Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #270 (22.10.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 22 październik 2012Numer 43/2012 (270)


W minionym tygodniu działo się naprawdę sporo, co można zaobserwować w liczbie Waszych komentarzy. Najważniejsze to: Marvel zaprezentował kolejny Point One, który tym razem dotyczy inicjatywy Marvel Now!. Seria Uncanny X-Men vol. 2 została zakończona, a konsekwencji post AvX ciąg dalszy.

Avengers Assemble #8
S_O: I... to tyle? Wyczarować jakiś pseudonaukowy kruczek, a potem huzia na Józia? Sorry, ale mam wrażenie, że gdy Thanos ostatnio położył ręce na Cosmic Cube (nieważne, czy prawdziwej, czy Made in China), rozwiązanie nie było tak proste. No i okazuje się, że nawet podróba CC potrafi przenieść ludzi, a nawet potężne nieśmiertelne istoty, do Cancerverse. Co może znaczyć, że w ten sam sposób Starlord i Skrullobrody stamtąd uciekli. Więc co stało się z Richem?
Krzycer: ...czyli Bendis wie, że Star-Lord był martwy (no, "as good as" martwy), i celowo nie daje nam wyjaśnienia, tylko znaczące spojrzenie. Fantastycznie.
No i wyjaśniło się (?), co Stark będzie robił z GotG.
A sam numer... niby w porządku, ale finałowa bitwa z Thanosem to standardowe bendisowskie huzia na Józia, byle wszystkich zmieścić na splash page'u, i pozamiatane. Nie lubię.
Gil: A mówiłem, że odkręcą unicestwienie Starszyzny? Co prawda, trochę inaczej niż się tego spodziewałem, ale jednak. I nawet był to całkiem dobry pomysł z tą Not_So_Cosmic Cube. Nie da się jednak ukryć, że zakończenie było trochę zbyt pospieszne, a fakt, że Thanos po prostu zwiał nie jest satysfakcjonujący. Plusem jest natomiast to, że nie zapomnieli o tym, co się wydarzyło w Thanos Imperative i jest szansa, że będzie z tego coś dobrego w nadchodzącej serii Guardians Of The Galaxy. No bo w końcu cała historia to podwaliny pod nią. I ciekawie byłoby zobaczyć Antosia w tej grupie, ale to raczej marne szanse. Ostatecznie zdecyduję się na ocenę 5/10, bo wyszło po prostu średnio.

AvX: Consequences #2
Hotaru: Nie podoba mi się. Redaktorzy i scenarzyści mogą sobie rzucać frazesami, że Cyclops nie był czarnym charakterem w AvX, a co najwyżej szarym, ale jakoś nie potrafią podać argumentów na potwierdzenie tej tezy. Kurcze, nawet rysownicy nagle zaczęli rysować go jako nie tak przystojnego chuderlaka, a przecież wszyscy wiemy, że to ci źli są zwykle brzydcy. Niby "nie sądź książki po okładce", ale "brzydota zewnętrzna często idzie w parze z tą wewnętrzną". Obecny Scott w ogóle nie jest podobny do tego z Astonishing X-Men Jossa Whedona. Nigdy go nie lubiłem, ale gwałt, jaki zadają mu redaktorzy Marvela, nawet mnie drażni. Wstyd.
S_O: Albo, alternatywnie, Życzenie Śmierci 2 (elektryczne... tralala?). Wiedziałem, po prostu WIEDZIAŁEM, że to, co najbardziej wnerwi Logana, będzie miało związek z Jean. Martwy mentor, miliony dolarów strat na całym świecie i ogólnoświatowy chaos... and this ALL still rates below a corpse. Gotta love them.
Swoją drogą, jak ktoś na /co/ zauważył, Quentin Quire już nosi koszulkę z Cyclopsem.
Krzycer: Świetna robota. I znowu się pytam, czemu Gillen nie dostał choćby paru numerów AvX do napisania (może dlatego, że nie pasował do schematu "wszyscy się biją, sens znajdzie się później"). I Logan, i Scott wreszcie zachowują się jak ludzie, i rozmawiają o sprawie bez bucowatego zadęcia, którym cechowali się podczas eventu. Można się zgadzać lub nie zgadzać z jednym lub drugim, ale przynajmniej tym razem nic nie zostaje przemilczane przez autora i sniktowe zapędy Wolverine'a zostają mu wypomniane.
Pragnienie męczeństwa Cyclopsa trochę mnie uwiera, ale biorąc pod uwagę to, co zrobił i to, jak postrzega swoją sytuację - ma to sens. No i "only you can take all the fun out of wanting to murder somebody you hate".avalonpulse0270b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Avengers: Znów Gillen. I jeszcze słabiej niż w premierowym odcinku. Gdzie Hope, Storm, Magneto, Captain Marvel, Iron Man, Black Panther i Captain America? Gdzie akcja? Czułem się jakbym oglądał nowy odcinek "Wybacz mi" po relaunchu. To nie byłem ja, to Phoenix mnie kontrolował! Buahahaha! Linia obrony jak u mutantkillera w czerwonej płachcie. Od śmiechu zaczęło mi burczeć w brzuchu. Niech te trzy pozostałe numery będą lepsze. Proszę. Idę poczytać jeszcze raz Avengers Vs. X-Men, żeby jakoś odreagować to coś.
EndrjuSzopen: Jestem zdziwiony, jak bardzo może mi się podobać zeszyt nawiązujący bezpośrednio do zakończonego ostatnio sriwentu. Bo tak, ten numer podniósł mnie na duchu, że nie tylko głupoty można serwować w związku z potyczką między Mścicielami a Mutantami, tylko zastanawia mnie - czemu dopiero teraz odczuwam wielką chęć kontynuowania tej historii, kiedy tak naprawdę jest już po wszystkim i sprzątają po całej imprezie? Rozmowa Cyclopsa z Wolverinem została rozpisana znakomicie, a i sama postać Cyclopsa nabiera w moich oczach w końcu jakiegoś koloru czy charakteru (przed AVX nie miałem styczności z Mutantami, dlatego mam teraz ich mocno skrzywiony obraz w głowie).
venom: Podobało mi się. Rozmowa Cyclopsa z Wolverinem, która jak najbardziej jest na miejscu i do tego jest ciekawa. Widać, w jakim stanie jest obecnie Cyclops, a także to, jakie emocje targają Wolverinem, który, o dziwo, nie drażnił mnie w tym numerze. Jak dla mnie ci dwaj już dawno powinni tak pogadać. Do tego końcówka też mi się podoba, na pewno sięgnę po kolejny numer.
Gil: Summers skrejzował. Zamierza zostać męczennikiem za sprawę, chce, żeby uważali go za zbawcę rasy i za wszelką cenę próbuje wejść w buty Magneto. I paradoksalnie, teraz zaczyna mi się podobać cały ten wątek. Przez ostatnie lata Cyclops był przekozaczany na wszelkie możliwe sposoby i chyba nie ma osoby, która nie żartowałaby z jego ogromnych, żelaznych cojones, więc teraz podoba mi się, że to wszystko w końcu się obróciło, by ugryźć go w dupę. Sposób, w jaki do tego doprowadzono, był kiepski (żeby nie użyć bardziej dosadnego określenia), ale efekt mi pasuje. Bo ma ogromny potencjał. Gillen potrafi go wydobyć i mam nadzieję, że Bendis tego nie spartoli, kiedy przejmie postać. Ale muszę przyznać, że trochę mi tu zalatuje Frontline i Penancem. Tak czy inaczej, dorzucą punkt za niezłe rysunki i wystawię 7/10, takie z dolnej półki.
Gamer2002: Numer poświęcony w całości Scottowi i rozmowie z Loganem. Była to porządna rozmowa i lepiej oddała relacje między Cykiem a Wolvim niż AvX. Poza tym, wypomniano Loganowi to, że niemalże zabił Hope, bez której Mściciele by nie wygrali. Ale jednak, Konsekwencje nie są zbyt konsekwentne wobec swego tytułu, ale zobaczymy jeszcze, co będzie w numerze z Iron Manem na okładce.
7/10, choć swoją drogą, hełm Scotta z tymi dużymi okrągłymi goglami wygląda nieco śmiesznie.
strz1: Kolejny świetny komiks. Szkoda, że post event jest tak dużo lepszy od samego eventu. W odróżnieniu od kilku opinii nie wydaję mi się, by Cyce sfixował. Po prostu to jedyny sposób, w który on może pomóc teraz swojemu rodzajowi. On to wie. Mimo to "Cyclops was right" - bezcenne.

Captain Marvel vol. 6 #5
Hotaru: Nie rozumiem, dlaczego Kelly Sue DeConnick wciska nam tę swoją fiksację na temat kobiet-pilotów z czasów pierwszej połowy XX wieku, ale muszę przyznać - ten numer był świetny. Sam za bardzo nie wiem, co mnie w nim tak urzekło, ale bawiłem się przednio. Przestały uwierać mnie samoloty i podróże w czasie, zamiast tego czerpałem frajdę z przygód dwóch blondynek, jakże dalekich od stereotypowych. Dobre. O dziwo.
S_O: Nie spodziewałem się zmiany rysownika. Kreska Emmy Rios wzięła mnie z zaskoczenia, więc to może dlatego byłem w stanie rozpoznać nasze bohaterki tylko dzięki ich ubraniom.
Z drugiej strony, w połowie komiksów rozpoznaję bohaterów po kostiumach, więc czego właściwie się czepiam?
Co do samej fabuły... Wiem, że jestem pewnie w mniejszości, ale nie mam nic przeciwko historiom o podróży w czasie, o ile trzymają się kupy. Ta... na razie nie jest wyjaśniona. Oczywiście domyślam się, że mamy do czynienia ze stabilną pętlą, podczas której chrononauci sami wywołują wydarzenia, które ukształtowały ich przeszłość, ale nadal pozostają drobne pytania typu "Kto?", "Co?", "Jak?" i "Dlaczego?". Czekam z niecierpliwością na odpowiedzi. Mam nadzieję, że DeCuccyk mnie nie zawiedzie.
Gil: Emma Rios, what are you doing? Emma Rios – stahp! Oprawa graficzna tak obniżyła loty, że uszami wyobraźni słyszę, jak wydała Jednorazową Emisję Bęcnięcia o Glebę. A to dopiero początek, bo nie mając na czym oka zawiesić, zacząłem szukać dziur w całym i niestety, pani DeConnick parę mi ich dostarczyła. Otóż, w końcówce poprzedniego numeru Karolka pojawiła się ot tak, zupełnie znikąd, w mieszkaniu Helen. W kostiumie. Tutaj jakimś cudem, Cobb przeoczyła ten kolorowy szczegół. No ale dobra, tu akurat można zwalić winę na rysownika i powiedzieć, że tego kostiumu wcześniej być tam nie powinno. Co nie zmienia faktu, że pozwalają Carol latać odrzutowcami – ehm, sorry za capsa, ale muszę to podkreślić – ZUPEŁNIE NIC O NIEJ NIE WIEDZĄC! Dopiero potem Cobb zaczyna zadawać pytania i nawet przejawiać jakieś wątpliwości, ale wszystko to schodzi na plan dalszy, gdy trzeba uruchomić Girl Power! Bo męscy szowiniści powiedzieli, że nie wystrzelą babeczek w kosmos. Postanawiają więc ot tak włamać się do bazy NASA – bo Girl Power – i wykraść stamtąd… to, co trzeba. A to jest ukryte na ściśle tajnym stole, w pierwszym lepszym pokoju. Ponieważ otaczają je emerytowani ochroniarze, Karolka postanawia ratować koleżankę i przechodzi w battle mode. Ciekawe, jak chciała jej w ten sposób pomóc? Już i tak ją widzieli, więc ma przerąbane, a ucieczka z fajerwerkami raczej nie poprawi jej sytuacji. No i w końcu ten cały artefakt wysyła je obie w inne miejsce i czas – oczywiście te najbardziej newralgiczne. Tyle streszczenia, a napisałem je po to, żeby pokazać, jak duża jest przepaść między tą, a poprzednią historią. Tam może fabuła była ciut naciągana, ale bohaterki zachowywały się prawdziwie i normalnie – tutaj wygląda to jak Clueless w połączeniu z Chuckiem. Wolę tę poprzednią twarz Karolki i mam nadzieję, że szybko wróci, a tymczasem niestety tylko 3/10.

Daredevil vol. 3 #19
S_O: Well, damn. Nieźle się nasz łotrzyk odpicował.
Podczas, gdy DD w sprawach profesjonalnych radzi się mądrych, a w każdym razie Pyma, jego życie osobiste znowu idzie na przemiał. Za dwa, góra trzy numery federalni pewnie zapukają mu do drzwi (butami, a może nawet shotgunem albo ładunkami). Rany boskie, chłopak nie ma chwili odpoczynku. No, ale może przynajmniej przestanie żyć w ciągłym zaprzeczeniu.
Pozostaje jednak jeszcze sprawa Milli. Skąd się ona wzięła w mieszkaniu Matta? Bo o ile nasz nowy, choć stary kolega nie rozwinął swoich mocy, do wykręcenia takiego numeru potrzebny by mu był jakiś telepata.
Gil: Poznajemy w końcu nowego przeciwnika, który okazuje się wcale nie być nowym przeciwnikiem. A, co mi tam – pewnie i tak ktoś inny zaspoileruje: Coyote to stary dobry Spot. Tak, właśnie ten. Postanowił w końcu wziąć się w garść i użyć tego dziurawego mózgu. I załatwić sobie nowy kostium, który jest oh_so_scary. Tak szczerze mówiąc, to historia podobała mi się bardziej przed tą rewelacją, bo jednak od razu przypomniał mi się Legion Of Losers. Teraz czekam na moment, w którym jego kojotowatość zacznie przypominać tego kojota z Looney Tunes. I ciągle kołaczą mi się pytania: dlaczego Kojot? Dlaczego teraz? Co z tym kostiumem? Serio, poważnie zbiło mnie to z tropu i prawie zapomniałem, jak dobra była ta historia wcześniej. Dlatego ocena spadnie o punkt i będzie 6/10.

Dark Avengers vol. 2 #182
S_O: Ale jak to tak, w taki sposób pomiatać Sultanem Pimpusem? To aż nie uchodzi.
No i finał historii. "Orginalni" T-Bolts pokazali, że mimo wszystko program resocjalizacyjny działa, nawet, jeśli przez większość czasu próbowali uciec, ogródki Dork Avengers ładnie i dokładnie skopane, Boss Cage (który był dla mnie kupą zabawy, bo wymawiałem jego "tytuł" jak Lonely Island) nigdy nie zaistniał... Ale poza nim wszyscy są cali i zdrowi. No, jeszcze poza Fixerem. I jednym z panów Nadajników/Odbiorników. I członkami F.A.C.T.u, zdaje się. I Skaar też zdziecinniał. Czyli koniec końców może jednak nie wszyscy. Ale od tego jest epilog.
Swoją drogą, podejrzewam, że Parker nie obgadał spraw z Gillenem, ale o tym trochę poniżej.
Krzycer: No i się skończyło. Bez żadnych niespodzianek. Gdyby ta historia była trochę bardziej skondensowana, może byłoby w niej trochę napięcia, a tak od kilku numerów było boleśnie oczywiste, jak to się wszystko skończy.
Czyli sprawa ma się podobnie, jak przy Red Hulku. Fajny run i strasznie średnia historia na zakończenie. Tzn. to jeszcze nie koniec DA, ale wiecie, o co mi chodzi.
Gil: No wreszcie! Ta ostatnia historia tak się ciągnęła, że rzuciła długi cień na cały, dobry do tej pory, watek podróży w czasie. Zakończenie nie jest rewelacyjne, a raczej przewidywalne. Za to ma swoje momenty, kiedy Boltsi pokonują Fake Avengers. No i Juggernaut powrócił. Chociaż tutaj mam trochę mieszane uczucia, bo rozwiązanie jest mocno naciągane. Ostatecznie jednak wszystko się domknęło jak należało i już samo to jest satysfakcjonujące. Wahałem się nad oceną, ale mocno średnie rysunki zdecydowały, że jednak zatrzymam się na 5/10.

Hawkeye vol. 4 #3
Hotaru: Świetny komiks. Zabawny, trzymający w napięciu, intrygujący, błyskotliwy... i napisany przez Fractiona. Przestanę chyba po nim jeździć, bo ewidentnie widać, że na tą serię ma pomysł. I to dobry. David Aja to klasa sama w sobie. Okładki, wnętrza - poezja. Jeśli jeszcze tego nie czytacie, to na co czekacie?
S_O: Mam dziwne podejrzenia, że Clint właśnie uratował kogoś bardzo złego, co prędzej czy później wróci, żeby ugryźć go w tyłek. Swoją drogą, czy on nie jest w związku ze Spider-Woman? Czy tak mają wyglądać historie, które Ułamek pisze dla swojej nienarodzonej być-może-córki?
Nie wiem, może po prostu jestem uprzedzony, ale nie potrafię się tą serią zachwycać, jak reszta Internetu. Poza tym, więcej niż dwa "bro" w komiksie wywołują u mnie flashbacki do historii z Braćmi Zapata, a to nie jest nic przyjemnego.
Krzycer: Trzeci numer ponownie przynosi ze sobą dysonans poznawczy. "Przecież to Fraction" - myśli sobie skołowany czytelnik - "ten komiks powinien ssać!"
A tymczasem komiks nie tylko nie ssie, ale pozostaje małym dziełem sztuki, komiksową perełką, w której wszystko jest na swoim miejscu. I nawet jeśli to w 99% zasługa Aji, to Fractionowi i tak należą się brawa za to, że daje mu takie pole do popisu.
wolvie111: Dopiero trzeci numer za nami, ale już mogę chyba powiedzieć, że to moja ulubiona na tę chwilę solowa seria. Nie ma co rozmyślać nad fabułą. Po prostu Clint lepi się do kłopotów, jak ćma leci do światła. Oto i cała konwencja na tę serię i to całkowicie wystarczy. Świetna zabawa, zabawne teksty, ciekawy styl i dobre rysunki, które bardzo dobrze budują tu atmosferę i dynamikę. Ogólnie widać, że Aja i Fraction znaleźli tu wspólny język. Dam 8/10.
Archie: Ten numer jest idealnym dowodem na to, że Aja gra pierwsze skrzypce. Fraction po prostu pisze w tej serii solidne scenariusze, które są zabarwione humorem i dobrze pasują do nieodpowiedzialnego Clinta. Za to David mistrzowsko prowadzi narrację obrazem, a do tego jego kreska świetnie pasuje w tym tytule. Na szkielet fabuły kładzie po prostu mięcho, dzięki czemu to wszystko rusza się z taką gracją. Panowie świetnie się zgrywają. Czekam na więcej.
EndrjuSzopen: Uwielbiam tę serię. Historie w niej przedstawiane, dialogi, przy których uśmiecham się do siebie jak idiota, sposób, w jaki wszystko jest pokazane, charakterystyczne i znakomite rysunki... Czyta to się świetnie, tego typu komiksów brakuje w Marvelu, do których się siada z tak wielkim uwielbieniem. Na razie nie ma tutaj jakiejś większej historii o ratowaniu świata - mamy Hawkeye'a, który ciągle ma jakieś kłopoty, a do tego jest dość frywolnym człowiekiem, no i... No i warto to czytać. A ja, w mojej Excellowej bazie danych komiksów, które przeczytałem do tej pory, po raz pierwszy, po przeczytaniu 244 komiksów Marvela od lipca zeszłego roku (maaało, bo zacząłem czytać od Pająka, coraz więcej zacząłem czytać mniej więcej od momentu AVX...) dałem tak wysoką ocenę dla zeszytu tego wydawnictwa - 8,5/10. Serio, w moim przypadku to bardzo wysoka ocena. I serio - żaden komiks Marvela nie dostał takiej do tej pory.
Gil: Ołkeeej… Ja wiem, że niektórzy się zachwycają tym tytułem. Niektórzy zachwycają się też czekoladą z żelkami i Lady GaGą, a ja tak samo jak tutaj, nie mam pojęcia, czym tu się zachwycać. No dobra, komiks ma dobre rysunki, miejscami nawet bardzo dobre. Ma też Kate Bishop, którą kupuję w każdej postaci. Nie ma za to jednego – fabuły. Ten numer składa się z dwóch elementów: a) przegląd inwentarza i b) rozpierduchy. Podpunkt pierwszy przypomina wyimki z handbookowego wpisu Bartona. Podpunkt drugi wygląda, jakby powstał tylko i wyłącznie jako tło dla podpunktu pierwszego i pretekst dla wciśnięcia małego bunga-bunga. I gdyby nie to, że akurat przeczytałem zapowiedzi na styczeń, w których jest mowa o tej Cherry, nigdy przenigdy nie zwróciłbym najmniejszej uwagi na tę postać. Bad writing, right here. Zamiast fabuły, która pokazałaby nam, co jest czym, mamy zlepek gagów, filozofii myślowych, pseudozabawnych komentarzy i gołych dup. Bad. Za to art jest good i podciąga punktację do 4/10.

Marvel Now! Point One
S_O: Okej, po pierwsze: ktoś musi sphotoshopować tego splahpage'a z Diamondheadem tak, żeby krzyczał "Shoryuken!", bo to jedyny sposób, żeby jego pornface miał sens.
Po drugie: przyjrzyjmy się poszczególnym historiom:
Po drugie po pierwsze: Rozumiem, że po czterech numerach własnego "Point One'a" Bendis nie widzi potrzeby, żeby przybliżyć czytelnikom fabułę swoich Guardians, zamiast tego odnawiając origin Quilla (który chyba był w miarę podobny, ale nie pamiętam, czytałem tylko jego bios, a i to dawno). Problem w tym, że nowi czytelnicy nie będą mieli pojęcia, co się dzieje.
Po drugie po drugie: Meet the new Kid Nova! He sucks! But, wait, he doesn't! Rozumiem, że ma to sugerować, że dzieciak nie ma pojęcia, jakie dokładnie ma moce i, bez głosu w swojej głowie, sam będzie musiał to odkryć. Pomysł całkiem ciekawy, ale może go pociągnąć na dno realizacja. W końcu człowiek, który, by zwalczyć coś, czego nienawidzi, sam staje się czymś identycznym (tylko w innym kolorze), to też niezły pomysł.
Poza tym, zabijanie dzieci? Naprawdę stoczyłeś się tak nisko, D-Head?
Po trzecie: hell yeah Young Avengers. This is all.
Po czwarte: O ile chęć "zemsty" na Doomie jest zrozumiała, o tyle sposób, w jaki Lang się do niej zabiera jest... naprawdę kuriozalna. Nie mówię tu tylko o początkowym monologu, ale też o tym, co wiemy o serii. "Najpierw zwandalizuję mu wystawę, a potem wymażę go z istnienia! Wtedy zemsta będzie należeć do mnie!" W ogóle nie jestem pewien, czy lekka i pogodna historia o dokonaniu zemsty ma sens istnienia...
Chociaż Fredrze się udało.
No i strasznie pogmatwane to ciągłe zmienianie kształtów. Czy będąc wielkości ludzkiego zęba, Lang nie powienien być, bo ja wiem... widoczny?
Po piąte: nie byłem pewien, czy spodoba mi się szalony Forge, ale moja podejrzliwość okazała się niepotrzebna. Nieco to było matafizyczne i, jeśli by się nad tym zastanowić, nie do końca ma sens - "lekarzu, ulecz się sam" to nic w porównaniu z tą historią.
Po szóste i ostatnie: Klamra narracyjna w postaci pogadanki z Furym Juniorem jest najgorsza z całej paczki. Przykro mi. Gość z przyszłości przybywa, by zaspoilerować kilka historii, po czym daje agentom powód, by go zabić, żeby nie spoilerował dalej. Ot, i tyle. Nie spodziewam się wiele po nowej serii SA.
Krzycer: Guardians of the Galaxy: Proste, że Bendis dostaje GotG, żeby spopularyzować zespół przed powstaniem filmu. Zastanawiam się, czy przy okazji nie dostał zadania zretconowania historii Quilla, żeby była przystępniejsza dla świeżych fanów/widzów. Przyznam, że sam znam ją tylko w bardzo ogólnym zarysie, więc nawet nie wiem, czy to, co tu widzieliśmy, pasuje do starych komiksów, czy nie. W każdym razie, jeśli będzie ciągnął wątek małego Quilla w ongoingu, to może to być ciekawe.avalonpulse0270c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Nova: Clark Kent i jego przybrany tata, czyli kolejny odcinek z cyklu "pointless cameos".
A sama scenka rodzajowa... Meh. Jestem uprzedzony tak do Loeba, jak i do nowego Novy, więc choć nie mam się do czego przyczepić, to i tak idę posiedzieć w kąciku i poczekać na zmartwychwstanie Ridera.
Young Avengers: Nie mogę się doczekać.
FF: To jest historia na dwie strony. Może trzy. Na ośmiu pachnie watą, którą została wypchana. Ale swój urok ma.
Cable & the X-Force: Ok, jestem zaintrygowany. Tzn. i tak byłem, a ta zajawka to za mało, bym mógł ocenić scenarzystę i tak dalej. W każdym razie nie skreślam go od razu, a to zawsze coś.
Secret Avengers/klamra narracyjna: Sama zajawka fabuły - w porządku. Młody Fury - może być, o ile będzie konsekwentnie rozwijany, i nie zacznie kozaczyć zbyt szybko. Za to wciąż przeszkadza mi Coulson. Po co było go wprowadzać pod tym imieniem do komiksów, jeśli nie ma nic wspólnego z filmowym Coulsonem?
A na marginesie: co, do diabła, stało się z Daisy Johnson? Przecież to ona miała kierować nowym S.H.I.E.L.D., a wyparowała kompletnie.
Gamer2002: Guardians i Novy ocenię z punktu widzenia nowego czytelnika, bo kosmos Marvela odkładam dla siebie na później od jakiegoś czasu. Widać, że te dwie historyjki to przeciwieństwa. W Guardians dostajemy konkretny origin, który zapoznaje z bohaterem nowych czytelników, więc jest ona całkiem dobra. Zaś o Novie dopiero dostaniemy origin i jedyne informacje są poboczne i wiedza z AvX daje nam pojęcie o postaci. Ale poza tym, jeżeli Loeb chce robić serię dla dzieci, to wyszło mu przyzwoicie, choć kreska była czasem specyficzna (Ile Nova ma lat? Wygląda tu dużo młodziej niż w AvX). FF rzeczywiście mogło być na 3 strony, ale środek zaprezentował moce bohatera. Całość dobrze go zapoznała czytelnikom i jestem wdzięczny Fractionowi, że oszczędził nam kolejnego mrocznego mściciela, który stracił córkę. Jest dobrze i można to uznać za niby-origin i początek nowego status quo bohatera.
Historie X-Force i Młodych Mścicieli są bardziej nastawione na stałych czytelników, zwłaszcza X-Force, które nie wyjaśnia, kim jest Forge i Cable. O ile wciąż mam spore wątpliwości co do Hopelessa z powodu Areny, to przyznam, że jego historyjka była intrygująca. Historia Gillena miała fajną scenę walki szybko prezentujące możliwości dwójki bohaterów (intrygujące, Loki używa magii?) i zabawne ogłoszenie o pracę. Było fajnie i czekam na więcej.
Co do historii Fury'ego juniora, była intrygująca, choć pewnie przydałoby się jakieś wyjaśnienie, kim jest junior. Zastanawia mnie, czy gość z przyszłości rzeczywiście zginął, czy jednak został w ciele tego, który go zabił.
EndrjuSzopen: Wygląda mi to bardziej na zajawkę komiksów, które bez szeroko zapowiadanych zajawek nie wybiłyby się za bardzo na rynku komiksowym z takimi (potencjalnie) dużymi tytułami jak Uncanny Avengers czy Superior Spider-Man w tle. Wiecie, takiego pchnięcia potrzebują. Dlatego czytając tenże wytwór nie czułem na sobie dreszczyku związanego z nadchodzącymi emocjami. Ale po każdą serię sięgnę, zobaczę, co z nich wyniknie (oczywiście - jeszcze więcej tytułów z Avengerami i X-Men!)
Gil: O, patrzcie – Kid Fury powrócił na pogadankę z człowiekiem z przyszłości. Muszę przyznać, że nawet nieźle to wypadło i jest lepszym łącznikiem, niż miał poprzedni Point One. Tylko szkoda, że nie utrzymał poziomu do końca, bo finał jest lekko głupkowaty.
Pierwsza historyjka, zapowiadająca Guardians Of The Galaxy, wypadła całkiem dobrze, chociaż flashback trochę nie pasuje do konwencji przyszłościowej. Suspens jest całkiem dobry, a całość zachęcająca. Tylko na początku myślałem, że kosmici to filmowi Chitauri i dopiero przez Avengers Assemble skojarzyłem, że to Badoon. Nie zaszkodziłoby, gdyby ta informacja została podana wprost.
Historyjka z Novą… Cóż, sorry, ale jestem od początku nastawiony na nie, bo jestem wielkim fanem Richarda i nowy Nova mnie drażni. Tym bardziej, że wiem już, do czego zdolni są Loeb z McGuinnesem. Aczkolwiek istnieje iskierka nadziei, skoro Rulk okazał się fajną postacią, gdy już zostawili go w spokoju.
Numer trzy to mój faworyt. Są trzy zasadnicze powody: Gillen, Loki i Young Avengers. Takie zestawienie wydaje się niezawodne, a ta krótka zapowiedź utwierdza mnie w tej myśli. Wypada fajnie tak pod względem fabularnym, jak i graficznym, więc czekam na więcej.
Opowiastka z Ant-Manem, zapowiadająca nowe wcielenie FF, to dla odmiany największa klapa. Jest po prostu głupia. Lang, opłakując śmierć córki, naraża się, żeby domalować wąsy na portrecie Dooma. G-U-P-I-E, nawet pomimo wciśniętej na siłę backstory. A rysunki Allreda średnio trawię, jeśli w okolicy nie ma Doopa.
I w końcu zapowiedź Cable & X-Force. Zasadniczy problem z tym tytułem mam taki, że Ellis uśmiercił Forge'a w całkiem dobrym stylu i nie daruję tego, póki nie usłyszę wyjaśnienia. Z drugiej strony, ciekawie wygląda Cable pozbawiony wirusa, za to prawdopodobnie znów mający swoje wrodzone zdolności. Póki co, mam mieszane uczucia, ale jestem otwarty na ciąg dalszy.
Ostatecznie wystawię neutralne 5/10, bo plusy i minusy całkiem dobrze się równoważą.

Marvel Zombies: Halloween
S_O: A to ci niespodzianka. Nie spodziewałem się, że nasza dzielna heroina to inna dzielna heroina. No, ale przynajmniej Fred pokazał, jaki związek lubi najbardziej.
Całkiem miła historia, nawet, jeśli zombiaki były zbyt gadatliwe. No, ale co poradzić, młodzi zawsze lubią gadać o swoich uczuciach i jak ich nikt nie rozumie i takich tam.
No i jako kocia osoba nie mogę nie lubić tej historii. Mam papiery, które mi tego zabraniają.
Gil: To było zaskakująco dobre. Ostatnio oglądam sobie Linkarę i jego halloweenowy cykl Longbox Of The Damned, więc mogę od razu powiedzieć, że ta odsłona zombiaków z marszu powinna się w tym pudle znaleźć. Ma prawie wszystkie cechy dobrego horroru i paradoksalnie, tylko zombiaki w kolorowych rajtuzach psują klimat. Mamy bohaterów, których znamy, chociaż poznajemy dopiero z czasem, ale od początku czujemy do nich sympatię. Mamy dobry suspens, mamy tajemnicę, mamy dziwne wydarzenia, a nawet mamy samego diabła (podśpiewującego "Sympathy For The Devil"). Historia naprawdę mogłaby się obyć bez zombiaków w rajtuzach. No, ale trudno. Za to rysunki są bardzo fajne i trzymają klimat, więc i tak będzie duży plus. Kurcze, mam nawet ochotę dać mu tytuł numeru tygodnia – tak a conto Halloween – i mocne 7/10.
Krzycer: Sympatyczne. I nawet raz czy dwa mnie zaskoczyło, choć bardziej ogólnym klimatem niż zwrotami akcji. No i jedno zaskoczenie wzięło się z tego, że nieuważnie oglądałem rysunki...
Przez moment zastanawiałem się, czy ta historia toczy się w tym samym świecie, co Marvel Zombies 1 i 2, ale w sumie nie ma to żadnego znaczenia.

Mighty Thor #21
Hotaru: Nadal cieszy mnie, że "Everything Burns" jest w zdecydowanej większości powiązane z Journey into Mystery, a nie z Mighty Thor. To Loki jest gwiazdą tej historii, i słusznie. Gillen dokonał czegoś wspaniałego i chociaż lubię Kathryn Immonen, to jednak wątpię, czy będzie w stanie stworzyć coś równie klimatycznego. Co się tyczy tego zeszytu, to moje zarzuty są takie same, jak poprzednio - brzydkie, psujące atmosferę kolory. No i Leah trochę za bardzo przypomina Romę...
S_O: Hej, Deus ex Machina! I to z prawdziwym deusem! Jak miło! Nie, zaraz, jakie jest przeciwieństwo "miłego"...?
Sama historia ma sens. Jedyny sposób, by powstrzymać Surtura, to zniszczyć jego infrastrukturę, a żeby to zrobić, Manchester Gods muszą się poświęcić... Historia ma sens, bo historia jest Gillena. Dialogi są Fractiona, a rysunki Davisa, dlatego nie ma w niej uczucia. Zgaduję, że Gillen musiał szybko rozwiązać swoje wątki przed Marvel Now!, dlatego zaczął współpracę z Fractionem nad tą historią... I to kolejny dowód na to, że MN! jest złe, a w każdym razie, zbyt pospiesznie złożone do kupy.
Krzycer: Cztery rzeczy mi się nie podobały, przy czym tylko jedna to poważna wada. A są nią rysunki. Lubię Alana Davisa, naprawdę... ale chyba lubię oglądać jego rysunki w starych komiksach, niż widzieć je w nowych.
A trzy detale, które mi nie pasują, to prawie-pocałunek (jakoś nie wpisuje mi się w relację Lokiego i Leah), młotomiecz (...come on) oraz to, że Odyn daje się nabrać na sztuczkę wyjętą z asortymentu Scooby-Doo i Shaggy'ego.
Poza tym to ładny finisz niezłego crossoveru.
Gamer2002: Wszystko się tli, ale wciąż są twisty. Był to akcjo-centryczny numer z paroma niespodziankami i gdyby nie rysunki, byłoby nawet dobrze. Podoba mi się, że Thor wpadł na pomysł, by wykiwać Odyna, bądźmy szczerzy, on nie miał tu wielkiej roli, a wypada, by zrobił coś fajnego ponad spodziewanym pobiciem Surtura. Nie wiem, co myśleć, że z Leah oficjalnie zrobiono (przepraszam za określenie z okręgów anime) tsundere. Zaś trzy strony na czerń... Dowcip jest, ale to lekkie przegięcie.
Ale poza tym, mamy jeszcze ostateczny cliffhanger i nagle dowiadujemy się, co porabiał Mephisho i o prawdzie o Ikolu. Patrząc na okładkę zapowiedzi w komiksie trzeba przyznać, Gillen dobrał odpowiedni zestaw finałowych bossów. 7/10.
Gil: Ostatecznie całkiem nieźle się to poskładało w całość, chociaż muszę przyznać, że z większą uwagą śledziłem wątki wokół Lokiego, niż całą resztę. Widać w tym rękę i pióro Gillena, który najwyraźniej sam pilnował domykania swoich wątków i zrobił to fantastycznie. Cokolwiek kiedykolwiek pojawiło się w Journey Into Mystery, tutaj znajdziemy tego ślad i konsekwencje. Obok tego wszystkiego mamy fractionowego Thora. I to już jest poziom niżej. Cały ten motyw z Odynem wydaje mi się wepchnięty od czapy, tylko po to, żeby zakończenie było epic much. No i są jeszcze dwa minusy: Alan Davis i aż trzy czarne strony. Jedna = tworząca napięcie pauza, trzy = irytująca strata papieru. Ale Gillen sam dał radę wydźwignąć całość do poziomu 6/10.

New Avengers v2 #31
Hotaru: Niedokładne rysunki i szkaradne kolory, ale co z tego - Bendis napisał fajny scenariusz. Mamy intrygę, jest tajemnica i świetne rozmowy rozwijające bohaterów. Skoro Bendis cały czas potrafi tak pisać, to czemu przez ostatnie miesiące tego nie robił? Strzelam, że doczekamy się jakiegoś powrotu do korzeni i nawiązania do magicznej inwazji z początkowych numerów, ale taka klamra wcale by mi nie przeszkadzała. Czyżby wreszcie scenarzysta skończył z klasą?
S_O: Huh. Po zapowiedziach myślałem, że będzie to crossover z Avengers, ale najwyraźniej się myliłem. Trudno się nie domyslić, że polowanie na czarownice (i czarowników) ma związek z pierwszą historią w serii, zwłaszcza, że ostatnio mamy trend na szybkie domykanie wątków, a wziąwszy to pod uwagę, jeden rzut oka na okładkę powie nam, kto jest winny. Tyle fabuły związanej z Avengers. Reszta to ciąg dalszy "99 problemów Luke'a Cage'a", co jest o tyle irytujące, że Cage miał zrezygnować w poprzednim numerze. Tak, napisałem "irytujące". Rozumiem, że wielu ma tutaj nostalgiczny stosunek do Alias, rozumiem też, że cała seria nie może się opierać na rzucaniu się z jednej sceny akcji do drugiej, ale to jest komiks, przynajmniej w założeniu, GRUPOWY. Ma za zadanie skupiać się na GRUPIE. Jasne, może poświęcać czas poszczególnym jej członkom, ale problem polega na tym, że cały czas, od kilku lat, skupia się tylko na jednym. O ile w Bezprzymiotnikowych Spider-Woman czasem schodzi na dalszy plan, o tyle tutaj? Jedyny powód, dla którego seria nie nazywa się "Luca Cage and his Posse" jest taki, że komiksy z "Avengers" w tytule sprzedają się lepiej.
A skoro już mowa o nostalgii dla Alias: kreska Gaydosa nigdy mi się nie podobała.
Krzycer: Po pierwsze: nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi Jessicki Jones rysowanej przez Michaela Gaydosa.
Po drugie: ależ tego Bendisa fajnie się czyta, kiedy tylko ma jakąś historię do opowiedzenia. I nie mam na myśli przewidywalnej zemsty brata Doctora Voodoo (Bendis sprząta po sobie w obu tytułach, to musi być on; na marginesie - choć cliffhanger nie mógł zaskoczyć pod żadnym względem, to i tak zrobił na mnie wrażenie), tylko historię dwojga dorosłych ludzi, którzy podejmują trudną decyzję, i tego, jak reaguje na to ich otoczenie.
Po trzecie: po raz pierwszy od dłuższego czasu jest tu parę autentycznie zabawnych momentów. Najbardziej podobała mi się końcówka medytacji Strange'a i Iron Fista.
Podsumowując: gdzie był ten Bendis przez ostatnie... czterdzieści numerów? Pięćdziesiąt? Nie pamiętam, kiedy New Avengers v1 było ostatnio naprawdę dobre, a v2 chyba ani razu nie było.
Gil: Hm, myślałem, że historie z New i Avengers będą się rozwijały ciągle, a nie równolegle. Cóż, silly me. Tutaj ton jest zupełnie inny, ale też dobry. Magiczne zagrożenie, budowanie napięcia, tajemnica… Michael Gaydos dobrze sprawdza się w takim klimacie i jego rysunki mają wartość dodaną. Do tego mamy konsekwencje decyzji Cage'a w postaci serii dialogów, w tym lepszym Bendisowym stylu. Jedyne, co mnie negatywnie zaskoczyło, to Hellstrom mówiący jak uciekinier z lat siedemdziesiątych. I ten przerażający uśmiech Karolki na końcu. Ale ogólnie, jest całkiem dobrze i może po serii miernych tie-inów, seria doczeka się dobrego finału. Na zachętę dam 7/10.

Ultimate Comics: Iron Man #1
Hotaru: Nie jestem szczególnym fanem postaci Ultimate Iron Mana. Pamiętam tylko, że miniserie Orsona Scotta Carda podobały mi się i srodze się zawiodłem, kiedy wykreślono je z continuum. Te retrospekcje są jednak też niczego sobie. Chyba podobały mi się bardziej, niż wątek osadzony w teraźniejszości. Zeszyt nie zwalił mnie z nóg, ale wyglądał całkiem w porządku i niczym mnie nie zraził. Czy drugi numer będzie lepszy? Chętnie sprawdzę.

Ultimate Comics: Spider-Man v2 #16
Hotaru: Brakuje trochę Pichelli i Marqueza. Justin Ponsor wychodzi z siebie, by uczynić rysunki Pepe Larraza spójnymi z poprzednimi numerami, różnica jest jednak nadal zbyt odczuwalna. Niepokoję się, bo ze styczniowych zapowiedzi wynika, że Marquez zacznie ilustrować All-New X-Men. Kolejny dowód na to, że Marvel traktuje uniwersum Ultimate jako to drugorzędne. Fabuła za to nie zawodzi. Jestem w stanie łyknąć to, jak Miles został członkiem Ultimates. Zacieram już rączki na myśl o tym, co to będzie dla niego znaczyło w przyszłości.
Krzycer: ...czy w tym nowym kostiumie Kapitana Ameryki jego maska zawsze miała dziury na uszy, a ja dopiero teraz to zauważyłem? Może to kwestia stylu tego rysownika, ale to wygląda idiotycznie. A jak już to zauważyłem - dopiero w połowie numeru - to na niczym innym nie mogłem się skupić.
Sam numer - w porządku, ale wraca kwestia, o której już pisałem. Wszystko, co Kapitan mówił o Milesie nie zostaje unieważnione tylko dlatego, że chłopak radzi sobie w walce. To, że Steve zmienia zdanie, nie ma sensu.
A Bendis idzie na łatwiznę i drugi raz sprzedaje nam ten sam numer. Zeszyt, w którym Miles powala Rhino na oczach Kapitana miał tę samą konstrukcję i kończył się tą samą, niechętną akceptacją.
Ale poza tym jest w porządku. Rysunki są niezłe, ale nie zawsze dokładnie oddają akcję.
A poza tym czekam na konfrontację Milesa z "Jessicą Drew".

Uncanny X-Men v2 #20 (Final Issue)
Hotaru: Przyznam, że Gillen całkiem elegancko zamknął swój run. Wprawdzie skupił się tylko na trzech wątkach, ale ich kulminacja wypadła całkiem satysfakcjonująco. Tylko z jednym mam problem. Sądząc po tym, że Scott nie ma jeszcze hełmu wnoszę, że fabuła dzieje się przed Consequences. Dlaczego więc, w tamtej miniserii Scott chce zginąć, kiedy wie, że Sinister pozostaje na wolności? To się nie trzyma kupy - kolejny dowód na zmasakrowanie postaci Cylopsa. Za to do wątków Danger i Rasputinów się nie przyczepię. Illyana i Unit są fenomenalni.
S_O: Finał. Przez najbliższe pół roku, może nawet cały rok, nie będzie wychodzić seria pod tytułem Uncanny X-Men. Ostatnim razem, jak Marvel wykręcił taki numer, Europa zbombardowała Amerykę atomówkami, dopóki się nie opamiętali.
Koniec pewnej ery.
Więc przyczepmy się nieistotnych szczegółów, jak zwykle.
Po pierwsze: jak już wspomniałem przy okazji Thunderbolts, Parker i Gillen musieli się nie zgadać. Wyegzorcyzmowanie wpływu Cyttoraka z Colossusa śmierdzi powrotem do starego porządku. Tym bardziej, że bez swojego avatara, Cyt wróci na kolanach do Caina. Caina, który dopiero co podpiął się do Cyttoraka z innego wymiaru, także po to, by przywrócić stary porządek. Nie byłoby to rażące, gdyby DA wyszło, nie wiem, tydzień temu, albo gdyby nie rozciągało tak tej ostatniej historii...
Ale to bardziej błąd edytorów, którzy są zbyt zajęci dyktowaniem historii, żeby pilnować spójności. Sam komiks jest bowiem godnym zakończeniem... pewnego etapu, bowiem historia Sinistera będzie toczyć się dalej... Prawdopodobnie w All-New X-Men. Zobaczymy, który Bendis zasiądzie za starami tej serii.
Tylko prawdziwej Kate Kildare szkoda. Jedyna osoba w całym 616, która przeczytała Machiavellego...
Krzycer: Podsumowanie runu Gillena wypada dobrze. Nawet, jeśli wielki finał tego runu był marginesem eventu, z którym Kieron nie miał nic wspólnego. Z trzech głównych wątków najsłabszy jest ten Unita i Danger - za mało w nim mięcha, zagadki Unita dotyczące jego skrytych we mgle tajemnicy sekretnych planów... no, nie działają. Tylko tyle i aż tyle. Ale reakcje Danger są w porządku.
Poza tym, biorąc pod uwagę poprzedni zawód Gillena, strzelam, że "would you kindly open the door" wypowiadane przez Unita to nawiązanie do Bioshocka.
Najlepiej i najwyraziściej - prawdopodobnie dlatego, że jest definitywnym zakończeniem - wypada wątek Illiany i Piotra. Lesson learned, nic dodać, nic ująć. Fantastycznie poprowadzone.
Pośrodku - ale w górnych warstwach - plasuje się wątek Cyclopsa i "Kate Kildare". Muszę przyznać, że podoba mi się pomysł, by do tego stopnia spersonalizować konflikt Scotta i Essexa. Niby "X-Men" to zawsze komiks drużynowy, ale jednak paru członków zespołu ma swoich nemezis. Scott też na to zasługuje.
Avengers: I Gillen skończył. Unit i podążająca jego śladem Danger pewnie gdzieś tam wypłyną i już nie będą pisani przez Gillena, więc może być ciekawiej niż było (Gillen: gadka! więcej gadki! więceeeeej gadki!). Magik i Colossus gdzieś tam ponownie się spotkają i wcale nie będzie zabijania. To jak z rodziną Richardsów i odnosieniami do Sue, która zabije Bena/Reeda/Johna/jednego z dzieciaków za coś tam. I nigdy tego nie robi, bo to rodzina. I najważniejsze, czyli kolejny powrót Sinistera. W ostatnim numerze serii Gillen postanowił przymierzyć się do stanowiska najgorszych scenarzystów Marvela, którzy z kapelusza wyciągają kolejne zmartwychwstania. Powiedziałbym, że nadaje się już na scenarzystę corocznego crossovera, który dostaje łatkę jeszcze gorszego od poprzedniego. Najsłabszy z numerów Uncanny X-Men Vol. 2 to najlepszy dowód.
avalonpulse0270d%20%5B1600x1200%5D.JPGwolvie111: Żal trochę, że seria się kończy, bo to była najlepsza wersja Uncanny od dawna. Numer zamyka tę serię i niektóre wątki. I tak widzimy rodzeństwo Rasputinów, które rozchodzi się na dobre. Właściwie rozumiem Magik w tej sytuacji i to, jak postąpiła z bratem pokazuje, że rzeczywiście go kocha... na swój dziwaczny sposób (no w końcu Uncanny), i oczywiście o wiele przerasta go rozumem. Ciekawi mnie, co dalej stanie się z Unitem... no i w sumie z więźniami, których uwolniła Danger. Naturalnie najbardziej podobał mi się wątek z Sinistrem i chyba najbardziej ucieszył, bo bardzo lubię tę jego nową wersję. Może dzięki niemu Scott znowu się odrodzi i zdobędzie motywację do działania?
Poza tym brakowało mi wątku Emmy, Namora i Magneto. Po cichu liczyłem, że tu pokażą, co się z nimi dzieje. Przede wszystkim Magneto, po przerwie znowu wróg numer jeden, znowu poszukiwany. Widzimy tu rozpad drużyny, która rokowała bardzo dobrze, ale skończyła niestety nie najlepiej. Sama okładka mówi za siebie.
Rysunki dobre i estetyczne, zdążyłem polubić tego rysownika. Dam 8/10, a i całą serię oceniam bardzo dobrze.
venom: Jak dla mnie najlepszy komiks z X w tytule, jaki mi było dane przeczytać w tym tygodniu. Wciągnęła mnie zarówno walka rodzeństwa Rasputinów (Illyanę coraz bardziej lubię, podobało mi się też to, jak jest narysowana w tym numerze), rozmowa Scotta z Mr. Sinisterem (Cyclops dostał powód, by jednak nie poddawać się i wcale nie jestem rozczarowany tym, że Sinister żyje), jak również wątek Danger, która na koniec wypuściła wszystkich więźniów z Utopii. Czyli, jak dla mnie, jest ciekawie, a do tego numer ładnie zilustrowany, więc jestem jak najbardziej na tak.
Gil: Właśnie przyszło mi do głowy, że ta seria powinna się nazywać Sinister & The Uncanny X-Men. Nawet tutaj nie udało się uciec od monovillaina, który od początku snuł się za nimi. A skoro to domknięcie serii, nie mogło zabraknąć też Hannibala Tostera, bo Gillen musiał pozbierać swoje zabawki. Cóż, przynajmniej trzeci wątek był interesujący. Szkoda, że nie dogadali się z Parkerem, bo mogłoby to przynieść znacznie lepszy powrót Juggernauta. Ale i tutaj jest nieźle. Wiemy już, co będzie dalej z Colossusem, więc pozostaje pytanie, co z Magik? No i na koniec wystawię 5/10, które równie dobrze mogłoby być oceną całej serii.
strz1: Cyclops mający pieczę nad losem mutantów i w dodatku ścigający Sinistera. Hmm, drużyna, która wtedy go otoczała miałaby ogromny sens. Więc bardzo na tak! Szkoda trochę rodzeństwa, ale myślę, że Piotr i tak nie będzie w stanie skrzywdzić Magik. Poprzedni numer był lepszy i nie było historii z Emmą i Magneto. Mimo to jest dobrze.

Untold Tales of PunisherMax #5
S_O: Pierwsza historia od czasu pierwszego numeru, która mi się podobała. Także dzięki sprytnie wykorzystanej klamrze narracyjnej, ale przede wszystkim dzięki pokazaniu, że Frank może mieć pozytywny wpływ, który wykracza poza "zły gość nie żyje, możecie robić, co chcecie". Zwłaszcza, że pozostałe cztery historie były do bólu schematyczne. Ale czego innego spodziewać się ze Skottiem Youngiem przy kierownicy?

Venom vol. 2 #26
S_O: Okej, nadal nie rozumiem - jeśli celem jest jedna osoba, nieważne, jak przepakowana, czemu oddział specjalny, którego zadaniem było uwolnienie kogoś z więzienia o najostrzejszym możliwym rygorze (bo kto wpakowałby Carnage'a gdziekolwiek indziej?) i przeszmuglowanie go do innego świata, nie może sobie poradzić z nim sam? A zważywszy na fakt, że symbioty najwyraźniej oddziałowują na Microverse zupełnie inaczej, niż w normalnym świecie, po co klonować Kasady'ego? Czemu po prostu nie nasłać go na tamtą mumię?
Inni narzekają, że nic się nie dzieje, że numer jest przegadany, że postacie nie zachowują się, jak one... ale prawda jest prostsza. Ten komiks jest słaby, bo NIE MA SENSU.
Krzycer: Niewiarygodne, Carnage obrócił się przeciw swoim mocodawcom. Co za niespodzianka!
A symbionty są zabójcze dla Microverse. Ok, to faktycznie niespodzianka, bo nie mam pojęcia, jak to ma działać, ani czy ma jakiekolwiek uzasadnienie w przeszłych historiach. Z drugiej strony mało wiem o Microverse, poza tym, że Hulk tam kiedyś urzędował czy coś takiego.
Zastanawiam się ponadto, czy Redeemer okaże się jakąś postacią sprzed 20 lub więcej lat, i wielkie zakończenie następnego numeru, na którym pokaże swoją twarz, absolutnie nic mi nie powie.
No chyba, że okaże się, że ktoś wpadł na błyskotliwy pomysł, by wskrzesić Hiro-Kalę...
EndrjuSzopen: Minimum Carnage, czyli rzeczywiście minimum Carnage'a, a duuużo jakiegoś dziwnego świata, o którego istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia i czytając ten crossover wcale nie żałuję. Taaak, crossover, który potencjalnie mógł być czymś wielkim i genialnym (takie trzy postacie w jednej historii...!) zostaje sprowadzony do pitolenia w jakimś Microversum i tak naprawdę po połowie całej historii nie wydarzyło się nic wielkiego godnego uwagi. Święta trójca - Scarlet Spider, Venom i Carnage - jest w tym wszystkim tak bezpłciowa, że aż nieprawdopodobne...
GrayFox: Nie sądziłem, że to powiem, ale to się zaczyna robić żałosne. Podejrzewam, że nawet ja bym lepiej tą historię skonstruował.
Poprzednie numery były co najwyżej średnie, jednakże miały momenty, które powodowały mniejszą bądź większą przyjemność z czytania. Teraz jednak widać różnicę pomiędzy panami scenarzystami. Ten numer jest jedną wielką gadaniną i nie zawiera w sobie w zasadzie nic, poza kilkoma irytującymi mnie sprawami. Carnage zachowuje się jak w latach 60, kiedy z jego ust nawet podczas mordowania jego niedoszłych kompanów wylewa się potok nic nie znaczącego bełkotu. A już samo to, jak doszło do zamordowania wyżej wspomnianych woła o pomstę do nieba. Wątek Cletusa i sprowadzenie go do Microversum jest fatalne, problem Venoma też jest słaby i jakoś w ogóle mnie nie obchodzi, a Kaine za dużo gada.
Do tego szkaradne rysunki, blah!
Szkoda, proszę państwa, tak zmarnowanego potencjału na cross, którym można było zawojować świat i zapewnić sobie miejsce w historii, i to bez dużego nakładu pracy. Niestety, Marvel nawet idealny pomysł, który jakby mógł, to sam by się napisał i narysował, potrafi koncertowo spierniczyć.
Gil: Nie pamiętam, kto obstawiał, że Carnage szybko zacznie wyrzynać swoich tak zwanych pracodawców, ale należy mu się ciasteczko. Za to ciekawe, czy ktoś jeszcze ma wrażenie, że ten cały Wybawiciel okaże się tym drugim synalkiem Hulka, co to go zgubili w Microversum? A póki co, dostajemy typowego Bunna, czyli mdłą sieczkę, bez żadnych atrakcji. W sumie, jak na razie to samo można powiedzieć o całym crossie. A że rysunki również nie dodają nic do atrakcyjności całości, wycisnę z oceny najwyżej 4/10.

X-Factor #245
Hotaru: Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, ze odejście Havoka to wytyczna redakcyjna. Ale to tylko świadczy o klasie Petera Davida, bo z czegoś w gruncie rzeczy wyjętego z tyłka potrafił upichcić coś tak smakowitego. Siła numeru, jak to zwykle w tej serii bywa, tkwi w dialogach. Nawiązania do popkultury i do fandomu są cudowne. Rysunki Kirka też coraz bardziej mi się podobają, niektóre kadry wyglądają tak, jakby narysowała je Emanuela Lupacchino. Może i sam Kirk nie potraktuje tego jako komplement, ale mi i tak bardzo to odpowiada.
S_O: Zarechotałem. Ludzie narzekali, jak rok temu (niecały?) edytorzy wepchnęli Havoka i Lornę do serii. Teraz ludzie narzekają, że edytorzy zabierają Havoka z serii. Ja wolę po prostu narzekać, że edytorzy nie potrafią się zdecydować, czego chcą.
Co do samego komiksu... Hell. X-Factor. Nawet biorąc pod uwagę ostatni, słabszy numer, to powinno wystarczyć jako znaczek jakości.
Krzycer: Nie jestem w stanie oceniać mojej ulubionej serii Marvela obiektywnie. Tzn, mogę próbować. W końcu ten numer ma swoje słabe strony... jak to u Kirka zwykle bywa, ludzie na drugim i trzecim planie tracą fragmenty twarzy i inne szczegóły... przyczepić się można również do... no, na przykład...
To był rewelacyjny numer. Z niesamowitą huśtawką nastrojów - od otwierającego komiks konfliktu i bardzo chamskiego "don't you have a beloved teacher you can off", przez wyciszony środek z rozmowami jak zwykle świadczącymi o świetnym wyczuciu postaci przez PADa, po radosną końcówkę. Dawno się tak dobrze nie bawiłem przy komiksie. Make mine Marvel, szóstka z plusem, 11/10 i order złotego selera, etc.
venom: Jakoś nie jestem przekonany do tego numeru. Alex i Polaris nudzą mnie, nudzą mnie rozmowy tej pary i ich problemy. W ogóle jakoś nie pasują mi do tego zespołu. Zatem cieszę się, że Alex odszedł. Poza tym te rysunki, te znikające twarze, na serio tak trudno zarysować choć minimalnie podstawowe elementy twarzy jak oczy, nos i usta? Lubię tę serię, ale w przypadku tego numeru jestem na nie.
Plusem numeru jest zabawna scena, kiedy Madrox pyta Laylę czy za niego wyjdzie, robi to w taki sposób, jakby prosił ją jedynie o wspólne wyjście do kina lub zakupy, oraz powrót Rictora i Shatterstara.
Gil: Nie myślałem, że kiedyś powiem coś takiego o historii Petera Davida, ale: wreszcie koniec tych rewolucji! Nareszcie X-Factor może wrócić na właściwe tory i być awesome jak wcześniej. Bo powiedzmy sobie szczerze: te porządki były mocno wymuszone i rzadko kiedy satysfakcjonujące. O ile jeszcze odpadnięcie Guido i Rahne było fabularnie uzasadnione, tak Terry wypadła z obiegu właściwie bez żadnego powodu. No i teraz Havok wyleciał, bo musiał się znaleźć w Uncanny Avengers. To akurat zaliczę na plus, bo siedział tutaj jak w przechowalni. Ale pomimo wszystkich tych gorzkich żali, nadal uważam, że był to dobry numer, bo tam, gdzie fabuła nie dawała rady, grupa broniła się sama. I styl też się obronił, kilkoma fajnymi tekstami i sytuacjami. Tak więc, nadal będzie to 7/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0270a.jpgHawkeye vol. 4 #3
Autor:
David Aja

Hotaru: David Aja. I chociaż tym stwierdzeniem mógłbym skończyć opiniowanie, to dla tych, którzy ostatnie lata chowali się pod jakimś głazem dodam, co to oznacza: pomysł, ascetyzm, estetyka, sztuka.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.10.17
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: S_ORedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.