Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #276 (03.12.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 3 grudnia 2012Numer 49/2012 (276)


Właśnie rozpoczęliśmy ostatni miesiąc tego roku. Początek zalicza również nowa seria spod znaku Marvel Now!, czyli FF vol. 2. Dobiegł natomiast końca kolejny run Briana Michaela Bendisa, tym razem w New Avengers vol. 2. I to nie jedyne dwójki jakie pojawiły się w minionym tygodniu.

A+X #2
Hotaru: Podobały mi się obie historie. Przeczytałem je szybko, bez większych refleksji. I niestety wygląda na to, że takich rzeczy będzie dostarczała ta miniseria - mniej lub bardziej udanych zapychaczy, które nikomu nie są potrzebne. Żadne nowe wątki nie są tu wprowadzane, żadne nie są rozwiązywane - ot, parę stronic do zabicia kilki minut.
S_O: Heh. Bachalo wie, co dobre. Do tego Black Widow i Rogue - dwie najbardziej prominentne catsuitowe panie. Z nieco bardziej sugestywnymi rysunkami wiadoma scena wywołałaby równie duże zamieszanie, co Psylocke Jima Lee wyłaniająca się z jeziora w jednym z TM-Semicowych X-Men. Ale nawet z kreską Chrisa to i tak jedyne, co zapamiętałem z tego numeru.
No i jeszcze fakt, że kreska w historii z Iron Manem i Shadowcat była pas-kud-na.
Krzycer: Rogue i Black Widow:
Lubię Bachalo, kiedy się stara. Tutaj... tutaj się nie przyłożył. Jest parę ładnych kadrów, jest parę strasznych kadrów. No i scenarzystą jest mocno przeciętnym.
Shadowcat i Iron Man:
Przejedzony Lockheed!!!!! <3 <3 <3
Oprócz tego jednego kadru, rysunki mi się nie podobały. A zwłaszcza ten, na którym Kitty zyskuje moce Plastic Mana.
A poza tym historyjka równie miałka, jak u Bachalo, tylko PADowi dowcipy lepiej wychodzą, więc parę razy się uśmiechnąłem.

Gil: O dziwo, znów muszę postawić ten numer powyżej średniej. Pierwsza historia – i tu kolejne zaskoczenie – wyszła spod pióra Chrisa Bachalo, nie tylko pod względem graficznym. No i jest całkiem dobra. Nie przypominam sobie wcześniejszych spotkań Rogue i Black Widow, więc możemy mówić o czymś świeżym. W dodatku, luźne podejście do tematu dostarcza sporą dawkę dobrej zabawy, która przy tym nie jest bezdennie głupia. Owszem, paru elementów można by się przyczepić na siłę, ale całość jest po prostu radosną rozwałką, której udało się zachować sens. I pewnie niejednemu geekowi zaparowały okulary przy pocałunku obu pań ;) . Wobec historii drugiej mam dwa zasadnicze zarzuty. Po pierwsze, rysunki, a po drugie – i ten fakt ciężko mi przeboleć – Peter David pociągnął najbardziej debilny wątek Jasona Aarona. Ale czy sama historia jest zła? Tego nie mogę powiedzieć. Trzyma się kupy i nawet jest całkiem zabawna, jeśli przymknie się oko na dwa wyżej wymienione minusy. W końcu PAD nawet starcie Dakena a Alphą mógłby wyprowadzić na prostą. I dlatego wystawię za całość przyzwoite 6/10.
Gamer2002: Historia pierwsza: Na Widow się tak nie znam a poza tym poznaję Rouge z trzecią osobowością. I przeobraża się w drugą Widow czy są takie same nie wiem. Rysunki chociaż dobre 3/5.
Historia druga: Kitty jest fajnie prowadzona, Tony też, zabawna historia, chociaż Stark był tutaj nierozgarnięty gdy doszło da akcji. Rysunki tylko marne. 4/5.


All-New X-Men #2
Hotaru: Czytało mi się to lepiej, niż ostatni numer, ale nadal nie czuję tej serii. W moim odczuciu nie jest organiczna, a wszystkie węzłowe momenty wynikają z widzimisię redakcji lub Bendisa. Pomysł Hanka, by sprawdzić z przeszłości x-ludzi ryzykując rozwaleniem czasoprzestrzeni? Bez sensu. Wątek kolejnej mutacji zabijającej Beasta? Wyjęty z kapelusza. Zachowanie Cyclopsa? Proszę... Gdyby to był elseworld, a nie seria osadzona w głównym kontinuum jakoś bym to zniósł, ale tak... mogę tylko zgrzytać zębami.
S_O: Również mam pewne zastrzeżenia co do nagle pojawiającej się telepatii Jean (czy Xavier jej przypadkiem nie zablokował?). I czemu pierwszym instynktem Logana było atakowanie oryginalnej piątki? Zgaduję, że wyczuł Scotta, ale w takim razie powinien był też wyczuć Jean, więc mógłby chociaż wyrazić zdziwienie nie tylko na ostatnim kadrze numeru. Aha, i jeszcze - jakim cudem młodym udało się hijackować blackbirda? Czy one nie są pilnowane? Czy każdy uczeń może sobie zorganizować przejażdżkę?
A to tylko niektóre z głupot, jakimi ten numer jest wypełniony (z których za największą nadal uważam sam pomysł na tę historię)... Ale mimo wszystko czyta się to-to przyjemnie i będę śledzić, co się dzieje.
Krzycer: Ciekawa sprawa. Ten numer podobał mi się bardziej od poprzedniego. Może to dlatego, że już przyzwyczaiłem się do pomysłu, by to Beast stał za ściągnięciem proto-X-Men do teraźniejszości. Może dlatego, że zacząłem doceniać sam pomysł, by zestawić proto-X-Men z "mroczą przyszłością". Może dlatego, że naprawdę mi się spodobało, jak ruszyli do akcji w końcówce. Może dlatego, że tym razem obyło się bez ciężkiego foreshadowingu i niezdarnej ekspozycji.
A może to dzięki temu, co Immonen zrobił, gdy dostał w skrypcie "Wolverine pada nieprzytomny na podłogę".

avalonpulse0276b%20%5B1600x1200%5D.JPGstrz1: Liczyłem na kolejny numer tygodnia/miesiąca, coś genialnego, coś co przeczytam 5 razy i kliknę już teraz KUPUJ przy pre-orderze dla wydania zbiorczego i się przeliczyłem. Komiks mnie w ogóle nie wciągnął. Wiem, że jest o starej, młodej drużynie w naszym świecie i trzeba było ten wątek rozwinąć ale mnie chyba średnio rusza, co sprawia, że albo konfrontacja Summersów będzie niezapomniana (chociaż tutaj obawiam się, że umniejsza to wszystko do dialogu i późniejszej walce 'nowych' po stronie Logana) albo to Uncanny X-Men będzie dla mnie jedynym dobrym komiksem o mutantach na który będę czekał z niecierpliwością. Ale z 2 strony jak po 1 zeszycie miałem olbrzymie oczekiwania, to teraz są raczej niewielkie, co może sprawić, że odbiór trójki będzie fajny.
Ps. Tutaj również rysunki były gorsze niż w 1 zeszycie? Czy to jakoś tak dzisiejszy dzień wzmaga u mnie krytycyzm w tym temacie?
wolvie111: Jest bardzo dobrze. Na płaszczyźnie graficznej i scenariusza. Bo jak może być inaczej jeżeli oryginalna piątka X-Menów trafia w obecne czasy! Początkowo myślałem, że o zły pomysł na sprowadzanie ich z przeszłości do teraźniejszości, jednak teraz widzę jak ogromny potencjał ma ta historia. Scott dowiaduje się, że zabił Xaviera, Jean dowiaduje sie, że nie żyje, reakcja Icemana zabawna i w sumie już tylko Angel musi dowiedzieć się, że nie żyje i zastąpił go podobny hipis. Interesuje mnie jak rozwinie się kwestia Hanka, czy to może jakaś nowa mutacja, czy rzeczywiście może go to zabić? Poczułem dreszcze na plecach w scenie, gdy Jean zatrzymuje Wolverine'a i pierwszy raz wymieniają spojrzenia.
A teraz przed nami konfrontacja obu Scottów...i może Jean z Emmą.
Jeśli chodzi o rysunki to nadal są bardzo dobre. Immonen w najlepszym wydaniu. Czekam na następny numer z niecierpliwością. Dam 8/10, a odejmuję jedynie za mówienie o Cyclopie trochę jak o zdrajcy mutantów. Byłem po jego stronie w AvX, a poza tym wszyscy wiemy, że koniec końców miał rację.
kuba g: Ludzie będą pewnie marudzić a mi czytało się dobrze. Historia idzie do przodu, bez większych fajerwerków, z dość przewidywalnymi zachowaniami postaci (choć momentami za szybko, szok młodych X-Men jest trochę za słaby), wszystko z najlepszymi rysunkami jakie może mieć seria tego typu. Kilka razy się zaśmiałem i dalej jestem cholernie ciekaw co faktycznie stanie się ze starym Beastem. Dla mnie spoko czytadło. Nic mniej, nic więcej.
venom: Jestem miło zaskoczony tym numerem. Uważam, że sprowadzenie oryginalnej piątki X-men wygląda na serio nieźle. Najbardziej rozbawiła mnie reakcja Iceman'a na swoją przyszłą wersję. Troszkę nawet wzruszyła mnie Jean, gdy dowiedziała się jaka przyszłość ją czeka albo Wolverine'a na końcu, który oświadcza, że to prawdziwa Jean. Do tego jestem zaciekawiony tym, co dzieje się z Beastem, bardzo podoba mi się to, jak jest rysowany w tej serii, wreszcie wygląda tak jak powinien. Ogólnie nie mogę się doczekać spotkania Cyclopsów ze sobą, reakcji Emmy na Jean z przeszłości i spotkania Angel'ów ze sobą. Pokładam duże nadzieję w przyszłych numerach, mam nadzieję, że nie zawiodę się. Moja ocena 8/10.
Gil: Mimo, że widzę wyraźnie wszytkie wady tego komiksu, to nie mogę nic poradzić na fakt, że zaczyna mi się on podobać. Całkiem nieźle wypadło w tym numerze wprowadzenie old-new X-Men do new-old reality i ciaśniejsze zawiązanie wątku wokół choroby Beasta. Gorzej z tempem i metodologią fabuły. Wygląda to mniej więcej tak: oj, mamy wątpliwości, ale dobra, lecimy. Jean dowiaduje się, że kiedyś będzie telepatką – pięć minut i już powala Logana (a jak wiemy, nawet Chuck miał problemy z jego psychicznymi blokadami, więc to niezłe osiągnięcie). Zostawiają młodych samych na 5 minut, a ci już kradną Blackbirda i rzucają się w wir akcji. Dzieje się to wszystko zdecydowanie zbyt szybko, przez co mam wrażenie, że Bendis doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że są to słabe punkty fabuły i chce mieć je jak najszybciej za sobą. No, ale jak już wspomniałem, nadal bawiłem się całkiem nieźle, bo dynamika postaci wynagradza częściowo niedociągnięcia w fabule. Czyli jest duża szansa, że sprawdzą się moje przewidywania i z głupiutkiego pomysłu wyjdzie coś całkiem fajnego. Oby, bo nadzieje trochę odżyły. Aha, rysunki również uważam za plus tej serii. Będę jeszcze trochę powściągliwy i dam tytułowi czas na rozkręcenie, ale tym razem ocenię na 6/10.

Astonishing X-Men vol. 3 Annual #1
Hotaru: Zdziwiło mnie, że tego komiksu nie pisała Marjorie Liu. Dobrze, że nie zwróciłem na to uwagi przed lekturą, bo gdybym od początku spodziewał się Gage'a, z miejsca szukałbym charakterystycznych mu łapotologicznych monologów. A tak czytało mi się to całkiem przyjemnie. Nie przeszkadzały mi też rysunki Baldeona - wygląda na to, że artysta wreszcie wychwycił subtelną różnicę między twarzą kobiecą a końskim pyskiem.
S_O: Zasadniczym plusem tego numeru jest fakt, że nie ma tu Gage-Rogue. I to właściwie tyle, jeśli chodzi o zalety.
Historia jest nienatchniona i nie rozwija żadnej z postaci, a że Gage nie do końca łapie, o co chodzi z głębią postaci, to jej główny bohater, Kyle, mąż Northstara, nie zdobywa ani trochę sympatii. Ot, parę frazesów o tym, że bycie parą to nie zawsze łatwizna z odrobiną obijania łotrów w tle.
Choć muszę przyznać, że Kyle udzielający Przyjaciołom Ludzkości porad z dziedziny PRu wywołał u mnie uśmiech.
venom: Nawet mi się podobał ten numer. Może nie był nadzwyczajny, ale jego lektura sprawiła mi przyjemność. Rozmowa Kyle'a z poszczególnymi X-Menami wypadła sympatycznie, zwłaszcza rozmowa z Iceman'em i jego tekst, że Scott'owi i Jean tylko dlatego się nie udało, bo ona umarła. Taki drobny szczegół. Może jedynie moce Northstara są tu lekko wyolbrzymione, ale jakoś nie mam tego za złe. Moja ocena 6/10.
Gil: Chwila, chwila… czy to przypadkiem nie powinien być Annual numer 2? A może mi się zdaje, że w numerze 1 był finał historii "Unstoppable"? (No dobra, sprawdziłem, to był Giant-Size, ale wątpliwości mają znaczenie.) Anyways… Osią numeru jest Kyle, mąż Northstara. W związku z czym, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to usilna próba dodania jakiejkolwiek wartości do tej nijakiej i całkowicie zbędnej postaci. Serio – jeśli odłożymy na bok cały wątek pierwszego w historii komiksu gejowskiego małżeństwa, do czego więcej przydał się Kyle? Nie kojarzę żadnej jego back story, a jedynie fakt, że stosunkowo częściej był porywany i ratowany niż Lois Lane i Mary Jane razem wzięte. A teraz każdy członek zespołu przysiada z nim na 5 minut, żeby pogawędzić o związkach. I na końcu znów trzeba go ratować. Zbędne? I to, kurde, jak! Dorzućmy do tego mało ciekawe rysunki i mamy coś, co każdy może sobie z czystym sumieniem darować. Okay, scenariusz nie jest zły, tylko po prostu brak w nim treści, więc nie będę przesadnie krytyczny i zakończę na 4/10.

Captain America And Black Widow #639
S_O: Cliffhanger z zeszłego numeru? Okazuje się, że atakujący naszych bohaterów jaszczury nie są takie złe. Nie cierpię tego typu bait-and-switch, więc od początku byłem źle nastawiony. Reszta numeru nie poprawiła mojego humoru, a kolejny cliffhanger, tym razem w stylu Deus ex Rectum, jeszcze pogorszył sprawę. Daleko jeszcze do końca?
Gil: A skoro mowa o braku treści, to mamy tutaj przykład komiksu, który nie tylko cierpi na tę przypadłość, ale oprócz niej również na wiele innych: kiepskie rysunki, marne dialogi, kliszowe rozwiązania i całą masę waty. Już któryś z kolei numer Cap i dwie Wdowy turlają się po międzywymiarowym wysypisku, na którym to trafiają na coraz dziwniejsze, a zarazem mniej interesujące okazy. Nic się nie dzieje, nie ma na czym oka zawiesić, po prostu wata, trociny i płyta pilśniowa. Szczerze żal mi tych dziesięciu minut, które poświęciłem temu zeszytowi… a mogłem sobie zjeść mandarynkę. Do diabła, Bunn, weź już skończ! 2/10.

FF vol. 2 #1
S_O: ...Jestem zaintrygowany. Choć muszę przyznać, że wydawało mi się, że Czwórka zabierze WSZYSTKIE swoje dzieciaki na swoją wędrówkę - w końcu tylu nowych rzeczy mogłyby się nauczyć, będąc imaginautami.
Co mi się jednak NIE podoba, to fakt, że na pierwszy rzut oka dzieciaki, które zdążyłem polubić, zostały sprasowane do dwóch wymiarów - tak samo, jak w głównej serii Johnny wrócił do bycia głąbem, tak tutaj uczniowie Reeda prezentują jedynie swoje najbardziej podstawowe cechy charakteru. Mam nadzieję, że się mylę.
Krzycer: Może być ciekawe. Na dodatek w tym tytule wkrótce zabraknie Thinga i Johnny'ego, czyli najsłabszych w wykonaniu Fractiona postaci. Możliwe, że ich odlot zaowocuje skokiem poziomu. A przynajmniej spadkiem irytacji czytelnika.
A rysunki Allreda mi się podobają, lubię jego kreskę... Gdyby tylko trzymał się proporcji, a niestety czasami się z nimi rozstaje i postaci kończą z porąbanymi kończynami.

strz1: Oczekiwałem tragedii a jest niespodziewanie miło. Tak miło, że nawet te szkaradne rysunki (tak znowu) mi bardzo nie przeszkadzały. Fajne dialogi. Wszystkie. Co prawda nie wiem, jaki sens ma wprowadzenie dziewczyny Storma, ani to czy Reed mówił prawdę (jeśli tak to Marvel Now zaczyna od umierających dwóch ważnych postaci.. ) a tym bardziej jak to będzie wyglądało, jęsli F4 naprawdę nie będzie tylko 4 minuty. Ale nieważne. Czyta się fajnie. Mogłoby się jeszcze lepiej oglądać.
Gil:Nie tak dawno temu, zapowiedź tej serii wskazałem jako najgorszy fragment ostatniego Point One, więc spodziewałem się masakry i tragedii z melodramatem. Masakry nie było, tragedii najwyżej ciutka i to zaocznie, a melodramatu również tylko trochę. Zaczynam mieć nadzieje, że naprawdę coś dobrego wyjdzie z runu Fractiona w tych seriach… i trochę się tej nadziei boję. Pomysł polega na tym, że ktoś musi zastąpić F4 podczas ich nieobecności, więc każdy wybiera sobie zastępcę. Poza Johnnym, który jest debilem. W założeniu zastępstwo ma trwać 4 minuty, ale wszyscy wiemy, że na tym się nie skończy. Tak wiec dostajemy Ant-Mana, który przenosi tu swój melodramat, Shulkie, która jak zwykle jest cool, Medusę, bo tak, oraz jakąś różowowłosą bździągwę na dokładkę. Obiekt pierwszy i ostatni niepokoją mnie najbardziej. Ale w tym numerze jest całkiem spoko. Większość poświęcona jest wstępowi i rozstawianiu pionków z bonusowym przypomnieniem, kto jest kim w FF oraz kim są nowe osoby. Czasami wypada to dobrze, czasami przyzwoicie, a w jednym (wiadomym) przypadku beznadziejnie. Rysunki… cóż, trzymają swój klimat, który nie do końca mi pasuje, ale jestem w stanie go docenić. Tak więc, na początek dam 6/10 i zobaczymy, w którą stronę się to potoczy.
Gamer2002:
Wprowadzenie dobre, choć nic poza tym. No ale poznajemy czwórkę bohaterów a także zaprezentowano nam dzieciarnię (Alex na razie jest moim ulubieńcem). Choć epicka zemsta Scotta Langa na Doomie jeszcze nawet nie została wspomniana, to widać że jest on głównym bohaterem. Jest najbardziej emocjonalnie zaangażowany z sytuacją jako były ojciec uczący cudze dzieci, jestem bardzo zainteresowany tym wątkiem i Fraction na razie sympatycznie go prowadzi. Co do Medusy i She-Hulk, to zostały dorzucone by były jakieś heroiny, zaś różowa by był wątek "a co ona tu robi?". 7/10.

Gambit vol. 5 #6
Hotaru: Oj, Diogenes Neves uznał, że dość ma już emulowania stylu Claya Manna i w tym numerze w ogóle nie zaprzątał sobie tym głowy. Nie byłoby to może aż tak odczuwalne, gdyby nie obrzydliwe nienatchnione kolory. Oprawa graficzna mogła być dobra, a tak jest tylko znośna. Podobnie jak scenariusz. Nie wiem, czemu Asmus postanowił wykorzystać w swej historii bastion brytyjskości. W każdym razie - nie wyszło mu to.
S_O: Żadnych straży przed zbrojownią pełną najbardziej zabójczych broni, jakie Zjednoczone Królestwo ma do zaoferowania? Tak, to brzmi rozsądnie. Również sam fakt, że skok na tę zbrojownię się udał, jest mało prawdopodobny - jest tyle warunków, od których zależało jego powodzenie, że aż głowa boli - a największym jest ten, że MI13 sprowadzi Gambita do tego samego miejsca, w któym owa zbrojownia się znajduje, a nie, bo ja wiem, "sankcjonuje" go na miejscu za to, że ośmielił się dotknąć Jej Królewską Mość. Seria sięga dnia szybciej, niż rozpoczęty w tym samym czasie Hawkeye, a zważywszy na to, co myślę o Fractionie, to wiele mówi.
Gil: Dwa numery dość blisko siebie, a jednak jest między nimi wyczuwalna różnica. Po pierwsze, Neves przestał podszywać się pod Manna i różnica w jakości wykonania jest wyraźna. Nazwijmy rzecz po imieniu: jest gorzej niż poprzednio. Nierówno i trochę niedbale. Fabuła dla odmiany trochę się poprawia, oddalając się od bondowskich klimatów w stronę MI:13 i to nie tylko ze względu na gościnne występy tych drugich. Mam na myśli bardziej skomplikowane wątki, zwroty akcji i parę niespodzianek. Wypadłoby to trochę lepiej, gdyby Wisdom nie zachowywał się jak półgłówek, ale chyba musimy się pogodzić z faktem, że przynajmniej w tym akcie gra rolę generycznego upierdliwego szefa. Mamy za to parę całkiem fajnych momentów z udziałem samego Gambita i jak zwykle świetnej Faizy oraz obiecujący cliffhanger. Może jeszcze coś z tego będzie, gdy w końcu Pete przejrzy na oczy, a tymczasem jest to typowe 5/10.

My Little Pony: Friendship Is Magic #1
S_O: Pewnie wielu z Was się zastanawia "czemu S_O chce dyskutować o komiksie z IDW?". Cóż, po pierwsze, jeśli plotka o Disneyu przygotowującym się do wykupienia Hasbro okaże się prawdą, to już wkrótce ta seria pojawi się wśród propozycji Marvela (który został w końcu kupiony właśnie po to, żeby D miał obsadzoną grupę demograficzną manchildów), a po drugie, z preorderami w liczbie około stu tysięcy ma wielką szansę na pojawienie się w TOP10 listopada i prawdopodobnie sprzedaje się lepiej niż jakikolwiek inny wspomniany tu komiks (może poza Uncanny Avengers, a i to pod warunkiem, że dobije chociaż ćwiartki tego, do czego dociągnął pierwszy numer, ze swymi siedemnastoma okładkami). So, be afraid. Be very afraid. Or join the herd.
avalonpulse0276c%20%5B1600x1200%5D.JPG
New Avengers vol. 2 #34 (Final Issue)
Hotaru: Kpina. Nie wiem, czyja to była decyzja, by Bendis po sobie posprzątał, ale wybitnie mi się nie podoba. Najpierw Strange przestaje być Sorcerer Supreme, by teraz być nim znowu. Najpierw Cage odkupuje Avengers Mansion, by teraz sprzedać ją pierwotnemu właścicielowi. I byłbym to zniósł w milczeniu, gdyby nie Victoria Hand - jedyne, co Bendisowi wyszło, a on ją ukatrupił. To się dopiero nazywa samobój. Powierzenie kolorowania tego numeru Beredo też było zresztą sabotażem. Jedyny pozytyw to fakt, że jest to już ostatni numer. Może Hickmanowi pójdzie lepiej.
S_O: Zakończenie prawie identyczne, niż w bezprzymiotnikowych - wielkie łubudu z gromadą gościnnych rysowników, tym razem jeszcze bardziej nie na miejscu. O ile jeszcze mogłem zrozumieć tę decyzję w Avengers, gdzie po splashpage'u narysowali ludzie, którzy już wcześniej pracowali nad Mścicielami, tak tutaj? Wygląda to tak, jakby ściągnęli większość z "artystów" z konkursu talentów.
No i mamy ostatnie przypadki Bendisa sprzątającego po sobie - Luke i Jessica odchodzą, Strange znowu jest Sorcererem Supreme... Brother Voodoo nadal nie żyje, ale jego i tak odkopywali raz na pięć lat, jak potrzebny był jakiś mag w Nowym Orleanie... No i Victoria Hand nadal nie żyje - co trzeba potraktować jako lekcję - nie bądź homoseksualną kobietą w świecie Marvela, w najlepszym wypadku stracisz nogę.
kuba g: Od początku "End Times" obstawiałem, że dostaniemy nowego Sorcerer Supreme i będzie nim Strange. W sumie cieszę się, że miałem rację. Dobrze też, że Bendis nie postanowił serio zabić syna Szatana bo mimo swojej pretensjonalności jakoś lubię typa. W sumie podobał mi sie ten zeszyt tak jak poprzednie. Taki znośnego 100% Bendisa. Szkoda tylko, że ten zeszyt pokazuje od groma zmarnowanego potencjału całego Vol. 2. Daredevil jako tło, street team, który zupełnie nie był street team'em, postaci, które Bendis dał czytelnikom w nowym świetle znikają bo tylko Bendis chce się nimi bawić (bo sorry ale Cage w Thunderbolts jest nieciekawy, podobnie jak Strange i Iron Fist w Defenders). Spoko zeszyt, który wypada jeszcze lepiej jeżeli pamięta się ostatni zeszyt głównych Avengers.
Gil: Nosz kurde! Czy oni specjalnie wciskają tu jakiś pseudo-artystów z kosmosu, żeby mnie wkurzyć? Zerknąłem na tę listę gościnnych rysowników i nie kojarzę żadnego z nazwisk, więc po jaką cholerę zmarnowali 6 stron komiksu na tę szopkę? Kumple Bendisa, czy ki czort? Tym bardziej mnie to wkurza, że za resztę wziął się Deodato i udało mu się wyprowadzić stronę graficzna na prostą… tylko po to, żeby w trakcie kulminacyjnej walki rozwalić cały efekt i zrobić czytelnikowi papkę z mózgu. Przesadzam? No to wyobraź sobie, że czytam sobie komiks, robi się fajnie, bo Strange ma skopać zad złemu Drummowi, a tu nagle jakieś kreskówki, bohomazy i beztalencia się wpieprzają. A potem jest już po walce i ni cholery nie wiadomo, co się stało. Za to Bendis znów wycofuje się rakiem z jednej bardziej radykalnej zmiany, więc Strange znów zostaje Sorcerer Supreme. Normalnie, jakby Tommy Lee Jones błysnął mi po oczach tym czymś z MIB. Nic się nie stało, idźcie do domu. Mighty %$@* annoying!!! Aha, no i państwo Cage też odchodzą, bo nie lubimy się dzielić. A najbardziej wkurza mnie to, że ta historia całkiem dobrze się zaczęła i narobiła mi nadziei. Dam 2/10, bo chociaż większość dało się przeczytać, ale i tak czuję się opluty.

Secret Avengers #34
S_O: Remender skończył się na "Kill 'em All". Minęły dopiero dwa numery tej historii, a jedyne, co mi przychodzi do głowy, to "długo jeszcze?". I tak wszyscy wiemy, że koniec końców Venom uratuje wszystkich.
Poza tym, Rinlojm? Serio?
Gil: Mam mieszane uczucia… Jest tu perę fajnych momentów, ale całościowo mam wrażenie, że jest to jednocześnie mocno over the top i całkowicie niepoważne. Z jednej strony mamy zagrażający całemu światu spisek robotów, które teoretycznie zdążyły już przejąć trzech członków Avengers, a z drugiej komiczną gonitwę z potworkami z innego wymiaru, jakby żywcem wyjętą ze Scooby Doo. To co mam teraz robić? Śmiać się, czy przejmować? Jak zacznę tak zmieniać nastroje to jeszcze się chwiejności emocjonalnej nabawię albo urodzę :P . Poza tym, należy się solidny bitchslap za kolejny durny numer z próżnią. O ile jeszcze kupiłbym to w przypadku Val, tak Flash latający sobie w kosmosie w samych gaciach przebija na skali głupoty podobny wyczyn u Aarona. Dla odmiany zauważyłem za to niewielki (ale zawsze) progres w rysunkach i to głównie w części potworkowej. Fajnie, że przynajmniej rysownik dobrze się bawił. No cóż, z dodatkowym minusem za kosmiczne bzdury i tak wycisnę 4/10.

Thor: God Of Thunder #2
Hotaru: A co tam - podobało mi się. Aaron wreszcie przedstawił antagonistę i - mimo wszystko - spodobało mi się to, co zobaczyłem. Pomimo tego, że Godbutcher wygląda jak potworek z "The Descent" Neila Marshalla i nosi tylko jakoś fikuśny jockstrap i kapturek z peleryną, i tak czuję przed nim respekt. Za to brawa należą się Ribicowi - nie każdy potrafiłby tego dokonać.
S_O: Hej, Światowid - you shoulda seen that comin'! Los słowiańskich bogów został świetnie przedstawiony (a raczej - nie przedstawiony. Czasem mniej to więcej), podobnie, jak samo starcie Thora z Rzeźnikiem - choć obawiam się tego, że rzecony zacznie sypać jak z rękawa punami na temat rzeźnictwa. Uważam Aarona za mistrza campu, ale widzę, że w tej serii celuje w coś innego - i nie chciałbym, żeby zawracał. Choć z drugiej strony, u Wolverine'a też na początku zajął się reaktywacją Weapon X, a potem zaczął rzucać bombami z mózgów.
Krzycer: Wciąż jest dobrze. Choć zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy dostali jeszcze jeden numer budowania klimatu, a nie tak od razu rzucali się w wir starcia z Rzeźnikiem Bogów.
A poza tym naprawdę, naprawdę wolałbym, gdyby Rzeźnik założył spodnie.

Gil: O ile numer poprzedni wbił się w naszą świadomość jak kołek w serce wampira ze swoim niesamowitym klimatem i suspensem, tak druga odsłona tytułu polega już przede wszystkim na klimacie. Mamy wreszcie okazję poznać Butchera i jednocześnie przyjrzeć się jego pierwszemu spotkaniu z Thorem. I poza taką drobnostką, że zabójca bogów wygląda jak Voldemort w stringach, jest to cholernie dobre starcie. Fajnie wpisuje się w fakt zniknięcia słowiańskich bóstw, ładnie gra na otoczeniu, a sama bitka jest odpowiednio dynamiczna i trzymająca w napięciu (chociaż wiemy, że Thor ją przeżyje, to wciąż czekamy na odpowiedź – jak?). Ogromne słowa uznania należą sie Ribicowi, bo tym razem to jego zasługą jest większość moich pozytywnych odczuć. Doskonałe i klimatyczne lokalizacje, dynamika walki... Ba! Sprawił nawet, że Voldemort w stringach nie wygląda śmiesznie! Teraz czekam, aż rozwinie się współczesna część historii i mam nadzieje, że nastąpi to już w następnym numerzea a nie czeka nas kolejny skok w czasie. Póki co, bardzo mocne 7/10.
Gamer2002: Ten zeszyt głównie skupiał się na walce Thora z Rzeźnikiem podczas gdy Thor pod koniec załatwia sprawę z psem a jeśli chodzi o Thora to on pojawia się tylko na panel.
Rzeźnik rzeczywiście powinien się ubrać, ale w sumie dobry sposób został wprowadzony. W przeszłości on jest jeszcze słaby, choć potrafi porządnie pobić młodego Thora, ale wiemy że z czasem staje się on coraz potężniejszy. Więc tak właściwie znamy go, ale jeszcze nie znamy go w pełni.
Poza tym, jest to najlepiej narysowany komiks jaki obecnie czytam a walka była dobra a seria trzyma klimat, 8/10.


Ultimate Comics: Iron Man #2
Hotaru: Odniosłem wrażenie, że ten numer był o wiele za długi. Jakoś wszystko rozlazło się w szwach, po co poświęcać kolejne 20-kilka stron na pokazywanie, że Mandarin może manipulować technologią Starka, skoro było już to pokazane w poprzednim numerze? Mam nadzieję, że intryga zagęści się w kolejnej odsłonie, bo jeśli nie, to będzie tak rozrzedzona, że praktycznie przestanie być dostrzegalna.

Ultimate Comics: X-Men #19
Hotaru: Zostało tylko 20 mutantów? I przyznali im własny kraj w miejscu, w którym nic nie ma prawa przeżyć? I Kitty na to poszła? To teraz jej drugorzędną mutacją jest głupota? Rozumiem, że uniwersum Ultimate ma być teraz dystopijne, ale Humphries i Wood mogliby się postarać i niszczyć dotychczasowy porządek z jakimś ładem i składem. Wiecie, tak jak wcześniej Hickman. A tak głupota na głupocie jedzie i idiotyzmem pogania, zarówno tutaj, jak i w Ultimates.
Krzycer: Czekaj, wróć, jeszcze raz: 20? Cała niepodległa mutancka partyzantka w tej ćwiartce USA stopniała do 20?
Hm. Ale poza tym podoba mi się o tyle, że widzimy, jak grupa (grupka, garstka, grupeńka) ludzi próbuje stworzyć społeczność. A to jest coś, czego bardzo, ale to bardzo mi zabrakło, gdy czytaliśmy o Utopii w 616.
Przy okazji - nie wiem, czy to ja nieuważnie czytam komiksy, czy przegapiłem jeden numer, ale kiedy grupa Shadowcat znalazła Storm? I co się stało z Colossusem, który był z nią w tym samym obozie?
Oraz pytanie sobie a muzom: czy Wood wie, że Psylocke już była wprowadzona w świecie Ultimate? I czy ona wyskoczyła znikąd w tym numerze, czy to znowu ja coś przegapiłem?


Uncanny Avengers #2
Hotaru: Jest trochę lepiej. W znaczeniu - Cassaday spaprał mniej kadrów, niż ostatnio. Ale fabuła w dalszym ciągu mi nie leży. Pojedyncze sceny są dobre - np. ucieczka Rogue - a pojedyncze tragiczne - np. przysięga Thora - ale całość nie trzyma się kupy. Jeśli takie mają być wszystkie flagowe serie, to nie wróżę Marvelowi dobrze.
S_O: Interesujące. Czy wszystkie przydupasy Clone Skulla to dzieci mutantów, jak wodnista córka Avalanche'a? Takie, które nie chciały być mutantami i przyjęły z ulgą M-Day, a które zostały do tego zmuszone przez Phoenix Event? To by akurat był bardzo ciekawy twist.
Poza tym jednak - bardzo przeciętnie. Remender skończył się na "Kill 'em All".
I skąd Clone Skull wie, że to Wanda doprowadziła do M-Day?
Krzycer: Kolejny zeszyt, który podobał mi się bardziej od pierwszego numeru. Przede wszystkim: niech Gage patrzy i się uczy, jak uzmysłowić czytelnikom, że postać jest awesome. Należy to pokazać, a nie ględzić o tym przez 20 numerów.
W każdym razie, Rogue tak tu kozaczy, że już wiem, że przede wszystkim dla niej będę czytał tę serię.
(Na marginesie: "Thank Remy LeBeau and all those kinky drinking bondage games"? Po pierwsze, TIM, po drugie: jak to właściwie działa?)
Scena, gdy wraz ze Scarlet Witch znajduje zwłoki Xaviera, była fantastyczna.
Wciąż za to nie jestem przekonany do Klon Skulla. Równie dobrze mógłby to być Hate-Monger. Albo można było wykorzystać Sin. Albo pokusić się o - szaleństwo! - stworzenie nowego przeciwnika...

strz1: Pomińmy w komiksach pomysł, scenariusz itp. Skupmy się na rysunkach. Chcę wiedzieć jak to możliwe, że zeszyt, który był opóźniony ma TAK szkaradne rysunki? I to przy naprawdę dobrym rysowniku jakim jest Cassaday i przy całkiem niezłe rysowanym poprzednim numerze? Można? Można!
Sam drugi zeszyt mi się nie podobał. Nie i tyle. Nie było nic ciekawego. Nie rozumiem, jak to możliwe, że SW wdawała się w dyskusję ze Skullem nim ten zaczął kontrolować jej umysł. Widocznie musiałby tam być Scott wtedy pewno poszło by urocze zaklęcie śmierci, czy coś innego. Jedynym fajnym (ale i spodziewanym) motywem są zabójstwa na nowo powstałych mutantach. Dość sensowny przebieg wydarzeń. Wolverine cały czas robi z siebie guru mutantów i edytorzy zdają mu się przyklaskiwać. Chyba dlatego nawet tak naiwna scena podziękowania dla Alexa przez ocalałego staruszka była zdatna do obejrzenia. I propos zaskoczeń - Ktoś ma wątpliwości, że Rogue i SW która to pokonała wraz z Hope Dark Phoenix dostaną baty od 5 rzędnych dziwolągów? Ja nie mam.
wolvie111: Kolejny drugi numer ważnej serii i kolejny, który mi się podobał, ale umiarkowanie. Ogólnie minusem są kiepskie rysunki. Gdy porównam sobie Cassadaya z Astoshing X-Men, z tym co pokazuje tutaj, to różnica jest ogromna. Jakoś nie mogę przekonać się przez to do nowych przeciwników z koźlimi głowami. Wątpliwe jest dla mnie też postawienie Havoka jako lidera. Serio jest aż tak dobry? Scena ze staruszkiem była mega wymuszona, tak jakby na potwierdzenie, że jego liderowanie to nie najlepszy pomysł. Jeśli to musi być mutant to znalazłby się np. Wolverine, Storm, czy już nawet Rogue. Nawiązując do niej rozpocznę te lepsze strony, bo taka Rogue, którą tu otrzymujemy jest świetna. Na pewno tej postaci, ta seria wyjdzie na dobre, bo w Legacy już trochę przynudzała. Mamy tu w jej wykonaniu świetną i właściwie jedyną w numerze akcję. Podoba mi charakter jej stosunków z Wandą i wreszcie finałowa scena z profesorem, jej wspomnienia, które nawet mnie wzruszyły. Ktoś wcześniej mówił, że przejmie ona w zespole rolę Logana...tu mamy wytłumaczenie. Poza tym całkiem dobrze udało się Remenderowi przedstawić historię Red Skulla i jego motywację. Zabójstwa nowych mutantów wprowadzają kolejny, trudny wątek. Może, więc być ciekawie i liczę na to, że będzie. Dzisiaj dam 6+, odjęte za spaprane rysunki, co nie powinno sie zdarzać, we flagowej serii.
avalonpulse0276d%20%5B1600x1200%5D.JPGkuba g: Są momenty. I to by było na tyle... Nie no serio. Póki widzimy gadki Kapitana, Thora i Logana jest ok. Takie wprowadzenie do całej ideii stojącej za składem ale bez ochów i achów. Szkoda tylko, że na ten moment i introdukcja Havoka jak i morderstwa mutantów są jakieś bez większego ładunku emocjonalnego. Przedstawione są tak jakby miały je wywołać ale przy lekturze tego nie poczułem. A później kompletnie straciłem jakiekolwiek zainteresowanie. Sceny z Red Skullem są nijakie. Emocje Roque też jakoś nie ruszają mnie. Ot, taki poziom scenariuszy Remendera jak w Secret Avengers, niby spoko ale jakoś mnie to nie rusza. A spoko bo pierwszy numer mi się podobał bardziej.
venom: Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Duet Rogue i Scarlet Witch ma spory potencjał, mam nadzieję, że zostanie wykorzystany. Z tych nowych stworów tylko córka Avalanche mi się podoba, reszta mam nadzieję, że szybko padnie. Plan mordowania mutantów całkiem ciekawy i nie zgodzę się, że sceny mordowania całkowicie pozbawione są emocji, skoro ojciec morduje swego syna czy dziewczyna swego chłopaka (choć całe szczęście, że go zabiła, bo kolejna postać ze skrzelami nie jest potrzebna w Marvelu). Zatem ocena 6/10.
Gil: Im więcej czytam historii Remendera, tym bardziej mam wrażenie, że Dark Angel Saga udała mu się fuksem. Jak w tej anegdotce, że gdyby posadzić dwa tysiące małp przy maszynach do pisania, to w końcu któraś napisałaby Hamleta. Pierwszy numer zostawił mnie z masą wątpliwości, które potwierdziły się i zaostrzyły tutaj. Po pierwsze, sztuczne kreowanie konfliktów w drużynie. Najpierw Rogue ma coś do Wandy, teraz nagle Wolviek ma problem z przywództwem Havoka i burczy coś do Capa. W dodatku, ciężko mi rozpoznać niektóre osoby i tu znów na pierwszy plan wysuwa się Rogue, która jak dla mnie jest zupełnie out of character. Pójdźmy dalej i spójrzmy na łotrzyków. Jak to częśto u Remendera bywa, pojawiają się bez jakichkolwiek wyjaśnień. Teraz dowiadujemy się, że Red Skull jest klonem oryginału jeszcze z czasów wojny, który 70 lat przesiedział w lodówce tylko ze względu na plot convinience, a teraz z tego samego powodu zwrócił się przeciwko mutantom. Co oczywiście nie przeszkadza mu otaczać się całą ich bandą i wykorzystywać ich zdolności. Nie mam pojęcia, co zrobił z mózgiem Chucka, ale jakoś zbyt łatwo mu to poszło (pomijając już fakt, że taki straszny nazista raczej brzydziłby się połączenia z czymś nieczystym). Podobnie zbyt łatwo poszło mu opanowanie Wandy, tak samo jak Rogue zbyt łatwo zwiała (połączenie przez wodę? Jej zdolności tak nie działają!) i zbyt łatwo wyrwała ją spod kontroli. I to jak Thor nagle zapragnął walczyć o prawa mutantów. I jak nagle znalazł się pod ręką szary obywatel, który rozstrzygnął dyskusyjną kwestię. Jakoś tak za mało jest w tym przekonującej fabuły, a za dużo wody. I o dziwo, nie całkiem podobają mi się rysunki. Zbliżenia są świetne, ale dalsze plany mocno po łebkach. I tym sposobem nie wyjdziemy ponad 5/10.
Gamer2002: Detektyw noir Wolverine mi się podobał, ale konflikt o Havoca rzeczywiście wymuszony. Thor podaje swoją wymówkę czemu ignorował mutantów i przechodzimy do dziewczyn. Czy Rogue ma być taka wiecznie wkurzona? A Skull radzi sobie z utylizacją organów mutantów lepiej niż U-men. 5/10.

Venom vol. 2 #27.1
S_O: Ciekawe. Najwyraźniej demon, którzy próbował opętać Venoma, nie do końca się poddał. Zobaczymy, co z tego wyniknie, choć znając Bunna - nic dobrego.
Za to spotkanie z dawną ofiarą Flasha (czarny gej! Twofer minority high-five!) strasznie nienatchniona. I łopatologiczna do bólu. Całe szczęście, że poświęcili na to "point one'a", czyli coś, na co nikt już nie zwraca uwagi.
Krzycer: Kiepsko jest. Bunn próbuje, ale mu się nie udaje. Widać to na przykład w scenie ze starym "kolegą" z liceum. Wiadomo, po co ta scena jest w komiksie: żeby Flash sobie (znowu) uświadomił, jakim to podłym draniem był. Ale po co ten gość w ogóle zaprasza Flasha do siebie? Bo dostajemy jeden powód, ale potem szeptana rozmowa go przekreśla zupełnie.
No i nie widzimy, jak ta cała sytuacja się kończy, więc znowu - służy tylko po to, by łopatologicznie popchnąć bohatera w jakimś kierunku.
Czyli jest słabo. Czyli jak zwykle.

Gil: Zbyt wiele nie mogę o tym numerze powiedzieć, poza tym, że przypomniał mi, dlaczego nigdy nie lubiłem Flasha Thompsona. Bo był dupkiem! I choćby nie wiem na jakiego gieroja i męczennika kreowali go teraz, w moich oczach zawsze pozostanie generycznym footballowym dupiem highschoolowym. No proszę, nawet się zrymowało. I oczywiście sprowadzili symbolicznego przedstawiciela uciskanych mniejszości, aby mu przebaczył i współczuł. Boo-hoo! Jedno, o czym mogę tu powiedzieć dobre słowo to rysunki, które są naprawdę fajne. Tylko tyle i aż tyle. A za zeszyt wystawię 4/10, bo chociaż był nijaki, to przynajmniej nie był skrajnie głupi.

X-Men: Legacy vol. 2 #2
Hotaru: Ten numer miał odrobinę więcej sensu, od poprzedniego. Ale to żaden wyczyn. Coś za coś jednak - gdzie poprawił się scenariusz, tam spadła jakość rysunków. Jeśli twórcy nie wezmą się rychło w garść, to przeczuwam szybki koniec tej serii.
S_O: A mnie się podoba. Nie mam zielonego pojęcia, skąd się wziął Redneck Man-Thing, ale mnie to nie obchodzi. Z jego zdolnościami mógł przylecieć nawet z drugiego końca świata, bo uznał, że ten sznurek jest wart pociągnięcia. No i chyba kontrolę nad Legionem przejęła jakaś świadomość Summersoidalna, bo w końcu wyrosły mu jaja.
Poza tym, znajdźcie sobie kadr, na któym kowboj-Legion terroryzuje stację graniczną, bo to ona mnie całkiem sprzedała. Wygląda na takiego szczęśliwego!
Krzycer: Na moment sytuacja się klaruje, by po chwili zrobić się jeszcze dziwniejszą. Ale wciąż mi się podoba - tak samo, jak wciąż nie podobają mi się rysunki TEH.
Można się czepiać detali (Legion zostawia chińskich szturmowców, żeby zamarzli - nic nam nie wiadomo o tym, by ktoś miał ich za chwilę znaleźć), ale Spurrier fajnie prowadzi Davida. A do tego dorzucił Blindfold i Chambera. Jeśli jeszcze wskrzesi Nightcrawlera, to będę przekonany, że pisze ten komiks specjalnie dla mnie.
Przy okazji - jak znajdę chwilę, to może sięgnę po słownik i się upewnię, ale mam niejasne wrażenie, że chińskie dialogi powstały przez wrzucenie angielskiego tekstu do translatora, z typowymi dla takiego zabiegu rezultatami...

venom: Właściwie nie wiem, co mam myśleć o tym numerze. X-men byli paskudnie namalowani, to wiem na pewno. Mam nadzieję, że Legion nie będzie znowu kontrolowany, mógłby w końcu zrobić porządek w tym swoim umyśle, bo zaczyna mnie to już nudzić - Legion szalony, Legion walczący z tym, Legion znowu szalony, znowu walczący z tym... to już troszkę takie oklepane... Ocena 5/10.
Gil: Rysownik do wymiany natychmiast, a nawet jeszcze wcześniej. Z całego nowego rzutu tytułów, ten ma zdecydowanie najgorszą grafikę. A jeśli chodzi o fabułę… No, może jest jeszcze jakaś nadzieja. Legion pobiegał trochę jak kot z pęcherzem, ale w końcu wziął się w garść. Widać, że to dopiero początek tej historii, więc nie chciałbym, żeby zaraz po starcie wyrżnęła o beton. Tym bardziej, że pojawiły się nowe elementy, które pozostawiają widoki na interesujący rozwój. Na przykład pan Latające Gały i czający się w głowie naszego bohatera mały, żółty Xaviero-Goblin. No i na scenę wkroczyli X-Men, w dodatku z Chamberem i Blindfold (hell yeah!). Tak więc, będę śledził uważnie i czekał na rozwój, ale póki co, nie mogę z czystym sumieniem wystawić więcej niż 5/10.
Gamer2002: Dziwne rzeczy dzieją się dalej, ale Legion przynajmniej mężnieje choć tęskni za ojcem. Latające oczy były fajne, mam nadzieje że jeszcze wrócą. Wciąż jednak jest to seria jednego bohatera, chyba będę musiał się do tego przyzwyczaić. Może to po prostu dlatego bo wprowadzanie ma się skupiać na głównym bohaterze, mam nadzieję że nie okaże się ono przydługie. 7/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #7
S_O: Oklaski należą się premier Danger. Za takie mistrzostwo w sztuce trollowania należy się szacunek. I tip my hat to you, ma'am.
Sam numer... taki sobie, ot, znalazła się Sage (czy ona nie została wessana w ścianę Panoptichronu w tamtej post-claremontowej miniserii?), Dazzler i Gayverine pobawili się w kawalerię, a Głowa Xaviera W Słoju zebrała nową drużynę, bo tak. Tylko męczenie Kurta wypadło nieźle.
Gil: Zaczynam mieć niezły ubaw przy czytaniu tego. Tyle tu głupot, że pusty śmiech od razu zbiera. Popatrzcie tylko na pierwszą stronę: jeden robot z cyckami i drugi, który nie ma ust, ale ma zęby pod pancerzem. A teraz niech mi ktoś powie, po co inteligentna forma robociego życia miałaby inwestować środki w coś tak nielogicznego? Ale spoko – to dopiero początek. Najpierw rysunki biorą w łeb, potem pojawia się oryginalna Sage z 616, którą Claremont zgubił w swoich New Exiles, a potem mały Nightcrawlerek próbuje popełnić ludo… czy raczej robobójstwo, ale mu nie wychodzi i bardzo z tego powodu rozpacza. A żeby było zabawniej, na sam koniec wpadają nowe postacie: druga Dazzler, jakiś Murzyn (konfederacki Bishop or sth?) i… czyżby to był chłopak Howletta? Gaycules? Ha! Już nie mogę się doczekać, jak to się dalej posunie! Aha, ale żeby nie było – komiks ssie i zasługuje najwyżej na 2/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0276a.jpgAll-New X-Men #2
Autor:
Stuart Immonen

Hotaru: To dopiero drugi numer, a ja już mam długą listę zarzutów w stosunku do tej serii. Nie znajduje się jednak na niej Stuart Immonen i jego rysunki. Chociaż to statyczne ujęcie, to nie mamy wątpliwości, że bohaterowie tylko czekają na to, by móc zacząć kopać tyłki. Nie drażni mnie nawet Wolverine na pierwszym planie, a to już wyczyn.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.11.28
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.