Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #14 - Spider-Man: Maximum Carnage TP

Spider-Man: Maximum Carnage TP

Scenariusz: Tom DeFalco, David Michelinie, Terry Kavanagh, J.M. DeMatteis

Rysunki: Ron Lim, Mark Bagley, Alex Saviuk, Tom Lyle, Sal Buscema
Liczba stron: 336
Cena: 29.99$
Zawiera: Spider-Man Unlimited #1-2, Web of Spider-Man #101-103, The Amazing Spider-Man #378-380, Spider-Man #35-37, The Spectacular Spider-Man #201-203

 

Foxdie: Maximum Carnage to kolejny oldschoolowy cross z lat 90-tych, jeden z tych, co do których większość miała mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawa historia, duża liczba najróżniejszej maści postaci, a z drugiej przydługie, czasami niepotrzebne nabijacze kasy, przeplatające się przez wszelkie możliwe serie. Na początek rzućmy więc okiem na fabułę.

Postać Venoma to jeden ze strzałów w dziesiątkę w historii Marvela. Do tej pory drzemie w niej potencjał na niejedną świetną historię (co prawda nie w samym Eddie'em Brocku, ale na pewno w symbiocie). Powstanie Carnage'a było jedną z nich, bo chociaż Cletus Kasady został szybko pokonany i zamknięty, doczekał się swoich nie 5, a nawet 15 minut sławy, przy okazji demolując cały Nowy Jork, niejednego bohatera i mordując niezliczone ilości cywilów. Znalazł grupę jemu podobnych poprańców, która stworzyła karykaturę rodziny. Shriek, Doppelganger, Demogoblin i Carrion - ciężko żeby Spider poradził sobie z taką bandą w pojedynkę. Dlatego scenarzyści wspomogli ścianołaza praktycznie każdym ważniejszym bohaterem działającym w tym czasie solo. Black Cat, Firestar, Cloak & Dagger (ta dwójka liczy się za jednego), Iron Fist, Morbius, Deathlok, Nightwatch (do tej pory nie wiem, skąd on się wziął, ale Marvel chyba pozazdrościł McFarlane'owi Spawna) i Venom, jako chwilowo nawrócony łotr. Jakby tego było mało, zjawia się również sam Captain America. Oczywiście postacie dodawano stopniowo, tak, żeby w każdym numerze wprowadzić jakiś zaskakujący element, następnie dzielono ich, mnożono i odejmowano tak, że występowali w najróżniejszych konfiguracjach. Jakiego układu by nie stworzyli, każdy był za słaby, żeby zakończyć rzeź Carnage'a i tak przez czternaście numerów. Myślę, że historia trwała zdecydowanie za długo, zwłaszcza, że scenariusz nie należał do tych z wyższej półki i brak tam zawiłych treści, jak chociażby w X-Cutioner's Song z podobnego okresu.

Rysunki to już całkiem inna bajka, ale czasami równie tragiczna, jak poczynania Carnage'a. Piątka rysowników tworzących MC przechodzi ze skrajności w skrajność. Od protoplasty koślawości i nieocenionego lidera wśród najbardziej koślawych, nieudolnych rysowników, Sala Buscemy (chyba tylko Ramos jest gorszy od niego, chyba...), poprzez Alexa Saviuka, Rona Lima, Toma Lyle'a, do wciąż aktywnego i bardzo dobrego rysownika, jakim jest Mark Bagley. Dlatego ciężko ocenić rysunki, które wahają się od bardzo dobrych do wręcz porażających brzydotą, gdybym jednak musiał wydać osąd, to uśredniony wynik plasowałby się gdzieś na 6 pkt. w dziesięciopunktowej skali.

Nie ma co ukrywać, że jak na crossover bohatera, który praktycznie przez całe swoje życie walczył w pojedynkę, taki przesyt, zarówno sprzymierzeńców, jak i wrogów, może przyprawić o ból głowy. Kiedy jako dzieciak czytałem MC (które zostało okrojone z "kilku" kartek) za czasów TM-Semic byłem z niego raczej zadowolony, niż zawiedziony. Odkurzenie tego old schoola nie zrobiło mu jednak najlepiej i po ponownym przeczytaniu czuję lekką niestrawność, chociaż przy okazji zatęskniłem za nieboszczykiem TM-Semiciem.

Nie wiem, jak ciężko jest obecnie kupić Maximum Carnage w wydaniu zbiorczym, ale na Waszym miejscu nie trudziłbym się zbytnio. Szkoda Waszego czasu, wysiłku, a przede wszystkim pieniędzy. Ewentualnie możecie poszukać polskich numerów MC, wtedy zapłacicie mniej za swoje późniejsze rozczarowanie.

 

Lex: Maximum Carnage jest ciekawym przykładem crossovera, znacznie różniącym się od współczesnych. Mamy w nim wyraźnie zarysowany podział dobro-zło i nawet przez moment nie mamy wątpliwości, komu powinniśmy kibicować. Porównajmy to z nowszymi crossami: Civil War ciągle dzieli fanów na dwa obozy; w World War Hulk racja leży po obu stronach; nawet w House of M ciężko jednoznacznie określić Wandę mianem złoczyńcy - jest raczej jedną z ofiar. W Maximum Carnage nie mamy takich dylematów, podział jest jasny: szalony Carnage vs. święty Spider-Man; bezlitośni złoczyńcy kontra gotowi do poświęcenia życia herosi; destrukcyjni egoiści przeciwko altruistom. Twórcy crossovera nie kryli zresztą we wstępie dołączonym do zbiorczego wydania, że taki był ich zamiar - przedstawienie wyraźnego kontrastu pomiędzy dwoma stronami, które miało podkreślić pozytywne cechy Spider-Mana. Można dyskutować, czy tego typu "proste" historie mają rację bytu (osobiście nie jestem ich zwolennikiem). Jak już wcześniej wspomniałem, obecnie w większych wydarzeniach Marvel stara się przedstawiać bardziej zbalansowane konfrontacje. Zresztą nie tylko komiksy idą w tym kierunku, relatywizm w sztuce i w innych dziedzinach życia jest coraz popularniejszy. Znak czasu, więc czasem warto wrócić do takich historii jak Maximum Carnage, w których mamy proste reguły dobro vs. zło.

Jeśli zacząłem od różnic pomiędzy historiami sprzed pietnastu lat i obecnymi, to nie sposób nie wspomnieć o poziomie brutalności. Jest on zdecydowanie wyższy niż w przypadku większości obecnych historii. Trup ściele się gęsto, zresztą nic dziwnego, skoro głownym celem bandy maniaków jest masakrowanie jak największej ilości niewinnych ludzi. Teraz już takich makabrycznych scen mamy zdecydowanie mniej - wystarczy porównać reakcję Kapitana Ameryki na agresywnych nowojorczyków podczas Maximum Carnage oraz Civil War. Gdyby w CW brał udział Cap z 1993 roku, to ten konflikt zakończyłby się inaczej.

Nie sposób nie wspomnieć o dylematach Petera i MJ, które towarzyszą nam przez całą historię. Spider-Man waha się, czy może pozwolić sobie na współpracę z Venomem i gdzie są granice, któych nie powinien przekroczyć. Z kolei MJ z troski o męża wypala kolejne papierosy (kolejna różnica w komiksach z przeszłości i dziś) i zastanawia się, czy jego misja jest warta poświęcenia. Oba rozważania są raczej monotonne niż intrygujące i kończą się banałami. Te same tematy przewijały się przez opowieści z udziałem Pająka wiele razy i były ciekawiej przedstawione.

Maximum Carnage
traktuje jako pewnego rodzaju ciekawostkę, archaizm. Schematyczne przedstawienie stron konfliktu, zbyt rozwlekła fabuła, nudne momenty, banały prawione przez scenarzystów i na dodatek słabe zakończenie. Wad jest sporo, chociaż jeśli ktoś chce zaobserwować ewolucję komiksów, to dobrze jest przyjrzeć się tej historii.


Jaro: Na początek: ciężko pisać o komiksach, które chociażby w okrojonej formie czytało się nie mając jeszcze 10 lat. To wiek, w którym widok obślinionych krzywych mord naprawdę robi wrażenie na człowie(cz)ku. To wiek, w którym nie rażą pewne uproszczenia (przynajmniej za bardzo). To wiek, w którym cliffhangery w rodzaju Carnage'a wracającego do pełni sił po ataku Venoma i Firestar powodują, że czeka się na następny numer z prawdziwą niecierpliwością. Dlatego właśnie dość trudno pisać o czymś, co czytało się "wtedy", a ponownie wróciło się do tego "teraz".

Wspólnym mianownikiem dla "wtedy i "teraz" jest jednak myśl, że im dalej w Maximum Carnage, tym gorzej. O ile początek - ucieczka Kasady'ego, radosna rzeź, zapoznanie Shriek, "śmierć" Dagger - tu nie jest jeszcze tak źle, ten kicz bawi nawet "teraz" (przy odpowiednim stopniu zmrużenia oka, oczywiście). Później? Eksplozja zupełnej tandety, chaos w negatywnym znaczeniu tego słowa, "diabły z pudełka", "deusy ex machiny", itp., itd. - to wszystko zamiast wywoływać nostalgiczny uśmiech, wywołuje śmiech pobłażania. Trafiają się czasem w miarę dobre sceny (większość z udziałem Venoma), lecz to nie wystarcza i wszystko robi się po prostu monotonne - tu harcerze, tu degeneraci, tu biją się ci, tu tamci, a tu wściekły tłum chce rozerwać kolejnego bohatera. Przy okazji przepychanek z podburzonymi przez Shriek mieszkańcami Nowego Jorku - wśród bohaterów wyraźnie brakuje kogoś z tych ewidentnie "dobrych", kto zupełnie straciłby kontrolę nad sobą w czasie ataków tłumu, komiks aż się prosi o taką scenę, jednak tzw. "harcerzykowatość" zwycięża na całej linii.

Wreszcie koniec. Na karkołomny pomysł z "bombą dobra" (której pseudonaukowa nazwa to wyczyn zasługujący na jakieś czwartorzeczpospolite odznaczenie narodowe) spuścić należy zasłonę milczenia. Ostatni rozdział z dobrym (na tle reszty) skutkiem próbuje pokazywać szaleństwo Carnage'a, który "odjeżdża" zupełnie, wykopując grób matki. Dobre jest to, że ostatecznie unieszkodliwia go nie "harcerzykowaty" Spidey, lecz obłąkany na punkcie chronienia niewinnych Venom, który jest zresztą najlepiej poprowadzoną postacią tej historii. Jeśli jesteśmy przy tym - dość dobrze wychodzi Mary Jane, sympatyczno-komicznie jest oddana nienawiść do świata niby-tatusia Petera, niezłe momenty ma Black Cat, nie można też zapomnieć o tytułowym bohaterze. Reszta postaci to do bólu czarno-biała masa, bez odcieni szarości, nic więc dziwnego, że niespecjalnie zapadają w pamięć i po prostu "giną w tłumie". Co jeszcze? Trzeba pochwalić spójność pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, pisanymi przecież przez różnych scenarzystów. Rysunki? Mocno średnie, lekko wyróżnia się może Bagley. Ogólne wrażenie - neutralne ze lekkim wskazaniem na negatywne, ale lekkim tylko z racji sentymentu.

 

 

 

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.