Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #274 (19.11.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 19 listopada 2012Numer 47/2012 (274)


Obrodziło nam w minionym tygodniu pozycjami z pod znaku Marvel Now!, dlatego też większość waszych opinii dotyczy właśnie tych komiksów. A że tak się złożyło, iż zostały one oznaczone numerem jeden, tym bardziej trzeba było im się przyjrzeć bliżej. Przygotujcie się na obszerną lekturę.

avalonpulse0274b%20%5B1600x1200%5D.JPGAll-New X-Men #1
Hotaru: Zacznę od rzeczy oczywistej - komiks wygląda świetnie. Immonen ma talent, ale czasami jego rysunki masakrowane są przez inkera i kolorystę. Tym razem jednak, mogę z ulgą powiedzieć, że tak się nie stało. Warto przekartkować ten zeszyt chociażby po to, by pooglądać sobie niektóre kadry. Czy warto go przeczytać? Cóż... Mam problem z fabułą. Nie podoba mi się nie tylko główny haczyk (sprowadzić z przeszłości wcześniejsze wersje x-ludzi? Toż to się kupy nie trzyma!), ale i pojedyncze zagrywki, takie jak nowa przypadłość Beasta, o której nikt nie wie, czy też sposób działania Cyclopsa i spółki. I czy gdzieś przeoczyłem, jak Emma wydostała się z kicia? Wiem jednak, że wypada tą serię czytać, bo jest "flagowa". Nie ważne jak kiepska się okaże.
Szczepi:
Przyznaję, pomysł Beasta na sprowadzenie oryginalnej piątki X-Men do teraźniejszości jest godny podziwu, lecz odrobinę naiwny. Rozumiem jego intencje naprawienia relacji pomiędzy obiema stronami X-Men, jednak uczynienie z tego dominującego wątku serii jakoś mnie nie przekonuje. Ba, nawet się nieco obawiam, że nic dobrego z tego nie wyniknie, pamiętając końcowe dokonania Bendisa w Avengers i New Avengers. Ogólnie, nie przekonał mnie za bardzo ten numer do siebie, jednak dam serii szansę, bo podobały mi się akcje grupy Cyclopsa. Poczekam też na bendisowe Uncanny X-Men, może coś więcej z tego wyniknie.
Krzycer:
Mam niejasną obawę, że ta seria będzie drugim Wolverine and the X-Men - mnóstwo potencjału, ale z numeru na numer czekam, aż zostanie zrealizowany, i prawie zawsze kończy się to rozczarowaniem.
Tymczasem mieliśmy ładne rysunki zrównoważone nachalnym foreshadowingiem i słabiutkim wątkiem podróży w czasie.

EndrjuSzopen:
Cyclops ostro się rozkręcił ze swoimi działaniami, X-Meni chcą w jakiś sposób go powstrzymać nie rozpoczynając wojny domowej, a najlepszym sposobem na jaki wpadają to przesłanie do teraźniejszości oryginalnego składu X-Menów, kiedy jeszcze Cyclops nie był tak ostry, a Henry McCoy nie był jeszcze Beastem. I tak naprawdę o tym jest ten zeszyt, o akcjach Cyclopsa, gadaniach Mutantów i podróży Beasta do przeszłości, by pogadać z Młodymi. Nie trzyma w napięciu, ale w sumie jest to tylko wprowadzenie, dlatego dajmy się rozwinąć co nieco.
wolvie111:
Bardzo podoba mi się to do czego dąży Cyclops i jak rozwija się sytuacja mutantów. Ponownie nieznoszeni przez ludzi? Wydaje mi się, że to zawsze było najlepsze ich wydanie. Drużyna Cyclopsa spisuje się świetnie, zdecydowanie na plus brak obecności Wolverine'a w tym numerze i to co dzieje się z Hankiem. Więc to za jego sprawą starzy/młodzi X-Men dostaną się do obecnej rzeczywistości? Nie wpadłem na taki rozwój sytuacji, a jeszcze bardziej intryguje mnie co dzieje się Beastem. Chce zrobić coś dobrego przed odejściem i ściąga młodego Scotta... świetne. Trochę porąbane, ale strasznie mnie intryguje co będzie dalej, nie mogę się doczekać kolejnych interakcji i całego rozwoju sytuacji. Rysunki też bardzo dobre, fajnie widzieć porządnie narysowanych X-Men. Nowi mutanci mogą być ciekawi. Trochę intryguje mnie po tym numerze po co tak wcześnie zdecydowano się odnowić serię Uncanny X-Men, bo w sumie tu mamy wszytko to co nas interesuje. Świetny początek, bardzo mi się podoba i chce więcej jak najszybciej. 8/10.
Lotar:
Kolejna seria ze świetnymi rysunkami. Oby twórcy wytrzymali tępo. Od początku pomysł ze sprowadzeniem oryginalnych X-Men do teraźniejszości uważałem za głupi. Niestety pierwszy numer okazał się całkiem fajny. Pewnie dlatego, że młodziaki ciągle są w przyszłości. Mimo wszytko jestem ciekaw jak to się wszytko potoczy i czekam (przede wszystkim) na mega babola w wykonaniu Bendisa.
Akcje z Cyclopsem i jego wesoła kompanią dosyć przesadzone. Skoro szwenda się z nimi Emma, to wszystko mogli załatwić cichaczem bez tej całej rozpierduchy. Summers zachował się w stylu Rogersa.
Gamer2002:
Co dobre: Rysunki są dobre. Koncept, że ściągamy w czasie do złej przyszłości gdy zła przyszłość jest kanonicznym linią czasową ma potencjał. Interesujący wątek chorującego Beasta. Dwoje nowych mutantów mogą być interesujący. Oryginalna piątka jest napisana dobrze. Bendis mógł to spieprzyć bardziej.
Co złe: Wszystkich pochrzaniło bo Bendis nie potrafi za grosz grać subtelnie. Cyke miał być gościem od brudnej roboty jak niegdyś był Wolverine, a nie iść full Magneto i puszczać gadki w stylu "elitarny gatunek" (chyba że chce by X-men się od niego odcięli). Wiem że ludzie w Marvelu nienawidzą mutantów, ale przesłuchanie leczącego było śmieszne. Reakcja X-men o to, że Cyclops pozyskuje ludzi dla rewolucji też - sami swego czasu rekrutowali mutantów ratując ich od prześladowców. No i ten Bobby "Scott z przeszłości sprzeciwiłby się obecnemu Scottowi" - Bendis, nie dość że foreshadowingujesz co dawałeś już w zapowiedziach to robisz to waląc czytelnika w twarz.
Ale jako wprowadzenie samo w sobie może być (ale obawiam się ciągnącej się historii) więc 5/10. Jeżeli żyjemy w Bendiswordzie bez dbania o to do czego doprowadził Gillen to niech będzie 6/10.
Wilsonon:
Bez ochów i achów. Jako że lubię wszelkiego rodzaju początki to budowanie ekipy Scotta wypadło czarująco. Podzielam opinie, że jego wypowiedź była zbyt radykalna; zbyt w stylu Magneto. Natomiast odnośnie jego akcji odbijania ciemiężonych mutantów to lepiej, żeby było to widoczne i efektowne. Lepiej żeby ludzie wiedzieli, że zadzieranie z mutantami kończy się źle i lepiej, aby nienawiść kumulowała sie na tej wyspecjalizowanej grupie niż na ogóle.
Immonen pozwala sie zrelaksować i pominąć błędy w scenariuszu. Na dobry początek: 6/10.
kuba g: Jako, że nie jestem hejterem Bendisa to bez większych obaw podszedłem do All-New X-Men #1. Ale oczywiście też nie jaram się jakoś bardzo bo wolę Bendisa trzymającego się z dala ot tytułów drużynowych. Dla mnie pierwszy numer jest w porządku, wywalił bym tylko motyw Icemana mówiącego kilka razy o Cyclopsie dziś i kiedyś, za duża łopatologia. No i mam nadzieję, że ta seria (a przynajmniej jej pierwsze numery zanim redaktorzy każą mu pisać historie pod eventy) będzie trzymać poziom House Of M, bo jakoś mam wrażenie, że to w sensie klimatu właśnie Bendis chce powtorzyć. No i daję wielki plus za rysunki i za Beasta, z całego X-Men to jest postać do której mam największy sentyment.
avalonpulse0274c%20%5B1600x1200%5D.JPGjdtennese: Skoro to mają być „całkowicie nowi X-Men” to dlaczego tyle tu staroci…? Po pierwsze, pierwotna drużyna. Niby fajnie, ale ile już razy powracano i od nowa pisano historie (o) X-Men. Po drugie, Beast przeżywa kolejną mutację? Dlaczego akurat on? To już… czwarta o ile się nie mylę. No i skąd te zmiany? Nowość, czyli rysunki są chyba najmocniejszą stroną tej opowieści. No i kolory też ;P . Podobają mi się nowi mutanci, ale zaczynam się obawiać czy autorzy nie stworzą znowu zbyt potężnych mutantów? I nie będą potem mieli na nich pomysłów. Dalej. Kiedyś nie spodziewałbym się ujrzeć Cyclopsa po stronie Magneto i to kroczącego przed nim, a nie za. Czasy się zmieniają, ludzie też. Chociaż podobno im bardziej coś się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo (czytaj Magneto). Ale skład tej nowej drużyny jest rzeczywiście niezły i potężny – cała czwórka bez wyjątku kroczyła ścieżką zła. Ale czy naprawdę mają wspólny cel? Zobaczymy. Póki co wydaje mi się, że postawa Cyke’a jest nieco wyolbrzymiona, a Magneto i tak nie jest sobą, to znaczy tym przerażającym mutantem zdolnym do niewyobrażalnych czynów. Na razie werbują mutantów… Tylko dokąd ich zwerbują? A jeśli chodzi o podróż w czasie i pomysł powrotu Beasta do początków… Po pierwsze autor zbyt nachalnie nas informował o tym co się stanie na kolejnych kartkach historii. Po drugie, i najważniejsze, moim zdaniem poszło to wszystko zbyt łatwo. Gdyby te podróże były takie łatwe… Czemu nie cofnąć się i uratować Profesora X? Czemu nie powstrzymać Phonix Five przed ich powstaniem? Czemu nie powstrzymać tego całego bałaganu jakim było AvX? Czemu nie cofnąć się i uratować Jean oraz rzeszę innych…? Pytania mógłbym mnożyć w nieskończoność… Ale jeśli miałbym nie ingerować w logikę wybory podróży do tego akurat czasu i miejsca, to historię się czyta. W miarę. Niekoniecznie logicznie. 5/10.
Gil: Trochę wstyd się przyznać, ale na tę nową serię czekałem najbardziej. No bo X-Men i Bendis i w ogóle... Miałem nadzieje, że będzie rewolucja nie tylko w treści, ale też w stylu i jakości. Silly me :P . Okazało się, że pisze to jeden z klonów Bendisa, ten odpowiedzialny za obecnych New Avengers. Innymi słowy, chwilami jest nieźle i dialogi całkiem przyzwoite, ale ogólne wrażenie jest dalekie od satysfakcji. Pospoilerujmy trochę, żeby to udowodnić: Okazuje się, że obiektem centralnym jest Beast, który pod wpływem jakiejś nowej, nieokreślonej jeszcze mutacji, wpadł w jakieś dziwne stany melancholijno-depresyjne, które przytępiły jego bystry umysł. Widząc, jak Summers i jego wesoła kompania rekrutują nowych mutantów na całym świecie, wpada na cudaczny pomysł, by sprowadzić Scotta z przeszłości, by przemówił do rozumu pięścią temu aktualnemu. There you go – oto oś fabuły. I od razu rzuca się w oczy jej najbardziej niedorzeczna część: skoro mają technologię do podróży w czasie, dlaczego wykorzystują ją w taki sposób, kiedy istnieje milion bardziej sensownych rozwiązań? Dlaczego ze wszystkich opcji wybierają wersję najmłodszą i najmniej doświadczoną, czyli teoretycznie najsłabszą? Od razu rzuca się też w oczy furtka dla rozwiązania kwestii nieścisłości w continuity: „Jak Xavier się o tym dowie, na pewno usunie wasze wspomnienia.” Ta-da! Jakie to proste, prawda? No, ale dobra, wszyscy wiemy, że czasami z głupiego pomysłu wychodzi coś fajnego, więc to jeszcze nie powód, żeby całość skreślać. Tym bardziej, że są też niezłe fragmenty, jak np. poczynania rewolucjonistów (chyba już możemy oficjalnie nazywać ich nowymi Uncanny?). O ile nie kupuję nowej filozofii Summersa, która jest bardziej radykalna niż u Magneto i niebezpiecznie zbliża się do Apocalypse’a (zaczynam podejrzewać, że wkrótce ktoś wyciągnie z rękawa fakt, że ci dwaj byli kiedyś zespoleni i zacznie nim wesoło wymachiwać), to sama akcja jest podana dobrze i strawnie. Tutaj pewien plus należy się Immonenowi, bo jego rysunki pasują do całości, chociaż bywały lepsze. Tak więc nie jestem zachwycony, większość moich oczekiwań padła, ale nadal dostrzegam tutaj potencjał i dlatego wystawię teraz neutralne 5/10 i poczekam jeszcze, jak to się rozwinie.
strz1:
Nie można się nie zgodzić, z powyższymi opiniami, że wątek cofnięcia w czasie ma tyle samo sensu, co oglądanie sejmu w tvp, ale reszta jest cholernie dobra. Zwłaszcza drużyna Cyclopsa, bo szczerze mówiąc mutanci z uniwersytetu działają mi straszliwie na nerwy.
 
Amazing Spider-Man #697
Szczepi:
Berek z Hobgoblinami zakończony w typowy dla Slotta sposób - naiwnie. Modell nosi przy sobie mobilne pole siłowe, Parker zaś dalej wkręca mu, że nie jest Spider-Manem. Co wiecej, Peter sam nie dowierza, że jego pracodawca to kupuje. Do tego dochodzi dość niejasna umowa Kingsleya z młodym Urichem - czyżby on kupił/wymusił na nim franczyzę Hobgoblina? Dziwne to to. Aha, jest szansa, że ten bardziej Zielony Goblin niebawem wychynie w serii. Anyway, w następnym numerze Doc Ock i kolejna porcja głupotek Slotta. Choć mam nadzieję, że nie.
EndrjuSzopen: Aplikacja na telefon - niewidzialna tarcza chroniąca przed pociskami; to ma sens. A także powrót tego czegoś na czym lata Pająk wzorem z Goblinów. No i oczywiście dwa Hobgobliny, co chwila współpracujący tudzież bijący się ze sobą. Tak naprawdę ASM czyta się coraz trudniej i tylko odlicza się numery do końca. No i tylko małe detale przykuwają mocniej uwagę, np. łysy Harry Osborne złoty Octobot podróżujący za Spiderem czy zniknięcie Normana Osborne'a ze szpitalnego łóżka...
Gamer2002:
O ile historia dla mnie była niepotrzebnie rozciągnięta a finał był taki sobie, to było kilka dobrych momentów. Przede wszystkim jak stary Hobgoblin załatwił sprawę młodego żądając od niego stałej opłaty za korzystanie z jego praw autorskich. A po tym zwyczajnie se wrócił do organizowania przestępczości w Europie. Poza tym, złoty blask z przepowiedni okazał się złotym octobotem - sprytne. Niech będzie 6/10.
Gil: Pod pewnymi względami, numer ten obudził we mnie wspomnienia – Spidey tłukący się z Hobbym na dachu to jedna z rzeczy, które pamiętam z wczesnego Semica i miałem dość przyjemne uczucie deja vu, kiedy coś podobnego zobaczyłem tutaj. Z drugiej jednak strony, historia pozostawia wiele do życzenia. Akcja z elementami slapsticku przesłania fabułę do tego stopnia, że pod koniec nie byłem już pewien czy dobrze pamiętam, jak to się zaczęło i o co chodziło. Natomiast dowiedzieliśmy się, że Osborn miał kiepski system zabezpieczeń... albo, że Piotrek potrafi w minutę zbudować glidera. Obie opcje raczej bez sensu. Aha i Harry jest teraz łysym rockersem. Tej informacji potrzebowałem... Zwłaszcza, że nawet nie zauważyłem jego braku. A na koniec, Max Geniusz domyślił się prawdziwej tożsamości Pajęczaka, co złamało diabelski czar... not. Ale może coś jest na rzeczy? Cóż, kilka niezłych tekstów i odrobina nostalgii to wciąż za mało na ocenę powyżej średniej – będzie 4/10.
 
Avengers Assemble #9
Gamer2002: Przyjemne z gatunku heroicznych ludzie będący heroiczni, poświęcone także kontrastowi pomiędzy Starkiem i Bannerem. Wbrew temu że nie pisał to Bendis Bendisowe pogaduszki na początku, ale wciąż mamy tutaj misję i akcję. Zabawne momenty i ogólnie przyjemne 7/10.

Gil: Przez pierwszą połowę zeszytu miałem wrażenie, że sięgnąłem po niezbyt wierną adaptację filmowych Avengers, przez co znów obudziły się moje największe wątpliwości w związku z ta serią, czyli: w jakim świecie się ona dzieje? Wygląda, jakby była gdzieś pomiędzy movieversum, a regularnym universum, ale tak naprawdę w żadnym z nich (mimo że historia Bendisa usilnie próbowała wpisać się w contiunuity 616). Zbyt dużo rzeczy jest nie na miejscu, zbyt dużo nie ma sensu, zbyt dużo przypomina jakiś campowy serial. A w drugiej połowie, to wszystko ściera się z motywem żywcem wyjętym z The Thing Carpentera i zgrzyt pomiędzy formą a treścią robi się tak wyraźny, że aż mnie zęby zaswędziały. Natomiast zeszyt ma jeden poważny plus: Stefano Caselli. Jego rysunki są świetne, nawet tam, gdzie próbuje upodobnić postaci do aktorów i Hulk ma perkaty nochal. Jeden z najbardziej wyrazistych, a przy tym także estetycznych styli wśród dzisiejszych rysowników. Ale nawet z dodatkowymi punktami za grafikę, wyciągnę najwyżej 5/10.

Fantastic Four vol. 4 #1
Krzycer:
Hm. Coś może z tego być. Przede wszystkim mam wrażenie, że Fraction jednak łapie Pierwszą Rodzinę, a przynajmniej Reeda i Sue. Johnny był irytujący, a o ile nieskończone "bro" jestem w stanie łyknąć w "Hawkeye'u", tak nagromadzenie "dummy" na jednej stronie przekroczyło mój limit tolerancji.
EndrjuSzopen: Styczność z tą radosną rodzinką miałem sporadyczną głównie dzięki ich gościnnym występom w innych czytanych przeze mnie komiksach. Jakoś też specjalnie nigdy nie kusiło mnie, żeby sięgnąć po ich główną serię, ale skoro zagłębiam się w Marvela sukcesywnie od dłuższego czasu - po ten zeszyt sięgnąć musiałem. No cóż, nie było źle, szału nie ma, ale czytało się dobrze, także nie widzę problemu w dalsze sięganie po zeszyty tej serii.

Gil: To chyba największe zaskoczenie wśród porcji nowych jedynek w tym tygodniu. Podszedłem do tego komiksu jak do krowiego placka na polu, ale o dziwo okazało się, że nie śmierdzi na kilometr. Pierwszy numer zaserwował nam dwa pomysły, które przykuwają uwagę i mogą się udać. Raz: pojawia się zagrożenie, którego natury jeszcze nie znamy. Nie jakiś super-wróg, ale coś, co zagraża zdrowiu i życiu w nieokreślony jeszcze sposób. To coś w miarę nowego, co gra na empatii czytelnika z postaciami i jednocześnie staje się motorem napędowym akcji. Dwa: pomysł, by oddzielić całą rodzinę od reszty heroicznego świata i wysłać w podróż w nieznane. Tutaj mamy właściwie nieograniczone możliwości, co wzmaga ciekawość i jednocześnie wpływa także na resztę uniwersum. Nawet jeśli pomysł momentami zalatuje motywami z Lost In Space, to jest obiecujący. Czyżby wreszcie Fraction trafił w swoją niszę i objawi tam ukryty talent? Jaaaakoś jednak w to wątpię i obawiam się, że jednak kiepskie wykonanie zarżnie dobry pomysł. Już wspomniałem, że parę razy przed oczami stanęły mi fragmenty z Lost In Space, poza tym w dialogach czai się wata i już widzę, że najsłabszymi ogniwami będą Johnny i Ben. Ale reszta jak na razie daje radę i jestem pozytywnie zaskoczony. Gdyby jeszcze rysował ktoś lepszy od Bagleya... No dobra, wiem, że ryzykuję i prawdopodobnie szybko tego pożałuję, ale na dobry początek wystawię 7/10.

First X-Men #4
EndrjuSzopen: Nic się nie zmieniło od ostatniego numeru tej mini serii Neala Adamsa, którzy tworzy komiksy w pełni zrozumiałem chyba tylko dla niego. Wciąż nie wiadomo o co tak naprawdę im wszystkim chodzi i na co to wszystko, czemu oni wszyscy cały czas się ze sobą kłócą... Ech, nie, to nie ma sensu, na szczęście został już tylko ostatni numer, iyi geceler.

Gil: Poddaję się. To jest tak brzydkie i durne, że nie chcę już więcej tego znosić. Zakończenie tego wszystkiego jest skrajnie oczywiste, więc nawet nie przykładałem się do czytania. Tym bardziej, że coraz gorsze rysunki nie zachęcały mnie do zatrzymania wzroku na dłużej. Fajnie, że Marvel chciał uhonorować weterana Neila Adamsa, ale bardziej bym się ucieszył, gdyby wysłali mu złoty zegarek, a nie zmuszali nas do czytania czegoś takiego. Tak, tak, wiem – nikt nikogo nie zmusza i właśnie dlatego mówię dość. A na pożegnanie 1/10.

Gambit vol. 5 #5
Hotaru: Przede wszystkim, jestem pod wielkim wrażeniem tego, do jakiego stopnia Diogenes Neves zmodyfikował swoją kreskę po to, by przypominała rysunki Claya Manna. Podobały mi się jego prace w X-Men: Worlds Apart i New Mutants, więc nie przeszkadzałoby mi, gdyby zachował swój styl, lecz doceniam jego dążenie do zachowanie spójnej wizualnej tożsamości tej serii. Brawo. Niestety, fabuła Asmusa nie jest tak dobra, jak rysunki. Jest po prostu strasznie nudna (a czasami po prostu głupiutka) i tylko cliff-hanger sprawia, że zacieram ręce na myśl o kolejnej odsłonie.
EndrjuSzopen:
Kolejny numer serii jedynie udowadnia, iż póki co nie znajdziemy tutaj niczego nadzwyczajnego, a wręcz przeciwnie, trochę możemy się przemęczyć, tytuł nie pomaga w pozytywnym odbiorze siebie samego. Może nie mamy tutaj na szybko wymyślonego potworka jak w ostatnich dwóch numerach, ale i tak solowe przygody Gambita są na tyle specyficzne, że naprawdę czyta mi się to źle, a do tego historia jest opowiedziana tak, że nie przykłada się do niej większej wagi.
Gil: Nie ma smoków, jest bardziej przyziemnie, a więc bardziej w ramach tego, czego można się spodziewać po Gambicie. Wkręcony, żeby coś ukraść wyczynia cuda, rozwala motory, spada z ogromnych wysokości i wpada prosto w sidła bad guya. Waaaait… cofam to, co wcześniej napisałem – to bardziej przypomina przygody Jamesa Bonda. Tym bardziej, że tuż za rogiem czai się MI:13, więc podejrzewam, że skojarzenie było zamierzone. Tylko, że nie jestem fanem tego typu wyczynów, więc wydają mi się trochę przegięte. I mam wrażenie, że moce Gambita zostały mocno osłabione przez scenarzystę – tak gdzieś do poziomu kapiszonów. Przynajmniej zmiana rysownika przebiegła w miarę bezboleśnie. Ale jakoś tak po przeczytaniu tego komiksu mam podobne wrażenia, jak po obejrzeniu któregoś z filmów Michaela Baya: po co mi to było? No ale dobra, może jeszcze fabuła jakoś się rozwinie jak na scenę wkroczy Wisdom. A tymczasem podciągnę trochę za rysunki i wyjdzie 5/10.

New Avengers vol. 2 #33
Hotaru: "Kończ waść, wstydu oszczędź" - chciałby się powiedzieć. Ale Bendis i tak nie posłucha i będzie nas katował jeszcze jeden numer. "End Times" jest kiepskie, a co gorsza - nie musiało takie być. Nie wiem, skąd pomysł, by wrzucić na rysunki Oeminga. W ogóle nie pasuje do wcześniejszych rysowników. Byłby to do przełknięcia, gdyby nie te paskudne kolory.
Szczepi:
Jak zwykle okładka kłamie. Liczyłem, że faktycznie stanie się z Jessicą coś, co spowoduje powrót Cage'a i włomotanie duchowi. A tak mamy zabawę LMD Hill ze Strangem, wzajemne okładanie się Avengers provided by Daniel Drumm i efektowne wejście potencjalnego kandydata na Sorcerera Supreme. Ogólnie - tęsknię za czasami, gdy historie były zamykane w jednym zeszycie, gdyż z tą bym tak zrobił. No cóż... Co do samej fabuły to szczerze, ani mnie ona ziębi ani grzeje, ot domykanie naprędce wątków. Jedyny mocny plus jaki widzę to rysunki Michaela Oeminga, bo przypominają mi niedożałowane "Avengers: Earth's Mightiest Heroes", zwłaszcza Maria Hill.
kuba g:
Jakoś lubię te motywy z miksowaniem rysowników w historiach kończących runy czy pewne reinkaranacje postaci, chyba nawet bardziej mi się to podoba gdy scenarzysta dobiera ich czysto sentymentalnie tak jak tutaj. Szkoda tylko, że historia jest tylko znośna, na pewno lepsza niż "End Times" w Avengers, ale jakoś przydało by się większe pierdolnięcie. Cóż, New Avengers volume 2 niestety jest tylko bladym cieniem volume 1. Ale i tak nie jest źle.
Gil: Kolejna zmiana rysownika i... od razu odechciało mi się czytać. Sprawa wygląda tak: mam wielki respekt dla Oeminga za scenariusz do historii Ragnarok, która domknęła drugi volume Thora, ale rysować to on nie umie. Absolutnie. Właśnie dlatego moja znajomość z Powers zakończyła się na pierwszym numerze i właśnie dlatego ten zeszyt był dla mnie zupełnie niestrawny. Po prostu nie trawię takiego stylu rysunków. It’s personal, m’kay? Natomiast jeśli chodzi o treść, to przynajmniej do reszty rozwiały się moje rojenia co do równoległości obu historii z pod znaku 'End Times'. Poza tym, nie jest dobrze. Połowa numeru to przepychanka, a druga połowa to nawalanka, w której Drumm poczyna sobie bardziej zuchwale niż Deadman z DC. A zupełnie rozśmieszył mnie cliffhanger, w którym Strange wyzywa ducha na pojedynek... na śmierć i życie. Seriously? No niestety, tym razem fail na wielu poziomach, ale to głównie grafika sprawiła, że ocenię zeszyt na 1/10.

Red She-Hulk #59
Gil: Chciałbym kiedyś przeczytać taką historię, w której ktoś wchodzi do laboratorium i mówi: „Słuchajcie panowie, moja koleżanka, która przewiduje przyszłość powiedziała, że to, co tu pichcicie spowoduje apokalipsę za mniej więcej tydzień. Czy moglibyście sobie darować? Pliiiz...?” A potem grupowy uścisk i idą na kawę. Byłoby to ogromne zaskoczenie i odskocznia od historii, w których ktoś wpada gdzieś, rozwala wszystko, a potem dowiadujemy się, że to wszystko przez jakąś przepowiednię, a nasz(a) bohater(ka) jest taka biedn(y/a) i niezrozumian(y/a)... Tak jak w tej historii właśnie. I jeszcze w dodatku ją biją, bo teraz komiksy pisze się już tylko o herosach tłukących się między sobą. I oczywiście nikt nie wyjaśnił, kim jest ta mała od przepowiedni. A zeszyt jest pełen waty do tego stopnia, że nawet Aaron zaczął mnie drażnić. Ale przynajmniej za niezłe rysunki podciągnę do 4/10.
 
Thor: God Of Thunder #1
Hotaru: Oprawa graficzna jest świetna. Esad Ribic ma talent i to widać. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to to, że kolorysta Dean White nie wpadł na pomysł, by zaakcentować zmiany epoko subtelną modyfikacją palety kolorystycznej. Stracona okazja. Wymyślona przez Aarona fabuła ma potencjał. Na razie jednak - nie zrealizowany. Czytelnik wyczuwa, co autor próbował osiągnąć pewnymi zabiegami, lecz nie chodzi o to, żeby oceniać komiks po intencjach jego twórców, ale po efekcie końcowym. A tej jest średni.
Szczepi:
Nie wiem jak on to zrobił, ale Jason Aaron stworzył naprawdę świetny, zabawny i intrygujący komiks. Nie udało mu się z Hulkiem, to może uda mu się z Thorem. Byle tylko unikał swoich firmowaych dziwactw w stylu zmutowanych zwierząt, popapranych złoczyńców czy dzieci z morderczymi skłonnościami. Do tego rysunki Esada Ribica świetnie oddają klimat tej historii osadzonej w świecie mitów i bogów, zupełnie jak podczas jego poprzedniej pracy Sub-Mariner: The Depths. Bardzo podoba mi się ten podział na młodszego, starszego i starego Thora zmagającego się z tajemnicą Rzeźnika Bogów. Najbardziej urzekło mnie jego najmłodsze wcielenie i wzmianka o wyśmienitym ale z jaskiniowego ślimaka na planecie Indigarr. Podsumowując, nie mogę się doczekać następnego numeru.
Krzycer:
To chyba najbardziej klimatyczny komiks Aarona jaki czytałem. Jeśli autor utrzyma klimat i wyciągnie coś naprawdę wartościowego z tej potrójnej narracji i rozstrzelenia po epokach, to może to być coś naprawdę fajnego.
Póki co - była to miła zajawka. Czy tylko mi się wydaje, że Ribic obsadził w roli Thora młodego Schwarzeneggera?
avalonpulse0274d%20%5B1600x1200%5D.JPGLotar: Koniec świata chyba faktycznie się zbliża skoro spodobał mi się komiks, którego autorem jest Aaron. Miałem tylko obejrzeć rysunki, bo są znakomite (brawa dla całej ekipy), ale jak już zacząłem czytać to nie mogłem się oderwać. Nigdy nie przepadałem za gromowładnym, ale gdy przestał bawić się w superbohatera i latać z innymi trykociarzami, to od razu przestało mnie od niego odrzucać. Pomysł z mordercą Bogów jest całkiem intrygujący i jeśli nie wmieszają się jakieś !@#$ z Avengers to może być ciekawie.
Wilsonon: No i ciesze się, że miałem rację. Jeżeli Aaron weźmie się za mistycyzm/legendy, to pójdzie mu dobrze. Scenarzysta przytrzymał mnie mocno przy skrypcie. Świetnie wyszło mu budowanie napięcia i siania niepewności przez co wzmagał czujność i strach. Nie wiem czy to dzięki temu, że historia nie trzyma się Ziemi i Aaronowi popuścili wodze, czy magicznym rysunkom Ribicia. Tak świetnie wgryzły się one w nastój historii, że miałem ochotę na bardziej realistyczne doświadczenie zaprezentowanych scen. Tu rozpalić ognisko, upiec upolowanego dzika i żłopnąć kufel piwa, tam wejść na balkon i poczuć zimne powiewy powietrza. Ribic jest genialny, a wraz z tak nałożonymi kolorami przesiąkniętymi szarością, ma się wrażenie czytania starej księgi przy migoczacym świetle świecy.
Jakaś wada? Może tylko w języku. Mam wrażenie, że słownik Thora stał sie nagle o wiele uboższy w zwroty typowe dla Skandynawii i charakterystyczną składnie.
Może wypowiadam sie zbyt optymistycznie, może rysownik ma zbyt duży wpływ na moje odczucia. Nic nie poradzę, że przypadł mi on do gustu. Ocena: 8,5/10.
EndrjuSzopen:
Bałem się tego komiksu, bo nigdy nie sięgałem do żadnych boskich komiksów i raczej wydawało mi się, że nie przypadłyby mi do gustu. Ale ten zeszyt został całkiem ciekawie napisany, koncepcja z pokazanie Thora w trzech różnych etapach jego życia w kontekście głównego antagonisty udał się bardzo dobrze, a do tego rysunki całkiem ładne. Ciekawi mnie jak to przebiegnie dalej i czy uda mi się przekonać do tego typu komiksów.
Gamer2002:
Świetny zeszyt. Bardzo dobre rysunki, klimatyczna historia interesująco opowiedziana z trzema Thoram. Nowy antagonista jest na razie interesujący, ale oczywiście z takimi niewiadomymi jest zawsze obawa, że wyjdzie kolejny Romulus. Ale na razie jestem optymistyczny po świetnym wprowadzeniu 8/10.
wolvie111:
Chyba pierwszy raz będę pisał o Thorze, bo nigdy nie czytałem serii z Odisonem. Od razu powiem, że numer jest świetny. Pięknie narysowany i napisany od początku do końca. Pokazanie Thora w trzech płaszczyznach czasowych uświadomiło mnie jak wielowymiarowa może być ta postać, co ciężko zauważyć znając go tylko z tytułów o Mścicielach. Postać bogata w duży zapas doświadczeń i już pierwsza historia tej serii zapowiada się świetnie. Podoba mi się jak pokazany jest tu Thor, wreszcie jako bóg, bo znam go jednak przede wszystkim jako superbohatera. Interesujący świat, w którym się obraca i intrygująca historia mordowanych bogów. Wszystko udało się owiać nutką mistycyzmu. Do tego bardzo dobre rysunki, klimatem trochę przypominające X-Force w wykonaniu Jerome Openy.
Może moje wrażenia są wyolbrzymione, bo nie miałem wcześniej kontaktów z seriami o Thorze, a może to po prostu bardzo dobry numer. Dam 8/10.

Gil: Oto kolejna jedynka, która zdołała mnie pozytywnie zaskoczyć. Bo kiedy myślę o twórczości Jasona Aarona, to przed oczami staje mi dziwna jazda z cudacznymi postaciami i nieskładną nawalanką, a tutaj... Tutaj mamy klimat, suspens i tajemnicę. Pierwsze porównanie, jakie przyszło mi do głowy to Thorgal i pewnie jest to w dużej mierze zasługą rysunków Ribica. Ale sama historia też daje radę, przynajmniej w większej części. Od razu powiem, co mi sie nie podobało: to, że jacyś kosmici niewiadomo skąd modlą się do Thora, a ten zjawia się w podskokach. Jak? Gdzie? Dlaczego? Ale uczciwie powiem, że jeśli przymknąć oko na tę dziurę w fabule, to cała reszta jest już dobra. Przyszłościowa wstawka na końcu nie była co prawda potrzebna, ale nic jej nie mogę zarzucić. Natomiast bardzo podobało mi się budowanie napięcia, najpierw w retrospekcji, a potem podczas wędrówki przez cytadelę obcych bogów. Dałem się zahaczyć i z chęcią zobaczę co dalej. Ale też nie będę ukrywał, że obawiam się momentu przedstawienia Godslayera, który, znając życie i Aarona, może się okazać wszystkim od Sponge Boba po młynek do pieprzu. Początek jednak zasługuje na solidne 7/10.

Ultimate Comics: Ultimates #18
Hotaru: Wyjaśniły się niespójności, które spowodowały oburzenie części czytelników, którzy widzieli zapowiedź tego numeru. To dobrze. I to chyba jedyna pozytywna rzecz, jaką mogę o tym komiksie powiedzieć. Ultimates nie podobają mi się coraz bardziej, z numeru na numer. Szkoda, ale póki mam Ultimate Comics Spider-Man nie będę rozpaczał.

Venom vol. 2 #27
EndrjuSzopen: Naparzanka, naparzanka, naparzanka, naparzanka, skupienie Venoma, rozpłynięcie się powstałych wcześniej kopii symbiotów, miliony mini-Carnage'ów pojawiających się w normalnym świecie... Idealne streszczenie numeru, który kontynuuje mocno zawodzący crossover, który z potencjalnie mocnego wydarzenia z trzema nietuzinkowymi bohaterami przeistoczył się w coś żałośnie niepoważnego. Został tylko jeden komiks kończący crossover (one-shot Minimum Carnage: Omega) i niemożliwym jest nagle stworzenie sensownego zakończenia z sytuacji jaka nastała teraz, także nie ma co oczekiwać fajerwerków. Swoją drogą Bunn musiał ostro się namyśleć - chciał stworzyć event nawiązujący do Maximum Carnage, także nawiązał tworząc przeciwieństwo i chyba dopiero potem stworzył fabułę i wymyślił sobie mini-carnage. Brilliant!

Gil: Dostrzegłem pewną zagadkową prawidłowość w tym crossie: cały rozwój fabuły skupia się w numerach Scarlet Spidera, podczas gdy w tym tytule mamy tylko bezmózgą sieczkę, która służy przeniesieniu akcji w nowe miejsce. Czy tylko mi się wydaje, że przyczyna zowie się Bunn? Anyways.. w tym numerze się tłuką. Dużo. Właściwie każdy z każdym. A potem ni z tego, ni z owego, zgraja miniaturowych klonowanych symbiontów przełazi do naszego świata z policzka jakiegoś ludka. I znów, zamiast myśleć o tym, co przeczytałem, mam w głowie tylko milion powodów, dlaczego koncepcja Microverse i całej tej historii jest skrajnie durna. Ale spoko, nie będę Was nimi zamęczał. Po prostu wystawię 3/10 i zaczekam na finał, żeby odfajkować zdarzenie.
 
Wolverine And The X-Men #20
Hotaru: Rekinołak? Naprawdę? Wśród nieskończonych potencjalnych mocy dla nowych mutantów, Aaron zdecydował, że pół-człowiek pół-rekin będzie najfajniejszy? Co on bierze? Przecież to najbiedniejszy... a nie, moment. Pół-człowiek pół-homar byłby jeszcze gorszy. I - niespodzianka - też jest w tym komiksie. Jeśli scenarzysta chciał napisać coś tak złego, że aż dobrego, to chybił.
Krzycer:
A mi się rekinołaczka podobała. I w sumie wolę, by nad wyzerowanym Angelem wisiał termin przydatności do spożycia. I gdyby nie końcówka, to cały numer by mi się nawet podobał. Ale w pełni spodobać się nie może, bo chłopiec-krewetka i Hellfire Kid.
jdtennese:
Rozczarowanie. Strona za stroną. Niestety. Polubiłem tą serię jakiś czas temu, a tu masz! Po pierwsze – tragiczne rysunki. A tak narzekałem na Bachalo – wróć!!! Historia… nowi mutanci są wszędzie! Dosłownie. Ale bawi mnie pojawienie się Angela – niby anioła w blasku jakiejś boskiej chwały, a tu metalowe skrzydła. Na ten widok moją twarz wykrzywił uśmiech zniesmaczenia. No i tekstem numeru jest: „Okay, Smurfette, I’m officially intrigued”!!! A ta banda freaków na ostatniej stronie? Tragedia. Dwójka nowych mutantów to zwierzęta, forgive my choice of words. Master Mudbug jest po prostu… Czy autorom naprawdę skończyły się pomysły!?! Ludzkie raki czy krewetki? I werbujący rekina Angel? Mam pewne braki w historiach, bo jest ich za dużo, a ja dopiero od jakichś dwóch lat wróciłem do komiksów, ale kiedy z Angela zrobiono takiego freaka? Który się za jakiś czas wypali… Prawie zareagowały na tą wieść moje kanaliki łzowe, prawie. Numer jest do niczego. Wkurza mnie brak continuity, tu Beast, tam Beast, tu taki, tu inny. Niech oni lepiej wszystko wyzerują i zrobią sobie kilka miesięcy przerwy, może odechce im się głupot. 2/10.
wolvie111:
W miarę krótko, bo nie ma nad czym się zatrzymać. Bardzo kiepskie. Nowa uczennica-rekin jeszcze przejdzie, ale ten krab na końcu to mega nieporozumienie. Jeżeli dzięki Hope odrodziły się mutanty na Ziemii , to na jego miejscu na pewno nie byłbym jej wdzięczny. W zapowiedziach było coś o cyrku i choć się nie pojawił, to coś bardzo podobnego dostaliśmy na koniec. Żeńska wersja Mojo? Beznadzieja!
Rysunki tragiczne i jeszcze minus za zepsucie postaci Mystique, którą zawsze lubiłem. Ogółem 3/10.

Gil: Nowi mutanci, yuppi! Wiedziałem, że coś dobrego wyjdzie z tego całego fenixowego zamieszania! No więc, jest sobie ta dziewczyna, która nagle zaczyna wcinać surowe ryby i wpada na ludków kłusujących na rekiny, więc się wkurza i zaczyna się zmieniać w rekina, i ma pazury jak rekin i… Waaaait! Wrong! Co to ma być? Rekinołak? Ze wszystkich możliwych pomysłów na nowych mutantów, oni wychodzą z rekinołakiem? Przecież to już było w Savage Dragonie i w tej kreskówce… nie pamiętam tytułu :P . I wiecie co? Tutaj wypada tak samo głupio! A żeby było zabawniej, w centrum uwagi jest Angel, który w trybie hippie bredzi jak potłuczony i generalnie nie bardzo wie co robi. Ale to nie koniec! Mamy też Mystique i nowego Silver Samuraia. Ona ma jakieś zupełnie nowe zdolności nie wiadomo skąd, a on… po prostu jest, bo Aaron go wymyślił, więc musiał gdzieś wepchnąć. A na końcu pojawia się tez Niesamowity Chłopiec-Krewetka i paru innych cudaków, najwyraźniej na usługach Hellfire Kindergarten. Powiało smrodem zmarnowanego potencjału… To już lepiej dajcie ten cyrk cudaków, może chociaż będzie głupio i śmiesznie, a nie tylko głupio. Tymczasem 4/10.
 
X-Men: Legacy vol. 2 #1
Hotaru: Nie podobało mi się. Mało to spójne, mało intrygujące, mało sensowne - lektura mnie wymęczyła. Miałem nadzieję, że Spurrier ma pomysł na Legiona. Jeśli tak jest w istocie, to przekombinował. Dam szansę jeszcze kolejnemu numerowi, a jeśli nic nie ulegnie zmianie - żegnam.
avalonpulse0274e%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Nie ma to jak wprowadzić ileś postaci, by ubić je przed końcem numeru.
Poza tym - Spurrier kontynuuje przedstawianie Legiona zapoczątkowane (...chyba; nie jestem specem od Legiona) przez Carey'a, za co ma u mnie plus. Zobaczymy, w jaką stronę to pójdzie dalej.
Poza tym o ile zakład, że żółty goblin w móżdżku Davida będzie miał twarz Chucka?
Słowo na koniec: rysunki były w większości do bani.
jdtennese:
Po przeczytaniu tego numeru mam pierwsze pozytywne wrażenia w tym tygodniu. Historia Davida i jego wielorakich jaźni była już wcześniej poruszana, ale mam wrażenie że teraz jest czymś świeżym. Numer jest praktycznie pozbawiony jakichkolwiek występów gościnnych ze strony regularnych X-Men (poza jedną stroną). I dobrze, jestem nimi zmęczony. Jestem ciekawy co scenarzyści zrobią dalej z tą historią, czuję potencjał i świeżość. David znowu uczy się kontroli, czy jednak wynik jest znowu z góry przesądzony? Niestety obawiam się, że po tym, kiedy David dowiedział się o śmierci swojego ojca, kontrola znowu się wymknęła… Z chęcią przeczytam następny numer. Rysunki nie przeszkadzały mi dopóki miałem coś ciekawego do czytania. Jedna strona z X-Men i rysunki przestały mi się podobać. 8/10.
EndrjuSzopen:
Numer zaintrygował mnie postacią syna Profesora X - chociaż numer sam w sobie momentami lekko chaotyczny, ale interesujący. Na pewno z chęcią sięgnę po więcej, ale jak na razie trudno jest powiedzieć cokolwiek więcej, zwłaszcza że pierwszy raz spotykam się z tą postacią.
Gamer2002:
Tak, to było dziwne. Jak oczekiwać można po Legionie. Podoba mi się więzienie legionu i prowadzenie głównego bohatera. Obóz mnicha był co prawda dziwny, no ale sprawa dość szybko się zakończyła. No i przynajmniej w końcu wyjaśniono, czemu Xavier nie ściągnął Legiona przeciwko Phoenixom i co ten porabiał w czasie AvX. Z wad - na razie to seria jednego bohatera (nawet jeżeli z tysiącami osobowości), a tytuł X-Men imo zobowiązuje do więcej niż jednego X-Mana. 7.5/10.
Gil: Yyy... co tu się stało? Musiałem dwa razy przeczytać, żeby połapać się o co właściwie chodzi, ale mimo to nadal próbuję to ogarnąć swoim mózgiem, żeby mieć pewność, że dobrze zrozumiałem. Ujmijmy to tak: chaos na kartkach odpowiada chaosowi w głowie Legiona. Zupełnie jakby treść i dialogi były od siebie niezależnie, a połączenie jednego z drugim było jakimś bonusową rozrywką dla czytelnika. No i mamy jeszcze rysunki... Huata nigdy nie lubiłem i raczej nigdy nie polubię – chyba, że w końcu nauczy się rysować. Tak więc, teraz mam poważny rebus w głowie, bo dzięki staraniom Wellsa i Careya bardzo polubiłem Davida, a przez to na wejściu byłem bardzo pozytywnie nastawiony do tej serii. Co więcej, podobały mi się też poprzednie dokonania Spurriera i do niego również byłem pozytywnie nastawiony. A tu jak na złość, nic specjalnie ciekawego się nie dzieje (bo powiedzmy sobie szczerze – jest to kolejna historia, w której Legion traci kontrolę nad... no, Legionem) i w dodatku wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Obawiam się, że jeśli kolejne zeszyty będą podobne, to seria będzie miała poważne problemy i czeka ją szybka wymiana ekipy twórczej. Życzę jej jak najlepiej, ale za ten zeszyt mogę dać najwyżej 4/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #6
Gil: Wait, wait, WAIT! To znaczy się, że Howlett jest/był chłopakiem Herculesa?!? Nic dziwnego, że potrzebował metalowej miednicy! No i wyobraźcie sobie, że to właściwie jedyny fakt, jaki zapamiętałem z tego komiksu. Aha, i jeszcze, że coś tam było o robotach. Jakaś zżynka z Terminatora, bo co nowego można było wymyśleć? Zważywszy więc na fakt, że Nightcrawler jest na okładce, jakoś tak dziwnie nie pamiętam, żeby w ogóle był w tym numerze. Cóż, jestem na dobrej drodze do pożegnania się z tym tytułem, bo wcale mnie nie przyciąga, a za to szybko umyka z pamięci. Czyli będzie 3/10.


Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0274a.jpgX-Men: Legacy vol. 2 #1
Autor:
Mike Del Mundo

Hotaru: Chociaż okładka nie poraża z miejsca swym pięknem, to mnie urzekł pomysł na przedstawienie przypadłości Legiona. Nie tylko świetnie obrazuje, na czym polega jego problem, ale jeszcze nawiązuje do komiksowej konwencji. Elegancko.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.11.14
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.