Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #272 (05.11.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 5 listopada 2012Numer 45/2012 (272)


Pierwszy listopadowy Pulse przynosi nam czwartą już część AvX: Consequences, trzy kolejne serie zostają zakończone, mamy jedną nowość oraz kilka regularnych pozycji. Zapraszam do lektury.

A+X #1
S_O: Acha, to dlatego w zapowiedziach nie pojawiło się nic konkretnego! Bo w samym komiksie też niczego konkretnego nie ma!
Jak wspominali moi przedmówcy (którzy w większości są poniżej, bo jako redaktor mam uprzywilejowaną pozycję), mamy tu do czynienia z sequelem Versusa, tylko że z team-upami zamiast walk. Dwie historie:
- Cap&Bucky + Cable = niczego sobie opowiastka, choć na sam dźwięk nazwy "Sleepers" zęby mnie bolą, i to nie tylko ze względu na głupotkę, jaką skończyło się Fearless. Oprócz tego mam jednak tylko jedną drobnostkę do czepienia się - czy wszyscy Traskowie z teraźniejszości nie zostali już wybici? Jakim cudem komuś udało się zrodzić Traska w przyszłości?
- Wolverine + Hulk = Nie wiedziałem, że Zielony należy do X-Men. A nie, zaraz, chodzi o Logana. Zapomniałem.
Historyjka, jak to u Loeba, głupiutka i wiele sensu nie ma, choć kłótnia o ciacho zabawna. I domyślam się, że Rulk z przyszłości to Talbot, o którym była już mowa przy okazji X-Sanction.
Swoją drogą, ktoś powinien napisać dla tej serii historię z team-upem Wolverine'a i Beasta. Ot tak, dla maksymalnego trollingu.
EndrjuSzopen: ...czyli mamy sprawę podobną do AvX: Versus, tylko teraz są to team-upy, a nie walki. I w sumie wychodzi to jednak lepiej, bo nie ma bezsensownie zmotywowanych pojedynków, których zakończenie bywało nie raz dość dziwne; a nawet zainteresowała mnie historia z Hulkiem i Wolverinem i nie wiem, na ile jest to pusta zajawka, a na ile historia, która będzie kontynuowana w Marvel NOW! Ale jakoś trochę mnie to zainteresowało, to będę uważniej obserwował wszystkie serie.
Gil: Cóż, ach cóż mogłoby wypełnić w mym sercu lukę po zakończeniu AvX: VS.? Oto mamy kandydata, który może nie wprost, alew jakimś stopniu na pewno jest kontynuacją tamtej serii. Z jednej strony trzyma się konwencji dwóch historyjek na numer, z drugiej jednak ma wiele cech antologii, jakie zwykle towarzyszą na początku każdemu nowemu status quo. Już na pierwszy rzut oka muszę odnotować jeden fakt in plus: brak wkurzających i nieśmiesznych fun factów.
Pierwsza historia jest… ehm-ehm… AWESOME!!! Nie spodziewałem się tego zupełnie, ale jednak. I w dodatku przypomniała mi, za co kiedyś tak lubiłem Dana Slotta. W tej niby prostej i krótkiej historyjce udało mu się połączyć w jedną, niezwykle zgrabną całość tak odległe wątki jak Sleepers i Sentinels za sprawą podróżującego w czasie Traska. W scenerii WW2, spotkanie Capa i Bucky'ego z Cablem jest trochę egzotyczne, ale, kurcze, podoba mi się i tyle. Choćby ten żarcik na koniec o robo-ramieniu. Po prostu wszystko pasuje, wszystko gra i buczy, no i jak dla mnie jest wyjątkiem od antologicznej reguły wszechcrapu.
Druga część zeszytu niestety już potwierdza wyżej wspomnianą regułę. Wolviek i Hulk wszczynają kłótnię o kawałek tortu (tak, ^%$&#@, tortu!), nagle znikąd pojawiają się ich przyszłościowe wersje i zaczynają się tłuc. Oczywiście, musiał to być Maestro, bo jak ktoś myśli "zły Hulk z przyszłości", to mówi "Maestro". A towarzyszy mu Logan z Days of Future Past, bikoz… because frag you – that's why! Potem ci dwaj zupełnie nie związani ze sobą przeciwnicy znikają, a nasi protagoniści wracają do kłótni o ciasto. W epilogu dowiadujemy się, że obaj oponenci pracują dla Rulka, który w przyszłości jest… prezydentem? I wysłał ich, by zabili jego samego w przeszłości, bikoz… because frag you again – that's why! Podejrzewam, że to przez brodę – broda czyni go złym. Maestro ma brodę, future Rulk ma brodę, broda = pure evil. Zresztą, to już było w Star Treku. Aha, zupełnie przy okazji – autorem tego crapu jest niejaki Loeb.
No i w ten sposób, historia całkiem dobra i zupełnie mierna sprawiają, że ocena numeru znów się zrównoważy w wypadkowej 5/10.

Avenging Spider-Man Annual #1
S_O: Taaak... Z jednej strony homoerotyczne sytuacje zawsze są zabawne (najwyraźniej). Z drugiej większość numeru to jeden, wydłużony do granic możliwości dowcip w stylu "New York, am I right?". Nie jestem nowojorczykiem (mam nadzieję, że Was tym nie zaskoczyłem), więc nie doceniłem w pełni tego numeru. Inna rzecz, że poza pewnymi drobnostkami nie jestem pewien, czy dużo jest w tym numerze do docenienia.
EndrjuSzopen: Hah, lubię to. Avenging od głównego ASM różni się luźniejszym podejściem do tematu - nie stara się być na siłę poważną serią, traktującą o wielkich wydarzeniach, które wychodzą niepoważnie i dziecinnie, że aż zęby bolą. Po prostu, mamy tutaj luźne team-upy Pająka z innymi bohaterami Marvela, często po prostu nastawione na czystą zabawę. Świetnym przykładem tegoż jest ten właśnie Annual, w którym znajdziemy trochę humoru - omal parzenie się Thinga ze Spider-Manem zniszczyło mi system. Pozycja całkowicie nieobowiązkowa, aczkolwiek nie żałuję przeczytania.
Gil: Być może wysuwam nieco zbyt śmiałą hipotezę, ale podejrzewam, że to z założenia miało być zabawne. Cóż, w takim razie – epic fail. Jedyne, co mi zostanie z lektury tego annuala to paląca potrzeba wydrapania z mózgu sceny w której Spider-Man i Thing się całują i obmacują. Tak, dobrze czytasz. Fabuła zawiązana jest wokół dwóch idiotów, którzy znajdują jakiś zmieniający emocje dinks i kręcą się z nim po mieście, wywołując falę agresji, by na końcu coś się przestawiło i wszyscy zaczęli się kochać na potęgę. I nawet jeśli cokolwiek fajnego było w tym pomyśle, to zostało zarżnięte wykonaniem. Są tu prawdziwe ściany tekstu, pod którymi duszą się średnich lotów dowcipy i gagi, nowe postacie są skrajnie irytujące, a nawet bohaterów w tym wykonaniu nie da się lubić. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej czytał coś Roba Williamsa i mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Tymczasem, za tę doprawdy epicką porażkę wystawiam łaskawie 2/10.

AvX: Consequences #4
S_O: He's dead, Slim.
Na początek - Stark. Czy tylko mnie zaczyna nudzić ta jego ciągła gadka o byciu futurystą? Ktoś powinien mu w końcu wytknąć jego bullshit, bo jakby rzeczywiście był w stanie przewidzieć rozwój sytuacji, to by się prawdopodobnie domyślił, że prostym sposobem na uniknięcie Wojny Amerykańsko-Utopijnej byłoby NIE BYCIE SKOŃCZONYMI IDIOTAMI. Serio, czy tak trudno wykombinować okrągły stół?

Reszta numeru już jednak ciekawsza. Logan przyznający, że nadal w pewien sposób szanuje Scotta i - nie wprost, ale zawsze - przypominający, kto tu jest od harcerzykowania, a kto od sniktowania, Ororo i Piotr - odkrywający magię cynizmu - w znacznie lepszej konfrontacji niż ostatnio w Bezprzymiotnikowych, no i Magneto przystający na łatkę łotra. Oj, będzie się działo.
Krzycer: Ja też byłem przekonany, że Cyclops komunikuje się z Magik za pomocą soli. Co w sumie nie ma żadnego znaczenia.
Fajna rozmowa Storm z Colossusem. Trochę banalnie ukazany Namor, ale wpisuje się w to, jak go Gillen wcześniej portretował. Współpraca Brand z Magneto - fajne.
A tymczasem główny wątek jakby przycichł, i coś mi tu nie gra. Wydaje mi się, że śmierć Jake'a powinna wywołać większe wrażenie, tymczasem Logan ją zupełnie zbywa. W każdym razie, czekam na ruch Cyclopsa i ostatni numer. No i zaczynam się obawiać, czy Bendis dźwignie ten temat odpowiednio, skoro to on ma dalej poprowadzić Scotta.avalonpulse0272b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Xavier83: Do cholery, to jest naprawdę dobre! Od wczoraj przeczytałem ten komiks 3 razy od deski do deski i za każdym razem odnajduję inną dwuznaczność popychającą akcję do przodu. Jedyne co mnie zastanawia pomału to wątek Iron Mana. On musi do czegoś zmierzać, a że został nam tylko jeden numer, można przypuszczać coś naprawdę WOW-NOW. Bardzo podoba mi się postawa Abigail. Została przedstawiona w prosty i zrozumiały sposób. Ciekawe czy Beast już wie, że jego partnerka ma takie intrygujące plany i w jakim stopniu są już zrealizowane. Majstersztykiem jest dla mnie rozmowa Namora i Hope. Ich interakcje dalej są dobrze prowadzone, pomimo tego co przeszli. Namor "malutki" - to przejdzie do annałów komiksowych, świetna scena. Najbardziej przejmująca jest scena Piotra: być pacyfistą czy wojownikiem? serce to sentymentalny narząd i już mu nie ufa. W tej scenie przypomniała mi się historia "Upadek Avalonu" gdzie miał podobne rozterki, jeśli dobrze pamiętam. Cała wypowiedź Magneto w stronę Storm bardzo dobrze pokazuje, jak był i jest postrzegany ["Our roles are nothing more than how the times choose to cast us".] Los Jake'a był do przewidzenia, a rozmowa Jamesa i Scotta pokazuje, jak wiele może ich łączyć gdy "trzeźwo myślą". Ostatnia strona bardzo, ale to bardzo łechcze moje podniebienie: "Well, Ladies...Villains it is.". Jeden numer pozostaje, wiele dobrego powinno się wydarzyć, a pan Gillen wymiata. Prawie zapomniałem o ilustracjach: Brooks bardzo dobrze spełnia się w uczłowieczaniu postaci, co najlepiej pokazuje jego Iron Man. Żeby nie zapeszyć: 9/10.
EndrjuSzopen: Nie ma to jak zaspoilerować tożsamość osoby komunikującej się ze Scottem w podsumowaniu tego co działo się do tej pory. Aż spojrzałem do poprzedniego numeru i sprawdziłem, czy jest tam cokolwiek co by mówiło, że to Magneto - owszem, dopiero teraz zauważyłem, że Scott był w pomieszczeniu, z którego można zebrać opiłki żelaza, no ale come on... Wątki się rozwijają, złoczyńcy się szykują i jest jak jest. Czyli po prostu czekam na ostatni numer.
zedicus: Ale jak rozumiem to Scott teraz będzie ten zły? Niech i tak będzie.
W każdym razie konsekwencje lepsze niż sam event, ciekawe tylko, czy uda im się to utrzymać na dłużej.
Czego nie rozumiem, to dlaczego Colossus chce zabić własną siostrę? Ale fajnie, że nie jest już avaterem Cyttoraka. Mam nadzieję, że fajnie go będą pisali w X-Force.
Gil: Zeszyt zaczyna się od przyjemnego akcentu: Antek przychodzi pogadać z Cykiem i bardzo fajnie bierze go pod szpic, żeby skłonić do współpracy. Już się cieszę, że Stark w wersji Gillena będzie inteligentny, bo to dobrze wróży nowej serii. Druga scena to niezłe zaskoczenie. Na jej początku zawisł mi nad głową wielki znak zapytania, ale w miarę rozwoju okazało się, że jednak jest w tym sens i brzmi nawet ciekawie. Scena trzecia: Hope spotyka Namora. Dwie postacie, które najmniej mnie interesują z tego wszystkiego. Dalej. Teraz Storm znajduje Colossusa (a.k.a. IronBeard), który przejawia całkiem uzasadnione i życiowe wątpliwości. Zaraz potem wpada na Magneto, który niestety znów spychany jest siłą na pozycję oponenta. A teraz kółeczko i wracamy do Summersa. Jego nowy kumpel dostaje kosę pod żebro, co jest pretekstem do kolejnej wizyty Logana i pogadanki o zemście, która znów jest całkiem dobrze napisana. Ale ponieważ kierunek serii jest odgórnie wyznaczony, Scottie wie lepiej i robi duży krok w kierunku tego, co nam zapowiada All-New X-Men. Ogólnie, numer jest przyzwoity – to znaczy, jest dobrze napisany, ale nie wszystkie kierunki muszą mi się podobać. Dlatego tym razem wystawię 6/10.
Gamer2002: Trochę więcej wątków niż wyłącznie Scotta, choć poza Starkiem to teraz było już bardziej domykaniem runu Uncanny Gillena niż AvX. And nothing of value was lost. Głównie wyjaśniło się to, co teraz porabia Magneto i reszta uciekającego teamu Scotta.
Śmierć kumpla Scotta trochę zbyt nagła, choć rozmowa z Loganem w roli pocieszyciela była miła. Zobaczymy, co Magneto i Summers uknuli. Chyba to coś bardziej skomplikowanego niż wyciąganie go z kicia, bo przecież Magik mogłaby to załatwić w sekundę. 7/10.

Captain Marvel vol. 6 #6
S_O: Zaraz, co? Nie jestem pewien, czy podróże w czasie działają w ten sposób. Czy pani pilot jakjejtam pamiętała swoje temporalne perypetie? Czy zatrzymała choć część mocy? A skoro o tym mowa, to jakim cudem w ogóle była w stanie dotrzymać kroku Carolce, która góruje nad nią kilkoma, a może nawet kilkunastoma latami doświadczenia w byciu trykociarą? Domyślam się, że odpowiedzi brzmią, odpowiednio: tak, nie i "i dunno lol", ale mam nieco problemu z utrzymaniem tego wszystkiego w kupie.
Krzycer: ...no i skończyło się stabilną pętlą. Nie chce mi się wracać do poprzednich numerów, by sprawdzić, czy ma ona sens (no i historia w sumie się nie skończyła, bo jak Helen wróciła do swojego czasu i życia, w ramach którego później poznała Carol?). W sumie była niezła, ale jak na pierwszą historię w serii... Nie wiem, oczekiwałem czegoś innego.
Na razie czekam, aż Emma Rios pożegna się z tytułem. Fajnie, że kolejne kobiety wchodzą do komiksu superbohaterskiego, ale jej stylu nie cierpię.
Gil: Starając się usilnie ignorować marne rysunki Emmy Rios, ponownie skupiłem się bardziej na treści i tym razem z pewną ulgą stwierdzam, że jest lepiej. Nie będę wnikał, jaki wpływ na to ma fakt, że spora część akcji jest kopią originu Karolki i jak bardzo wierna jest to kopia (byłem zbyt leniwy, by poszukać oryginału i nie wstydzę się tego :P). Fabuła klei się lepiej i nie ma takich głupich scen jak w numerze poprzednim, ale nadal znajduję tu dwie poważne wady. Po pierwsze – brak odpowiedzi. Wątek podróży w czasie został zamknięty bez najmniejszego wyjaśnienia, co właściwie zaszło. Oprócz tego, Helen dostała takie same moce, jak Carol i co z tego? Skoro wydarzyło się to ileś lat temu, to chyba powinny być jakieś konsekwencje, bo trochę zmian w teraźniejszości powinno to wywołać. Druga sprawa: ta kobita, czekająca na operację. Wiem, że pojawiła się w pierwszym numerze, ale już zupełnie nie pamiętam, kim ona jest i czemu tak się zachowuje. Hint dla autorki: przypominając jakąś czwartorzędną postać po pół roku nieobecności, warto by dorzucić coś więcej niż nazwisko. Poza wyżej wymienionymi, komiks nie ma więcej grzechów na sumieniu, więc tym razem da radę wyciągnąć do 5/10, ale musi się bardziej postarać.

Hit-Girl #4
S_O: No, cóż. Albo stałem się nieczuły na brutalność w komiksach Millara (a może to JRJR jest zbyt mało realistyczny, żeby mnie to cokolwiek obchodziło), ale nie wzruszyła mnie kolejna egzekucja gangsterów. A że poza tym Marek nie ma zbyt wiele do zaoferowania, może poza ostrzeżeniem "prędzej, czy później to wszystko ugryzie cię w tyłek" - co, ot, drobnostka, jest MOTYWEM PRZEWODNIM CAŁEJ LINII, mogę jedynie wzruszyć ramionami i przejść nad tym numerem do porządku dziennego.
Ale "trening" Red Mista i pokazanie, jak wielka to bzdura, to miła scena.

Mighty Thor #22
S_O: Pożegnanie pierwsze... I nie ma czego żałować. Sąd na Thorem, który ot, tylko pokonał Surtura i uratował całe istnienie, a wcześniej pokonał Serpenta i uratował całe istnienie, a wcześniej przywrócił Asgard i jego mieszkańców do życia (i w międzyczasie jeszcze trochę istnienia uratował)... ale jego zasługi nie przeważają nad jego zbrodnią - zawracaniem gitary Odinowi.
A że Odin jest zbyt zajęty, oskarżycielem jest Enchantress, bo najwyraźniej jest neutralna. I tę neutralność okazuje, na przykład, nie pozwalając na wypowiedzienie się Sif. Ale na szczęście Thora ratuje Balder, który przybył z nikąd zaprezentować swój swag. Bo tylko tyle wystarczy.
Staram się. Naprawdę się staram nie jeździć po Fractionie jak po łysej kobyle. Ale on mi tego nie ułatwia.
Acha - i jeszcze SPOILER! Odin był zbyt zajęty Booty-callem. Tym sposobem dziedzic Asgardu i Vanaheimu jest w drodze, więc cykl Ragnaroku został zerwany, albo co. Ten sam cykl, który został zerwany co najmniej dwa razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat? Słowo daję, Asgardczycy wyrywają się mocy przepowiedni częściej, niż Banner uczy się współpracować z Hulkiem.
Gil: Kolejny finał runu Fractiona jest… zupełnie jak zakończenie jego Iron Mana. Byle pretekst służy do przypomnienia wszystkiego, co się podczas całego tego runu wydarzyło i wycofania tylu zmian, ile tylko się da. Nic się nie dzieje, jest za do dużo gadania o niczym i zupełnie nieuzasadniony powrót Baldera z… gdziekolwiek był. No i rysunki wciąż nie pasują do nordyckiego klimatu. Zwłaszcza te przerażające uśmiechy. Dam 4/10 tylko dlatego, że było w tym więcej spójności niż we wcześniejszym finale Iron Mana i może dlatego jakoś mniej mnie irytowało.
Gamer2002: Źle nie było, domknięto tu wątek Odyna i wojny z "Everything Burns", a poza tym mieliśmy sytuację sądu publicznego nad bohaterem, który był nawet przyzwoity, choć skończył się w przewidywalny sposób. Myślałem, że Loki się pojawi, ale jednak nie, jest wyłącznie wielkim nieobecnym. Może i lepiej (choć przydałoby się, by Thor głośno powiedział, czemu go wskrzesił). 5/10, niczego sobie epilog, choć bez żadnych rewelacji.

New Mutants vol. 3 #50
S_O: Pożegnanie drugie... Znacie tę starą serię książek historycznych dla dzieci i młodzieży, "Strrraszna Historia?" W kilku z nich pojawiła się parodia serialu dokumentalnego "This is your life", kiedy prowadzący przedstawiał historię swoich gości, zapraszając do studia jego rodzinę i znajomych. Z tym właśnie serialem - a dokładnie, z tymi parodiami, bo samego serialu nigdy nie widziałem - kojarzy mi się ten numer. Ot, Nowi Mutanci spraszają wszystkich, którym pomogli w czasie runu DnA, a którzy nie chcą ich zabić. I Mephisto też się pojawił na chwilę. Miły akcent na koniec serii (trochę jak pamiętna scena z kanapą na ostatnich stronach Cable & Deadpool). Naprawdę mi się podobało, ale to głównie dlatego, że lubię tego typu historyjki, bo żaden z gości, ani żaden z gospodarzy, mnie nie poruszył. Od dłuższego czasu seria zjadała własny ogon, istniejąc tylko po to, by dociągnąć do magicznej pięćdziesiątki. A teraz, wreszcie, pożegnania nadszedł czas.
Swoją drogą, czy rysowanie Karmy z parą normalnych nóg to handicapizm?
Gil: Kolejny z długiej listy finałów. Chyba nawet będzie mi brakowało tej serii, chociaż jej druga połowa była co najwyżej średnia. Cóż, chyba zawsze miałem jakąś głupią nadzieję, że wydarzy się cud. Silly me. W każdym razie, ten finał ma dwa plusy. Pierwszym jest Tyro, którego poznaliśmy w również nie istniejącej już serii Nova i którego użycie tutaj stworzyło całkiem fajną klamrę. Drugim jest krótka wizyta Mephisto, który w tej roli jest dość zabawny. Chociaż zdecydowanie za szybko odpuszcza. Poza tym, jak na podsumowanie przystało, przewinęły się chyba wszystkie znaczące postacie z serii, albo przynajmniej runu DNA. Szkoda tylko, że rysownik nie potrafił dwa razy narysować tej samej postaci tak samo. No i wiem, że trudno tego wymagać od ostatniego numeru serii, ale jednak brakowało tu życia i polotu. Z drugiej strony, to samo można powiedzieć o iluś poprzednich numerach. Nie dam rady wycisnąć więcej niż 4/10.

Ultimate Comics: X-Men #18
Krzycer: Podoba mi się wątek polityczny, z idącym na zgniłe kompromisy Kapitanem.
Za to wątek wojenny... Nie wiem, wolałbym jakiegoś konkretnego przeciwnika, a nie mroczną siłę pojawiających się znikąd Sentineli i "milicji". Stryker jako umysł sterujący robotami takim przeciwnikiem nie był.

Winter Soldier #12
S_O: Nie pamiętałem finału poprzedniego numeru, więc rola, którą zagrał w tym numerze Bucky, mnie zaskoczyła. Swoją drogą, nie pamiętałem prawdopodobnie dlatego, że historia jest porządna - nie tak zła, by wypominać to autorowi, ani tak dobra, by wspominać nawet po latach. I obawiam się, że tak samo skończy ten numer. Czy to dobrze, czy źle? Kto wie?
A skoro o tym mowa, kto wie, jaki jest sens ataku na Daredevila? Oprócz tego, żeby ściągnąć do historii wszystkich, z którymi się zabawiała Wdowa?
Gil: Hm… znów mam wrażenie, że dostaliśmy numer na rozciągnięcie. Postęp samej fabuły jest niewielki: Bucky decyduje się podjąć grę przeciwnika i w końcu dowiadujemy się, kto jest celem. I jest to dość niespodziewane rozwiązanie, bo chyba wszyscy przepowiadali, że będzie nim Fury, a gdy okazuje się, że jest inaczej… No cóż, powiedzmy, że zapowiada się ciekawie, ale przydałby się jeszcze jakiś konkretny motyw. A poza tym, wszyscy się ganiają i to jest właściwie główny temat numeru. Może i wygląda to nieźle, ale jednak chciałbym czegoś bardziej konkretnego. Ostatecznie zdecyduję się na 6/10, bo i grafika jak zwykle trochę podciąga.
avalonpulse0272c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Wolverine And The X-Men #19
S_O: Ot, kolesiostwo i wszystko. Jak nie masz znajomości, to nie znajdziesz roboty w Salem Center.
W przeciwieństwie do większości Internetu, nie nienawidzę dzieciaków z Hellfire Clubu. Zapewne winne jest moje pro-Aaronowe skrzywienie, ale z drugiej strony rozumiem, o co mu chodzi - po prostu nikt nie jest tak okrutny, jak dzieci. Niektóre przypalają mrówki szkłem powiększającym, niektóre męczą słabsze dzieciaki w szkole, a ci znudzeni krewni Richiego Richa obrali sobie za cel X-Men. Ma sens, w pokręcony sposób.
Wiecie, co nie ma sensu? Zamiana najgroźniejszej broni biologicznej stworzonej przez dwuipółmetrowych albinosów z kosmosu w najgroźniejszą broń biologiczną stworzoną przez dwuipółmetrowych albinosów z kosmosu, która jest też cyborgiem. Ciekawe, w jaki spektakularny sposób ugryzie to Beasta w tyłek.
Moving on. Wywiady z kandydatami zabawne, a scena z czekającymi na lokatorów grobami wcale. I dobrze, taka nagła zmiana atmosfery wzmaga zaskoczenie.
Swoją drogą, mam odpowiedź na swoje pytanie z zeszłego tygodnia. No, prawie. "Byłem na trzeciej randce z moją dziewczyną i prawie zaliczyłem pierwszą bazę, gdy nagle cały porosłem oczami. Straciłem dziewczynę, którą kocham, zostałem obrzucony kamieniami i wyklęty ze swego miasta, wyglądam jak dziwoląg i umrę jako prawiczek. Wielkie dzięki, Cyclops!"
Krzycer: Nie przepadam za tym panem rysownikiem. Numer byłby w porządku (choć niektóre występy gościnne były zbyt przypadkowe i out-of-character), gdyby nie Hellfire Kindergarden. A przynajmniej, gdyby ktoś wreszcie wbił Aaronowi do głowy, że znęcanie się nad zwierzętami nie jest zabawne.
Przy okazji brawa dla działu marketingowego Marvela, bo z ujawnionych rysunków z paru numerów do przodu jest już jasne, jaki los czeka Broo.
Xavier83: Niby lektura łatwa lekka i przyjemna. Zawsze jednak jest jakieś "ale". Rozpoczyna się nowy rok szkolny, tuż po zakończeniu AvX, w którym jak widać czeka nas dużo dobrej akcji i przyjemnego poczucia humoru. Widać scenarzysta miał zły dzień/nastrój, bo ilość zwierząt, jakie ucierpiały, jest zaskakująca. Przegląd możliwych kandydatów na nauczycieli...dobrze wkomponowany w pozostałe wątki. Szkoda, że nie przyjęli Ghost Ridera, bo miał najlepiej wypowiedziane CV. Angel odzyskujący władzę w firmie z pomocą Daredevila [hasło "kupmy Disneya" było świetne], w połączeniu z kosmiczną wyprawą Icemana i Idie oraz łowami Wolverine'a na Hellfire Club przyjemnie się czytało. Smaczki pokroju zastygającego w bezruchu Icemana czy Spider-Man robiący zdjęcia szkole Logana umilają lekturę. Jak dla mnie trzy rzeczy kradną uwagę w tym komiksie: wzruszająca rozmowa Mortimera i Husk [tu widać, że prędzej czy później Toad wkroczy na jakąś ścieżkę]; próba ratowania Broo [zastanawia ubiór Petera Parkera]; no i oczywiście powodujące u mnie dreszcze przygotowane groby dla mutantów. Aż chce się krzyknąć: Logan, zrób w końcu to, w czym zawsze byłeś najlepszy, ale po słowach Wolverine'a nie można mieć takiej nadziei. Z dziwnych rzeczy: Storm w tym klasycznym ubiorze świetnie się prezentuje, ale na tej jednej jedynej ilustracji wydaje mi się być "strasznie dużą" kobietą. Frankenstein? jestem pozytywnie nastawiony. 8,5/10.
Gil: Pierwsza strona: Bees. My god. Cała reszta jest tego samego kalibru. Aaron chyba w końcu postanowił pisać serie gagów, bo fabuły mu nie wychodzą. Dawno nie widziałem takiej sieczki, jak w tym zeszycie. Pełno wszystkiego, a tak naprawdę nic się nie dzieje. Dopiero na końcu pojawia się zapowiedź przeciwników na najbliższe numery, a poza tym…? Running gag z poszukiwaniem nowego nauczyciela i skakanie po łebkach wszystkim innym wątkom poupychanym w tej serii. Żaden nie idzie jakoś wyraźnie do przodu, więc tak naprawdę jest to tylko i wyłącznie seria zapychaczy. Niektóre są zabawne, owszem, ale nie tego szukałem w tej serii i dlatego zakwalifikuję ten numer jako nietrafiony. Aha, całe szczęście, że udało się utrzymać tego rysownika z dala od wnętrz ciała, bo drugi raz bym tego nie wytrzymał ;). Tym razem dam 4/10.
kid77: Mi osobiście podoba się styl narracji w tej serii stosowany przez Aarona - równoległe prowadzenie wielu wątków. Może na razie nie widać rozwiązania, ale myślę, że to do czegoś prowadzi. Trochę to przypomina pierwsze kilkadziesiąt numerów Invincible Kirkmana.. i może się podobać. Fakt, czasem można odnieść wrażenie, że Aaron chciałby powiedzieć zbyt wiele.. jakby gdzieś gnał i pędził (edytorzy i eventy?), ale jeśli chodzi o atmosferę i sam koncept, to aktualnie najlepsza seria o mutantach. 8/10.

X-Men: Legacy #275
S_O: Pożegnanie trzecie... I po raz trzeci wcale nie szkoda. Tym bardziej, że ta seria na dobrą sprawę skończyła się przy okazji Schizm, gdy odszedł Carey, pozostawiając wątpliwej jakości fanfic o Rogue. Po raz pierdziesiąty dowiadujemy się, jaka ta Rogue jest awesome, jakie miała ciężkie dzieciństwo, jaka jest dzielna i jak potęga przyjaźni pozwoliła jej stanąć na nogi i być awesome i dzielną i w ogóle, ach.
Serię po renumeracji przejmują Legion i Simon "SCIENCE!" Spurrier, więc mam czego oczekiwać... Szkoda tylko, że, o ile W&tXM nie zmieni stanowczo formuły, nie doczekam się serii poświęconej młodym mutantom, którzy nie mają na imię Quentin.
Krzycer: Ćwiczenie praktyczne: proszę wylosować jakiś numer z runu Gage'a i otworzyć go na losowej stronie.
Są trzy możliwe rezultaty:
- znajdziemy stronę, na której ktoś mówi, jaka Rogue jest silna i odważna i wspaniała.
- znajdziemy stronę, na której Rogue mówi, jakie to jest trudne i wymagające, by być taką silną i odważną i wspaniałą.
- trafimy na ten pojedynczy numer o Frenzy.
Ja &#$*^*#. Lubię Rogue, jestem nawet fanem tej postaci, przynajmniej w niektórych wcieleniach, ale run Gage'a niemal mi ją obrzydził. To dopiero osiągnięcie.
A teraz gwóźdź numeru: ta głęboka, ulotna, zniuansowana lekcja życia, jakiej Rogue udziela Mimicowi w tym numerze? Mimic już jej wysłuchał, i to parę razy, w pierwszej historii, w której się pojawił w tym runie. Naprawdę było mu mało?
Rany boskie. Chyba wolałbym już Loeba. U niego przynajmniej coś się dzieje. Głupio, ale się dzieje. Tutaj mieliśmy, ile, dwadzieścia numerów wypełnionych jedną, zapętloną gadką.
Gil: Mike Carey zdołał samodzielnie przywrócić mi zainteresowanie postacią Rogue. Gage, również samodzielnie, sprawił, że to zainteresowanie zdechło i zaczęło brzydko pachnieć. To nie jest finał serii – to jest apogeum jakiegoś niezdrowego fetyszu scenarzysty, który uparł się, żeby moją ulubioną postać zdegradować do roli Kapitana Planety i wyprać z osobowości. Czyli kolejny numer, w którym wszystko kręci się wokół Rogue, absolutnie nie ma sensu, za to łopatą do gardła wciskane są nam informacje o tym, jak mamy się nią zachwycać, bo jest über-awesome. Pamiętacie te kreskówki Looney Tunes o dużym i małym psie? "Spike, chciałbym być taki fajny jak ty!" Tutaj Mimic jest tym szczeniakiem, skaczącym wokół Rogue, a ona… cóż, jak zwykle ściąga całą górę różnych mocy i robi to, co zawsze robi Kapitan Planeta. Tutaj powiem szczerze, że cieszę się z końca serii, bo oznacza to też koniec tej męczarni. Już dłużej bym tego nie zdzierżył. A na dobranoc, 3/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0272a.jpgAvX: Consequences #4 (Adi Granov Variant)
Autor: Adi Granov

Sc0agar4k: Ponieważ Hotaru w tym tygodniu był nieobecny, a mi przypada mały jubileusz (to już setny numer, gdy zacząłem bawić się grafiką), dlatego postanowiłem dołożyć coś od siebie. Mój wybór padł na odkładkę Granova, ponieważ idealnie podkreśla moce Magneto i przypomina, że jest on jednym z najniebezpieczniejszych mutantów na Ziemi.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.10.31
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.