieron dopiero wczuwa się w Blaszaka i znajdzie wkrótce swój głos.
EndrjuSzopen: Miałem spore nadzieje, ale powoli one gasną. Są momenty kiedy naprawdę dobrze się bawię i czyta mi się bardzo dobrze, ale tak naprawdę te momenty jedynie prześwitują przez dość średnią resztę - do której dokładają się też rysunki, na których Tony Stark wygląda... Dziwnie. No nic, czytam dalej.
Gil: Kolejna historia zamykająca się w jednym zeszycie, kolejna modyfikacja pancerza i kolejne szybkie starcie ze złodziejem Extremisa. Tym razem, historia jednak kończy się dość niespodziewanym zwrotem, który może i nie jest pomysłem najświeższym, ale tutaj dobrze się sprawdza, bo zahacza o ramy historii z kategorii moralnego niepokoju. Więcej nie zdradzę. Ale bez obaw, nic tu nie nudzi, jest też miejsce na niezłą akcję i nawet wyjaśnienie, skąd wzięło się nowe zamiłowanie Antosia do częstego zmieniania zbroi. Swoją drogą, już węszę kiełkująca gdzieś nowa linię zabawek. Ostatecznie, wszystko wypada dobrze (rysunków nie liczę, bo nauczyłem się nie zwracać na nie większej uwagi) i zasługuje na przyzwoite 7/10.

Punisher: War Zone vol. 3 #2
S_O: Nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, ale wiele amerykańskich filmów z niższych stanów średnich, jak już się doczeka sequela, to jego akcję umieszcza w Europie (najczęściej na Wyspach, ale to nie zasada). Jak już to sobie skojarzyłem, zachichotałem.
Wracając do historii... Gdy pierwszy członek zespołu zawiódł, Mściciele wysyłają kolejnego. W pojedynkę. Bez backupu. Ta, jasne, ma sens. Trzeba jakoś rozciągnąć przygodę Rucki z tytułem. Z którym zaczynam powoli mieć problemy. I tak wiadomo, że skończy się Capem podchodzącym do Castle'a: "Stand down, son." "...okay".
Lotar: Po fajowym pierwszym numerze, ten już nie był taki fajny. Jakie te rysunki są złe, a przecież była obsuwa w terminie. Frank został globtroterem. To mógłby być pomysł na nową serię zamiast upychać go w piorunkach. Wdówka by odnaleźć Franka musi najpierw pogadać z gliną z Ukrainy, bo ten ma najlepsze kontakty i musi uświadomić Natalii jaki Frank jest fajny. Stark pewnie nie umie włamać się do bazy Interpolu.
Ten numer pokazał jakimi hipokrytami i samolubnymi dupkami są Avengers. Mogą tak wiele, a w sumie nic nie robią. Biorąc pod uwagę zachowanie Biorąc pod uwagę zachowanie Romanowej na końcu cały numer kompletnie zbędny.
Czy Wdowa nie powinna być silniejsza od Punishera dzięki serum?
EndrjuSzopen: Ach, ten Punisher... Czemu musicie anulować prowadzoną przez Ruckę serię, która była przecież taka dobra! Cóż, pozostaje nam cieszyć się tymi ostatnimi zeszytami z jego ręki, gdzie Punisher wciąż w większości czasu jest nieuchwytnym rodzajem legendy, którego pojawienie się chociaż na chwilę wywołuje dziki uśmiech na twarzy. Sprytnie sprowadza Black Widow do wioski, która potrzebuje pomocy, zostawia za sobą ślady, ale z premedytacją... Spider-Man sobie nie poradził, teraz Black Widow. Czas na Thora!
Gil: W tym numerze Black Widow… A nie, czekajcie, przecież tę serię już dawno zamknęli. To co my tu…? Aha, War Zone. Tak więc, jak obiecałem, czytam dalej, żeby wytykać niedorzeczności w konflikcie między Punisherem a Avengers. I cały ten numer jest tego doskonałą ilustracją. Gdyby chcieli go dorwać, wzięliby pierwszego lepszego telepatę, żeby Franka zlokalizował i pierwszego lepszego teleportera, żeby posłał go bezpośrednio do celi. Tymczasem wysyłają Black Widow, która przez niewiadomo jak długi czas buja się po całym świecie za Franiem, tylko po to, żeby niesamowitym zbiegiem okoliczności znaleźć go w środku dżungli, a potem wypuścić, bo się ulitowała nad biednymi tubylcami. No, dajcie spokój… Toż to zwykła farsa jest. Tak mogliby działać co najwyżej polscy Avengers i to o ile nie kłóciliby się, kto ma dowodzić. Niemniej, powtórzę jak w poprzednim numerze, że dialogi są na przyzwoitym poziomie i całość czyta się nieźle. Tylko moje zawieszenie niewiary tu nie działa.

Red She-Hulk #60
S_O: Głupiutki Tesla, ta supermaszyna ma za zadanie obliczyć ostateczne pytanie! Gdzieś ty był przez ostatnie ćwierć wieku? Oh, martwy? Tak, to jest dobre wytłumaczenie. Carry on.
Kolejne oklaski należą się edytorom i/lub ekipie wtórnej obróbki obrazków za przeoczenie przypisków rysownika na PIERWSZYM KADRZE NUMERU (kto powinien za to odpowiadać? Inker? Kolorysta?). Chyba, że "glow" to jakaś nowa onomatopeja.
Historia się zawiązuje, Aaron (i czytwelnik) otrzymuje odpowiedzi... Mam jednak spory problem z uznaniem faktu, że nie poinformował on o swoich znaleziskach Avengers. Co jak co, ale oni byliby całkiem pomocni podczas rajdu na tajną placówkę wojskową pełną nadludzi. Swoją drogą czekam, aż Fortean sam się pod-Echelonuje. Nie chciałbym czekać na dopełnienie wędrówki z cyklu "He who hunts monsters" przez następne czterdzieści lat, jak to było z Rossem.
Gil: Hej, patrzcie – to Nikola Tesla! Miło ze strony Parkera, że zdecydował się sięgnąć po postać z S.H.I.E.L.D.. Co więcej, wątek ten sprawił, że cała historia w końcu nabrała jakiegoś znaczenia. Tylko, że wykonanie jest jednak dość słabe i mam wrażenie, że całość służy jedynie przekonaniu Aarona, żeby stanął po strunie Srulkie. Bo tak naprawdę, poza pomysłem Supermachiny nie ma tu nic ciekawego. Ot, biegają z miejsca na miejsce i się tłuką. Być może jeszcze coś z tego będzie, jeśli wątek zdoła się rozkręcić (czytaj: jeśli seria przetrwa dość długo), ale póki co, to tylko rozwałka z małym plusem. I dlatego będzie najwyżej 4/10.
avalonpulse0277d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Thunderbolts vol. 2 #1
S_O: Czy paradowanie po świecie w swojej ludzkiej formie nie jest przypadkiem dla Rossa strasznie głupim pomysłem?
W ogóle mam obawy co do postaci Rossa/Rulka. Podobała mi się jego wędrówka i przemiana za Parkera, a po tych kilku kadrach z Mercy czy jakkolwiek się nazywa, boję się, że wróci on do bycia starym pierdzielem uważającym, że cel uświęca środki, liczy się tylko misja i takie tam bzdety. No i rekrutacja w stylu "Are you a bad enough dude to save the president?"
Co do oprawy graficznej - typowy Dillon. Dałbym jej 9/10 Franków.
Krzycer: No, przynajmniej mogłem odróżnić Elektrę od Punishera. Nie, to nie jest tani dowcip o rysunkach Dillona, ponieważ dobrze pamiętam ciocię May, która w jego wykonaniu wyglądała zupełnie jak Punisher (ok, miała inną fryzurę).
A sam komiks... Mogło być gorzej. Mogło być dużo lepiej, dużo ciekawiej, mogło się dziać coś interesującego, zbieranie ekipy mogłoby mieć więcej sensu, więcej treści... Ale mogło być gorzej.
Lotar: Im jestem starszy, tym czuję coraz większą awersję do rysunków Dillona. Ten komiks raczej tego nie zmieni. Nudne i kiepsko narysowane. Gdyby nie to, że chcę zobaczyć reakcję Franka na obecność Deadpoola w ekipie, to olałbym tę serię już po tym numerze. Elektra wygląda koszmarnie.
palipa: A mi rysunki Dillona odpowiadają i bardzo je lubię. Pasowały mi w Kaznodziei i przygodach Franka C., a tu jest Frank i gen. Ross ma argumenty, dla niego, które do niego docierają. Elektra też mi się podoba, a kosmarne to są rysunki Ramosa i Chrisa Bachalo. Tu jest klarownie i przejrzyście, miło mi się to ogląda, i nawet fabuła ciekawie się zapowiada. Mam nadzieję, że interakcje między członkami tego plutonu egzekucyjnego zostaną ciekawie poprowadzone. W każdym razie numer oceniam na plus jako miłe relaksujące czytadło bez głębszych przesłań i moralizowania, czysty relaks po 8 h roboty, aż sobie czasami wyobrażam niektórych ludzi z pracy jako adwersarzy tego teamu.
EndrjuSzopen: Nie. Nie. Nie! Kiedy to się dzieje? Co się stało z Punisherem? Od kiedy Flash Thompson jako Venom jest aż tak zabójczy? Czemu Elektra wygląda tak źle? WTF?! Nie wiem o co chodzi, ale przeczytałem ten komiks i nieprzyjemny dreszcz obszedł moje całe ciało. Będę aż obserwować ze zmrużonymi oczami, żeby w razie czego je zamknąć, gdyby działo się coś głupiego.
Gil: Z tego co widzę, niewiele osób miało dobre przeczucia odnośnie Boltsów w rękach Waya i Dillona. No i niestety mieli rację. Pierwsze wrażenie jest… chyba najbardziej pozytywne określenie, na jakie mogę się zdobyć brzmi: nijakie. Dostajemy zlepek scenek, w których Ross jeździ sobie po świecie i znajduje wybranych ludków w najmniej odpowiednich do tego momentach. Większość tych scenek rodzajowych zajmuje nie więcej niż dwie strony, a więcej miejsca dostaje jego spotkanie z Punisherem – postacią, której obecność tutaj budziła chyba największe kontrowersje. Akurat moim zdaniem, cała grupa wygląda przy Hulku jak czterej pancerni przy swoim czołgu, więc nie ma większego znaczenia, czy wezmą sobie Karzącego Franka, czy pierwszego lepszego gościa z ulicy. Inna sprawa, że jak na pierwszy numer, który ma zwrócić uwagę czytelnika, nie ma tu absolutnie nic ciekawego. Krótka prezentacja postaci i tyle. Ba! Oprócz Punishera jest to prawie wyłącznie wizualna prezentacja. A skoro już mowa o stronie wizualnej, to do opisania jej wystarczy nazwisko autora. Dillon moim zdaniem nie nadaje się do komiksów superheroicznych ani trochę. Okay, ma swój styl, ale jest on tak cholernie statyczny, że zupełnie do mnie nie przemawia (a w dodatku rysuje po prostu brzydko). Tak więc, nie znalazłem tu nic interesującego. Może jeszcze zerknę na parę numerów, ale w tej chwili nie spodziewam się już absolutnie niczego dobrego. Tymczasem wystawiam 3/10.
Gamer2002: Ennis dla ubogich w komiksie pod tytułem "Zabijanie Jest Cholernie Nudne". Rekrutowanie (anty)bohaterów to klasyczny motyw rozpoczęcia drużynowej serii, a ten numer jest dobrym przykładem jego marnej realizacji. Nie ma przedstawionego powodu by ten zespół powstał nie licząc tego, że Ross uznał że powód jest. Deadpool, Elektra i Venom są rekrutowani w identycznej sytuacji będącą tanim chwytem na robienie z nich i Rossa badassów. Punisher podobnie, tylko wcześniej ma gadkę z generałem. Ot se zabijają masę ludzi, ziew. Jedynie Mercy wyłamywała się z schematu. Tragicznie napisany zeszyt to nie był, ale wywołał u mnie absolutny brak zainteresowania. 3/10.

Ultimate Comics: Ultimates #18.1
Hotaru: Numer lepszy od poprzednich, ale to nie jest szczególny wyczyn. Historia nie poraża głębią, ale mieści się w standardzie wyznaczonym przez inne zeszyty ".1". Dale Eaglesham to porządny rysownik, więc i na tym froncie do niczego się nie przyczepię. Nie byłbym sobą jednak, gdybym trochę nie ponarzekał, więc zapytam kolorystę - dlaczego Black Widow raz jest Azjatką, a raz mulatką? Jeśli to jej nowa zdolność, chętnie dowiedziałbym się o niej więcej...

X-Factor #248
Hotaru: Pozgrzytam zębami i nie skomentuję rysunków Paula Davidsona. Nie ważne, jak bardzo mnie korci. Bo komiks i tak czytało mi się przednio. To wręcz niesamowite, jak Peter David potrafi wcelować w moje gusta. Numer za numerem.
S_O: Nawet wyrzucona na fotel pasażera, M nadal broni swoich bliźniaczek. Zupełnie w jej stylu.
PAD nie zasypia tym razem gruszek w popiele i, po krótkiej tylko lekcji z anatomii i filozofii kosmicznych trollów, przechodzimy do konfrontacji z demoniszczami z trzeciej ligi. I nic dziwnego, w końcu jubileusz za rogiem.
X-Factor to nadal jedna z tych serii, które najtrudniej się recenzuje. Niespecjalnie jest się czego czepiać (czasem obrazki w tym pomogą, ale mi akurat Davidson specjalnie nie przeszkadza), a solidny poziom dialogów i ogólnej fabuły przyzwyczaił już na tyle, że nie chce się nawet przyklaskiwać. Może w #250 Madrox wchłonie jeszcze jednego dzieciaka, to może znowu będzie o czym pisać.
Krzycer: Rysunki... No trudno. Najwyraźniej X-Factor raz na jakiś czas musi katować odbiorcę wizualnie.
Fabularnie... Coś było tu fałszywego. Powrót Pipa nie do końca przebiegł tak, jakbym tego oczekiwał. Może to dlatego, że zespół wiedział od samego początku, że coś jest na rzeczy...
No, zobaczymy. Mam nadzieję, że dalej będzie jak zwykle, bo w tym numerze coś mi nie pasowało.
Gil: Hm… Czuję się trochę jakbym ugryzł jabłko z robakiem, tylko nie mogę go nigdzie wypatrzeć. Coś mi tu nie gra… Pierwszym podejrzanym są rysunki, bo tu mamy wyjątkowy spadek jakości. Nie jest co prawda tak źle, jak za Stromana, ale z pewnością nie jest dobrze. Drugim podejrzanym jest Pip. Miałem nadzieje, że jednak już go nie zobaczę, przynajmniej w tej serii. A jednak. Przy okazji wyszło, że i on nie ma mózgu w głowie, co tym bardziej sprawia wrażenie, że jest tu w zastępstwie Doopa. No i póki co, ten wielki plan demonów wydaje się jakiś taki… no nie wiem. Ale na szczęście są też plusy, które wyciągają ten numer na… no, na plus. Dialogi nadal są mocne i zabawne, kiedy trzeba, a i humor sytuacyjny daje radę. Muszę jeszcze trochę poczekać z oceną historii, ale za numer mogę dać 6/10.

X-Men vol. 2 #39
S_O: Trochę mi głupio - pochwaliłem poprzedni numer, a tutaj przeciwnik okazuje się mieć jeden z najbardziej ogranych motywów w historii... no, historii. Przynajmniej miła odmiana w fakcie, że większość jego originu brzmi "jakoś tak wyszło".
Ale relacje między naszymi herosami nadal fajne.
Gil: Ech, teraz trochę żałuję, że pozwoliłem pierwszej części tej historii przypaść mi do gustu, bo jestem strasznie rozczarowany. Część druga nie ma nic z tych fajnych rzeczy, które miała pierwsza. Dynamika postaci gdzieś zdechła po drodze, akcja stała się wtórna, a przeciwnik okazał się nic nie znaczącym, kliszowatym łotrzykiem, który się załamał z powodów osobistych. Jest to tym wyraźniejsze, że niejako podobny wątek przewinął się w tym tygodniu w Iron Manie i tam został poprowadzony znacznie lepiej. Tutaj, to tylko mech. Coś do przeczytania i szybkiego zapomnienia, że kiedykolwiek się wydarzyło. No cóż, szkoda. Ale mogę jeszcze wyciągnąć 4/10, za kilka niezgorszych tekstów.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

avalonpulse0277a.jpgHit tygodnia:

Avengers vol. 5 #1 (Young Variant)
Autor:
Skottie Young

Hotaru: Heroiczna wyprawa Avengers nie mogła wyglądać bardziej epicko. Poświęcenie Hulka, popisówa Captain Marvel, władczość Iron Mana, wreszcie gibkość Black Widow. Wszystko po to, by zdobyć największą nagrodę ze wszystkich. Ciasteczka. I jak tu nie kochać Skottiego Younga?




avalonpulse0277e.jpgWielka Kolekcja Komiksów Marvela #1 (Spider-Man: "Powrót do domu")
Undercik: Czy za rekomendacje historii, nie wystarczy fakt, że mam już ja w dwóch kopiach, a mimo to kupiłem i tym razem? Uwielbiam run JMSa czym już wspominałem przy okazji "Spectacular Stories". Wymieniałem też plusy "Coming Home". Dlatego bardziej skupię się na wydaniu. Jest dobrze, porządne wydanie w twardej oprawie. Za taką cenę żal nie kupić. Dodatkowy materiał który przytacza pobieżnie Spider-Mana i twórców historii na plus. Co prawda prawie nic nowego się nie dowiedziałem, ale dla osób niezaznajomionych z komiksem na pewno będzie to świetna sprawa.
Krzycer: O wydaniu nie ma co już więcej pisać: jest śliczne. Twarda oprawa, świetny papier, a to wszystko za promocyjne 15 złotych. Kupiłbym nawet, gdyby to było Fall of the Hulks, tylko po to, żeby ładnie wyglądało na półce.
Tłumaczenie miejscami jest niezgrabne do tego stopnia, że zwracałem na to uwagę. Ale ogólnie nie było tragiczne.
A sam komiks jest w porządku. Dawno nie czytałem tej historii (ostatni raz chyba w gimnazjum? Kumpel miał wydanie Fun Media?), zapamiętałem ją trochę inaczej, ale wciąż się broni. Parę rzeczy wypada dziwnie, może to dlatego, że były kontynuowane w kolejnych zeszytach, może Straczynski do nich wracał z dużym opóźnieniem - wątek podjęcia pracy w szkole nijak mi tematycznie nie pasuje do historii, nie ma również jakiegoś konkretnego zwieńczenia. Zwróciłem też uwagę na to, że choć starcie Petera z Morlunem jest dobrze pokazane i czuć desperację Parkera, to nic a nic nie miałem wrażenia, że trwała całymi godzinami (Parker zwraca na to uwagę dwukrotnie, najpierw po 3 a potem po 12 godzinach walki). Ale to detale.
Co do rysunków - nie jestem, nie byłem, i pewnie nigdy nie zostanę fanem Romity Jr, ale da się to oglądać (choć ktoś mógłby mu przypominać, żeby rysował pajęczynę na kostiumie Spider-Mana na każdym kadrze; ktoś mógłby go również zapytać, czemu jego Pająk z profilu wygląda, jakby miał pysk).
Ogólnie: fajnie, że ta kolekcja wreszcie ruszyła... Choć z pobieżnego przejrzenia zestawu zagranicznego wydania serii wyszło mi, że w tym momencie planuję zakup co najwyżej 1/5 tomów.
Catman: Kolekcja wkońcu wystartowała. Po obejrzeniu reklamy poszedłem następnego dnia do kiosku w Biedronce, a on już tam na mnie czekał. Komiks jest genialnie wydany!!! Twarda matowa okładka, połyskujący, gruby, kredowy papier, który można śmiało dotknąć bez zakładania rekawiczek, zapach świeżej farby drukarskiej, masywne szycie powtarzam SZYCIE i kilka stron dodatków. Brzmi pięknie, co nie? Co do tłumaczenia nie przykładałem większej uwagi. Żadnych rzucających się w oczy baboli nie było. Gdzie niegdzie pojawiały się niechciana kropka lub przecinek, ale można na to oko przymknąć. Co do historii. Historia jes GENIALNA. W ciągu dnia przebrnąłem przez nią 2 razy. JMS dał nowy początek Spiderowi i dzięki mu za to. Spider-Man w historii prowadzony jest bardzo dobrze. Ale jest postać, która według mnie lśniła - był to Ezekiel. Enigmatyczny oraz charyzmatyczny bogacz o podobnych mocach jak Peter, potrafił zasiać niepewność. Początki Petera jako nauczyciela były zgrabnie poprowadzone, tak samo jak wątek Morluna. Rysunki JRJR'a osobiście nigdy mi sie nie podobały, ale ten tom to jego najlepsza dotychczasowa praca. Ilustracje w oczy nie rażą a miejscami są nawet bardzo ładne. Po przeliczniu kosztów już wiem, że będe kupować tylko jeden tom. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy. 9/10.
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.12.05
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.