Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #271 (29.10.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 29 październik 2012Numer 44/2012 (271)


AvX: Consequences po raz kolejny cieszy się zainteresowaniem oraz uznaniem większym niż wszystkie dwanaście części AvX razem wziętych. Niestety, pożegnaliśmy w minionym tygodniu aż sześć serii komiksowych. Jednak część z nich powróci już niedługo z nową numeracją. Tym czasem zapraszam do zapoznania się z najnowszymi opiniami.

Amazing Spider-Man #696
S_O: Coś takiego! Jednak Hobbie się nie domyślił, że Peter to Pająk! Kto by się tego spodziewał?
Po znośnym początku, historia wraca na zwyczajny poziom ASMa. Kingpin dał się koncertowo wystrychnąć na dudka, Oldgoblin wysuwa swój as z rękawa (czyli to, co wie o Philgoblinie) już na początku walki, nawet Osborn głupoty wyprawia, a nawet się nie pojawił. Bo w końcu jakim zabezpieczeniem jest "zabijanie tylko pierwszej osoby, która spróbuje otworzyć walizkę"? Jako naczelny psychopata/socjopata Marvela sam powinien się domyśleć, jak łatwo to obejść. A że Max "geniusz" Modell z łatwością łyka wytłumaczenia typu "mam wprawę z webshooterami, bo kiedyś je testowałem, serio"...
Krótko mówiąc: stary, dobry Slott.
EndrjuSzopen: W obliczu nadchodzącego końca serii (tylko cztery numery!) oraz (w założeniu) wielkiej zmiany w życiu Pająka, dostajemy kolejny numer prowadzony (głównie) przez Dana Slotta, który... No, przynajmniej nie jest głupi. Tak naprawdę treści dostajemy tutaj niewiele, mimo iż lektura ciągnie się bardziej,, niż teoretycznie powinna. Jesteśmy raczeni prostymi chwytami, że prawie-wiedzą-kim-jest-Spider-ale-nie-wiedzą; takich kilka scen, w których Slott stara się (nieudolnie) puścić oczko do czytelnika. Do tego mamy Madame Web, której kolejna apokaliptyczna wizja tym razem chyba wypaliła mózg, a przy słowach o skończonej przyszłości w rozbłysku złota (czy coś w podobie) z wody wyłania się złoty octobot... Ja jednak wciąż czekam na kilka rzeczy - kiedy decyzja Petera z końca Spider-Island o pozostaniu Spider-Manem dalej poniesie swoje zapowiadane ponad rok temu konsekwencje (Peter miał ponieść stratę wśród swoich bliskich; może on sam umrze i dlatego ktoś inny będzie Spider-Manem w Superior...?); kiedy wszyscy sobie przypomną, że Peter to Spider-Man; kiedy ktoś inny będzie prowadził główną serię o tym superbohaterze?
Gil: Kto by pomyślał, że można zrobić cały numer Spider-Mana bez Spider-Mana. Jest to całkiem interesujący wybieg, który rekompensuje nam głupotę łotrzyków w tym numerze. I nie tylko łotrzyków, bo tutaj wszyscy łykają ściemy Piotrusia jak głodne pelikany śledzie. Czasami zastanawiam się, czy rzeczywiście te fabuły są tak naiwne, czy to my jesteśmy tacy cwani, bo stoimy w pozycji wścibskiego podglądacza. Anyways… Tutaj przynajmniej mamy zapowiadane spotkanie dwóch Goblinów, które jednak jakby trochę zbyt szybko zmienia swój charakter na mniej atrakcyjny. OldGoblin góruje początkowo doświadczeniem, YounGoblin nadrabia szaleństwem i jakoś ciężko mi przełknąć fakt, że tak szybko się dogadali. To tak samo niewiarygodne, jak to, że Maxio od razu znalazł właściwą walizę. Albo – i powiem to jeszcze raz – że wszyscy łyknęli, że Piotrek nie jest Spider-Manem, chociaż doskonale radzi sobie z sieciomiotami i wyczynia akrobacje. No dobra, może czepiam się trochę za bardzo, bo tak w ogóle to ten numer nie jest wcale taki zły… jeśli się przymknie oko na te grube nici, którymi fabuła jest szyta. Bo wtedy akcja daje radę i nawet może się podobać. I dlatego ostatecznie dam 5/10.
Gamer2002: Nowy Goblin jest idiotą, ale stary też tak o nim myśli, więc niech będzie. Poza tym, że ci dwaj ze sobą walczą, mamy typową sytuację z bohaterem muszącym grać rolę zakładnika. Spodziewam się, że Max otworzył walizkę i podrobił klucz. Eh, to taki przeciętny numer z przeciętnie zrealizowaną przeciętną sytuacją i zapowiada się na to, że będzie za numer trochę bieganiny. Historia z Alphą była dużo ciekawsza, 4/10.

Astonishing X-Men vol. 3 #55
Hotaru: Przykro mi. Przykro mi, że po świetnym runie w X-23 Marjorie Liu przeszła tutaj i dostarcza... czegoś takiego. Nie leży mi ta fabuła. Mogłaby być znośna, ale wszystko jest tu takie zamącone i rozłazi się w szwach. Po prostu brak tej historii powabu. Nie pomaga też Mike Perkins, którego prace nie pomagają śledzić poszarpanych wątków. Nadal mam jednak nadzieję, że kolejna historia okaże się lepsza. Niech ten koszmarek się wreszcie skończy.
S_O: Więc... jaki był sens wprowadzania Fake-Men? Albo inaczej - jaki był sens uprowadzania X-Men, skoro Jakjejtam ma swoich Fake-Men? I od kiedy kilka puknięć wystarcza, żeby Morsem przekazać plan?
Czy to wszystko po to, żeby zabić swojego nagle żywego ojca? Hej, mam pomysł, uwaga: "Hi, daddy! Bang, you're dead!" Szybsze, tańsze i o wiele bardziej satysfakcjonujące. Ale wtedy nie mielibyśmy dziewięcionumerowej historii.
Swoją drogą, najwyraźniej X-Men, a w każdym razie Gambit, zna sposób na porozumiewanie się nawet pod wpływem łotrostwa. Więc zaliczę sobie to jako przewidziane.
Krzycer: Coś ten Iceman się długo nie może pozbierać. Chyba, że oni pukali Morsem już w poprzednim numerze i to wszystko jest marnym teatrzykiem dla Złej Karmy. Bo to byłoby nawet fajne... ale.
Ale jak Whedon to odstawiał, to mieliśmy stronę marnego teatrzyku i wyjaśnienie... ile, numer później? Dwa numery później? A tutaj mamy kolejny numer przepełniony marnym teatrzykiem, który czyta się - zgadliście! - marnie. Kolejna skucha Marjorie, niestety.
Gil: I znów numer zaczyna się od całkiem przyjemnej wizualnie sceny, żeby złagodzić czytelnikowi zderzenie z fabułą. No bo po co słoń ma trąbę? Żeby się tak nagle nie zaczynał. Mimo wszystko, kiedy wracamy do właściwej historii, zderzenie jest bolesne. Od razu przypominają nam o tej głupiej scenie z Icemanem, zaczynają się szarpać i nieudolnie konspirować. Potem wszyscy zaczynają ganiać wszystkich i szczerze mówiąc, szybko straciłem wątek. Za dużo tego wszystkiego. X-Men, siostra Karmy, Tyger, fake X-Men, Patch, jacyś partyzanci, policja, tatuś Karmy… jak w jakimś Wacky Racers czy innym slapsticku! Albo po prostu było to za nudne i zbyt mało ciekawe, żeby chciało mi się skupiać uwagę. W każdym razie, straciłem wątek, kto, z kim i dlaczego. Za to przyznam, że za sprawą tych pierwszych stron po raz pierwszy naprawdę spodobały mi się rysunki tutaj i ten fakt podciągnie ocenę do poziomu 4/10.

avalonpulse0271c2%20%28Kopiowanie%29.jpgAvengers vol. 4 #32
Hotaru: No cóż... Trochę mi łyso, bo przy okazji poprzedniego numeru pozwoliłem sobie na nadzieję, że ostatnia historia Bendisa będzie dobra. Nadzieja matką głupich, co nie? Bo ten komiks nie jest dobry. Wasp powinna była pozostać w limbo do czasu, aż ktoś znajdzie historię godną jej powrotu. Coś osobistego, emocjonalnego i mocnego. A nie jakieś bezsensowne porachunki z 10-ligowymi potworkami. Kpina.
S_O: Dobra, nie przewidziałem, kim jest tajemnicza pani, ale zgadłem, że Bendis zostawia wszystko po sobie tak, żeby nikt nie zauważył, że pisał Avengers przez osiem lat, więc "Called it" ratio 3/3.
w numerze zbyt wiele się nie działo. "Cześć, chłopaki, nadal żyję! Jakim cudem? Odpowiem wam za pomocą znaczącego spojrzenia. Acha, przy okazji, atakuje nas wściekły centaur". Ot, i tyle.
Ale rysunki nadal znośne. Taki trochę Deodato, tylko bardziej leniwy.
Krzycer: Głupie. Bo widzieliśmy zwłoki w innym wymiarze, bo Wasp jak ginęła była brunetką, i w ogóle jakoś tak była tu narysowana, że nawet, jak przestała się bawić w mumię, to czekałem na potwierdzenie, że to ona, bo była nie do poznania.
A swoją drogą, jakie to banalne... Przez pół numeru bohaterowie się domyślają, że chodzi o Wasp, udają się do mikroświata, i tam z zaskoczeniem odkrywają, że... mieli rację. Surprise!
I znowu wolę Whedona, który mamił wizją Jean Grey, żeby w końcu wyciągnąć Colossusa.
Bi-Bolt: A więc Wasp. No to zobaczmy.
Była widziana w zaświatach w Inc. Herculesie, ale w tym przedsionku, gdzie jej zgon jeszcze nie został potwierdzony na sto procent. Więc można przymknąć oko.
Potem w Mighty Avengers Pym trzymał jej ciało w jakimś over unter uber underspace, czy jak to tam nazywali, żeby sobie rosła w nieskończoność. Ale tam to chyba pusta skorupa już była.
A potem jeszcze w czasie FI w Avengers Academy wrócili tam z akcją jeśli dobrze pamiętam. Ale za to nie pamiętam czy było tam coś o Wasp. Ktoś pamięta?
Gil: Oh, come on… Już chciałem napisać coś dobrego o tej historii, bo pierwszy numer był całkiem obiecujący, ale Bendis jakby się uparł, żeby mi na to nie pozwolić. Teraz mam wrażenie, że całość powstała po to, żeby odkręcić jego co odważniejsze posunięcia i na koniec zadowolić tych haterów, którym jeszcze nie zrobił dobrze w tej serii. A żeby nie było wątpliwości, nadal uważam, że seria jest kontynuacją jego Mighty Avengers, w których również wyginał się i napinał jak tancereczka na rurze. To w końcu, o co dokładnie mi chodzi? O to, że tajemniczą damulką w opałach okazuje się być Wasp. Ta sama, którą ubili byli w finale Secret Invasion i którą rzekomo Pym odnalazł później w jakiejś tam przestrzeni, a nawet jakoś tam powiązał ze swoją bazą wypadową. Ale nie – to nam się zdawało. Hokus pokus, magical continuity bendi(si)ng powers, SHAZAM! I nagle okazuje się, że ona żyje, ma sie dobrze, tylko siedzi sobie w jakiejś nieznanej dotąd przestrzeni, gdzie przebiera się za mumię, zmieniając kolor włosów i oczu. Po przeczytaniu miałem minę taką, jak Cap na okładce tego zeszytu. Are you friggin' kidding me? Mam wrażenie – i mówię poważnie – że wpychając tutaj Wonder Mana w takiej a nie innej roli, autor opisuje sam siebie i przekazuje nam wiadomość podprogową: "Dobra, wiem, różne rzeczy robiłem, ale zmieniłem zdanie. Nie gniewajcie się. Kochajcie mnie wszyscy! Kochajcie!!!" Bądźże mężczyzną Bendis i chociaż godność zachowaj! Tym razem, głównie dzięki pomocy pana Mayhew, udało się wyciągnąć 4/10, ale podejrzewam, że będzie gorzej, jak przejdą do wyjaśniania.

AvX: Consequences #3
Hotaru: Wątek Cyclopsa nadal jest słabym punktem tej miniserii, ale na szczęście w końcu Gillen poświęcił trochę uwagi pozostałym elementom układanki. Dzięki temu w końcu znalazłem tu coś, co może mi się podobać. Niestety, nie ma wśród nich rysunków Scota Eatona. Artysta się nie przyłożył, kadrom brakuje wykończenia, część twarzy jest po prostu brzydkich.
S_O: OK, nie będę liczył faktu, że Cyke stłukł niemilców, bo od momentu, kiedy Marvel ujawnił okładkę zeszłego numeru wiadomo było, że odwali Rorschacha.
Cyclops ma rację. A co więcej, ma również plan. A że Stark jest zbyt zajęty podziwianiem K'un Lun, Beast jest zbyt zajęty miłosnymi zapasami z Brand, a Pym jest zbyt zajęty pozwalaniem na to, by jego uczniowie poginęli, wątpię, żeby Wolvie i Cap domyślili się, o co biega, dopóki nie będzie już za późno. O jakieś trzydzieści pięć minut (two Watchmen jokes? I'm on fire!).
Swoją drogą czekam, aż Cyke wpadnie na kogoś, kogo "uratował" przed dalszym żywotem spędzonym na NIE wyglądaniu jak Glob Herman albo inny Beak.
Xavier83: Naprawdę jestem zadowolony z tego, jak jest prowadzony Scott w tej mini-serii. Jego uparte dążenie do pozostania więźniem politycznym, ale równocześnie pokazywanie, że nie jest bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Scena walki w więzieniu, którą wykorzystał do własnych celów, świetna i potrzebna. Przyjemna była również rozmowa Emmy i Katarzyny. Widać, że ta druga kobieta dojrzewa, a pierwsza jest w prawdziwym dołku. Hope i jej krótka historia fajnie przygotowuje nas na spotkanie z jej "tatusiem". Smaczkiem była scena z udziałem Sydrena i Brand. Ciekawi mnie również co przyniesie misja Storm. Stark, jako człowiek nauki chcący poznać i zrozumieć mistycyzm jest czymś intrygującym. Z kilku stron następnego numeru wiemy, iż tak łatwo nie odpuści. 8/10.
Krzycer: Wciąż jest dobrze, choć przebitki z Iron Manem i Hope będę mógł ocenić dopiero po zakończeniu tej mini. Bo jeśli ich wątki wrócą w następnych dwóch numerach, to w porządku. A jeśli były tylko teaserami nowych serii (znaczy, wiemy, że Gillen będzie pisał Tośka; nie wiem, co z Hope), to w ramach tej mini są stratą czasu.
Ale wątek Batclopsa wciąż mi się podoba, a pozostałe - intrygują.
Gamer2002: Na okładce jest Tony, ale dostał dwie stron o kryzysie wiary. Gillen pisze nową serię Żelaznego, więc pewnie tam to dalej rozwinie. Mamy też wątek Hope, Magik, oraz rozmowę Shadowcat i Emmy. Co do głównego bohatera serii, scenarzysta pamięta o jego czarnym pasie. Trudno powiązać to z tym, co się działo w ostatnim numerze Uncanny X-Men, chyba, że Scott chce ośmieszyć rząd USA, by nie mieć go na głowie. No i "Czy nauczyciele są dobrzy?" "W tym co robią? Najlepsi".
avalonpulse0271b%20%28Kopiowanie%29.jpgEndrjuSzopen: Lubię to. Tak jak samo AVX wprowadzało mnie w konsternację, tak tegoż eventu konsekwencje podobają mi się i szkoda tylko, iż to mini i zaraz się skończy. Serio, przecież nie dzieje się tutaj nic wielkiego, nie ma (jak to co krok w Marvelu) ratowania świata przed największym złem w jego historii. Po prostu, mamy interesująco rozpisaną fabułę, wyraziste postaci, nie ma chaosu, którym niektórzy raczą nas aż do bólu, mimo nie jest to ani przyjemne, ani czytelne... Jak najbardziej czekam na ciąg dalszy i na zakończenie tej mini.
Avengers: Kieron Ględzen! Utrzymałeś ten sam poziom co w poprzednim numerze! Zniknęli ględzący Wolverine i Cyclops, ale niewiele to zmieniło. Z deszczu pod rynnę. Pierwsza głupota z tego numeru to niepotrzebny pokaz Cyclopsa naśladującego Captaina Americę, który uwielbia rozwiązywać problemy za pomocą pięści. Na dodatek utrzymałeś gogle na głowie Scotta, dzięki czemu zatarłeś granicę między Daredevilem a mutantem wystrzeliwującym z oczu promienie. Być jak Daredevil, ale nie mieć podkręconych zmysłów. To ci dopiero! Przynajmniej coś się działo. Szkoda, że nie miało to sensu, ale plus za dobre chęci. Następna głupota to dwie strony poświęcone Hope. Najpierw pokazujesz, ile ma swobody w swojej szkole, a potem układasz w skrypcie scenę, w której zakłada kaptur na głowę i w ciemnościach skacze przez okno. Po co? Przecież Hope nie przebywa w następnym więzieniu i nie musi z niego uciekać. Na bank mogła swobodnie wyjść przez drzwi frontowe. Ale to jest AvX: Consequences. Skok przez okno jest bardziej efektowny. Sens? Nie odnotowano. Głupota numer trzy to ostatnia strona. Cyclops stwierdza na głos, że jest więźniem politycznym i nie pozwoli "im" zrobić z niego kryminalisty. Gadanie na głos do siebie samego to kolejny dowód na to, że Cyclops oszalał podczas AvX i dalej nie może się pozbierać. Ględzen! W poprzednim numerze robiłeś z niego ofiarę kontrolowaną przez Phoenixa, a teraz zmieniasz wszystko na szaleństwo. Zdecyduj się! Skoro przebrnąłem przez trzy numery to zostanę na pozostałe dwa, ale już nie liczę na nic dobrego. Zawiodłeś mnie na całej linii.
Gil: W tym zeszycie było już nieco więcej wody niż w poprzednim i historia zaczęła wytracać tempo po mocnym wejściu. Nie musi to jednak oznaczać, że jest gorzej. Jest też więcej wątków i postaci, przez co konsekwencje zataczają szersze kręgi. Otwierająca scena z Iron Manem niby wiele nie wnosi, ale warto przyjrzeć się jej bliżej pamiętając, że Gillen będzie teraz pisał solówkę Antka. Wątek Cyclopsa posuwa się nieco i zaczyna zmierzać do tego, co widzieliśmy w zapowiedziach All-New X-Men. Dostajemy fajną rozmowę Kitty z Emmą i równie dobrą naradę z udziałem agentów SWORD (i znów sprawdzone zabawki scenarzysty) oraz dość tajemniczą scenę z Magik i Storm. Tak naprawdę, cała woda skupia się w scenie z Hope i tylko ona szczerze mi się nie podobała.
Czyli nadal jest dobrze i dostanie swoje 7/10.

Captain America And Black Widow #638
S_O: Czyli to jednak nie Marsjanie? Tylko zgraja matołów, których można pokonać przerośniętym otwieraczem do puszek? Odczuwam pewien zawód.
Co w sumie można uznać za podsumowanie moich odczuć po przeczytaniu całego numeru. Nie dostajemy w nim prawie nic poza walką z nie_Marsjanami, a i ona wygląda na wypraną z uczuć. "Well, I guess we'll have to destroy the tripods now." Poza tym, choć lubię kreskę Francavilli, to zupełnie nie nadaje się on do historii, podczas której mamy do czynienia z nie jedną, ale dwoma paniami w obcisłych lateksowych ciuszkach.
Just sayin'.
Gil: Tytułowa para bohaterów, uwięziona na międzywymiarowym śmietnisku, walczy z marsjańskimi tripodami, sterowanymi przez brodatych terrorystów i octo-jaszczurami, by w końcu dogadać się z tą drugą Widow, która potrafi naprawić ich pękniętego iPhona, czego oczywiście międzywymiarowe konsorcjum jednej i tej samej osoby nie może zaakceptować, więc nasyła na nich wybrakowane wersje czwartorzędowych łotrzyków plus Spider-Woman jako attention grabber. Tyle streszczenia. Recenzji nie będzie, bo tu kurde nie ma czego analizować. Zwykły mix bunnshitu, zasługujący tylko na zapomnienie, czyli 2/10.

Captain America vol. 6 #19
S_O: Pożegnania nadszedł czas... Co mogę powiedzieć? Bru już od jakiegoś czasu pisał Capa... poniżej swojej średniej. Cały ten run wyglądał na trochę... wymuszony (nie wiem, czy ktoś zechciał porównać historię z D-Scourgem do "Winter Soldiera" z zeszłej serii...). Tak, czy inaczej, był to naprawdę dobry run, a to było naprawdę dobre zakończenie, pokazujące, jak Ed widzi Steve'a Rogersa i Captaina Americę. Mam nadzieję, że Rick Remender widzi go (ich?) w podobny sposób.
Swoją drogą, to by tłumaczyło, skąd na okładce czegośtam pojawił się USAgent.
Gil: Bardzo fajne pożegnanie Brubakera z serią i postacią, którą tworzył przez ostatnie lata. Pokazuje, jak dobrze autor rozumie komiks, który pisał. Jak potrafi oddzielić Steve'a od symbolu Kapitana, pokazać go jako równego faceta, a jednocześnie wyświetlić całą wielkość jego ikony w tle. Jak dobrze zna całą historię postaci i rożne jej oblicza. I jeśli się nie mylę, zostawił po sobie ślad w historii, nadając imię Kapitanowi z lat pięćdziesiątych, który dotąd był przedstawiany, jako nieznany naśladowca. Niby nic wielkiego, ale jednak. A ten zeszyt jest po prostu całkiem przyjemną historyjką, więc przymknę oko na jednego wielbłąda z początku i wystawię mu takie całkiem przyjemne 6/10.

Deadpool vol. 2 #63
S_O: Pożegnanie numer dwa. I nie mógłbym być szczęśliwszy.
Tak, jak w poprzednich sześćdziesięciu kilku numerach, w tym także postacie zachowują się, jakby ich rozwój emocjonalny zatrzymał się w okolicy ósmych urodzin.
A w niektórych przypadkach również rozwój mentalny.
Ale czary goryczy dopełnia "list pożegnalny" Dana, w którym bez ogródek stwierdza on, że pisał Wade'a tak, a nie inaczej, bo, uwaga, DEADPOOL NIKOGO NIE OBCHODZIŁ. I to jest usprawiedliwienie zarżnięcia postaci, przerobienia jej z (anty)bohatera tragicznego, Pagliacciego z supermocami, w "lolrandumb" wariata.
Zapomnijmy na chwilę o zbliżających się Thunderbolts i powiedzmy wszyscy razem: NO WAY!

FF #23
S_O: Pożegnanie numer trzy. I widać, że to rozstanie nastąpiło w pośpiechu, jakby Hickman próbował w te dwadzieścia kilka stron wcisnąć, ile się dało. Szkoda, naprawdę szkoda, bo jestem pewien, że miał jeszcze mnóstwo pomysłów na dalsze przygody wesołej czeradki Reeda. Mam nadzieję, że wkrótce wyruszą na wycieczkę szkolną do Avengers Tower. Chyba, że ją też Bendis zburzy, żeby zatrzeć po sobie ślady.
Gil: Kolejne zakończenie kolejnego dobrego runu Hickmana. Jest to nie tylko pożegnanie z dorosłym Franklinem z przyszłości, ale też z całą serią. I cóż to jest za pożegnanie! To jeden z najbardziej surrealistycznych i fantazyjnych tripów od czasu Nextwave i True Story, który wręcz idealnie pokazuje zdolności Franklina. A oprócz tego zawiera też kilka fajnych scenek rodzinnych, przyjacielskich i kumpelskich po prostu. Jest tak fajnie, że aż nie chce się kończyć. Zwłaszcza, gdy w perspektywie ma się planowany gwałt na tytule w wykonaniu innego scenarzysty (jeśli w ogóle można tego pana tak nazwać). Za ten numer i za 22 poprzednie zarazem, wystawiam mocne 7/10 i tytuł komiksu tygodnia.
avalonpulse0271d%20%28Kopiowanie%29.jpg
Gambit vol. 4 #4
Hotaru: Mogło być lepiej, ale i tak jest dobrze. O ile główny wątek - nie oszukujmy się - można zapomnieć jeszcze w trakcie jego trwania, o tyle ten poboczny - tajemniczej towarzyszki Remy'ego - bardzo mnie zaintrygował. Może i byłoby to za mało, żeby wystawić zeszytowi pozytywną notę, ale nie możemy zapomnieć o tym, kto ten numer narysował. Clay Mann. Clay. Mann. W jego wykonaniu nawet gruz świetnie wygląda.
S_O: Acha, to są upierzone węże. Okej. To ma więcej sensu niż Chibichtulhu.
Nadal mi ta seria nie podchodzi. Nie chodzi nawet o to, że Gambit znajduje się w sytuacji, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni - czasem to coś dobrego, rozszerza horyzonty postaci. Problemem jest absolutny brak rozwiązania. Nie wiemy, skąd, nie wiemy, kto, nie wiemy, dlaczego, nie wiemy nic, poza tym, że Tajemnicza Laska ma imię. I czemu wysadzenie podkoszulka wystarczyło, żeby rozwalić potwora? Czy w takim razie eksplozja sterty gruzu, na którą narzekałem przy okazji poprzedniego numeru, nie powinna być proporcjonalnie większa?
A w następnym numerze odgrzewana fabuła Ocean's Twelve. Wolałem, jak się nazywała "Supercrooks".
Krzycer: Zastanawiam się, czy nie wolałbym, gdyby ta seria zaczęła się od ostatniej strony tego numeru... Powiedzmy sobie szczerze, południowoamerykańska przygoda Remy'ego była o niczym i do natychmiastowego zapomnienia. Następna historia sugeruje coś bardziej w klimatach, których można było oczekiwać po tym tytule.
Ale ten Clay Mann to fajnie rysuje. Zawsze coś.
EndrjuSzopen: Solową serię Gambita porównuję za każdym razem do solowej serii Hawkeye'a, ponieważ wyszły niemalże w tym samym czasie i przedstawiają bohaterów, których losy nigdy specjalnie mnie nie interesowały, ale jako iż sięgam coraz głębiej w Marvela - do obu serii również się schyliłem. I mogę śmiało powiedzieć, że Gambit przegrywa sromotnie (a spodziewałem się odwrotnego wyniku); zbyt często w Marvelu wykorzystuje się stwory-z-nikąd-na-chwilę i nagromadziło się już ich tyle na Ziemi, że nie wiem, gdzie one wszystkie mogą sobie istnieć. W sumie dlatego pochowane są po jakichś portalach... Tak czy siak, przygoda kończąca się w tym numerze była co najmniej mało pasjonująca, z ciekawego początku poszło wszystko dalej w czysto marvelowski sposób - chaos, potwór, tajemnicze siły, bla bla.
Gil: No tak, bo kiedy mówię "Gambit", to myślę: "Indiana Jones wannabe, walczący z latającymi wężami z azteckich wierzeń…" Seriously, James Asmus – da frag was that?!? I nie jest to bynajmniej jedyne pytanie, na jakie chciałbym dostać odpowiedź w związku z zakończeniem tej historii. Jest kilka innych, na przykład: Co tu się do cholery stało? Po co było to wszystko? Kim właściwie jest ta dziewczyna? Jaki jest jej związek ze skrzydlatymi wężami? Albo chociażby taka drobnostka, jak: jakim cudem Gambit zdetonował swoją własną koszulę i wyszedł z tego bez szwanku?!? Zabawne, że w końcu powiedzieli, jak ma na imię ta tajemnicza kobitka. Dopytywałem się o to przez ostatnie trzy numery, a teraz poczułem, jakby ta jedyna odpowiedź została nam rzucona jak ochłap, żebyśmy się nią wypchali. Pojawiło się za to kolejne wielkie pytanie: czy którykolwiek z tych wątków będzie kontynuowany i w ogóle powinniśmy mieć nadzieję na jakieś wyjaśnienia? Biorąc pod uwagę żywotność serii o Gambicie, to chyba nie bałdzo. A póki co, znów większość trudu wziął na siebie Clay Mann i to on wydźwignął ocenę do poziomu 6/10. Damn! W jego wykonaniu nawet skrzydlate węże w hełmach wyglądają cool!

Incredible Hulk vol. 4 #15
S_O: Pożegnanie numer cztery.
Nie raz i nie dwa wspominane było, że umysł Hulka nie jest przyjemnym miejscem. Nie jestem pewien, czy Pak miał okazję to pokazać w trakcie swojego runu, ale Aaron nie zmarnował swojej okazji. I może nie było to na poziomie runu Jenkinsa, ale swoją wartość miało.
W ogóle, jeśli spojrzeć na tę serię z pewnej perspektywy, można uznać, że była to historia tak Hulka, jak i Bannera - Zielony nauczył się współpracować ze swoim wymoczkowatym alter ego, a Bruce zrozumiał, że Sałata jest jego nieodłączną częścią. Jasne, uczą się tego co jakieś pięć lat, ale Aaron wziął się za to z całkiem innej strony, niż dotychczas, a wynik był co najmniej interesujący.

Invincible Iron Man #527
S_O: Pożegnanie numer pięć... I trochę mi głupio, że dopiero teraz zauważyłem ironię. Ironię, że seria, w której Stark co i rusz dostawał w tyłek i musiał się zdawać na pomoc znajomych, nosi taki, a nie inny tytuł.
Pierwsza rzecz, nad którą zacząłem się zastanawiać, to czy Tony trzyma w piwnicy swoje własne Human CentiPady (Human StarkiPady?), w końcu jednak doszedłem do wniosku, że pewnie zdechły z głodu, gdy Stark najpierw skasował sobie pół mózgu, a potem siedział przez pół roku na chińskim zadupiu. I wtedy zacząłem się zastanawiać nad tym, czy ten Tony ma jakiekolwiek więzy z Avengers. Bo czy nie wypadałoby wspomnieć grupie, której jest się podporą, że wyrusza się gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Może w kosmos, do GotG? To by dla odmiany miało sens. I czy to znaczy, że Now! Iron Man to Rhodey?
Gil: Kolejny finałowy numer serii. I jakże jest on zabawny! Jak kolonoskopia prawie. Porównajmy sobie go z finałem FF: tam autor na koniec popuścił wodze wyobraźni i zrobił coś epickiego, a tutaj… Tutaj autor tłumaczy nam, co się wydarzyło przez cały jego run. Tak – TŁUMACZY. Albo jest to wyjątkowo nieudolne domykanie wątków, albo na wszelki wypadek wspomina o tym, co, kto i kiedy zrobił, bo a) czytelnik się nie połapał, b) nikogo to nie obchodziło, c) sam nie jest pewien, czy to, co napisał, jest jasne. To chyba jeden z najgorszych epilogów, jakie widziałem. Ale jak na tę serię, niestety standard, czyli 3/10.

Journey Into Mystery #645
Hotaru: Brak mi słów. Jest to jedna z najlepszych serii Marvela, jakie czytałem. Kiedykolwiek. Nie ważne, że jej zakończenie jest świetne - spójne, poetyckie, przepięknie zilustrowane. To nadal zakończenie. To nadal świadomość, że drugi raz do tej samej rzeki nie wejdę. Kurcze, przeczytałem nawet stronice z listami, żeby tylko jak najbardziej opóźnić moment zamknięcia tego zeszytu. To koniec pewnej epoki.
S_O: Pożegnanie numer sześć... I teraz przynajmniej już wiemy, czemu w zajawce Youngvengers Loki korzystał z magii.
Na "do widzenia" Gillen zadaje cios prosto w czułe miejsce. Cieszę się, że postanowił zostać scenarzystą komiksowym, a nie, powiedzmy, szalonym geniuszem pragnącym zawładnąć światem. Bo jeśli zabrałby się do tego z taką samą finezją, z jaką manipuluje uczuciami czytelników, miałby w swoich rękach większość Zachodu.
Chociaż czy byłoby to takie złe...?
Krzycer: Podpisuję się pod wszystkimi pozytywami, które napisano o tym numerze.
Ale jednego nie rozumiem. W poprzednim odcinku dowiedzieliśmy się, że Ikol istnieje tylko w głowie Lokiego... Więc jak rozumieć tę srokę, która odwiedziła Opowiadacza? Czy Opowiadacz też jest w głowie Lokiego? Nie może być, w końcu jakoś poinformował Mefisto...
Swoją drogą - jak oryginalny Loki mógł wiedzieć, że Kid Loki stworzy tę koronę strachu? Jasne, proroctwa i wróżenie z fusów nie są w tej historii wykluczone, ale trochę to dziwne.
Nie załapałem też, o czym mówi Opowiadacz w ramce "Of course, I'd tried to turn this to my advantage along the way, but Loki had planned for that, too."
A poza tym to fantastyczne i przejmujące domknięcie historii... a raczej przymknięcie. W końcu zarówno Loki, jak i Gillen powrócą w YA. Nie będę bardzo zaskoczony, jeśli okaże się, że teraz Loki będzie miał w głowie cząstkę Kid Lokiego... a przynajmniej mam taką nadzieję.
Poza tym to miło, że ostatni numer wreszcie miał oprawę godną tej serii - od jakiegoś czasu z rysunkami było kiepsko.
Oceniając cały run - był super, ale. Najsłabszym ogniwem pozostaje crossover z New Mutants. Niby jakoś się wpisuje w całość, bo to tam zakończyła się historia klątwy Disir, ale cały crossover był... nienadzwyczajny. A reszta runu była.
Gamer2002: O tak. Komedia w trzydziestu rozdziałach, tragedia w trzydziestu jeden. Brawo, Gillen, zagrałeś to jako oszustwo w "Everything Burns", dawałeś znaki w Point One, a teraz... Brawo.
Numer był pięknie narysowany, wątki zostały pozamykane, całość była emocjonalna... Koniec wieńczy dzieło, mimo tego, że Gillen poniekąd przyznał, że tylko dzięki crossowi z Fractionem zdołał tą historię zakończyć. Były też inne zaskoczenia, to, do czego ostatecznie sprowadziła się rola Mephisto oraz ostateczna rewelacja Heli.
Run miał swoje słabsze strony, historia Manchester Gods mogła być dłuższa, Fraction nie był najlepszym współscenarzystą i mogło być więcej relacji Lokiego z Thorem. Scenarzysta też powiedział, że nie zrobił wszystkiego, co chciał, jak na przykład meczu piłki nożnej z bogami Majów. Ale ta historia, która zawarła wiele w 22 stronach, była jego doskonałym zakończeniem, które kocham i nienawidzę. 8.5/10 dla runu, 10/10 dla zeszytu.
Volf: Systematycznie przestaję czytać kolejne serie Marvela, docelowo chcę porzucić to uniwersum na dobre. Ten numer sprawił, że się zawahałem. Jeśli wśród całej tej tandety, jaką zalewa nas to wydawnictwo, raz na jakiś czas zrodzi się taka perełka jak cały run Gillena w JiM, to może jednak nie czas jeszcze spisywać tych komiksów na straty...
Gil: I jeszcze raz żegnamy sie z serią. Po jednym fajnym finale z przytupem i drugim marnym jak całokształt, teraz przyszła kolej na ten finał, na który najmniej czekałem. Trochę mi to zajęło, bo ostatnie numery skutecznie odwróciły moja uwagę, ale w końcu dotarło do mnie, że… jest mi smutno. Bo nie chcę, żeby ta szalona przygoda się skończyła. Bo chciałbym odbyć jeszcze niejedną Podróż w Tajemnice w towarzystwie Lokiego, Leah i całej tej czeredy. Bo wiem, że Gillen mógłby napisać tutaj jeszcze wiele świetnych historii. Bo nie czuję, że jest to ten prawdziwy koniec, a raczej ten wymuszony. Owszem, dostajemy domknięcie, które jest cholernie dobre, ale czy jest satysfakcjonujące? Nie dla mnie. Ja chcę jeszcze! Ale co ja mam do powiedzenia? Szoł mast goł on, en staf… A teraz za przykładem Lokiego, trochę Was oszukam: tytuł komiksu tygodnia przyznałem finałowi FF, ale Journey Into Mystery jest dla mnie serią roku i tak ją uhonoruję, wystawiając za całokształt mocne 8/10.

Punisher: War Zone vol. 3 #1
S_O: Czyli to nie Punisher kontra Avengers, tylko Avengers kontra Punisher? To ma więcej sensu.
Tak samo, jak fakt, że dopiero po śmierci policjantów Mściciele zaczęli się poważnie martwić Frankiem. Rozsądne - dopóki zajmował się tylko rzezimieszkami i czwartoligowymi łotrzykami, Punisher w środowisku superbohaterskim był tylko niezręcznym tematem, którego się nie porusza. Zwłaszcza teraz, gdy w składzie mają swojego własnego zabójcę bez skrupułów, który jednak zna zasady super-savoir-vivre'u i lata w spandexie, jak na herosa przystało.
A skoro o nim mowa - Wolvie jako sprzymierzeniec Franka również ma sens.
Krzycer: Na razie jest dobrze. Trzeba przymknąć oko na to, że Avengers dopiero teraz przejmują się Frankiem, ale na razie jest dobrze. I nawet jest tu Wolverine, którego da się lubić.
Pytanie, czy wciąż będzie dobrze, kiedy już Puni będzie się ścierał z Thorem. Ale, co tam - wierzę w Ruckę.
Przy okazji zastanawiam się, czy zakończeniem historii będzie wcielenie Puniego do Wayboltów.
avalonpulse0271e%20%28Kopiowanie%29.jpgpalipa: Czemu Marvel nie chce zatrzymać takiego scenarzysty, kurczę, to on z Kieronem Gillenem powinien odpowiadać za AVX i wtedy mogło by być to wielkie wydarzenie. Ale do rzeczy. Pomysł postawienia Franka przeciw bucom wielkiego Capa Buca wydawał się karkołomny, ale Rucka jak na razie daje radę. Nawet Logan przypomina mi starego dobrego siebie. Rysunki pana Di Giandomenico także uprzyjemniają odbiór. Apetyt mi się zaostrzył i niecierpliwie czekam na cd.
EndrjuSzopen: Punisher i run Rucki był perełką, jakich nie spotka się w Marvelu, dlatego mam zamiar wyciskać przyjemność z tej mini serii bardzo powoli i dokładnie, bo jest kontynuacją owej perełki i chyba jej zwieńczeniem. Klimat wciąż na miejscu, wciąż czyta się to bardzo dobrze, oby Avengersi nie popsuli klimatu. Chociaż pierwszy raz od baaardzo dawna widziałem normalnego Spider-Mana w jakimkolwiek komiksie. Bo czytając ASM raczej się tam takiego nie znajdzie.
Gil: Patrzcie, herosi postanowili zrobić "coś" z Punisherem. Noż ^&$@!#... Teraz? Toście się zorientowali… Pewnie zaraz narażę się fanklubowi Karzącego Franka, ale z fabularnego punktu widzenia, ci prawdziwi herosi powinni już lata temu pozamiatać nim podłogę w celi. Cały modus operandi tego typa polega na zabijaniu ludzi, których sam uzna za złych, a całe spandex society przymyka na to oko, bo tak i już. I właśnie dlatego nie trawię Karzącego Franka jako części uniwersum Marvela. Herosi ganiają całą bandą za byle złodziejaszkiem, ale tolerują seryjnego mordercę – bo tak. Wzorcowe head-up-ass. A tutaj nagle się opamiętują i postanawiają go dorwać… bo tak. I żeby było zabawniej, on - zwykły człowieczyna z paroma spluwami – będzie w stanie skopać im wszystkim tyłki. Jak i dlaczego? BO TAK! A teraz minuta szczerości: komiks nie jest źle napisany - wręcz przeciwnie, ale nie zmienia to faktu, że cały pomysł jest z dupy wyjęty, z wyżej wymienionych powodów. I ta straszna część: zamierzam śledzić całą tę historię i psuć Wam zabawę, wytykaniem wszelkich jej bezsensowności. Od ocen jednak się powstrzymam, bo strona techniczna nie idzie w parze z całkowitym odbiorem.

Secret Avengers #33
S_O: O, nie! Asgardzka wojowniczka, która już pokazała, że niewiele sobie robi z próżni kosmicznej, wyleciała w próżnię kosmiczną! Jak poradzi sobie ze sterczącymi z zimna sutkami? (Chciałem, naprawdę chciałem znaleźć jakiś błahy problem związany z jej sytuacją, który nie sugerowałby, że myślę tylko o cyckach, ale nie dałem rady).
Ostatnia historia Remendera, jak widać, nie robi na razie na mnie większego wrażenia. Po części winne są chaotyczne i średnio czytelne rysunki, ale głównym powodem jest dla mnie fakt, że... nie wygląda to na poważne zagrożenie. Przecież grupa uderzeniowa jest śmiesznie mała, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, że w poprzedniej historii walce z "Ultravisionami", czy jakkolwiek się oni nazywają, poświęcono może dwa kadry. Czy mam uwierzyć, że zbieranina, która zaatakowała orbitalną puszkę naprawdę stanowi zagrożenie?
No i wśród Potwornych Avengers ze świata równoległego jest Punisher-FrankenCastle. Czemu nie jestem zdziwiony?
Krzycer: Ok, Walkiria w ułamku sekundy przechodząca z trybu "oh, James" do siekania wrogów mieczem - to się Rickowi udało.
Swój urok miała również roboWasp odpłacająca Pymowi za historyczne whaknięcie.
Reszta... wciąż nie mogę odżałować O'Grady'ego, więc Black Ant mi się nie podoba. Ta scena, w której zmusza Maksa do... podpisania dokumentów? Co to miało być? Zombie/Werewolf/Crowman Avengers... how original. Nie podobało mi się.
EndrjuSzopen: Chaos na chaosie chaosem napędza, jakieś kurcze drzwi do innych światów, do których można sobie przejść, a tam czekają nas oczywiście naprędce wymyślone wersje Avengersów z głównej Ziemi, scenariusz jest tak naginany, żeby wszystko w miarę stykało... Bardzo lubię Remendera za jego świetny run w Venomie i przekonanie mnie do połączenia Flasha Thompsona z symbiotem - ale ten zeszyt to typowa marvelowska durnota, którą jesteśmy karmieni w zbyt dużej części komiksów tego wydawnictwa. Zamiast z zainteresowanie śledzić losy naszych ulubionych bohaterów zmuszeni jesteśmy oglądać na siłę nadmuchiwane pierdoły, które są tak namieszane, że szkoda gadać.
Gil: Jezusicku! Grafika w tym komiksie jest tak denna, że nie wiem, czy w ogóle zasługuje na miano grafiki. A historia? Może to tylko ja tak odbieram, ale mam wrażenie, że Remender popuścił wodze wszystkim swoim fetyszom. Jego robotowy fetysz jest wątkiem głównym, captainowo-britainowy i potworowy spotykają się w wątku pobocznym, ale najlepiej miewa się venomowy, bo nawet udało mu się uskutecznić układ horyzontalny z Valkyrie. I jestem pewien, że Japończycy mają już określenia na to wszystko, a pewnie nawet i strony tematyczne. Najdziwniejsze jest jednak to, że cały ten dziwny inwentarz jakoś składa się do kupy i gdyby ktoś mi to przeczytał (lub innymi słowy: gdyby nie te wstrętne rysunki), nawet mógłbym uznać to za interesujące. Ale nie bez powodu komiks zaliczany jest do mediów graficznych, więc takie paskudztwa mogą zaważyć na ocenie i jak tutaj, ściągnąć ją do poziomu 3/10.

Ultimate Comics: Ultimates #17
Hotaru: Nadal brak tej serii polotu, ale chociaż ten numer nie jest żałośnie czerstwy, jak kilka poprzednich. Wprawdzie ze świecą, ale jednak można odnaleźć kilka scen, w które warto się wgryźć. Jest to do zniesienia, jeśli zapomni się, że jeszcze kilka numerów temu Jonathan Hickman dostarczał takich scen na pęczki...
Krzycer: Przez chwilę obawiałem się, że Modi zmusi Cassie Lang do zabicia się, i pożegnamy Ultimate Stature zanim będziemy mieli okazję ją poznać. Na szczęście tak się nie stało.
A cały numer był... gdzieś między "niezłym" a "nijakim". No i Cap na fruwającym skuterku był śmieszny... choć chyba nie taki był zamysł autora.

Wolverine #315
S_O: Może te postacie, które przeszły przez te magiczne bramy na początku numeru, po prostu nie wiedziały, jaki adres wbić na DHD, żeby wrócić na Ziemię? A może dorwało ich MGM?
"Podoba" mi się też fakt, że najwyraźniej w Świecie Marvela można zajrzeć do pierwszej z brzegu biblioteki i znaleźć tam całą taczkę książek poświęconych tajnym zgromadzeniom nadludzi.
Dodajmy do tego głupkowatych przeciwników i "tajemnicę", którą znają wszyscy poza czytelnikami... Nie mogę doczekać się grudnia, kiedy to wszystko się skończy.
Gil: Heh! Rozgryzłem klucz do kreatywności Bunna! "Weźmiemy takiego gościa, co ma grzywę jak lew i strzela laserem ze swojej dziury… w piersi, żeby nie było – nazwiemy go Murderous Lion. A potem weźmiemy te roboty, które są jak Deathloki, tylko, że zupełnie do nich nie podobne, więc nazwiemy je Murderloks. A potem weźmiemy taką ciapę jak plastelina i nazwiemy ją murderlina! I takie zabójcze marchewki – murderchewki! BUAHAHAHAHA!!!" Ale wiecie, co rozśmieszyło mnie jeszcze bardziej niż azjatycki Romulus z warkoczem, strzelający laserem z dziury w klacie? Historyjka kryształowej kobitki i to, jak cudownym sposobem po eksplozji całego budynku, tylko ona pozostała nienaruszona. More bunnshit!!! I 2/10.

Wolverine: Max #1
S_O: Ojej. Ojej, ojej, ojej. Ale paskudna kreska w retrospekcjach.
W przeciwieństwie do ostatnich kilku serii z cyklu "Max", które były bardziej ugruntowane w rzeczywistości (Punisher bez plączących mu się pod nogami superherosów, Deadpool, który po prostu ma nierówno pod sufitem, takie tam), ta z otwartymi ramionami przymuje wszystkie dziwactwa, mutacje i inne głupotki, podkręcając nawet czynnik regeneracyjny Logana do poziomu, którego pozazdrościłby 616 Deadpool. Inna rzecz, że mam nieprzyjemne wrażenie, że ta seria powstała tylko dlatego, że "ZIOOOOOOM, wyobrażasz sobie, co można napisać z Wolverinem 18+?" Przy czym pewnie ograniczać się to będzie do przeklinania i gołych cycków, bo już podczas Siege można było podziwiać gościa rozrywającego drugiego gościa na strzępy, z latającymi flakami i w ogóle.
Gil: Ponieważ mamy tu do czynienia z komiksem adresowanym dla dorosłego czytelnika, moja opinia również będzie takowa. Osoby niepełnoletnie uprasza się o zaprzestanie czytania w tym momencie. Już? No dobra. To skąd wiemy, że komiks jest dla dorosłych? Z dopisku MAX? Nieee… Poznajemy po tym, że pierwsze słowo to "fuck". Potem mamy więcej fucków, masakrę po katastrofie lotniczej, obcięte nogi, morze krwi, rekina pożerającego niewinne dziewczę, flaki, krew, fucki i dupczenie. Moment, o czymś zapomniałem chyba…? A, no tak, tak drobnostka jak FABUŁA!!! Nie dostrzegłem jej tu ani trochę. Nie wiem, kim jest Jason Starr, ale już znalazł się na mojej liście scenarzystów, których unikam. Ten komiks jest pod każdym względem odpychający. Jest napchany zlepkiem kretyńskich scenek najniższych lotów i chociaż ma dwóch rysowników, to ciężko powiedzieć, którego rysunki są bardziej obrzydliwe. Aż wstyd przyznać, że miałem jakiekolwiek oczekiwania wobec tego tytułu. Podsumuję więc pierwszy numer tak, jak Siara lądowania Szakala: No i w pizdu… Ocena: 1/10 i żadna siła nie zmusi mnie do sięgnięcia po kolejny numer.

X-Treme X-Men vol. 2 #5
S_O: Question! Jeśli Loganowi udało się "wyzdrowieć" z "nie_do_końca_kontroli" Złego Xaviera 2, to czemu tego samego nie zrobił Creed? Poza tym, kogo obchodzi to pitolenie o "chłopaku, ale jednak nie" Dazzler? Jeśli Pak musi wsadzać się do swoich serii, to niech chociaż sięgnie po Amadeusa Cho, on przynajmniej bywa ciekawy. W Exiles paradowało w końcu pełno nie-mutantów.
Gil: Chciałem tu coś mądrego napisać, ale kurcze, nic nie pamiętam… Tylko tyle, że skosili kolejnego złego Xaviera i poszli dalej. Serio. Zamierzałem zajrzeć tam drugi raz, żeby sobie cokolwiek przypomnieć, ale ostatecznie uznałem, że najlepszą recenzją będzie prawda: nie minęły 24 godziny, a ja już nic z tego nie pamiętam. Jak więc to ocenię? Cóż, specjalnie dla rzeczy, które do mnie nie trafiły, ale mogą wcale nie być takie złe, mam specjalnie zarezerwowane miejsce w klasie 4/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0271a.jpgA-Babies Vs. X-Babies (one-shot)
Autor: Skottie Young

Hotaru: Skottie Young jest najlepszy w tym, co robi. Może i cofnięcie naszych ulubionych bohaterów do okresu niemowlęctwa nie jest szczególnie natchnionym zabiegiem, ale co z tego - Young wyciąga z tego pomysłu 110%. Szkoda tylko, że kod kreskowy tak skrzywdził Gambiciątko...






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.10.24

Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.