Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #275 (26.11.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 26 listopada 2012Numer 48/2012 (275)


Kolejne nowości spod znaku Marvel Now!, kontrowersyjny Amazing Spider-Man oraz kilka zakończeń. Tym żyliśmy w minionym tygodniu. Opinii dużo, dlatego tym bardziej zachęcam do lektury.

Amazing Spider-Man #698
Xavier83:
Przyznam, że Pająka czytałem ostatnio podczas "Spider-Island". Miło było przeczytać swego rodzaju wstęp do ostatnich wydarzeń w życiu Pająka. Faktycznie dopiero po przeczytaniu komiksu drugi raz te wszystkie nietypowe zachowania Petera z początku komiksu mocniej zastanawiają. Podoba mi się zwłaszcza rozmowa Petera i Mary Jane. Choć rysownik przedstawił ją jak jakąś 19-latkę. Ostatnie szokujące strony są naprawdę... szokujące. Ostatnia rozmowa Petera z Otto ładnie pokazana, a podejście Avengers nawet nie przeszkadzało w odbiorze komiksu. Podoba mi się ostatnia strona, która zachęca do sięgnięcia po dalsze części tej finałowej opowieści. 8/10.
Krzycer:
Ok, to było dziwne. I choć wciąż twierdzę, że starcie umysłów z początku "Big Time" będzie jakoś się wpisywało w to, co się stało, to Octo-Peter sugeruje tutaj, że podmiana nastąpiła dużo później. Tylko czy "dużo później" oznacza "tuż przed tym numerem", czy "po Ends of the Earth"? Bo jeśli to drugie, to zastanawiam się teraz, czy Peter zachowywał się jakoś nienaturalnie w którejś z - poprzedzających tę - historii, ale nic mi nie przychodzi do głowy.
A sam numer w porządku. W całości poświęcony budowaniu pod cliffhanger, ale w wypadku takiego cliffhangera jest to jak najbardziej uzasadnione.
Na marginesie: mam cichą nadzieję, że Slott jakoś nawiąże do tego, że Doc Ock próbował kiedyś poślubić May.
avalonpulse0275b%20%5B1600x1200%5D.JPGUndercik: Rewelacje rewelacjami, ale mam wrażenie, że już tradycyjnie Slott sprawi, że poważny wątek zostanie poprowadzony dziecinnie. Na razie tylko raz udało mu się po części uciec od tej tendencji w historii z Lizardem. Zastanawiam się tylko, kiedy nastąpiła podmiana. Gadżety Parkera jako broń Octopusa w "Ends of the Earth" niestety mogą świadczyć, że już wtedy była podmiana. Nawet rzuciłem kątem oka na te numery i by pasowało. Jest tylko jedno "ale". Parker chciałby zniszczyć świat? No chyba, że wtedy rzeczywiście chciał zlikwidować globalne ocieplenie, a Octo-Parker chciał go za wszelką cenę powstrzymać, przez co nastąpiło to, co nastąpiło. Dobra, kończę już spekulować i poczekam, aż Slott wyjaśni co, gdzie i jak. Dopiero wtedy będę mógł ocenić ten pomysł, oczywiście po przekartkowaniu poprzednich numerów.
Gamer2002:
Dan Slott zrobił to, co ma zmusić go do ukrywania się przed konwentami: puścił M. Night Shyamalana. Brawo, Slott, brawo, świetnie to poprowadziłeś w narracji i zachowaniu Parkera przez cały zeszyt, klimat serii gwałtownie się odmienił, a wszystkie zapowiedzi stanęły na głowie. Brawo. Otto faktycznie zrobił koszmarną rzecz Pajączkowi i wprowadził go w sytuację rodem z horroru. Zastanawiające, czy to odkręcą w 700. numerze... A może przekłada się na Superior Spider-Mana?
Ten numer jest poświęcony twistowi, który rozpoczyna historię i bardzo jestem zainteresowany, jak to się potoczy. I nawet bez względu na to jak to się potoczy, sam numer jest świetny i szokujący. 9/10.
EndrjuSzopen: Tu widzę, że szokujące i dobre; tam znowu, że szokujące. Zadaję sobie pytanie - Slott zmienił swój sposób prowadzenia ASM? Także jak najszybciej dorwałem się do najnowszego numeru z nadzieją na odmianę losów Pająka i w końcu coś porządnego do przeczytania, zwłaszcza, że wielki finał zbliża się wielkimi krokami. Jednakowoż... No, cóż mogę powiedzieć? No jest taki jakiś średni przez większość czasu, dostajemy mocnym obuchem po głowie pod koniec numeru. Czy ten obuch sprawia, że nagle Slott się zmienił? Nie. Owszem, cliffhanger mocny, ale w takim razie czemu Peter/Spider zachowuje się cały czas kompletnie tak samo? Owszem, Ock przejął wszystko, od wspomnień do myśli, ale jednak to on jest drugą częścią Petera, także... Byłem bardzo optymistycznie nastawiony do tego numeru i teraz jestem pozostawiony z rozterkami, bo po raz kolejny wygląda mi to na Slottowe rozwiązanie, które jest dużo mniej wielkie niż stara się nim być, zwłaszcza, gdy czyta się tą wypowiedź Petera/Ocka, która jest jakaś taka dziwna... Nie umiem tego opisać dokładnie. Owszem, zaskoczenie jest, ale po chwili zaczyna się pojawiać zbyt wiele pytań co do ścisłości i logiki tego cliffhangera (bo w sumie tylko pod niego ten numer został stworzony, reszta numeru może jedynie przydać się komuś, kto w życiu Pająka nie interesuje się ostatnio)... No nic, na razie z lekką ostrożnością przyjmuję ten numer, czekam, jak to się rozwinie. Jedyne, co mnie trzyma przy nadziei, że jednak to ma jakiś sens (w który teraz po prostu wątpię), to ta wypowiedź Slotta: I will say this — once "Ends of the Earth" ended, everything has been building to #700 in some way. Every story arc has pieces of the puzzle to what's coming up in #700. I think when you get there you'll see — especially in #699 — that you've been given a lot more of these building blocks over the years than you've realized. Years!
kuba g: Jedno co przyznam Slottowi. Za kilka lat jego run będzie tak samo rozpoznawalny jak "Saga Klonów", a pewnie nawet i bardziej, jako największy koszmar dekady w komiksach o Spider-Manie. Nie będę analizował poszczególnych momentów w odcinku, tylko będę dalej błagał, aby typ przestał pisać Parkera, zniknął z horyzontu, a pajęczak przestał celować tylko w target dla dwunastolatków.
Gil: I to jest to? Ten wielki zaskakująco-szokująco-szczękoopadający finalny wątek serii? To jest... to jest... po prostu głupie. Na tym etapie historii nie wiemy praktycznie nic, poza tym, że dostaliśmy cegłą po głowie, a podejrzewam, że nawet jak pojawią się w końcu wyjaśnienia, to nie będą one satysfakcjonujące. No dobra, ja wiem, że historie z zamianą ciał przewijały się w komiksach od zawsze i to właściwie klasyka, ale nie zmienia to faktu, że tego typu historie są głupie. I właśnie dlatego nigdy ich nie lubiłem. Jest milion powodów, dlaczego zamiana ciał nie miałaby szans zadziałać i nie mam tu na myśli tych naukowych powodów, które mówią, że nie i już. Jedna osoba musiałaby wiedzieć o drugiej praktycznie wszystko, a to dopiero połowa sukcesu. Zresztą, nie tylko tutaj komiks się potyka. Weźmy choćby taki prosty fakt, że nikt nie mógłby mówić, mając kilkanaście rurek w gardle. I jeszcze parę innych baboli by się znalazło. Ale za to rysunki są całkiem przyzwoite i przypominają mi stare dobre czasy. Wciąż jednak widzę przede wszystkim ten głupi pomysł i za niego dam 3/10.

Astonishing X-Men vol. 3 #56
Hotaru: Zakończenie tej historii wypadło odrobinę lepiej od poziomu poszczególnych numerów. Głównie ze względu na wątek osobisty i jego rozwiązanie, oraz pewne rozwojowe wydarzenia w życiu Karmy. Sama historia jednak jest grubo poniżej przeciętnej. Była tak nudna i szarpana, że czuję, jakby ciągnęła się latami. Liu nie mogła zdecydować się, kogo umieścić na pierwszym planie, przez co koniec końców nikt z zespołu nie dostaje wystarczającej ekspozycji. Northstar, Cecilia czy Karma, czy nawet Wolverine, Gambit i Iceman - każde z nich w pewnym momencie zostało zwyczajnie odstawione na boczny tor. Mam nadzieję, że Liu nabierze wiatru w żagle, bo jeśli nie, to... cóż - następny proszę!

Krzycer: Rozwiązanie fabuły przewidzieliśmy ile, dwa numery temu? Trochę lepiej (tzn. niespodziewaniej) poszły wątki osobiste Karmy, jej siostry i papy. No i fajna była rozmowa Shan z Loganem w końcówce.
...odwlekam to jak mogę, ale to był przeciętny numer bardzo przeciętnej historii. Wciąż wierzę, że Marjorie umie pisać ciekawsze komiksy. Obym się nie mylił.

Gil: Ależ to było przegadane... Najkrótsze streszczenie wyglądałoby tak: bla, bla (daddy issues) bla, bla, o, Iceman (nikt się nie dziwi), bla, bla, bla, bla, bla (more daddy issues) bla, bla, bla, bum!, boo-hoo, cześć, to my, X-Men – w sumie to nasz komiks, więc musimy się pokazać, ale spoko, nic nie będziemy robić, bla, bla, bla (podsumowanie), bla, bla, epilog. Czy muszę mówić, że jestem rozczarowany? A jestem tym bardziej, że praktycznie żaden wątek z otwarcia tej historii nie okazał się ważny dla jej zakończenia. Nie – żaden wątek z tej historii nie okazał się ważny. W ogóle. Cały czas krążyła wokół zbędnego wątku, sporadycznie odskakując na boki, by pokazać, że autorka jak chce, to potrafi wyjść z czymś fajnym. I podobnie wyglądał poziom rysunków: chwilami świetne, ale w większości nudne jak fabuła. No cóż, ale żeby sprawiedliwości stało się zadość, muszę przyznać, że historia zła nie była. Nie była też dobra, ale nie miała aż tak wyraźnych wad – poza tym, że była nudna. Tak więc z trudem, ale jednak wyciągnie 4/10.

Avengers vol. 4 #34 (Final Issue)
Hotaru: Cóż. Oprawa graficzna - miejscami dobra, miejscami co najwyżej znośna - to jedyny powód, by sięgnąć po ten numer. Fabuła jest tak wyprana z emocji, nudna, szablonowa i godząca w inteligencję czytelnika, że szkoda o niej gadać. Bendis zakończył tak, jak przez ostatnie lata pisał.
Krzycer: Ja wiem, że to koniec epoki i takie pocztówki na zakończenie to jak coś prosto z amerykańskiego serialu, ale i tak te cztery czy pięć splash page'y na koniec przypominało mi tylko o tym, że Bendis zawsze tak pisze duże walki. Kupą na wroga, mości panowie, i niech rysownik się bawi.
A sam numer równie bezpłciowy jak cała historia i większość tego volume'u (woluminu?).

Undercik: Powrót Wasp wypadł fajnie... i tyle. Bendis żegna się z tytułem na bardzo przeciętnym poziomie. Nie udało mu się wspiąć na wyżyny i godnie zakończyć przygody z Avengers. Wróg w finałowej historii wymuszony tak samo jak całe Avengers vol. 4. "Nawrócenie" Wonder Mana z czapy. Użycie różnych rysowników do finałowej bitwy byłoby dobre, gdyby nie fakt, że zostało wprowadzone na siłę i nawet nie chcę się im przyglądać, tylko przerzuca się strony aby dojść do finału zeszytu. Szkoda, że w takiej formie Bendis kończy przygodę z Mścicielami.
kuba g: W tym komiksie nie podoba mi się prawie wszystko. Serio, doceniam Bendisa od czasów, gdy dorwałem Torso i potem Sam & Twitch, ale nie mogę wytrzymać jego głównego teamu Avengerów. Ostatnie odcinki prowadzące tylko do nagłego odkupienia Wonder Mana, pustego rachunku sumienia Kapitana, które zbierało mu się od 34 odcinków i końcowego onelinera Tony'ego to trochę strata papieru i farby. Notabene tekst Starka w ostatnim kadrze i spory Hill z Quake to jedyne rzeczy, które umiliły mi lekturę tych totalnie zbędnych 30 stron. Szkoda.
Gil: Myślę, że dalszej części tej opinii nie powinny czytać osoby małoletnie ;). Bendis wykonał na koniec niezwykłą akrobację fabularno-fizjologiczną, poświęcając sporą część numeru dwóm paniom porównującym wielkość swoich penisów. Metaforycznych oczywiście. Jest to tym bardziej zabawne, że na rysunkach właściwie nie mogłem odróżnić ich od siebie, więc wyglądało to jak kłótnia klonów. Chociaż tak właściwie... to i tak prawie ta sama postać. Anyway, druga część numeru poświęcona jest Avengers bijącym ko... ehm, wystarczy już tych skojarzeń - centaura. Jest to wybitnie mało ekscytujące. Wręcz ujemnie. Postać znikąd, nie mająca nawet twarzy i imienia (no dobra, gdzieś tam padło, ale nie przyswoiłem) wyskakuje nagle i zbiera bęcki, po to tylko, byśmy nigdy więcej o nim nie słyszeli. A żeby było zabawniej, ktoś w końcu powiedział Bendisowi o istnieniu Microversum, więc nagle zniknęła gdzieś cała jego urojona Inner Space. Gorzej mogłoby być tylko, gdyby nagle pojawiły się symbionty. Ale przynajmniej końcówka wypadła nieźle, jak już Janet wróciła i zaczęła się wszystkiemu dziwować. Ocenie nie pomogą też rysunki. W części zasadniczej pełno jest dziwnych póz i wyrazów twarzy (zwłaszcza u Capa), natomiast kulminacyjna huzia na Józia wypadła komicznie z całym tym spędem rysowników, którym polecono narysować splash-page z wygibasami. I tak się dziwnie złożyło, że cały ten volume zasługuje na taką samą ocenę jak ten zeszyt, czyli 3/10.

Captain America vol. 7 #1
Krzycer:
Przede wszystkim, na niektórych kadrach podobała mi się kreska JRJR. Może to kwestia kolorów.
Ponadto, przypominają mi się takie historie jak, bo ja wiem... Spider-Man Unlimited? Tak się nazywał kreskówkowy nie-do-końca sequel TAS, w którym trafił do świata zwierzoludzi? No, więc dokładnie tak zapowiada się ta seria, to znaczy bardzo, bardzo dziwnie. To nie znaczy, że będzie zła. Po prostu... nie tego bym się spodziewał po komiksie z Capem. Ale kto wie? Może dostaniemy fajną, nieco campową, nieco silverage'ową rozrywkę? Pożyjemy - zobaczymy.

kuba g:
Byłem pełny obaw co do tego restartu. Z jednej strony dobrze, że zmieniono Brubakera, bo jego vol. 6 niestety nie był nawet w 1/3 tak dobry jak jego vol. 5. Nie wiem, na ile to kwestia wypalenia się z pomysłów, a na ile wina redaktorów, którzy kazali mu zejść z klimatu politycznego thrillera na rzecz akcji. Tak czy inaczej Brubaker obok Riebera z Cassaday'em był odpowiedzialny za kilka najlepszych i najmocniejszych historii w tym tytule. No i niestety Remender dał mi dokładnie to, czego się bałem - ponowne oderwanie Kapitana od rzeczywistości i popłynięcie w klimaty, które bardziej mi pasują do Fantastic Four lub Defenders. Na plus tylko sceny z dzieciństwa. Lubię w komiksach Marvela "daddy issues", nawet jak naiwne, to dalej dają jakąś głębię postaci. A "zielone czaszki eko terroryści" nie są dobrym pomysłem nawet jako żart na początek. Komiks się pewnie spodoba i przyjmie, ale jednak nie jest to w 100% dla mnie.

EndrjuSzopen: Nie przypadło mi to do gustu specjalnie, aczkolwiek wiadomo - to dopiero pierwszy numer, nie śmiem oceniać serii tylko po jednym zeszycie. Jednak jak na razie mogę powiedzieć, że nie jest to seria, która jest na szczycie mojej listy wyczekiwania na kolejne zeszyty. Ot, przeczytałem, zapoznałem się z historią, a życie płynie dalej.
Gil: Hm... nie wiedziałem, że ojcem Steve'a był Battlin' Jack Murdock, a matką... inny bokser? Damn you, Romita Junior! Trzy strony i już mam powyżej uszu tych rysunków. A wszyscy wiemy, że potrafi lepiej. Ba, nawet dalej jest lepiej, ale pierwszego wrażenia to już nie zmieni. A skoro już zacząłem od strony graficznej, to wielki szacun należy się całej oprawie, która dwoi się i troi, żeby wyciągnąć coś z tych bazgrołów. Czasami efekt jest całkiem przyjemny dla oka, ale niestety zwykle nic nie jest w stanie pomóc. Na przykład, gdy rysuje Zolę z profilu, chociaż jego gęba jest wyświetlana na płaskim ekranie. Co zaś się tyczy samej fabuły to... jest to jak dotąd najsłabsza z nowych jedynek. Retrospekcja nic nie wnosi, poza morałem. Wprowadzony zostaje nowy wróg, który też nic nie wnosi i od razu znika. Cap zachowuje się jak półgłówek, zostawiając wszystko na głowie przypadkowego policjanta, bo spieszy się na randkę. Potem dowiadujemy się, że właśnie obchodzi 90. urodziny, więc tym bardziej dziecinne wydaje się jego zachowanie. No i standardowo, jak para rozmawia o zaślubinach, to zaraz coś musi ich rozdzielić. Nawet nie będę pytał, skąd Zola wziął się w wymiarze Z i dlaczego wcześniej nikt o nim nie słyszał. Zapytam natomiast, jakim cudem podpiął się do jakiejś antycznej linii metra, jak ściągnął tam ludzi, jak okiełznał i wyposażył te potworki? I znów: jak Captain America mógł się dać na to złapać?!? Poza tym, jak już nagle się budzi, to koło łóżka ma mundurek i tarczę, których na 100% nie dałby rady schować pod garniturkiem. No i oczywiście mamy brawurową ucieczkę, która jest nie tylko niewiarygodna (ten dzieciak na końcu to prawdziwy cud), ale też nie mógłby jej wykonać ćwierćmózg, jakiego nam tu przedstawiono. Już nawet nie będę zaczynał o tym, że inny wymiar z potworkami nie pasują zupełnie do Capa, dodam tylko, że jak na razie zapowiada nam się kolejny Frankencastle. Jestem na nie! I wyrażę to poprzez ocenę 2/10.

Captain Marvel vol. 6 #7
Gil: No, jestem pod wrażeniem. Ktoś odrobił lekcje z historii Avengers i modeli samolotów. Już za to należy się pani z konikiem w nazwisku kudos i żółwik. Sama historia również nieźle się zaczyna. Kupując jedną Kapitankę dostajemy w promocji drugą gratis oraz bonus w postaci bardzo fajnej dynamiki między nimi obiema. Dla żeńskiej części czytelniczej publiczności znajdzie się też generyczne ciacho, na którym mogą zawiesić oko. Całość rozgrywa się wokół tajemnicy w stylu trójkąta bermudzkiego, tylko że bardziej lokalnej i chociaż dużą część numeru zajmują wzajemne przepychanki słowne, czyta się go fajnie. Potem dzieje się coś zaskakującego, czego na razie nie będę komentował, bo jeszcze brakuje kontekstu. Niestety, nie obyło się też bez zgrzytów: Karolka, która swobodnie lata w kosmosie, potrzebuje do nurkowania aparatu i cierpi na chorobę kesonową. Podejrzewam, że to pierwsze pojawiło się tylko po to, by móc ciągnąć dialogi, ale dla drugiego nie ma uzasadnienia. Dodajmy za to plus za kolejną zmianę rysownika i ostatecznie wyjdzie nam z tego przyzwoite 6/10, blisko siódemki.

Daredevil vol. 3 #20
kuba g: Ta seria jest ciągle dobra. Waid jest tu ciągle dobry jak kiedyś we Flash. Tak samo rysunki Samneego są świetne i przez to nie żałuję, że to już nie Rivera. Choć jednak zauważam, że ciągle tesknię za mrocznym i zdołowanym Daredevilem w wykonaniu Bendisa czy Brubakera. Zwłaszcza zauważyłem to w momencie, gdy znów oddalono od Murdocka obawę o załamanie nerwowe i omamy związane z Milą. Rozumiem potrzebę rozjaśnienia wizerunku Murdocka po prawie 10 latach nieszczęść, ale wraz z tym zniknął klimat noir, który w tej serii był dla mnie najważniejszy. Więc ciągle czytam Daredevila, ciesząc się scenariuszami Waida, ciągle mając nadzieję, że zamknie swoją historię na tym samym poziomie i za jakieś 8 numerów zmienią team twórców i dostanę z powrotem swój smutny kryminał po obecnej (prawie dwuletniej) chwili oddechu. Aha, podoba mi się bardzo klamra z pierwszym odcinkiem serii i powrót Spota, który z odcinka na odcinek staje się coraz mniej oczywisty. Kadr z bezgłowym ciałem Daredevila i (prawdziwym) Spotem wiszącym na okablowaniu to mój ulubiony kadr z tego tygodnia.

EndrjuSzopen: Serię tą bardzo lubię i polecam. Bo i jest dobrze pisana, i dobrze prowadzona, a i rysunki są dobre i charakterystyczne. Może ten zeszyt nie reprezentuje najwyższej formy, jaką ta seria pod ręką Waida potrafi reprezentować, ale mimo tego czyta się to dobrze - co perfekcyjnie pokazuje poziom serii.
Gil: No dobra, trochę mnie to zaintrygowało. Do pewnego momentu zdawało mi się, że historia będzie brnąć w coraz bardziej niedorzeczne pomysły Kojota Wilusia, jak bezgłowi niewolnicy i brzuchate przemytniczki, ale gdy już zdołałem się pogodzić z faktem, że moje nadzieje znów się nadziały, a historia szybko się stoczy, pojawiło się zaskoczenie. Spot? Skąd on się tam wziął? Czy on jednak nie jest Kojotem? A może to jakiś inny Spot? To w końcu dla kogo pracuje nasz Wiluś? Szczerze chcę wiedzieć. Trochę szkoda, że historia ostatecznie gra na zwykłej ciekawości i niewiele więcej ma do zaoferowania, ale jednak robi swoje. Chcę czytać dalej, bo chcę wiedzieć. Aczkolwiek chciałbym też, żeby już skończyli z tymi dziwnymi pomysłami. No dobra, ostatecznie ocenię na plus: 6/10, ale bez rewelacji.

Dark Avengers vol. 2 #183
Krzycer: Ojej, ileż wątków domagało się zamknięcia w tym numerze. Aż czytało się to jak jakiś silverage'owy komiks. "Hej, właśnie usłyszeliście, że wasz przyjaciel nie żyje, teraz moja kolej, mam wam coś do powiedzenia, ok, muszę spadać, bo kolejka się wydłuża..."
Innymi słowy - mnóstwo treści, mało akcji. Jakiejkolwiek akcji. A i cliffhanger jakoś nie zachęca.

EndrjuSzopen: Jak do tej pory źle mi się to czyta i odrzuca mnie już sama koncepcja drużyny stworzonej z bohaterów zrobionych na wzór oryginalnych Avengerów, bo jest to po prostu koncepcja co najmniej żałosna. Whatever. Ten numer w sumie był najlepszym co do tej pory przeczytałem, ale i tak wciąż mnie ta seria odrzuca. Czytam, bo jestem ciekawski. Gdybym z taką łatwością rzucał seriami, które czytam, a których nie, to byłaby pierwsza pozycja do odstrzału.
Gil: Ten epilog był mocno taki sobie. Owszem, większość wątków się domknęła (mniej lub bardziej), ale właściwie nie wydarzyło się nic wielkiego. Trochę pogadali, trochę się poszturchali, a potem się rozeszli i to właściwie wsio. Można powiedzieć, że cały zeszyt miał na celu pozbycie się poprzedniej grupy Thunderboltów, żeby zrobić miejsce dla nowego teamu w nadchodzącej serii, a w tej ustąpić miejsca grupie tytułowej. Nie będę się rozwodził nad tym, czy zmiany są na lepsze czy nie (bo nie są), ale jak przebiegły. Odpowiedź brzmi: tak sobie. Widać, że jest to wymuszone, ale jednak specyfika serii pozwoliła, by przeszło dość gładko. Można by tu pomarudzić co nieco nad każdą postacią, ale właściwie wszystkich dotyczy jedno i to samo: zamiatanie pod dywan. Mimo wszystko, momentami da się wyłapać jakieś fajne nawiązanie, czy domknięcie, które sprawia, że uśmiechamy się pod nosem. A i rysunki są lepsze niż przez kilka ostatnich numerów, więc ocena zamknie się na 5/10.

Deadpool vol. 3 #2
Undercik: Znów się dobrze bawiłem. Pomysł na nowego sidekicka Deadpoola wyśmienity, tylko pytanie czy nie zniknie w momencie jak Wade rozwiąże już problem z prezydentami. Do tego znów dobry humor, z kilkoma świetnymi tekstami. Jakie to szczęście, że Marvel zdecydował się przenieść Way'a do innego tytułu. Szata graficzna może nie jest jakaś specjalna, ale pasuje do tytułu i co najważniejsze mi się osobiście podoba.
Gil:
Wielka gonitwa za zombie-prezydentami trwa. I to właściwie tyle, bo ciężko mi powiedzieć coś więcej o tym zeszycie. Ewentualnie mógłbym jeszcze pochwalić początek z fantazjami w klasycznie 'poolowym stylu i zauważyć parę elementów edukacyjnych. No i może tym razem odniesienia są trochę bardziej czytelne, bo i postacie bardziej znane. Ale czy Kennedy nie powinien mieć wielkiej dziury w głowie? Czy może to już byłoby za wiele dla wrażliwej amerykańskiej publiki? W każdym razie, daleki jestem od zachwytów i zakwalifikuję to jako czytadło na wolną chwilę. Takie na 5/10.

avalonpulse0275c%20%5B1600x1200%5D.JPGHawkeye vol. 4 #4
Hotaru: Pulido to nie Aja. Pomimo dość wymagającej oprawy graficznej jednak, bawiłem się przednio. Jeszcze pół roku temu nie uwierzyłbym, że to kiedyś powiem, ale podoba mi się, że Fraction postanowił, iż tytułowy "Hawkeye" to niemal w równym stopniu Clint Barton, co Kate Bishop. Co więcej, Kate w jego rękach bardziej zasługuje na ten pseudonim, niż jego pierwotny właściciel. Pozostaje czekać na powrót rysownika i czekać na kolejny numer.
Krzycer: Przede wszystkim, Javier Pulido nie jest Davidem Ają. I to bardzo nim nie jest. I to boli, i miejscami nawet przeszkadza w lekturze, bo parę kadrów... po prostu się nie udało.
Ale poza tym - bawiłem się dobrze. Jak zwykle. Choć parę rzeczy mi przeszkadzało. Kwestia czy Hawkeye kiedyś kogoś zabił - mam wrażenie, że nawet parę razy w poprzednich trzech numerach. I czy Kate nie wpakowała komuś strzały w oko dwa numery temu? Albo czy nie była przy tym, jak Clint to zrobił? Mam wrażenie, że coś jest na rzeczy, ale nie chce mi się sprawdzać.
Dalej, kwestia samej taśmy. Cel jest określany jako terrorysta. A skoro to był terrorysta - to nie rozumiem problemu. Znaczy, może z etycznego punktu widzenia, może z prawnego, ale skandal na cały świat, który groziłby prezydentowi? Co innego, gdyby chodziło o wyeliminowanie przywódcy jakiegoś państwa, choćby uznawanego za bandyckie - jakiegoś fikcyjnego Ahmadinedżada. Wtedy to co innego (przynajmniej tak mnie nauczył West Wing), ale Fraction tak tego nie ujmuje.
No i, oczywiście, wiem, że Kate Bishop jest super, ale bez przesady... Trochę za bardzo kozaczy poza kadrem.
Ale i tak - bawiłem się dobrze. Mimo wszystko.

kuba g: Mam mieszane uczucia. Dalej to zaskakująco jedna z fajniejszych serii jaką Marvel obecnie oferuje. Kupuje mnie jej bardzo luźny klimat i udawanie szpiegowskiego kina akcji. Fakt, mógłbym się czepiać, z jaką łatwością została załatwiona Madame Masque, ale daruję sobie. Jedyną prawdziwą wadą przy lekturze było to, że pierwsze, co pomyślałem czytając "Tape", to "gdzie jest Aja?". Podobnie jak z Iron Fistem ten typ ustawia 50% odbioru historii i mimo, że tu rysunki nie są tragiczne i starają się naśladować klimat wcześniejszych numerów to jednak nie to samo. Mam nadzieję, że to chwilowa zmiana i od numeru #6 Aja wraca. Tak czy inaczej ciągle jaram się bardzo dobrze zrobioną serią o postaci, której w sumie nie lubię.
EndrjuSzopen: Zmiana rysownika widoczna, próba utrzymania tego samego klimatu, ale jednak to nie jest do końca to samo. Mimo wszystko wciąż czyta się wystarczająco przyjemnie i jeśli taka tendencja zostanie utrzymana w najbliższej przyszłości to można wymieniać Hawkeye'a jako jedną z najciekawszych aktualnie wydawanych pozycji.
Gil: Okay, teraz już nie mam wątpliwości, kto jest gwiazdą tej serii. Zniknął David Aja - zniknął cały fun. Z tymi rysunkami miałem wrażenie, że czytam jakiś fanowski komiks, zrobiony przez dzieciaki, które naoglądały się Bonda. Fabuła jest... nie chcę powiedzieć, że głupia (chociaż jest), więc użyję określenia: mocno niedzisiejsza. Całość toczy się wokół kasety video, na której Clint kogoś wysyła na tamten świat, a ponieważ misja była sankcjonowana, skandal wisi w powietrzu. Tak więc pierwsze i zasadnicze pytanie brzmi: po jaką cholerę oni trzymali tę kasetę, zamiast natychmiast ją zniszczyć?!? Każdy debil z telenoweli by tak zrobił, ale widocznie superagenci z S.H.I.E.L.D. nie grzeszą inteligencją na tym poziomie. Przynajmniej nie w tym komiksie. Potem Barton leci na Madripoor, żeby tę kasetę wykupić na aukcji pełnej łotrów (to już nawet nie Bond – to Austin Powers) i wpada w łapy Madame Masque. Nazwijcie to jak chcecie, może być nawet kobieca intuicja, ale jakoś na pierwszy rzut oka wiedziałem, że to będzie Kate. To było jakoś tak boleśnie oczywiste po mało subtelnym foreshadowingu. I już nawet wiem, co będzie dalej... Klisza na kliszy, kliszą poganiana. Pewnie powinienem być bardziej ostry, ale jednak zostanę przy 4/10, bo nadal cała seria nie budzi we mnie emocji.

Indestructible Hulk #1
Xavier83: Mark Waid. Leinil Yu. Scenarzysta umiejętnie pokazał już w pierwszym numerze, że potrafi tworzyć historie o różnych postaciach Marvela, w tym Hulka. Mamy tu połączenie solidnej akcji, zalążka intrygujących tajemnic i w końcu naukowego podejścia Bannera do tego, czym jest Hulk dla niego. Podoba mi się zwłaszcza ten emocjonalny wybuch po usłyszeniu "Tony Stark", jako osoby, która znalazła rozwiązanie kwestii Phoenixa. Wśród tekstów które przejdą do historii są te dwa dla mnie: Will be lucky if my tombstone doesn't simply say "Hulk Smash" oraz "Your strength...it's...it's INCALCULABE". Sceny walki są naprawdę przyjemne w odbiorze. Ciekawi mnie natomiast ten dźwięk przesuwających się wskazówek zegara - fajny pomysł. 8/10.
Undercik: Liczyłem na dobry komiks i się nie zawiodłem. Waid daje radę, tworząc najlepszy Hulkowy komiks od czasu "Planet Hulk". Jeżeli kolejne numery utrzymają ten poziom to zapowiada się, że ta seria będzie w moim top 5 pozycji z Marvela. " it's... it's... INCALCULABLE" wymiata, jak zresztą wszystkie dialogi czy teksty w ramkach. Nie czytałem runu Aarona, więc nie przeszkadza mi to, że rzekomo został olany. Szkoda tylko, że Yu nie jest w najwyższej formie, choć mam wrażenie, że po części jest to wina kolorysty. Mam nadzieję, że z biegiem serii będzie pod tym względem lepiej. ...tick...tick...tick...
kuba g: Po tym, co czytałem u Aarona to miła odmiana. Wszystko układa się zgrabnie, aby wprowadzić Hulka z powrotem w świat ludzi czyniących "dobro". Wszystko trzyma się kupy, jest całkiem ciekawe i chyba dobrze rokuje na przyszłość. Rysunki Yu, do których mam stosunek ambiwalentny, tu wchodzą mi całkiem dobrze. Szkoda tylko, że w sumie postać Hulka solowo nigdy specjalnie mnie nie interesowała, więc pewnie będę to czytał do czasu pierwszej małej głupoty, która da mi wymówkę, aby serię olać.
EndrjuSzopen: Nigdy nie przepadałem za ideą Hulka, dlatego bałem się rozpoczęcia przygody z jego solową serią, ale muszę przyznać - zaintrygowało mnie to i mi się podobało jak na początek. Tylko jeden zeszyt sprawił, że zaakceptowałem tę postać i mam zamiar z zainteresowaniem śledzić dalsze losy zielonego olbrzyma.
Gil: Wygląda na to, że będzie to kolejne pozytywne zaskoczenie nowego rzutu. Jestem mile zaskoczony zarówno poziomem fabuły, jak i rysunków, więc ośmielę się powiedzieć, że to pierwsza dobra historia z zielonym, jaką czytałem od... hm... chyba gdzieś od czasu "House Of M" (nie, nie podobała mi się "Planet Hulk"). Fabuła jest dosyć prosta i zaskakuje tym, że jakoś nikt wcześniej nie wpadł na takie rozwiązanie. A jest to dobre rozwiązanie, tak samo jak dobre są dialogi i perspektywy i nawiązania do niedawnych wydarzeń. Przy czym zupełnie nie obchodzi mnie to, jak ma się obecna sytuacja do tego, co pisały wcześniej Aarony, Loeby i Paki. Scena walki z Thinkerem jest może nieco chaotyczna, ale trudno się temu dziwić, skoro Hulk jest chodzącym żywiołem. Za to zaskoczyły mnie rysunki, i to bardzo pozytywnie. Leinil Yu jak chce, to potrafi i widać, że tutaj mu się chciało, a całości dopełnia dobrze dopasowana oprawa. W końcu Hulk nie jest przepakowany, nie wygląda jak małpolud ani jak troll, tylko jak... no, Hulk. Szukałem czegoś, czego mógłbym się przyczepić i nawet na siłę nic takiego nie wyłuskałem, więc chyba w końcu im się udało naprostować Sałatę. Solidne 7/10 dostanie.

Iron Man vol. 5 #2
Hotaru: Podoba mi się. Wprawdzie formuła historii zamkniętych w pojedynczych numerach trochę ogranicza kreatywność Gillena, lecz scenarzysta dobrze poradził sobie z tym - narzuconym przecież przez siebie samego - ograniczeniem. Zeszyt wygląda też lepiej, niż ostatnio, a to dlatego, że podczas rysowania zbroi trudno jest Landowi wplatać te swoje firmowe porno-pozy. Jest dobrze.
Krzycer: Ciekawą postać tutaj Gillen wprowadza (odświeża? Nie znałem dotąd Alex Jakjejtamowicz). A i turniej rycerski na egzotycznej wyspie był niczego sobie (dodatkowe punkty za przyznanie się do bondowskich inspiracji). Land znowu przeraża swoimi tworami, ale że tym razem częściej oglądaliśmy zbroje, niż ludzi, to nie przeszkadzało to tak bardzo w tym numerze.
Wciąż czekam, aż zastąpi go ktokolwiek inny (poza Stromanem i może - może - Portacio).

Undercik: Nie podobało mi się. Przez narrację, na jaką zdecydował się Gillen, moje oczy się zamykały, jakby szykowały się do zaśnięcia. Rysunki na takim samym poziomie jak w poprzednim numerze, ale za to poziom fabuły trochę spadł. Jest niestety przeciętnie, chociaż widać potencjał. Mam nadzieję, że Gillen go wykorzysta, bo coś czuję, że jak tak dalej pójdzie, to daruję sobie przygody Iron Mana.
kuba g: Gillen chyba nie chce tu za szybko wskoczyć w wielkie wydarzenia, ale już widać, że mimo jego zapowiedzi o nie planowaniu za daleko raczej i tak rozbuduje świat Iron Mana po swojemu. Rośnie to powoli i trochę dalej przypomina "Five Nightmares", ale jako, że Gillen na razie nie zawiódł to i tak będę sprawdzał każdy następny numer.
Gil: Cóż, tym razem przynajmniej widać, że jest to komiks napisany przez Gillena. Właśnie takiego mariażu elementów futurystycznych i mistycznych się po nim spodziewałem. Co prawda, te drugie występują na razie bardziej symbolicznie, bo tylko jako źródło inspiracji, ale jest szansa na rozwój. Niestety, jest to ten Gillen, który czasami pisał Uncanny X-Men i chyba nie bardzo wiedział, co chce osiągnąć. Powiedzmy sobie szczerze – treści za dużo tutaj nie ma. Pojawia się nowa grupa zakutych łbów, rzucają wyzwanie Tośkowi, dostają bęcki i koniec. Być może pojawią się jeszcze kiedyś, ale wtedy będa już tylko tymi frajerami, co dostali bęcki, a nie konkretnym zagrożeniem. Tutaj sprawiali takie wrażenienie przez chwilę, ale była to krótka chwila. Same pojedynki są średnio ciekawe i z czasem toną w technopaplaninie na temat rzeczy nieistniejących. Dowiadujemy się za to, że Merlin też była kobietą i jak większość kobiet ma coś do Antka. A potem ciach i historyjka się kończy. Cóż, jednak podobała mi się koncepcja, stojąca za zakutymi łbami i znalazłem parę fajnych momentów, a i rysunki nie przeszkadzały mi jakoś bardzo, więc łaskawie dam 6/10.

Journey Into Mystery #646
Hotaru: Wielka niespodzianka! Chociaż z jakiegoś powodu lubię Kathryn Immonen, to - przyznaję - nie wierzyłem, że uda jej się utrzymać moje zainteresowanie tą serią po tym, jak Kieron Gillen odszedł. A jednak. Co więcej, Valerio Schiti rysuje fenomenalnie, co jest dla mnie wielką niespodzianką, bo nie kojarzyłem jego poprzednich prac. Niektóre z narysowanych przez niego scen - myślę o rozmowie Sif z Nauczycielką - to czysta graficzna poezja. Journey into Mystery nie zginęło!
Krzycer: Nie do końca wiem, co się dzieje - choć końcówka dość jednoznacznie wskazuje, co się stanie dalej, a to już coś. Ale naprawdę, wystarczyło mi "Verily, can you dig it", ognisko domowe Gudrun, przeciągający się smok i cytat z Tolkiena w narracji, żeby całość mi się spodobała. Czekam na więcej.
Gil: O ile mam ogromny zapas sympatii dla pani Kasi, tak zaczynam dostrzegać pewien schemat w jej scenariuszach. Lekko niedostosowana bohaterka pakuje się znienacka w totalny mindfuck, który eskaluje przez całą opowieść, żeby na końcu prysnąć jak bańka mydlana i okazało się, że właściwie nic się nie stało. Tutaj zaczyna się tak samo: Sif... właściwie ciężko powiedzieć, czy się nudzi, czy ma problem z systemem... w każdym razie, postanawia zrobić coś, żeby stać się lepszą wojowniczką i rzuca się w wir dziwnych zdarzeń, które nie wiedzieć czemu kojarzą mi się z filmami Disneya, tylko że na metaamfetaminie. I teraz mam podobny problem jak z nową odsłoną X-Men: Legacy – jeszcze nie bardzo chwytam, ciągle mam nadzieję, ale jestem też trochę rozczarowany. Ale przynajmniej tutaj znalazłem parę oryginalnych i fajnych momentów, więc nie mam wątpliwości, że co najmniej 6/10 się należy.

Minimum Carnage: Omega (one-shot)
Krzycer: Było głupie, skończyło się głupio, autorzy zapomnieli, że Kasady nie ma nóg... Przynajmniej Kaine zrobił coś rozsądnego w końcówce, ale i z tym mam problem. Po pierwsze, bo to odgrzewane kotlety po "Maximum Carnage", po drugie, bo wciskanie Venoma w rolę Spider-Mana jest idiotyczne. Żołnierz Flash Thompson, weteran z Afganistanu/Iraku, tajny agent rządowy, który w swojej serii wyeliminował diabli wiedzą ilu drani, apeluje do sumienia Kaine'a i przekonuje go, że musi istnieć jakiś lepszy sposób, i że nawet Carnage'a warto ocalić? Jaki palant wpadł na to, żeby te słowa wcisnąć w jego usta? Już wolałbym, żeby znikąd pojawili się tam Avengers, albo żeby Spider-Man wyskoczył spod ziemi jak królik Bugs i wygłosił tę przemowę, bo w ustach Venoma jest naprawdę nie na miejscu. Zapiszę to na konto Bunna, bo to on prowadzi Venoma, poza tym za bardzo lubię Yosta, by go podejrzewać, ale to im naprawdę nie wyszło.

Undercik: Po tym, co zaserwowano nam w "Minimum Carnage", finał wypada przyzwoicie i nie jest to zbytnio pozytywna opinia. Największy plus? Wreszcie koniec i Yost będzie mógł już samemu, w spokoju pisać Scarlet Spidera. Wątpię też, aby ktoś w najbliższym czasie zajął się kontynuacją niezakończonego wątku w Microversum. Chyba, że będzie to w MarvelNOW... Mało prawdopodobne, ale skoro swój własny tytuł dostał Morbius, to wszystko jest możliwe.
EndrjuSzopen: He-he-he-helena. Kasady ma nagle nogi. No niesamowite, jak ten cały event, który porażał swoją głupotą bardziej niż AvX. No nic na to nie poradzimy, musimy tę pigułkę przełknąć szybko i przyjąć ją na klatę. To się wydarzyło, miało miejsce, musimy z tym żyć i nie możemy tego zmienić.
Gil: Czy ta historia naprawdę potrzebowała dwóch 1-shotów? Chyba tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, bo inaczej wszyscy by ją olali sikiem koszącym. Tak więc, w wielkim numerze Omega stało się... nic. Serio – nic. Okazało się, że wszystkie wątki związane z Microversum nie miały absolutnie żadnego znaczenia i żaden z nich nie został domknięty. Wszystko zkończyło się prawie slapstickowym i całkowicie schematycznym pojedynkiem. Carnage wrócił do pudła, a bohaterowie się rozeszli. Koniec. Nic się nie stało. No, chyba że weźmiemy pod uwagę dziury fabularne, nieciągłości, wewnętrzne sprzeczności i zwykłe, pospolite bzdury – wtedy jest w czym wybierać. Powiem tylko krótko: nic tu nie ma sensu! I nawet Medina zniżył się poziomem do treści, więc rysunki nie pomagają. To będzie gniot tygodnia z oceną 2/10.

Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #17
Hotaru: Czuję niedosyt. Niby jest dobrze, ale po tej serii oczekuję więcej. Tylko wątek rodziców Milesa autentycznie mnie zainteresował, a cała reszta... po prostu była. Bendis odtwarzał stare schematy, co powoli zaczyna nużyć. Pepe Larraz na ogół daje radę, ale zaliczył kilka potknięć, a jeden z kadrów, kiedy Spider-Woman jest dwa razy większa od Milesa, to już wybitne wyłożenie się na glebie. Ufam, że kiedy Bendis odstawi na bok Ultimates i znów skupi się na Spider-Manie, wszystko wróci do normy.
Undercik: Nie wyszedł ten numer Bendisowi. Spodziewałem się ukazania relacji Spider-Mana ze Spider-Woman w inny sposób niż "spadaj stąd, tu jest wojna, jesteś dzieciakiem, zginiesz, won!". Przerabiane to już było przy okazji spotkania z Capainem Americą (dwa razy!). Myślałem, że tutaj dostaniemy coś innego i zostanie poruszony fakt, że Miles miał okazję współpracować z żeńskim klonem Parkera. No cóż, mówi się trudno, może w przyszłości Bendis do tego wróci. Za to na duży plus wątek ojca Milesa. Może z tego wyjść coś naprawdę ciekawego.

Ultimate Comics: X-Men #18.1
Hotaru: O dziwo, ten numer czytało mi się o wiele przyjemniej, niż kilka poprzednich zeszytów razem wziętych. Nadal nie jestem pewien, czy Brian Wood jest odpowiednią osobą na stołku scenarzysty tej serii, lecz od czasu do czasu pokazuje, że nie jest kompletnie nie na miejscu. Ultimate Comics X-Men nadal jest kilka długości za UC Spider-Man, ale długość przed UC Ultimates. Zobaczymy, czy utrzyma tą pozycję.
jdtennesse: Kolejny odcinek dziwnej historii odgrywającej się w dziwnym świecie… Sam nie wiem, czy mi się podoba, czy nie. "Gwiazdą" numeru jest Kitty przesłuchiwana…może lepiej brzmi przepytywana…? No właśnie, po co ta rozmowa? Trochę po to, żeby wprowadzić nieco urozmaicenia do historii; mam na myśli opowiadanie historii z perspektywy czasu. Dowiadujemy się o wszystkim z zeznań. Co się wydarzyło? "Propozycja" wyleczenia, wybuch bomby. Mutant krzyczący "Stryker was right"!?! Really??? Nie wierzę, ale cóż, widocznie scenarzyści wierzą. No i rzeczywiście, mutacja Husk jest tak ohydna, że trzeba się jej pozbyć… Skoro Paige myśli, że jest taka odrażająca, to powinna poznać Chłopca Krewetkę z innego uniwersum. No i Mach Two. Ciekawa postać, trochę schizofreniczna jak na moją ocenę. Do niedawna – przyjaciel, a teraz - ??? Może wysunąć ten odłamek pocisku jak również wsunąć go głębiej… To tak for your information czy to może groźba? No i na koniec wywiezienie wszystkich wyleczonych mutantów do rezerwatu? Po co?? Są zagrożonym gatunkiem? Czy może groźnym? Trochę bez sensu. I czy dobrze zrozumiałem, że zostało 20 mutantów??? Ehh… Może teraz o stronie graficznej… Jest dziwnie, rysunki są pozbawione inkera, a do tego nie są ani typowe, ani ładne. Ale w sumie ciekawe… Postaci są trochę odrealnione, ale historia też jest "nie z tej ziemi". Ogólnie to dobrze się czyta, nadrobiłem ostatnio wszystkie odcinki UCXM i w sumie zamierzam czytać dalej. Tragedii nie ma, ale geniuszu też nie. 7/10.

Uncanny X-Force #34
Hotaru: Nadal jest dobrze, ale przyznaję, że po przedostatnim numerze serii spodziewałem się czegoś więcej. Oczekiwałem więcej dramaturgii, więcej poświęcenia, więcej... tego, co dostałem. Bo chociaż Remender domyka odpowiednie wątki, to jakoś i tak czuję niedosyt. Odrobinę też szkoda, że Phil Noto nie zdecydował się na odrobinę szaleństwa i nie poeksperymentował z rozłożeniem kadrów na stronicach. To, co zaprezentował, jest poprawne, ale boleśnie przewidywalne, stonowane i nudne. Żadnych panoramicznych ujęć, żadnych oryginalnych zabiegów - jedynie chłodna, nużąca poprawność. Po finale takiej historii oczekiwałbym odrobinę więcej.
Krzycer: Ojej. Naprawdę, ojej. To słowo, to uczucie, towarzyszyło mi podczas całej lektury. Wiadomo było, że "Final Execution" jest dopełnieniem runu Remendera, że jest kontynuacją wątków z "Apocalypse Solution" i "Dark Angel Saga", ale czy naprawdę popełnienie przez autora autoplagiatu było najlepszym sposobem na podkreślenie tych związków?
Problem przede wszystkim polega na tym, że życie, które Psylocke dała Angelowi, zabijając go, chwytało za serce, bo to było dwoje bohaterów serii. Słodko-gorzki "happy end" w sytuacji, w której o żadnym happy endzie nie mogło być mowy.
Natomiast tutaj, wyimaginowane ojcostwo Logana... Przede wszystkim, nikogo nie obchodzi Daken. Ponadto jest w tej serii ciałem obcym. A Remender właściwie dopiero w ostatnim numerze poruszył temat ich relacji. Za mało, za późno. Więc choć ma to szarpać za serce, to za serce jednak nie szarpie. Nie pomógł również Noto, który nie przyłożył się do otoczenia (nie tylko w tej scenie, prawie cały numer cierpi na brak porządnych teł), przez co to wygląda tak, jakby Logan topił synalka w kałuży. A to wypada po prostu śmiesznie.
avalonpulse0275d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Dalej - Remender niemal od samego początku nie mógł się zdecydować, czy pisze AoA Kurta jako AoA Kurta, czy zwykłego Nightcrawlera, co chyba wraca w momencie, gdy Eva mówi o jego "piety"...
Jeszcze dalej - po wszystkim, co przeszła, Psylocke była niemal główną bohaterką serii. I fajnie. I w tym momencie rozwiązanie jej konfliktu z Shadow Kingiem wypada bardzo niemrawo. Nie wiem, nie było miejsca? Raczej nie było pomysłu, żeby zrobić z tym coś ciekawszego.
Narzekam i narzekam, bo UXF Remendera lubię bardzo (przymykam oko na historię z Deathlokiem i wypad do Otherworldu), i wciąż czekałem, aż "Final Execution" powali mnie na łopatki tak, jak DAS. Ale się nie doczekałem. Co nie znaczy - że to kiepski komiks. Jest przynajmniej dobry, z paroma bardzo dobrymi elementami. Poznajemy potężny bitch hand Evana. Podobała mi się rzucona w gruzy katana Betsy. Deadpool Remendera wciąż jest fantastyczny. Ale to za mało. Oczekiwałem dużo więcej.

kuba g: Skłamałbym, jakbym napisał, że ten numer jest kiepski. Po prostu obecna historia z Genesisem nie utrzymuje dla mnie tego napięcia, które tak mocno czułem, gdy seria startowała. Ani zabicie Dakena nie miało odpowiednich emocji (nie licząc ulgi, że na razie będę miał spokój od postaci, która zupełnie mnie nie rusza, a wręcz irytuje), a i następny plan Creeda aby krzywdzić Wolverine'a jest dla mnie wyprany z siły. Jedyne co jest dla mnie wielkim plusem to zwyczajowo Deadpool w wersji Remendera, który odpowiada mi bardziej niż każda inna jego wersja w Marvelu.
Gil: Jak mawiał pewien były premier: "mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy." W takim razie, przykro mi, panie Remender, ale kończysz pan jak baba. To miała być epicka rozpierducha, a kończy się jak wenezuelska telenowela. Trupy, zdrady, rozmowy o życiu... jeszcze tylko brakuje, żeby ktoś stracił pamięć, a ktoś inny oślepł. Trzeciorzędne postacie, które nikogo nie obchodziły, poginęły, reszta złych pouciekała, zadzierając kiecę. Okazało się, że właściwie nic się nie ruszyło w głównych wątkach, a parę odważniejszych ruchów nawet cofnięto. Dużo było gadania, a jak już pojawiła się akcja, to była wyjątkowo nudna (w czym duży udział mają mało dynamiczne rysunki). Jedyny plus, jaki w tym widzę, to koniec Dakena. Ding-dong, the bitch is gone!!! Już za samo to chciałem podciągnąć ocenę, ale jednak tego nie zrobię, bo boję się, że ktoś go jeszcze wróci. W ten sposób, zarówno ten zeszyt, jak i cała historia, z trudem dociągną do oceny 4/10.

Wolverine #316
Gil: Chyba zabrakło im pomysłów na więcej morderczych imion, bo już nic nowego się w tej kwestii nie pojawia. Pojawia się za to jakaś banda kobitek nie wiadomo skąd i odbijają Wolvieka yyy... ze snów(?) kryształowej kobitki, a nawet przynoszą mu nową/starą piżamę. A ja co chwilę zadawałem sobie pytania typu: kim są ci ludzie? co to właściwie jest? albo: kiedy to się stało? Pewnie w wiekszości przypadków zwyczajnie o tym zapomniałem, ale to nie świadczy dobrze o historii, jeśli nic z niej nie pamiętam z numeru na numer. Chociaż, tak prawdę mówiąc, to wcale nie chcę pamiętać, bo nie ma w niej absolutnie nic interesującego. Standardowe bunnowe 3/10.


Wolverine And The X-Men #21
Hotaru: Ale zbuk. Kolejny numer Wolverine and the X-Men, w którym ani Wolverine, ani X-Men, nie odgrywają istotnych ról. Aaron znów skupia się na głupotach, stosuje irytujące zabiegi i z każdym kolejnym kadrem sprawia, że mam ochotę rzucić tę serię w trzy diabły. Tylko świetne rysunki Bradshawa jeszcze mnie przy niej trzymają.
Xavier83: Scenarzysta wykazał się fajną pomysłowością w kwestii zniknięcia kadry pedagogicznej oraz tego, co dzieciaki mogą robić w tym czasie. Quentin Quire jak dla mnie kradnie ten zeszyt. Dobrze jest kształtowany ostatnimi czasy i mam nadzieję, że to się utrzyma. Rozwijający się wątek Idie też jest jak dla mnie dobrze przedstawiany. Osobiście nie mogę się doczekać starcia Cyrku z ostatnim przedstawicielem rodu Frankensteina. Konsekwentnie doprowadzi to z wiadomych powodów do starcia Cyrku z Hellfire Club, przynajmniej taką mam nadzieję. James Howlett jako clown był uroczym ozdobnikiem tego komiksu. 6.5/10.
jdtennesse: "Riot At Grey's", hehehe. W sumie to pojechali po całości i podobało mi się. Chociaż muszę przyznać, że ten pomysł nowy nie jest, kojarzę go przynajmniej z kreskówek i seriali (pierwsze co przychodzi mi do głowy to serial Heroes), ale w komiksach chyba też już to widziałem i czytałem. Pamiętacie, jak robot Nanny porwał X-Ludzi i poddał ich praniu mózgu? Coś w tym stylu. No i rozpoczęcie historii od "środka", czyli coś się wcześniej zdarzyło i musimy się pobawić w detektywów albo poczekać dwa tygodnie, żeby dowiedzieć się, co to było. W sumie akcji było tak średnio dużo. Musieliśmy najpierw poznać cyrkowe wersje X-Men. No i X-uczniowie wyruszają na ratunek… To też było… Mojo, anyone? Odmłodzeni X-Men ratowani przez New Mutants. W sumie założenie szkoły miało na celu ochronę młodych mutantów przed udziałem w walkach i X-bitwach. Plus potwór Frankensteina i ostatni potomek doktora. Trochę dużo tego wszystkiego. Ale czekam na następny numer. 7/10.
Gil: Tak jak się spodziewałem – było dziwnie. Jedno, co mnie zaskoczyło to fakt, że nie pojawia się tu w ogóle Rekinołaczyca, która była w centrum poprzedniego numeru. Poza tym... tak naprawdę, kto czytał choćby jeden komiks z udziałem Mojo, widział już to wszystko i to w znacznie lepszym wydaniu (czytaj: posiadającym jakiekolwiek uzasadnienie). Tutaj przeskakujemy po prostu od jednej wykrzywionej wariacji do następnej, a ciężko wyłuskać jakąś fabułę. Z początku starałem się czytać dokładnie, potem zacząłem się ślizgać po tekście coraz bardziej i bardziej, aż w końcu i to sobie odpuściłem, bo znudziło mnie do reszty. Na plus dodam, że rysunki jakby lekko się poprawiły. Ostatecznie powiem tak: nie wystarczyło mi cierpliwości, żeby szukać w tym czegoś fajnego, ale może komuś uda się to znaleźć, dlatego wystawiam 4/10 spod znaku "do mnie nie trafiło".

X-Factor #247
Hotaru: Peter David nie schodzi poniżej pewnego poziomu i nie powinno być niespodzianką, że i tym razem nie zszedł. Perypetie Madroksa i Layli po ślubie w Vegas czyta się - i ogląda - wybornie. Zabrakło jednak "tego czegoś", co spowodowałoby podczas lektury nagłe wstrzymanie oddechu. Jest świetnie, ale mogło być jeszcze lepiej.
Gil: Nareszcie mogę szczerze i z czystym sumieniem powiedzieć, że oceniam kolejny numer X-Factor za realną zawartość, a nie za sentyment. Bo jest o niebo lepiej niż w poprzednich kilku numerach. Akcja odzyskała swoją naturalność i płynność, nie ma wymuszonych ruchów, wszystkie dialogi są żywe i dynamiczne... No, normalnie wiosna po zimie. Do tego Kirk w dobrej formie. Layla wyszła mu naprawdę ładnie, a cała reszta numeru nie spada poniżej pewnego poziomu spójności. Co do samej historii, to jej wielkim plusem jest lekkość, która pozwala odpocząć po ostatnich rewolucjach. Zresztą, właśnie po to państwo M. udali się do Vegas. A że trochę im nie wyszło, to tylko oznacza więcej funu dla nas. Zastanawiałem się tylko, kiedy pojawi się Deadpool, bo zombiasty generał Lee bardziej pasuje do jego aktualnej historii. Chociaż jako zapowiedź nadchodzącego piekielnego zamieszania też się sprawdza. W każdym razie, całość naprawdę zasługuje na solidne 7/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0275a.jpgHawkeye vol. 4 #4
Autor:
David Aja

Hotaru: Po raz kolejny Aja daje wyraz temu, że powiedzenie "Mowa jest srebrem, a milczenie złotem" jest trafne. Nawet, kiedy językiem jest rysunek. Minimalistycznie. Trafnie.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.11.21
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.