Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #273 (12.11.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 12 listopada 2012Numer 46/2012 (273)


Początek i koniec. Te dwa wydarzenia zdominowały miniony tydzień, jak i najnowsze wydanie Pulse'a. Zakończyła się pierwsza runda "Spectacular Stories", dobiegła końca mini seria AvX: Conseguences, pożegnaliśmy kolejne serie komiksowe. A co się zaczęło? Dwa debiuty zostały wystawione na próbę i dokładnie przez was zrecenzowane oraz oczywiście druga runda Avalon Areny.

Age of Apocalypse #9
S_O: I co mówiłem? Gdzieś tam pomiędzy romansem, który nikogo nie interesuje, mamy Przekozaka Propheta ustawiającego pionki na szachownicy i przekozaka Wolvecalypse'a przygotowującego się do akcji. Wyraźnie przygotowują się do Wielkiej Konfrontacji, Po Której Nic Już Nie Będzie Takie Samo ®, a która będzie miała miejsce w ostatnim, dwunastym odcinku. I dobrze, good riddance to bad rubbish.
Krzycer:
Pierdu-pierdu, cośtam się dzieje, ktoś kogoś goni, ktoś kogoś szuka, ale ja wciąż jestem zafascynowany AoA Graydonem grającym dla AoA Jean Grey na fortepianie. I wciąż nie wiem, czy mamy do czynienia z postapokalipsą, czy to społeczeństwo ma się całkiem dobrze, skoro są tam takie miejsca?
W każdym razie przewiduję rychły koniec serii, bo próbuję i próbuję, ale wciąż nie wiem, po co ktokolwiek miałby to czytać.

Avengers vol. 4 #33
Hotaru: Gdzieś tam głęboko czaiła się we mnie iskierka nadziei, że może tym razem Bendis zakończy z przytupem. Po raz kolejny okazałem się naiwniakiem. Ta fabuła nie zasługuje na to, by być finałem kilkuletniego runu. Ba, nie zasługuje na to, by w ogóle być wydrukowaną. Nienatchniona, nudna, czerstwa i do tego wycofująca jedną z istotniejszych konsekwencji Secret Invasion. Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł przeczytać ten skrypt i pomyśleć "strzał w dziesiątkę". To nawet nie jest strzał w kierunku tarczy, ale we własną stopę.

S_O: Czy w ciągu tej serii zdarzyła się historia, podczas której Avengers NIE zostali w połowie skopani jak ogródek, by w ostatniej chwili się przegrupować i zwyciężyć, bo Chekov's plothole McGuffin cośtam? Bo staram się sobie przypomnieć, i nie całkiem mi się udaje. Choć może to dlatego, że aktywnie staram się zapomnieć o tej części runu.
Przygoda w Microversum trwa, Mściciele dostają w tyłek, a że reszcie drużyny znudziło się czekanie (i przejadły się hot dogi), postanawiają wskoczyć w środek sytuacji, o której nic nie wiedzą, bo a nuż się przydadzą. Dobrze, że to przeostatni numer, bo Bendistorie się robią boleśnie przewidywalne.

Gil: "No dobra, z czym to Avengers jeszcze nie walczyli?" Pomyślał sobie Bendis i z zestawu: kosmiczny cyber-centaur, ZUS, My Little Pony, matka Madzi wybrał opcję pierwszą. Mógł wybrać lepiej. Choćby z tego powodu, że wybór przeciwnika, który nie ma absolutnie żadnej back-story (i pewnie nigdy mieć nie będzie), żadnej motywacji ani powiązań z czymkolwiek sprawia, że po prostu nas on nie obchodzi i czekamy, aż to się skończy. No, ale przecież w historii nie chodzi o przeciwnika, tylko o Janet, nie? I nawet próbuje dotknąć kwestii jej domniemanej śmierci. Tylko, że "nie mam pojęcia, co się stało" nie jest żadnym wyjaśnieniem. Co więcej, continuity bierze w łeb, gdy pojawiają się postacie z teoretycznie równoległego wątku w New Avengers. Chyba, że akurat tę równoległość sobie ubzdurałem. Nie da się jednak zaprzeczyć, że pomysły na poziomie siedzącego 9 godzin w łazience Wolverine'a mogą co najwyżej wzbudzić uśmiech politowania. A rysunki Dodsona nie mają wartości dodanej, bo najczęściej mnie irytują swoją kreskówkowością. I pomyśleć, że miałem jakieś oczekiwania względem tej historii... Więcej niż 4/10 nie będzie.

Avengers Academy #39 (Final Issue)
Hotaru: Gage'owi należą się brawa, że utrzymał ten tytuł tak długo na rynku. Kompletnie nowe postaci, brak znanych twarzy aż do 20-któregoś numeru, a pomimo tego znaleźli się odbiorcy. Przy tej okazji należy skomplementować też Mike'a McKone'a, który zaprojektował te postaci. Niestety, od jakiegoś czasu seria zeszła na manowce. Zamiast absorbujących historii dostawaliśmy drętwe moralizatorskie przypowiastki. I ten numer nie jest wyjątkiem. Co gorsza, ostatnia scena zupełnie nie wpisuje się w ten trend, przez co w ogóle nie pasuje do tej serii. Nie będę tęsknił za Avengers Academy, ale o niektórych postaciach z chęcią gdzieś bym jeszcze przeczytał.

S_O: Pożegnanie numer jeden. W końcu. W KOŃCU. WKOŃCUWKOŃCUWKOŃCU. I co więcej, najwyraźniej Gage nie będzie pisał nic ważnego w Marvelu w najbliższej przyszłości (ot, tu Annual, tam jakaś miniseria o Źelazku z Movieversum). Tak, przyszłość objawia się w jasnych barwach.
Dzieciaki z Avengers Academy, może poza Julie Power i X-23 (i resztą dzieciaków z dziesiątej ligi, które kręcą się w tle) zostały stworzone przez Gage'a, więc nie było sposobu, żeby je zepsuć. To chyba jedyny powód, dla którego ludzie dali tej serii szansę. Problem w tym, że te postacie są CAŁKOWICIE JEDNOWYMIAROWE. Poza mocami i wyglądem, każdy dostał dwie, trzy cechy charakteru i problemy, które musieli rozwiązać do finału. Najbardziej jest to widoczne u uczniów z klasy post-FearItselfowej, którzy są jeszcze bardziej płascy, ale ta sama sytuacja dotyczy też pozostałych Akademików. Spróbujmy metody Herry'ego S. Plinketta: wybierzcie jedną postać z któregoś z innych "dziecięcych" zespołów - Young Avengers, New X-Men, Runaways, skądkolwiek zechcecie - i spróbujcie ją opisać, nie wspominając o tym, co robi, jakie ma moce i jak wygląda. A potem zróbcie to samo z dzieciakami z Avengers Academy. O ile nie wybraliście któregoś z ryboludzi z Future Foundation, mogę się założyć, że AA wypadnie bardzo blado.
To jest mój główny problem z całym Avengers Academy. Wszystkie inne wynikają bezpośrednio lub pośrednio z niego.
Co mnie zdenerwowało tym razem? X-23 najwyraźniej tak cofnęła się w rozwoju emocjonalno-społecznym, że nie potrafi zrozumieć różnicy między metaforycznym używaniem jej jako broni, a całkowicie dosłownym użyciem jej pazurów jako zaimprowizowanej broni w czasie, gdy była nieprzytomna. Nie, to NIE JEST to samo, jak to, co zrobiło Facility. Po drugie, na pożegnanie N-Gage postanowił spiknąć dwoje magicznych latynosów, bo są magiczni i są latynosami. Zupełnie, jakby ZOSTALI DLA SIEBIE STWORZENI. No i Veil wraca do zwykłej szkoły, by wykorzystać swój mścicielski trening do terroryzowania innych. The Bullied has become the Bully. Poza tym, że jest to najgorsze nerdowskie power-fantasy od czasu wczesnego Spider-Mana, nie mogę uwierzyć, że zostało to przedstawione jako coś dobrego. Toż to stoi w sprzeczności ze wszystkim, czego trykociarze próbują nas uczyć od z górą siedemdziesięciu lat. Co dalej, czy zapisze się ona na praktyki w ambasadzie Latverii?
Koniec końców: Cieszę się, że Hopeless teraz się zajmie dzieciakami. Mam nadzieję, że zginą.
Krzycer:
Ten finał wyszedł Gage'owi lepiej, niż Legacy. Co zrozumiałe - to był jego ogródek, jego postaci, widać, że nad tymi wątkami trochę myślał.
Co nie znaczy, że mamy tu jakieś nieziemskie rewelacje, numer jest skonstruowany podręcznikowo - zmyłka/zahaczka na otwarcie, spiknięcie postaci w pary, pozorujące happy end (w końcu wiemy, że za moment będą się mordować na arenie, więc o prawdziwym happy endzie mowy być nie może), łyżka dziegciu w postaci rozpadu jednej przyjaźni i domknięcie nawiasu z Veil (o ile dobrze kojarzę, lustrzane odbicie tej sceny <z innym zakończeniem> było gdzieś na początku serii).
Podręcznikowa robota... która sprawia wrażenie pracy domowej, odrobionej niby starannie, ale widać, że uczeń nie ma talentu do tego przedmiotu.
Wciąż lepiej, niż w Legacy.
No i Karolina Dean wyrwała pannę z Power Pack. Jak zwykle fani Runaways muszą się sycić ochłapami.

Avenging Spider-Man #14
S_O: Ludzie, kryjcie się! Toż to atak najbardziej ogranego banału w historii komiksu superbohaterskiego!
Ten komiks to głupota na głupocie. Nie mówię tylko o nieporozumieniowej bójce Spidera z Moonboyem, ale także, a może nawet przede wszystkim, o tym, co wprawia fabułę w ruch - Horizon Lab zostało schwytane podczas wyprawy do Savage Land. Bo najwyraźniej ta banda tytanów intelektu nie wpadła na to, że zapuszczona dżungla będąca domem dla największych lądowych drapieżników, niechętnych gościom dzikusom i tysiąca innych zagrożeń może być w jakikolwiek sposób niebezpieczna i rozbili obóz, ot, tak sobie, bez żadnych zabezpieczeń. Raptory nie musiały być przeraźliwie mądrymi dziewczynkami, żeby ich schwytać.
I nie mogę się doczekać, jak Spidey wyjaśni swoją obecność w następnym numerze.
Przynajmniej są dinozaury. Dinozaury są awesome, a ja tak długo nie miałem okazji, żeby to powiedzieć.
EndrjuSzopen: Hah, Cullen Bunn. Pierwszą moją styczność z jego radosną twórczością miałem przy okazji rozpoczęcia jego runu z Venomem i dawałem mu przed tym szansę, ale jak widzę, jaką młóckę robi z tej serii, ostatnio także z Wolverine'a... A do tego dostajemy ten zeszyt, gdzie pojawia się wielki, czerwony dinozaur, którego imię to Devil Dinosaur, a ujeżdża go owłosiona małpa, która mówi jaszczurzym językiem; do tego mamy pełno dinozaurów, niektóre z nich mówią dzięki aparaturom przyczepionym do ciał, a niektóre zieją ogniem. Cullen Bunn jest mistrzem w wyciąganiu najgłupszych motywów, jakie Marvel ma do zaoferowania.
Gil: Podstawową zaletą numeru są rysunki Gabriele Del'Otto, które nawet pozbawione swojej zwyczajowej oprawy graficznej wypadają bardzo fajnie i naturalnie. Jego Pajęczak wygląda co prawda trochę jak wyjęty z lat sześćdziesiątych, ale ma to swój urok. Za to dinozaury wyszły naprawdę awesome! Podstawową wadą numeru jest Bunn. Mam wrażenie, że całość powstała starą marvelową metodą: rysownik narysował, a potem dali to komuś, kto akurat przechodził korytarzem, żeby dopisał dialogi. Tak więc, o ile sama historia daje radę, to tekst jest jej najsłabszą stroną. Ciężko to nazwać dialogami, bo mamy tu raczej dwa monologi nie rozumiejących się osób i cały żart ma polegać na tym, że się nie rozumieją. Nie pamiętam zbyt wielu historii z Moonboyem, ale mam jakieś dziwne wrażenie, że on nie powinien mówić. A już zwłaszcza używać słów charakterystycznych dla współczesnego języka. No, ale dobra, niech im będzie, że wyciągnę 6/10, bo rysunki mocno ciągną w górę.
avalonpulse0273b%20%5B1600x1200%5D.JPG
AvX: Consequences #5
Hotaru: Jakiś sens to ma. Nie podoba mi się, wcale a wcale, ale nie mogę zarzucić Gillenowi, że napisał bezsensowny scenariusz. Szczerze mówiąc, liczyłem na to, że po AvX Scott na jakiś czas zajdzie z afiszy i nie podoba mi się, że tak szybko wraca do obiegu. Liczyłem też na bardziej eleganckie domknięcie wątków Storm i Colossusa, ale cóż - nie oszukujmy się - nie o nich była ta miniseria. Rysunki... mają swój klimat. Choć wolałbym Brooksa.

S_O: Pożegnanie numer dwa - bo nie czarujmy się, mimo gościnnych występów Iron Mana i takich tam, te pięć numerów to tak naprawdę zakamuflowane Uncanny X-Men vol. 2 #21-25.
I nie rozumiem tak naprawdę narzekań pozostałych. Wszyscy wiedzieli, że tak to się skończy - wielkim prison breakiem. Bo jeśli Cyke ma zacząć (row, row) fight da powa, to musi zrobić na początek coś wielkiego, coś, co pokaże, że nie będzie dawał sobie w kaszę dmuchać. Tkniesz jakiegoś mutanta - nie trafiasz do pierdla, trafiasz DO PIEKŁA. Chcesz spróbować ich powstrzymać? To lepiej przygotuj swój odbyt, bo Summers przestał się bawić w harcerzyka. Drugorzędna mutacja Cyke'a właśnie się objawiła, i jest nią zdolność, żeby zawsze mieć rację.
Miejmy tylko nadzieję, że Bendis tego nie schrzani.
I czy tylko ja czytam mało ważne tie-iny do x-crossów, że rozpoznałem Waltę?

Krzycer: Tak, jak nie podobała mi się przemiana Cyclopsa ze świetnego dowódcy w faszystę, tak przemiana z "zrobię wszystko, by uratować mutantów" w "zrobię wszystko, by bronić mutantów" podoba mi się szalenie i jestem do pewnego stopnia podjarany nową rolą Scotta.
...o ile Bendis nie pójdzie za daleko, i Scott nie zaatakuje siedziby ONZ w przyszłym miesiącu.
Bardzo mi się podobało to domknięcie Consequences, choć rysunki nie przypadły mi do gustu. Nic a nic.
(No i ciekawe, kiedy następnym razem zobaczymy Danger, skoro nie u boku Cyclopsa. Jakoś wątpię, by scenarzyści wyrywali sobie tę postać...)
(I kolejny margines: "You've proved yourself a friend to mutants over the years." "Over the years"? Przecież Danger dołączyła do X-Men w momencie przeprowadzki na Utopię. Czy ktokolwiek z was miał wrażenie, że w ramach czasu komiksowego oni spędzili tam parę lat?)
(I ostatni margines: przyznaję sobie no-prize za przewidzenie toczka w toczkę, jak potoczy się ten numer.
)
Xavier83: Czyta się to lekko łatwo i przyjemnie. Brak zaskoczeń wychodzi tej historii na plus. Podoba mi się jak szaleństwo Magik jest tu dobrze prezentowane. Fakt, może za dużo Hope, ale jej spotkanie z Ojcem fajnie w końcu wyszło. Wyzwolenie Cyclopsa w iście demoniczny sposób i ukaranie kilku przestępców oraz co najważniejsze zarządzającego więzieniem wywołało uśmiech na mojej twarzy. Liścik do Logana, który tak ładnie został przekazany, obrazuje obecne realia zamiany ról Wolverine'a i Cyclopsa. Widać, iż ucieczka Summersa poruszyła gorącogłowych urzędasów: "integracja to liberalna fantazja, obozy koncentracyjne są...". Normalnie nie mogę się doczekać, co z tego dalej będzie. Tylko czemu Cyclops założył ostatni kostium, a wiemy, że niebawem przywdzieje nowy? Ogromnym minusem są tym razem rysunki. Słabiutko zilustrowano jak na tak istotny komiks. Ocena: 7,5/10.
strz1: Rozczarowanie. Genialna mini, na którą tylko czekałem, by zamówić w HC, chyba jednak nie będzie kupiona. Od początku. Rysunki. 4 z 5 części miały je dobre. Piąta - koszmarne. Why?? Why?? Why!? Fabuła i zakończenie. Przewidywalne, bez ikry i emocji. Nawet scena z karą dla więźniów mimo, że powinna wywołać u mnie uśmiech, nie wywołała niczego. Może to wina rysunków a może przedstawienia, ale nie było nic. Reszta.. cóż.. Brak Iron Mana - czyli wątek będzie kontynuowany gdzie indziej. Za dużo Hope - co mi się nie podobało, poza tym sceny z nią były w tym numerze wyjątkowo bezpłciowe i scenarzysta chyba chciał pokazać na siłę, że to mała dziewczynka? Ucieczka Scotta - znowu bez zaskoczeń. W dodatku, czy naprawdę musiał Gillen odbierać Cyclopsowi jaja (i również sobie) by pokajać go tak w liście? 'You are better man' - byłoby piękne, jakby mówione z ironią, czy wypowiadane przez pacyfistę, a nie kogoś, kto ma zamiar być mścicielem krzywd mutantów! Ale widocznie trzeba było podkreślić tę jedyną słuszną drogę, którą idzie Marvel nogami Wolverine'a i Captaina.
Podsumowując cztery pierwsze numery oceniam w graniach 8-9. Ostatni niestety niżej. Masakrycznie niżej.

venom: Mam mieszane odczucia co do tego numeru. Przede wszystkim rysunki strasznie mnie w nim drażnią, być może znacznie też wpływają na to, jak odbieram ten numer. Z pozytywnych rzeczy to kierunek w jakim prowadzony jest Cyclops. Podoba mi się to, co z nim robią oraz to, że w jego drużynie nadal jest Ilyana (to jak ją narysowano w tym numerze, jest moim największym bólem...). Zemsta za zabicie mutanta w więzieniu jak najbardziej na miejscu, pokazuje to, jaki będzie kierunek i sposób działania drużyny Cyclopsa. Jednak i tak uważam, że to był najsłabszy numer z tych pięciu w tej serii.
avalonpulse0273c%20%5B1600x1200%5D.JPGEndrjuSzopen: Mini seria, której koniec nie rozwiązuje tak naprawdę nic - bo w sumie jest pomostem między tym co działo się podczas Avengers vs X-Men, a tym co nas czeka w najbliższej przyszłości, czyli małych przegrupowań, przetasowań i drużyn... No cóż, Cyclops stał się dość bezwzględny i staje się teraz uciekinierem walczącym dla Mutantów, Hope będzie miała styczność z Cablem, no i... No i cóż, cieszy, że poziom tej mini był zdecydowanie wyższy niż to, co zobaczyliśmy podczas samego eventu, ponieważ obyło się bez miażdżących mózg głupot fabularnych i motywacyjnych, a i jest to wstęp do najbliższych wydarzeń w świecie Marvela. Oby były one co najmniej na takim poziomie, jak Consequences.
Avengers: Wreszcie koniec! Ględzen! Napisałeś skrypty do najgorszej miniserii tego roku. Pierwszy numer jeszcze był względnie dobry, ale później to już dołożyłeś do pieca... Twoim najlepszym popisem z finału AvXC jest pozostawienie więzienia z szaleńcem bez żadnej obstawy i równoczesne pokazanie, że za dziewczynką wysyłasz szóstkę przypakowanych Avengerów. Ty tak poważnie? Tego wszystkiego nawet nie przebija ostatnia scena, kiedy Cyclops stwierdza, że jest jak wcześniej. Ludzie ich nienawidzą, boją się ich, a oni będą ratować świat. Nic się nie zmieniło. NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO? Cyclops podczas zgromadzenia ONZ oznajmił, że jego reżim przejmuje władzę i żadne sprzeciwy nie będą tolerowane. Później zawłaszczył sobie całą moc Phoenixa i postawił świat w ogniu, a chwilę wcześniej zamordował Charlesa Xaviera. Ględzen! Wróć proszę do bycia Gillenem z Uncanny X-Men #1-19 i nigdy już nie wracaj do ględzenowania.
Gil:
Już na okładce uderzył mnie przerażający swą paskudnością uśmiech Magik. Okazało się, że to zapowiedź raczej bolesnego starcia z grafiką nieznanego mi dotąd rysownika, na którego od teraz jestem mocno cięty. Wystarczy powiedzieć, że najładniejszą twarz miał zlew w celi Summersa. Pod względem fabularnym niestety finał również wypada najsłabiej. Poruszone są tylko dwa wątki: Hope, który zmierza do nikąd, poza faktem, że wreszcie spotkała się z Cablem, oraz wielki jail bust-out. Ten drugi ma jedną zasadniczą wadę – przerost formy nad treścią. Można było Cyka wyciągnąć z pierdla jednym celnie zlokalizowanym portalem i nikt by nie zauważył. Ale nie – trzeba było zrobić rozpierduchę, odstawić zemstę i jeszcze pociąć buźkę urzędnikowi, którego jedyną winą było to, że wykonuje swoje obowiązki. A wszystko to, by siłą wcisnąć czytelnikowi do gardła przekaz: "dej ar ywil nał!!!" To nie było potrzebne. Byłoby sto razy lepiej, gdyby Summers pozostał więźniem politycznym i po cichu przewodził tej swojej rewolucji, albo coś w tym stylu. Oh, wait... Właśnie mnie olśniło? Czyżbyśmy powoli zmierzali do wydarzenia znanego jako The Summers Rebelion? W każdym razie, zabrakło mi tutaj tego, co było siłą poprzednich numerów – dobrze napisanych i merytorycznych dyskusji. Tym razem wycisnę najwyżej słabe 6/10.

Gamer2002: Nie było już tak dobrych dialogów, jedynie wiadomość do Logana. Podejście Scotta stało się ostre, ale Marvel od jakiegoś czasu zamieniał jego i Wolviego rolami, Gillen zaś zrobił to w końcu klarowanie. Poza tym, niewiele mogę napisać o tym numerze.
Pamiętam z dawnych zapowiedzi, że ta seria miała być chyba zbiorem pojedynczych historii, ale był to jednak główny wątek Scotta i inne poboczne. Być może coś się zmieniło w planach. Tak czy inaczej, ostatni zeszyt był 7/10, a sama mini 8/10.


Daredevil - End of Days #2
S_O: Prezydent Wilson? Który jest czarny? Pośrodku zapełnionego superbohaterskimi billboardami Times Square? Daleko zaszedł jak na zwykłego dzieciaka z Harlemu czy skądkolwiek był. Ale może się mylę i to ktoś zupełnie niezwiązany z Falconem.
A tymczasem śledztwo Bena Uricha posuwa się do przodu... powolutku, po maleńku. Na razie wiemy tylko tyle, że: jedna z trzech kobiet Matta też nie żyje, ale za to Nick Fury nadal dycha. Kwestia "Rosebu...", przepraszam, "Mapone'a" tkwi w miejscu, ale przynajmniej mogliśmy sobie popatrzeć na mecz nogi.
Krzycer:
Ojej, co się dzieje z rysunkami? Ze strony na stronę jest coraz gorzej. A fabuła... cóż, widzimy, jak potoczyło się życie Milli i Elektry, i to jest ciekawe. Natomiast akcja nie posunęła się prawie w ogóle. Różne detale - że Nick Fury twierdzi, że Black Widow nie żyje, że S.H.I.E.L.D. rozwiązano, że czarny prezydent nie tylko nie jest Obamą, ale na dodatek chyba jest Republikaninem, sądząc po widmach, które przywołuje - dają jakieś wyobrażenie o tym świecie, ale jednocześnie odciągają uwagę od głównego wątku. A może właśnie po to są? Żeby czytelnik nie zorientował się, że Urich przez dwa numery ani na krok nie przybliżył się do prawdy?
EndrjuSzopen:
Podoba mi się ta koncepcja i wykonanie - chciałbym, żeby uniwersum Marvela było takie, że kiedy ktoś umiera to naprawdę odczuwa się jego śmierć, a nie wszyscy patrzą ze znudzeniem na to, wyczekując pewnego powrotu z grobu. Chociaż pewnie sam Daredevil powróci (czy on w ogóle zginął...?), natomiast sam klimat jest utrzymany w taki sposób, że naprawdę ma się poczucie beznadziejności, upadku superbohaterów i w ogóle... No, dobrze mi się to czyta, dobrze mi się to ogląda, jest warte polecenia.
Gil: Czy moje piękne oczęta dobrze widzą? Wygląda na to, że stary dobry Matt Murdock zostawił po sobie całkiem sporą gromadkę małych rudzielców. Póki co, poznaliśmy dwóch, ale kurcze, całkiem możliwe, że na każdą kobitkę, z którą Murdock miał coś na rzeczy, przypada jeden mały rudzielec. W międzyczasie dowiadujemy się też, że coś się stało z Avengers i między innymi Black Widow zeszła była z tego łez padołu. Czyli brniemy dalej w elseworld. A czy zbliżamy się do jakiś odpowiedzi? Nio, chyba nie bałdzo… Mam wrażenie, że to jednak rude… pardon - czerwone śledzie, a prawdziwe odpowiedzi kryją się gdzie indziej. Ale cóż, klimat się utrzymuje i nadal mi się podoba, a rysunki też pomagają, więc pokuszę się o 7/10.

Deadpool vol. 3 #1

S_O: Powitanie numer jeden. I ja chcę Teddy'ego R. ze swoją wielką pałką (nie taką!).
Musiałem się kilka lat temu uczyć o historii najnowszej świata, w tym także USA, więc zrozumiałem większość dowcipów krążących wokół FDRa, ale zdaję sobie sprawę, że w naszym pięknym kraju należę do mniejszości (Taft z drugiej strony to dla mnie zupełna enigma, ale przynajmniej rozpoznałem Eisenhowera na zebraniu). Jestem dobrej myśli, a to ostatnio rzadko mi się zdarza.
Krzycer:
Pomysł zombie prezydentów jakby żywcem wyjęty z Way'a. Ale do konfrontacji z nimi staje jakiś inny Deadpool. To chyba nie Remenderpool, ani nie Kellypool... Ale to nie jest również Waypool. A to już dużo.
Podobało mi się, choć piszę to "z pewną taką nieśmiałością", żeby nie zapeszyć.
Poza tym przyznaję bez bicia, że Lincoln i Taft rozbawili mnie do łez.

Undercik: Wreszcie odskocznia od Waypoola. Jak na nowy start jest naprawdę dobrze. Prezydenci zombie jak najbardziej wpisują się w moje poczucie humoru. Przede wszystkim czekam na Abrahama Lincolna. Pomysł, aby Deadpool robił dla S.H.I.E.L.D. misje, przy których nie może pokazać się żaden superbohater, wypada nieźle i jest przyjemną odskocznią od kolejnych uber-tajnych grup mutantów czy Mścicieli. Ogólnie humor na porządnym poziomie, raz gorzej, raz lepiej, chociaż czułem, jakby niektóre żarty były wciskane na siłę. Rysunki może niezbyt specjalne, ale mi się podobają. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie, ale myślę, że raczej na długo zostanę przy tej serii.
Gil: Moje wrażenia po lekturze tego zeszytu są pozytywne, aczkolwiek bez rewelacji. Nowy zespół twórczy podszedł do tematu bez obciążenia tym, co wcześniej Way nawymyślał i to jest wielki plus. Żadnych dziwnych wizji, żadnych kłótni między boxami narracyjnymi i kłującego w oczy debilizmu. Co prawda, humor nie całkiem do mnie przemawia, ale to może być kwestia mocnego osadzenia w amerykańskiej kulturze. Jakoś tak po prostu nie uważam zombie prezydentów za coś wybitnie zabawnego, zwłaszcza, że połowy z nich nie kojarzę i brakuje mi kontekstu. Podejrzewam, że podobnie będzie u większości nie-amerykańskich czytelników. Ale już humor sytuacyjny ma się lepiej, chociaż z kolei niektóre teksty padają nie wiadomo skąd (ale to akurat 'Poolowi można wybaczyć). Trochę niestandardowe rysunki też mi pasują, więc na dobry początek znajomości wystawię 6/10 z nadzieją, że jeszcze się ta maszyna rozpędzi.
strz1:
I ku mojego zaskoczeniu numer tygodnia. Może nie jakoś przeraźliwie śmieszne, ale i tak najlepsze. Całkiem fajne dialogi, miły team-up z Thorem i bardzo ładne, pasujące rysunki.

Defenders vol. 4 #12
(Final Issue)
S_O: Pożegnanie numer trzy... And we've been Donnie Darko'd! Okazuje się, że rozwiązaniem całej sytuacji było olanie wszystkiego, co się wydarzyło i pozwolenie na to, by Deus Ex Machina z końca numeru trzeciego załatwiła sprawę sama. Szkoda, że nie wpadłem na to rok temu. Podejrzewam, że Fraction chciał być meta jak Gillen. Problem w tym, że żeby być meta jak Gillen, trzeba być dobrym scenarzystą jak Gillen.

Gil: Cóż, ostatecznie mogę powiedzieć, że był to chyba najlepszy pomysł Fractiona, z jakim się spotkałem. Gdyby kogoś rzeczywiście to obchodziło, historia Omegów i Death Celestiali mogłaby nabrać odpowiedniego znaczenia i mieć realny wpływ na całe uniwersum, a jakby jeszcze trochę ją podrasować, mogłaby stać się esencjalną dla całego Marvela. Problem z tego typu historiami polega jednak na tym, że albo nikogo nie obchodzą, albo ludzie się w nich gubią, nie rozumieją i odrzucają. I tutaj dochodzimy do kwestii wykonania. Było zdecydowanie zbyt chaotyczne, nie potrafiło uchwycić i podkreślić ważnych elementów, a hinty, które okazały się istotne, były podawane jako irytujące przypiski na dole strony, które wszyscy olewali. Za dużo było wątków pobocznych i postaci, które nie miały znaczenia dla fabuły. I wszystko to skumulowało się w tym numerze sprawiając, że merytoryczna część historii została przysypana toną zbędnych informacji tak, że ostatecznie nie potrafię nawet powiedzieć, jak to się skończyło. Dlatego, chociaż podobał mi się pomysł, nie mogę wystawić więcej niż 4/10 za całokształt.

Iron Man vol. 5 #1
Hotaru: Może zacznę od oprawy graficznej. Byłem pod dużym wrażeniem pierwszych stronic. Zbroja i tła wyszły Landowi naprawdę dobrze. A potem zaczęły pojawiać się panienki w porno-pozach i czar prysł. Cóż, Land pozostanie Landem. Gillen za to... cóż, jest dobry. Nie jest to wprawdzie poziom Journey into Mystery, lecz Uncanny X-Men, ale to nadal pozytyw. Wolałbym, żeby pewna śmierć w tym numerze była rozegrana lepiej i bardziej emocjonalnie, ale cóż... Po kolejny numer sięgnę z pewnością.
S_O: Powitanie numer dwa. I Gillen dopiero się rozgrzewa - mam nadzieję. Bo na razie muszę zacząć narzekać - po pierwsze, Maya Hansen, odkopanie Extremis, AIM - to wszystko śmierdzi mi nawiązaniem do filmowego Żelazka Trójki. Czyli coś, na co narzekam przy okazji praktycznie każdej filmowej adaptacji, bo nie uważam, że nowi czytelnicy to docenią. Nie uważam też, że nowi czytelnicy nie będą w stanie zrozumieć idei "filmu opartego na motywach" nie będącego wierną adaptacją materiału źródłowego. Bo tak naprawdę to jedynie pójście na łatwiznę i odgrzewanie starego kotleta.
Dalej - przemowa sprzedawcy na "Villain Expo" potwornie mi przypomina gadkę tamtego łysolka z Uncanny X-Men (tego, który chciał sprzedawać supermoce w aerozolu), co pewnie po części związane jest z faktem, że oba komiksy rysował Land. Tak, czy inaczej, nie podobało mi się wtedy i nie podoba mi się teraz. Poza tym jednak, jestem nastawiony optymistycznie, bo podoba mi się Stark kreowany przez Gillena. Choć mam pewne obawy związane ze wspomnianą na ostatniej stronie chęcią zamknięcia diabła w butelce i reklamą zbiorczego DiaB przy liście od edytora.
Xavier83:
Kupiłem sobie na próbę. Przyznam się bez bicia, że nie czytałem historii Extremis by Ellis. Wiedziałem, czym to było w życiu Starka itd., ale podstaw nie liznąłem. Gillen w bardzo przystępny sposób pokazuje, że można połączyć nowe otwarcie dla postaci pod nowych czytelników, jak również ukontentować tych, co mieli styczność z ostatnimi przygodami Iron Mana. Jaki jest duży plus już pierwszego numeru? Mamy tu naprawdę piękne kobiety i do tego inteligentne. Brawo dla Marvela. Podobają mi się rozmyślania Starka, które nie przeszkadzają w płynnym czytaniu historii. Debiut nowej zbroi wypadł pozytywnie. A ogolony Stark naprawdę robi różnicę. Rysunki są poprawne i nie psują dobrego odbioru historii. 7/10.
avalonpulse0273d%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Hm. Gillen zaczyna swój run praktycznie tak samo, jak Fraction. To trochę niepokojące. Przynajmniej dialogi są lepsze. Za to rysunki - gorsze. To urocze, kiedy Land próbuje narysować kobietę, której twarz wyraża inną emocję, niż orgazmiczne rozbawienie.
Za to jego Stark jest przerażający. Przynajmniej dopóki ma bródkę, po po tym, jak się jej pozbył, zmienił się nie do poznania.
W sensie, Land nie narysował tego Starka z pierwszej połowy numeru, za to bez bródki, tylko dał mu zupełnie inną facjatę.
Za to tła Nowego Jorku wychodzą mu niesamowicie. Do tego stopnia, że wciąż nie wiem, czy Chrysler Building na jednym z kadrów przypadkiem nie jest fotografią.
Ogólnie: jest średnio. A że to Gillen, to jestem bardzo rozczarowany.

Undercik: Jest dobrze i nic więcej. Gillen rozpoczyna bez specjalnych fajerwerków, jakby nie chciał już na starcie zrazić czytelników. Mam nadzieję, że się rozkręci w kolejnych numerach, bo jeżeli ma się utrzymać taki poziom, to nie wiem, czy coś specjalnie mnie będzie trzymać przy tej serii. Landowi natomiast wyszło świetne miasto i zbroja Iron Mana. O ile zazwyczaj Greg mi nie przeszkadza, tak jak większości osób na forum, tak tym razem strasznie mnie irytowało, jak został narysowany Tony. Póki co poczekamy, zobaczymy. Na razie Marvel NOW z jednym mocnym tytułem i dwoma porządnymi bez fajerwerków.
EndrjuSzopen:
Tony Stark z dziwną twarzą. Płynna zbroja nakładająca się na Tony'ego formująca się w pełnoprawną zbroję Iron Mana. Coś tam o czymś tam, trochę nawalanki i już. No ok, to jedna z tych serii z Marvel NOW!, na które czekałem z większą niecierpliwością, ponieważ komiksowa postać Iron Mana zainteresowała mnie jakiś czas temu i chciałem się wczepić w jego solową serię, toteż mam teraz szansę i póki co jestem lekko ostudzony, ale to dopiero pierwszy zeszyt, tak? Więc spokojnie. Chociaż ta płynna zbroja zupełnie mi tu nie pasuje i jej nie przeboleję.
Gil: Przez chwilę zastanowiłem się, jak oceniłbym ten komiks, gdyby napisał go Fraction? Pewnie powiedziałbym, że jest przyzwoity, ale bez rewelacji. I mam nadzieję, że jest tak dlatego, żeby jakoś drastycznie nie zmieniać tonu serii na wejściu. Bo póki co, jest jakoś... nieśmiało. Trochę filozoficznych przemyśleń, coś o kryzysie wieku średniego, a potem hop w misję szpiegowsko-przechwytniczą, bo AIM przechwycił Extremisa. Nie czuć ani specjalnego napięcia, ani nic nie zaskakuje – ot, taki dzień z życia Antosia. Ale przynajmniej przyznać trzeba, że Antonio zachowuje się rozsądnie, a nie w stylu "don't know what I'm doing, LOL!", jak to wcześniej bywało. No i mamy rysunki Landa, czyli generyczne blondyny z Hustlera i zdjęcia miast z narzuconym filtrem z Photoshopa oraz... azjatycką Pepper? Zdziwiłem się szczerze, kiedy na jednej ze stron Antek otworzył w końcu oczy. No cóż, jak na razie nie ma się czym zachwycać, ale też niczego się przyczepić nie mogę, więc poczekam na rozwój wypadków, a tymczasem wystawię neutralne 5/10 ze wskazaniem w górę.
GrayFox:
Ja tam się nie znam, bom Tośka mało czytał, ale mi się to nawet podobało. Fakt, że nie czuć jakoś tego napięcia i w ogóle, ale dialogi są fajne, rozkręcenie akcji wokół Extremis też na plus, no i nawet kilka rysunków Landa było spoko - panoramy miasta i Iron Man były całkiem ładne. Ale za to ludzie w jego wykonaniu wyglądają z reguły fatalnie. Choć ta blondynka, mimo iż wyglądająca jak gwiazdka rodem z porno, to nawet mi się podobała. Jako rysunek, of course. No i świetna scena przesłuchania przez Tony'ego tego dziadka z AIM, perfekcyjnie rozwiązana na 4 czy 5 kadrach. Majstersztyk.
Tylko nie mogę przeboleć nowego designu zbroi Iron Mana. Chcę czerwień i złoto, czerń jest w ogóle nie na miejscu.
Póki co - jestem na tak, na pewno zostanę z serią na dłużej.
strz1:
Myślałem, że będzie kiepsko, a jest w sumie nie najgorzej. Niezły zamysł na początek historii, fajne rozmowy między paniami i Tony'ego z Pepper. Rysunki są jednak bleee. Gdy rysował Uncanny to może i postacie wyglądały jak z pornoli. Ale były całkiem ładne chociaż. Tutaj nie są.
Gamer2002:
Jest to bardziej wprowadzenie niż sama w sobie historia. Koncept przypomina mi nieco słabe Iron Man anime, tam Tony miał 12 bossów do rozwalenia, a tutaj 4. No ale zobaczymy, co z tego Gillen usmaży. Ważne, że było parę zabawnych kwestii. Niestety, był też Land. 6+/10.

New Avengers vol. 2 #32
Hotaru: Jest lepiej, niż w Avengers, ale i tak nie jest za dobrze. Bendis wziął się za sprzątanie kolejnych swoich wątków, ale o ile nie zależy mi na tym, co zrobi z Drummem, o tyle wolałbym, żeby nie sprzątał Victorii. Liczę, że to jeszcze nie koniec tej postaci. Reszta tego numeru zasługuje co najwyżej na wzruszenie ramion.

S_O: Zmiana rysownika, yay!
New Avengers, jak zwykle, nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje i dają się rozstawiać po kątach. ZNOWU. Przynajmniej tutaj wygląda na to, że sprawa zostanie załatwiona minimalnie szybciej, niż w Bezprzymiotnikowych. Niepokoi mnie tylko jedna rzecz - los Victorii Hand. Nie dlatego, żebym ją lubił, bo ani mnie ona ziębi, ani grzeje, ale nie mogę nie zwrócić uwagi, że Marię Hill i Daisy Johnson też stworzył Bendis. O ile Maria wydaje się bezpieczna dzięki filmom, tak Quake może nie przeżyć tych ostatnich historii...
Krzycer: Zaskakujące odkrycie zaskakującym w żadnym stopniu nie było, więc takie przeciąganie odkrycia, że za wszystkim stoi oryginalny martwy Drumm nie przysłużyło się komiksowi. Również to całe "jesteśmy FBI, jesteście aresztowani", "jestem z SHIELD, walcie się", "yyy, jesteśmy Avengers, co mamy ze sobą zrobić?"... No, marnie się to czyta, i tyle.
Poza tym jestem oburzony sugestią Bendisa, że jakiś Casper mógłby coś zrobić Hellstormowi.

Gil: W porównaniu z równoległymi wydarzeniami z Avengers, tutaj jest lepiej. Co prawda wraz ze zmianą rysownika, odpadła połowa klimatu, ale przynajmniej udało się przez większość numeru utrzymać atmosferę pewnego napięcia i podejrzliwości. Pewnego... ale trochę naciąganego. I chaotycznego, bo w pewnym momencie trudno się zorientować, kto teraz jest opętany i do czego to wszystko zmierza. Swoją drogą, jeśli cały plan pana złego polega na nasłaniu FBI na Avengers, to jest to raczej głupi plan. Inna sprawa, że okładki zaspoilerowały zbyt wcześnie, kto tu będzie przeciwnikiem i zabiły całe zaskoczenie. A szkoda, bo było by to niezłe zaskoczenie. I jeszcze próbują nam wmówić, że ubili Hellstorma. To chyba Bunn się zapłacze... Ale jest jeden kadr, dla którego warto było sięgnąć po ten numer – Cage wchodzący w Mr. T mode i wrzeszczący "Fool!" Hilarious! W sumie to tutaj również mogę się pokusić o niższe rejony 6/10.

Scarlet Spider vol. 2 #11
S_O: Biją się, ale zostają pokonani. Jak to bywa, gdy miną już 2/3 historii. Wygląda to trochę tak, jakby cały ten cross był pisany z podręcznikiem w ręce. A że stawka toczy się o świat, o którym pewnie nawet połowa komiksowych nerdów nie słyszała, trzeba zrobić coś, żeby zainteresować nią czytelnika - stąd wyjaśnienie: "Macroversum (czyli to nasze) nie może istnieć bez Microversum... bo... Magnesy." A po roku ciągłego czytania, jak to Kaine się zmienił, ale nadal jest potworem, to też powoli staje się nudne.

Undercik: Na razie najlepszy numer "Minimum Carnage", co nie zmienia faktu, że nadal poniżej oczekiwań. W końcu widać sens historii, ale mam wrażenie, że pierwszą połowę crossovera można było skrócić do chociażby jednego powiększonego numeru. Nareszcie też wytłumaczono, o jaką stawkę toczy się gra. Szkoda tylko, że nie dano Wellsowi napisać kolejnej miniserii, a ongonig Yosta zostawić w spokoju. Ta część numeru, w której jest Kaine, trzyma poziom, natomiast ta Venomowa - MEH. Bym zapomniał - symbionty kompletnie nie wychodzą Phamowi, szczególnie Carnage.
EndrjuSzopen:
Minimum Carnage - ciąg dalszy. Tak naprawdę główna fabuła, która dotyczy jakiś mało interesujących spraw w tym mini świecie, gdzie coś się dzieje i to ma jakiś związek z symbiotami, a że akurat trafiły do nich bonusowo dwa to sobie robią z nich armię, żeby pokonać kogośtam. Gdyby nie ta linia fabularna (widać maczanie paluchów Bunna), to numer mógłby być całkiem interesujący - zwłaszcza sekwencja z Kainem, który poddaje się furii i bije bez opamiętania Carnage'a, który wręcz cieszy się z każdego otrzymanego ciosu. Taką przyszłość ma obrać dla Scarlet Spidera Yost, w takim tonie i w takim klimacie. A nie jakieś Microversy czy inne bzdurki...
Gil: Czytanie tego crossa jest trochę jak rejs po rzece – czasami zobaczysz coś ciekawego, ale i tak z całości zapamiętasz tylko monotonną taflę wody. Kolejny numer wypełniają bitki między wszystkimi po kolei, które wypełniają przestrzeń pomiędzy poszczególnymi plot pointami. Coś jednak się ruszyło, bo na scenę wkroczył nowy pan zły, który jest tajemniczy i prawdopodobnie pociąga za wszystkie sznurki. Wspomniano o Enigma Force i zbliżamy się do jakiś rewelacji. To są plusy, tylko szkoda, że kazano nam tak długo czekać, aż w końcu się pojawią. Nadal jednak u podstaw całości leży jeden wielki minus: nobody cares about the Microverse! No ale dobra, za te kilka plusów podniosę ocenę do 5/10.
GrayFox:
Nie wierzę, nawet mi się podobało. Idealnie prowadzony Kaine in da Rage Mode, fenomenalna walka między nim a Cletusem, kilka fajnych dialogów np. "- Crap. - Yes. Crap indeed." i, że w końcu wiadomo coś więcej na temat intrygi, to bardzo poważne zalety tego komiksu. Niemniej dalej słaby jest wątek Venoma w tym crossie, Flash robi w zasadzie za tło, fatalne, przeokropne rysunki Phama, no i fakt, że to wszystko wciąż to cholerne Microverse. Ale mimo wszystko to najlepszy numer tego dziadowskiego crossa, zostanę więc do końca z nieco większą dozą optymizmu niż przypuszczałem...

Uncanny X-Force #33
Hotaru: Jest dobrze. Rozmowa Logana i Dakena to niewątpliwa perełka tego numeru, chociaż sposób, w jaki Nightcrawler rozprawił się z Blobem też był niczego sobie. Liczyłem jednak na to, że Psylocke okaże trochę więcej sprytu. Deadpool wydał mi się trochę zbyt normalny, a decyzja Evana przedwczesna. Ale chyba się czepiam. Bo podobało mi się. I chcę więcej.

S_O: Od razu zaznaczę, że wolałem Dakena, jak był MARTWY, dlatego nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że podobała mi się jego rozmowa z tatusiem. Inna rzecz, że on jako jeden z niewielu był na tyle domyślny, by spróbować utopić Logana (może przeczytał pierwszą historię Jasona Aarona w Wolverine: Weapon X?), choć fakt, że wsadził gościa z niezniszczalnymi pazurami do nie tak znowu wielkiego akwarium może okazać się błędem.
Perypetie pozostałych członków drużyny nie wywołały na mnie większego wrażenia... może poza Deadpoolem i jego wiarą w Wolverine'a. To naprawdę miłe, co Remender zdołał z nim zrobić.
Krzycer: Fajna rozmowa Dakena z Loganem. Fajnie poprowadzony Deadpool. Świetnie, świetnie poprowadzony Evan (aby uratować X-Force zostanie Apocalypsem? Tego się nie spodziewałem... choć w sumie powinienem; o ile zostanie, w końcu pojawia się w WatXM w zapowiedziach na parę numerów do przodu).
Tylko dynamika trochę siada w końcówce. Fauxmega Red ma czas przynieść Evana z powrotem, Evan ma czas wdziać wdzianko... ile można topić Rosomaka?
No i nie wspomniałem jeszcze jednej sceny. Tej, która pewnie zapadnie w naszą kolektywną pamięć. I której powinienem się czepiać, bo tak - balansuje na skraju absurdu, lub campu, lub... w sumie nie wiem czego. I z fanboyowego punktu widzenia można się czepiać, bo tam nie może być wystarczająco wiele pustej przestrzeni, by Kurt mógł się bezpiecznie teleportować.
Ale tak sobie myślę i dumam, i dumam i myślę, i rekin chyba wynagradza z naddatkiem wszystkie te niedociągnięcia.

Gil: Wow! Nightcrawler really jumped the shark here. Kiedy załatwial Icemana, to było epickie, ale tutaj... rekin mówi sam za siebie. Poza tym, znów mamy całą górę daddy issues, które nudzą aż bolą. Pojedynek Psylocke z Shadow Kingiem dla odmiany był prawie niezauważalny. Zważywszy na historię starć między tymi dwojgiem, powinien być epicki i zmiatać z nóg, a był zwyczajnie nijaki. Jedyne, co mi się tu spodobało, to sceny z Deadpoolem i Evanem. Kto by pomyślał, że Wade może zostać sumieniem tej grupy? Rysunki dobre, ale tej historii przydałyby się inne - jakieś z większym rozmachem. Chociaż z drugiej strony, po co rozmach do daddy issues...? I w ten sposób, całość zjada własny ogon. Najwyżej 5/10 za to będzie.

X-Factor #246
Hotaru: Paul Davidson się postarał. Ale i tak oprawa graficzna budzi co najwyżej neutralne emocje. Za to skrypt Petera Davida ma w sobie "to coś". Wstyd przyznać, ale dopiero teraz skojarzyłem, że Pip to ten sam karzełek, który występował w Infinity War. Podoba mi się, że poznaliśmy go trochę lepiej. Nawet jeśli na tak krótko.
avalonpulse0273e%20%5B1600x1200%5D.JPG
S_O: Zabawne. Ciekawe, czy Aaron i PAD wiedzieli, co planuje ten drugi. Historia Pipa nawet ciekawa, wyjaśniająca, co on w ogóle robi w tej serii. Nie mogę jednak nie zauważyć, że w WatXM ktoś przynajmniej wiedział, czym zajmuje się Doop, tutaj jednak motyw Trolla nie jest dla mnie do końca jasny. Czemu pomaga X-Factor? Z wrodzonego altruizmu? Dla dachu nad głową? Trudno mi to zrozumieć, ale może coś pominąłem.
Krzycer:
Hm. Numer o Pipie (nie mylić z Pippą) nie kończy się tak, jakbym tego oczekiwał. Jakiś czas temu zapomniałem o taglinie "x-pect the un-x-pected". I znowu i śmieszno, i przykro, i PAD w dobrej formie. Rysunki słabsze, ale zawsze mogło być gorzej. (Dopóki nie wróci Stroman - tfu, tfu, odpukać - zawsze może być gorzej.)
venom:
Pewnie inni będą wychwalać ten numer pod niebiosa, więc ja mogę troszkę ponarzekać, prawda? Bo zupełnie nie podobał mi się, być może dlatego, że postać Pipa jest mi zupełnie obojętna, wręcz nawet ucieszyłbym się, gdyby zszedł ze sceny... Ten numer i poprzedni uważam za słaby, jedynie końcówka tego numeru zaciekawiła mnie, o reszcie tego numeru szybko zapomnę...
EndrjuSzopen:
Przede wszystkim - bardzo dobrze napisany i narysowany numer. Po prostu jeden z tych komiksów, który po prostu dobrze się czyta, ponieważ dialogi i narracja są poprowadzone w przyjemny sposób. Do tego dochodzi postać Trolla, która wprowadza element humoru i jeszcze bardziej uatrakcyjnia lekturę. I tak naprawdę to wszystko by w zupełności wystarczyło i byłoby bardzo dobrym pojedynczym zeszytem do zapoznania się (jak w przypadku #240, Run, Layla, run), ale... Ale dostajemy szczyptę pieprzu, mamy trwającą do końca numeru niepewność, a w końcu niespodziewany (przynajmniej przez mnie, ale w sumie dość od niedawna czytam tą serię) cliffhanger. I chce się więcej.
Gil: Hm... skoro ostatnio udało się zrobić Spider-Mana bez Spider-Mana, to pora na X-Factor bez X-Factor. Tak prawdę powiedziawszy, to od dłuższego czasu zastanawiałem się, po co oni trzymają Pipa w tym tytule? Odpowiedź najwyraźniej brzmi: bo wystarczająco skutecznie zastępuje Doopa. I tak właściwie, to chyba jedyny wniosek, jaki z tego stand alone'a wynika. Inna prawda jest taka, że nigdy Pipa nie lubiłem i ten fakt jakoś nie pozwalał mi czerpać frajdy z lektury, nawet mimo paru fajnych gagów i tekstów. Nie pomagały też rysunki, które wyglądały na mocno niedbałe. I w ten sposób dochodzimy do smutnego faktu, że jest to chyba najsłabszy numer tej serii X-Factor. Wciąż znajdzie się jednak powyżej średniej, z oceną 6/10.

X-Men vol. 2 #38
S_O: Wiecie, od początku ta seria była czymś w stylu "Marvel Team-Up, ale z mutantami". Historia z wampirami miała Blade'a, historia z Lizardem miała Spider-Mana, potem było jeszcze FF, War Machine, Forgiven... A potem przyszedł Wood i seria zaczęła się skupiać na jakimś pseudo-genetycznym pseudo-filozofowaniu.
Teraz jednak seria wróciła na właściwe tory - team-up, akcja i herosi walczący z łotrami o coś, co jest ważne, a nie między sobą o jakieś pierdoły. Lektura miła i przyjemna, mimo tego, a może właśnie dlatego, że występuje tu tylko jedna z regularnych postaci.
Gil: To chyba historyczny moment, bo po raz pierwszy w tej serii trafiłem na historię, która zdołała mnie nie tylko zainteresować, ale też sprawić, że czekam na ciąg dalszy. Team-up między Domino i Daredevilem (lub D&D, jak sam Murdock go określił) to nadspodziewanie dobra mieszanka. Czerpie wiele z obecnej serii tego drugiego i trzeba to zaliczyć na plus, bo ma ona znacznie większą wartość i jest z czego korzystać. Całkiem spora część tego feelingu została zachowana, zarówno w akcji, narracji i oprawie graficznej. Chociaż do tej ostatniej miałbym parę zastrzeżeń. Domino wnosi ze sobą trochę innej dynamiki i sytuacyjnego humoru, a całość nieźle się komponuje. To chyba taki miły akcent na koniec serii, więc cieszmy się nim. A, niech ma te 7/10.
strz1: C
ałkiem przyjemnie i tym samym dużo lepiej niż wcześniej. Ale pomysł, iż dwóch low lvl herosów rozwala całą armię złoczyńców z WC na czele to lekka przesada. I do tego Constrictor. Nie śledziłem jego losów od czasu Siege, ale danie go jak mięcho do tłuczenia to krzywda dla tej postaci i kilka kroków wstecz.
Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0273a.jpgX-Factor #246
Autor:
David Yardin

Hotaru: Po raz kolejny Yardin stworzył dla X-Factor świetną okładkę. Po raz kolejny, oprócz świetnego wykonania, cover wyróżnia się pomysłem nawiązującym do tego, co znajdziemy w środku numeru. Po raz kolejny - brawo!








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.11.07
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.