Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #268 (08.10.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 8 październik 2012Numer 41/2012 (268)


Dwa wydarzenia zdominowały poprzedni tydzień. Pierwszym było zakończenie eventu "Avengers Versus X-Men", który to oczywiście jest najbardziej komentowany. Drugim wydarzeniem był start kolejnej Avalon Areny. I choć "Spectacular Stories" zadebiutowało dopiero w niedzielę, to i tak już cieszy się dużym zainteresowaniem. Po więcej szczegółów odsyłam tutaj, a teraz wasze opinie.

Age of Apocalypse #8
S_O: Dobra, rozumiem, co się dzieje i trochę mi wstyd, że dopiero po ósmym numerze to załapałem. Cała ta seria to rozstawianie pionków na szachownicy, przygotowywanie fo wielkiej konfrontacji w finałowym numerze dwunastym - bo nie sądzę, żeby ta seria pociągnęła dłużej i wątpię, żeby Lapham wierzył, że będzie inaczej.
Problem w tym, że ten numer zepsuł wszystko.
W tym numerze Prophet przechytrzył Dooma. DOOMA. Nie to, żebym był jakimś fanbojem Victora (choć to prawda), ale jeśli głównym bohaterom serii udaje się bez większych starań wystrychnąć na dudka jednego z najinteligentniejszych ludzi, którzy pozostali na planecie, nieco burzy to suspencję dyspbelifu. Bo jeśli udało im się to zrobić i nawet się zbytnio nie spocić, to czemu miałbym wierzyć, że na ostatniej stronie ostatniego numeru zobaczę cokolwiek innego niż Propheta siedzącego przy biurku, uśmiechającego się do kamery i mruczącego "Just according to Keikaku"? Oczywiście, serię nadal będę czytać, po części po to, żeby potwierdzić moją teorię, ale głównie ze względu na mój komiksowy OCD.
Krzycer:...niech ktoś da wreszcie Laphamowi AoA do przeczytania, zamiast ścinek z handbooków, bo najwyraźniej tylko do nich miał dostęp. Wątek Emmy jest pomieszany i nijak nie pasuje do tego, co o niej wiemy. "Tylko myślała, że nie ma mocy"? To jak uniknęła skanów Apocalypse'a, bo po to właśnie usunęła sobie część mózgu, żeby móc uciec. Kolejna wtopa.
Dalej jest, jak zwykle. Ludki Propheta wciąż coś tam sobie mówią, jakaś akcja się toczy, ale interesować - nic tu nie interesuje. Może poza pogadanką Creedów, ale ten wątek zbyt rzadko się pojawia i za wolno rozwija. Zdążyłem już zapomnieć, czemu Creed senior trafił do klatki.
Gil: O ile z przyzwyczajenia i rozpędu nie sięgnę po następny numer, ten będzie moim pożegnaniem z serią. Jest po prostu nudny. Na początku zapowiadało się, że będzie ostra jazda, intensywna walka o przetrwanie i rozpierducha AoA style, ale po paru odcinkach okazało się, że mamy nudy, nieciekawe postacie, z którymi nie można nawiązać empatycznego kontaktu i całą górę waty. Na przykład ten numer dałoby się streścić tak: blablabla, zdrada, blablabla, zdrada, bla, daddy issues, bla, zdrada. Ile można? Za te nudy dam najwyżej 3/10 i się pożegnam.
 
Amazing Spider-Man #695
S_O: O, wrzucili teaser na najbliższe miesiące. Miło z ich strony.
Początek historii... Interesujący. Nie jestem nastawiony negatywnie, co jest największym komplementem, jaki dałem Slottowi od dłuższego czasu. Choć mam dziwne wrażenie, że HobUrich schwytał Parkera nie dlatego, że podejrzewa go o pajęczenie, tylko dlatego, że uważa, że doprowadzi on go do Pająka. Mam nadzieję, że się mylę, ale i tak kupię sobie jakiś balsam albo co, żeby moje dłonie były milutkie i mięciutkie, jak już będę musiał facepalmować.
Krzycer: Przede wszystkim - fajna, nawiązująca do klasyki okładka. Rysunki w środku też niezłe, ale dołeczki w policzkach, które rysownik daje uśmiechającym się osobom wywołują dziwne rezultaty.
Fabularnie - jest nieźle, może z tego być coś ciekawego. Choć ten wątek skojarzenia artykułu o Peterze z zakłóceniem magicznej osłony jest... naciągany, jak sama magiczna osłona i prawie wszystko, co ma swoje źródło w OMD.
EndrjuSzopen: Ech, to naiwne spojrzenie na świat Dana Slotta... OK, numer nie był aż taki zły, w pewien sposób potrafił zaintrygować. Jednak to jest wciąż niekończąca się Slottiada - dostajemy co rusz historie, które swoją naiwnością i brakiem większego sensu w motywacjach bohaterów biją nawet dopiero co zakończony Avengers Vs. X-Men. No bo co tu dostajemy? Dan przypomniał sobie, że rok temu Strange powiedział Pająkowi, że jego podwójna tożsamość już nie jest chroniona czarami, więc ludzie będą sobie przypominać, że Peter to Spider-Man; więc zamiast wprowadzać stopniowy proces od tamtego momentu, Slott zaatakuje tym tematem teraz, nagle; bo skoro Strange tak powiedział to na pewno wmówiło to czytelnikom, iż tak właśnie jest od tamtego momentu i nie zauważą, że jego tożsamość nie była jakoś słabiej chroniona przez ostatni rok, tylko zaczęło się nagle teraz. Mamy także Madame Web, która co chwilę ma wizje nadchodzącego wielkiego zła, że aż przestałem zapamiętywać co ona tam sobie przewiduje, bo przewiduje cały czas, a nic się nie dzieje. Nie do końca też rozumiem motywację Kingpina czy wyolbrzymioną i dziecinną motywację aktualnego Hobgoblina. Nie chcę mówić tutaj czemu nagle ktoś przyszedł do Horizon Lab i akurat odkrył, że Spider-Man jest wspierany przez Petera i jego wynalazki... A nie, przepraszam, już wiem - Dana Slotta nie obchodzi czy historia będzie miała sens, po prostu nagina Pająkową rzeczywistość do historii, które pojawiają mu się w głowie, nawet jeśli nie będą one trzymały się kupy, a wszystko zostanie sprowadzone do poziomu dziecinnej zabawy; tak samo robiłem ja będąc w pierwszej części podstawówki, kiedy to rzucałem bohaterów z mojej wyobraźni w przygody, które brały się z powietrza i nie miały żadnego podłoża przyczynowo-skutkowego, a charakter bohaterów zmieniał się tak, żeby historia szła sztywnym szablonem ustalonym w mojej głowie.
Gil: Zacznijmy od tego, że okładka kłamie: nie ma tu konfliktu między goblinami. Oldgoblin pojawia się ledwie na jednej stronie, mamrocząc groźby pod nosem i tyle. Aktualny Hobby ma za to więcej miejsca i akcja z jego udziałem jest całkiem ciekawa. Nawet dałem się złapać na haczyk "czy tożsamość Pajęczaka znów zostanie ujawniona?" Teoretycznie, już się to stało, ale wciąż jest ogromna szansa, żeby z tego wybrnąć, więc nie ma potrzeby się hiperwentylować. Hm… ale gdyby do tego zmierzał finał serii, byłoby ciekawie. Może nawet wycofaliby się w końcu z paktu z diabłem? Pomarzyć dobra rzecz ;) . A obok tego wszystkiego mamy jeszcze wątek Julii, który dla mnie jest nawet ciekawszy. No cóż, zaczyna się całkiem nieźle. A nawet rysunki Camuncoli tak nie straszą, dzięki lepszej oprawie graficznej. Tym razem dam solidne 6/10.
Gamer2002:Czy ten naukowiec z Horizon pracujący dla Kingpina to nie ten sam, który był przy eksperymencie z Alphą gdzie tuż przed wszystkim otrzymał "nie" na pytanie o awans?
Tak czy inaczej, historia nęci nas perspektywą cofnięcia kolejnego efektu OMD i wszyscy znowu będą wiedzieli kim jest Spider-man. Skoro zbliżamy się do wstrząsającego wszystkiego numeru 700 (a z zapowiedzi wiadomo że Octo zna tożsamość Pająka i chce zemsty, więc bezpieczna nie będzie), to są spore szanse że Parker nie wykręci się np tymczasowo tracąc moce w wyniku ubocznego skutku ustrojstwa.
7/10, trochę nad wyrost, ale zapowiada się nieźle.

Avengers Academy #38
Hotaru: O dziwo, czytało mi się to dobrze. Numer jest typową zapchaj-dziurą, praktycznie tylko jeden wątek posuwa się do przodu, ale pojawienie się mutantów i oklepany schemat zawodów sportowych zadziałał. Gage z numeru na numer nie stał się cudotwórcą - część kwestii jest zbyt łapotologicznych, inne zamiast śmieszyć są żenujące, jeszcze inne lepiej można by było zastąpić białym szumem. Ale pomimo tego, jest ok. Dziwy...
S_O: Kto by się spodziewał, dialogi ciągną się gdzieś w okolicach dna. Zwłaszcza pewne sceny z dziewczętami, które można streścić jako "Silly boys". No i należy pogratulować kadrze pedagogicznej, która zostawiła swoje chodzące atomówki same, żeby się napić piwka. Dobrze wiedzieć, że tak Avengers, jak i X-Men mają swoje priorytety.
Ale mimo wszystko, historia była nawet przyjemna. I Quicksilver zyskał sobie na całym kontynencie kilka punktów za wyśmianie futbolu.
Krzycer:Ten numer mógł być dobry, a nie jest. Niektóre sceny są zabawne - "Grow my hair long and talk like Pepe le Pew" czy porażona Tigra, inne mają nawet pewną dramaturgię (Finesse i X-23) ale całość się nie klei. Wiadomo, że mecz jest tylko wymówką dla tych wszystkich rozmów, ale kiedy sam Gage traktuje to jak wymówkę i nie prowadzi żadnej akcji - numer się nie klei.
Poza tym obciążają go sceny po prostu nieudane - Warbird rzucająca się na Pietro (ja wiem, kosmici mają inne poglądy na związki, ale jakoś nie kojarzę, żeby Lilandra ciągnęła do łóżka wszystkich napotkanych Ziemian), lub [i tu opisałem scenę z Icemanem i Hawkeyem, bo nie miałem pojęcia, co oni właściwie zestrzelili, ale za piątym razem odkryłem, że to te wstążki, które uczestnicy gry mieli przy sobie...]

avalonpulse0268b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs. X-Men #12
Hotaru: Zabawne. W tej miniserii maczało palce tylu artystów, a koniec końców najważniejszy, finałowy numer narysowany jest na kolanie, niestarannie i często brzydko. Kolejny dowód na to, że w trakcie trwania eventu Marvel drastycznie zmieniał fabułę, a rysownik musiał czekać do ostatniej chwili na finalną wersję skryptu. Tak być musiało, bo Adam Kubert potrafi rysować ładnie i estetycznie. Jak ma czas. To, że skrypt był pisany w pośpiechu na ostatnią chwilę też jest odczuwalne. Wiele rzeczy nie trzyma się kupy, wiele scen mogłoby być lepszych, gdyby je dopracowano i umiejętniej rozłożono akcenty. To mogło być porządne zakończenie, stojące poziomem odrobinę wyżej od wcześniejszych numerów. Mogło, ale nie jest. I chociaż finał otwiera wiele kompletnie nowych ścieżek dla uniwersum Marvela, to nie jest to organiczne i śmierdzi zarządzeniem edytorskim. Znowu. Szkoda.
S_O: Chcę, żeby wszyscy to wiedzieli i żeby nie było żadnych nieporozumień. Za wszystkie zniszczenia i śmierci w finale tej historii winię Spider-Mana.
Event dobiega końca, i coś czuję, że nic więcej nie zostało do powiedzenia. Inni z lubością będą wymieniać wszystkie niedociągnięcia tego numeru i całej historii, ja więc skupię się na tym, co wyszło z tego eventu dobrego: świetne dowcipy w Internecie. Mój ulubiony to ten, podczas którego "nowi mutanci" dziękują Cyclopsowi za mutacje, które zniszczyły im życie.
Krzycer: Ewidentne wady - chaotyczne rysunki, zwłaszcza początek walki z Dark Cyclopsem. Rozumiem jeszcze, że Scott rzuca Hulkami i Thorem przez pół planety i dlatego biją się w Sydeny i w Himalajach, ale jak Gambit teleportuje się z Utopii (która w ogóle wygląda jak wulkan na księżycu, "bo Feniks") do Paryża? I nie on jeden. Skąd Pająk w Chinach? (Swoją drogą rozwalił mnie obrazek z mostem w górach podpisany "Pekin").
Dalej - Dark Cyclops zostaje pokonany pięścią w twarz. So epic!!!!!, aż żal dupę ściska. Już wolałbym, żeby wyraźnie pokazali, że to wpływ Jean nadającej z White Hot Room (już i tak mają deus ex machinę w postaci Novy, czemu nie jeszcze jedną?) i Scott przynajmniej częściowo z własnej woli odpuszcza, niż to.
A potem mamy Cyke'a w durnym kasku w pierdlu. I jeszcze durniejszą rozmowę, bo jak w soczewce skupia wszystkie debilizmy eventu i jeszcze raz podkreśla, jak ślepy/zakłamany jest w tym wszystkim Captain America. Cyclops swoją drogą też nie wypada w niej dobrze.
Ale, pozytywy. Potrafię je znaleźć w choćby w zagrzybionym kiblu (bliżej natury!), znajdą się i tutaj. "No more Phoenix" to ładne hasło na koniec eventu, choć trochę nieświeże, bo kopiuje HoM. Z drugiej strony, jako klamra domykająca wszystko, co HoM zapoczątkował - sprawdza się.
(Tu otwieramy nawias: Phoenix miało być jedną z sił wszechświata, niekończącym się cyklem śmierci i odrodzenia, et cetera; w takiej sytuacji byłoby miło, gdyby któryś z bohaterów w miarę szybko zauważył, że wyeliminowanie Phoenix narusza porządek wszechświata i prędzej czy później różne potężne byty zaczną się interesować tym, co ci głupi Ziemianie zrobili rzeczywistości.)
Dalej, wciąż pozytywy: powrót mutantów. Wszyscyśmy zgadywali, że tym to się skończy. I dobrze. Wątek zagrożonego gatunku został mocno wyeksploatowany - lepiej (X-Factor, X-Force, New X-Men, "Messiah CompleX"), gorzej (Fraction), w każdym razie nie mam poczucia, że ten rozdział zostaje zamknięty przedwcześnie.
I wreszcie, sama końcówka. Zrujnowana, zamknięta Utopia - symbol militarystycznego oddzielenia mutantów - i odlatująca Hope. Ten running joke z jetpackiem Cyclopsa dotąd mnie irytował, ale tym razem naprawdę się uśmiechnąłem.
Podsumowując: dużo zmarnowanego potencjału i głupio prowadzone postaci, ale było tu parę fajnych scen i fajnych pomysłów, nawet, jeśli niewykorzystanych. Na pewno nie był to "Fear Itself"... ale porównanie z "Shadowlandem" mogłoby być uzasadnione.
Gamer2002: Eh. Przy poprzednim numerze odzywały się głosy, że jakby zapomnieć o wszystkim, co zdarzyło się w evencie to był dobry, z czym się nie zgadzam (trzeba był zapomnieć, że bohaterowie walczyli już z złoczyńcami tysiąckrotnie gorszymi niż Scott i nie chcieli ich koniecznie zabić). Tutaj to się sprawdza: Rysunki dobre, akcja też i (dla zamkniętej historii) w miarę satysfakcjonujące zakończenie. A teraz przypomnijmy sobie dlaczego ten event jest kiepski.
O tym, że ten event jest porażką na całej linii w swym założeniu "Bohaterowie vs Bohaterowie" pisałem i już "Civil War" było o niebo lepsze. W tym ujęciu głównym bohaterem był Cyc (w roli durnego fanatyka) oraz Cap (w roli durnego buca). Dobrze że Cap przynajmniej przyznał, że zawsze olewał mutanty oraz napomknięto na koniec motywacje Scotta. Ale to była tak naprawdę historia o Mścicielach ratujących świat.
Jako finał wątków HoM i "Disassembled" było też kiepsko. Wandy nie było przez cały pierwszy akt i nie czuć w niej było tego poszukiwania odkupienia poza ostatnim numerem. Mściciele nawet nie zająknęli się, że korzystają z pomocy osoby potencjalnie równie groźnej co Phoenix Force. Rozwiązanie problemu wymierających mutantów to było "a cofnijmy to, czemu nie?" i choć to silnie związana kwestia z X-Men, to jedynie widzimy jak reaguje na to Scott.
Rozwiązanie kwestii Phoenix Force to było też "a mogą to tak zrobić, czemu nie? Tony wierzył!" i jako event skupiający się na tej sile też było do bani. Zróbmy to co scenarzyści chcą od nas i zapomnijmy już o wszystkim poza "Dark Phoenix Sagą". Tamta historia była o tryumfie człowieczeństwa - pomimo wszystkich prób oszczędzenia jej, Jean poświęciła się by uratować wszystkich przed destruktywną mocą jaką posiadła. Tutaj, gdy Summers i reszta zyskali Phoenix Force Mściciele ich z miejsca skreślili i bili dalej Scotta po głowie półki ten dostatecznie się nie wściekł, przez co musieli bić go jeszcze mocniej aż nie padł. A był tu dobry koncept na początku aktu 2, gdy Phoenix Five wzięło się za tworzenie utopi. Tu był potencjał na wielką historię, można było zapytać: owszem człowieczeństwo powinno się było przeciwstawić destruktywnej sile, ale co z siłą zbawczą? Ale cała filozofia skończyła się, gdy odezwał się niepodważalny autorytet w postaci pewnego znanego afroamerykańskiego noblisty i wszyscy chrzanili zadawanie tego pytania. Jedynie na koniec do tego jeszcze powrócono, gdy Hope stała się White Phoenix, ale Wanda powiedziała "bycie Bogiem nie jest dobre, moc cię wybrała byś ją porzuciła" i tyle.
Podsumowując: Event niepotrzebnie się ciągnął w pierwszej części, zmarnował potencjał drugiej i był kiepski w trzeciej. I choć Cap przyznał się do błędu a Cyc poniósł konsekwencje, to odpowiedzialny za cały burdel Wolverine wychodzi czysty. 6/10 dla zeszytu, 3/10 dla historii. Gillen ma po czym sprzątać.
avalonpulse0268c%20%5B1600x1200%5D.JPGWilsonon:Wkurzony. W ten sposób delikatnie mogę określić swoje odczucia po tym komiksie. Aarona powinno się wywalić na zbity pysk. To że jest negatywnie nastawiony do Summersa czuło się w każdym pisanym przez niego numerze dotykającym X-Menów. A tu otrzymujemy tego konkluzję. Wszystkie "zbrodnie" z rąk P5 trafiają na niego, całe paskudztwo Dark Phoenix też jest podpisane "Cyclops". Każdą rzecz zarzucaną przez Capa można by odrzucić salwą argumentów i dodatkowo mieć prawo kopnięcia go w ten przepełniony amerykańskim brakiem odpowiedzialności oraz hipokryzją ryj.
Durnota tego numeru nie pozwala mi w jakikolwiek sposób ocenić rysownika.
Ok. Teraz możemy przejść do oceny eventu: ścierwo. Od początku byliśmy doświadczani kiepskimi scenariuszami, brakiem logiki w działaniach bohaterów, konfliktów sprowadzanych do walki na gołe pięści, przywódców pozbawionych zmysłów taktycznych, postaci zapominających o swoich mocach i umiejętnościach i... Ech. Zbyt długo można jeszcze wymieniać.
AvX to pierwszy event Avengersowy (znany mi), który był pisany przez wielu scenarzystów. Coś w stylu X-Menowych crossoverów z trylogii mesjasza. Jest wiele różnic pomiędzy nimi. W przypadku mutantów, gdy pojawił się gówniany scenarzysta (Fraction) to jego niski poziom był redukowany przez resztę świetnych pisarzy. Niestety w najnowszym evencie dostajemy tylko jeden dobrze napisany numer na 12! Dostajemy jednego genialnego Hickmana i kilku kiepskich pismaków.
Proporcje są również odwrócone w doborze rysowników. Coipel otoczony zostaje przez Romitę i gościa, którego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć.
Podsumowując: trzeba natychmiast zapomnieć o tej historii.
wolvie111:Beznadziejnie. Po ostatnim numerze była możliwość na ciekawy temat, ale przyszedł beznadziejny rysownik i do tego upchnięto wszystkie największe śmieci tego eventu w ostatni numer. I wyszło jak wyszło. So many think to tell!
To może najpierw sam finał. Miałem nadzieję, że znajdą jakiś ciekawy sposób na połączenie mocy Wandy i Hope, a tu Mesjasz Mutantów po prostu kopiuje to co robi Wandzia, z tym, że dodaje ułamek Kung-Fu od siebie. Seriously?! Tylko na to było ich stać? Tylko w ten sposób mogli podsumować tyle lat budowania podwalin pod to wielkie wydarzenie?
Scott nagle zostaje zmiażdżony kilkoma ciosami pięści. Boże! To może geniusz Stark mógł na to wpaść chwilę wcześniej? Tak trudno było się domyśleć, że te dwie będą kluczem do sukcesu? Nie mogły tego zrobić zanim Scott kropnął Xaviera? Żenada. Jedyny dobry finałowy moment to sylwetka Jean, która się pojawiła. Potem już pojawił się kung-fu szał i Scott poległ. Esencja Phoenix z niego ucieka i oczywiście przejmuje ją Hope. Tu będzie chwila na pojechanie po Kubercie. Naprawdę liczyłem na trochę więcej epickości i monumentalności w tym ostatnim numerze. Z tylu rysowników naprawdę nikt nie miał wolnych terminów? Chciałem zobaczyć pięknie narysowaną Hope jako Phoenixa, jej pojedynek ze Scottem, to on upada, to jak inni bohaterowie walczą! A dostałem płonącą Hope wystrzeloną z torpedy, krzywe i nieproporcjonalne ciała! Masakra...
A teraz to co dzieje się już po zażegnaniu problemów. Hope odsyła Phoenixa for ever w kosmos? (Ale jak Jean wróci?) Miałem nadzieję, że ustabilizuje moc i będzie ją dzierżyła. Ale z tego co widzę to jej rola jako Mesjasza już się właściwie wypełniła. Mutanci się odradzają. Ona może być więc dziewczynką w odrzutowym plecakiem na plecach...idealnie wykorzystany potencjał postaci.
Kolejna kwestia. Scott w więzieniu. Jeżeli rzeczywiście nie był sobą to moje odczucia są mieszane. Oczywiście musi odpowiedzieć, ale przecież wiadomo, że te najbardziej radykalne decyzje podejmował już pochłonięty przez moc. Jakby na to nie patrzeć samą wojnę zaczął Captain America. A teraz wypluwa Cyclopsowi, że wywołał wojnę przeciwko Avengers. A już nóż w kieszeni się otwiera, gdy widzę za nim stojącego Wolverine'a! (muszę zmienić avatar). Ciekawy jestem kwestii Emmy i reszty z avatarów mocy Phoenixa. Widać było wyraźnie chowającego się pod kapturem Magneto i plakaty poszukujące Phoenix Five. Ich rozumiem, ale czemu Erik? Chyba coś ominąłem.
Co do dobrych stron tego numeru to jakoś sobie nie przypominam. Musiałbym znowu przejrzeć, ale na to muszę nabrać sił. Pamiętam płonącą twarz Hope. To chyba jedyne co jeszcze przychodzi mi do głowy. To na co czekałem przez tyle czasu. Szkoda, że trwało to tak krótko. Czekam teraz na Uncanny Avengers i bardzo ciekawią mnie dalsze losy Phoenix Five.
Podsumowując jestem numerem i całym eventem bardzo zawiedziony. Marvel ma sporo do przemyślenia jak dla mnie, bo to już kolejny gniot z ich zapowiadanych wielkich wydarzeń.
Numer na jakieś 2/10, a cały event za pare dobrych momentów, gdy rysował Coipel i dreszcze emocji na początku 4/10.
MadMarty:Cap jest bucem absolutnym. Jest jak strażak co podpala i pierwszy gasi. Próbował porywać dzieci, zbrojnie wtargnął na niezależne terytorium, a potem wydał wyrok skazujący. Bo to zawsze on decyduje czy ktoś jest winny, czy był pod czyimś wpływem.
Poza tym - tak szarpanej narracji już dawno nie widziałem w żadnym komiksie. Niby jest więcej stron a tak naprawdę to straszne marnotrawstwo. Panele z rundą dookoła świata i Hulkiem i Thorem latającymi po ciosach Phoenixa to jakiś żart, ale jak zobaczyłem jak Hope odwraca zniszczenia i tekst wyjaśniający, że "oni GASI pożary" na chwilę przestałem czytać.
EndrjuSzopen:Podstawowym błędem jaki popełniono przy planowaniu wielkiego eventu w Marvelu, który miał wstrząsnąć światkiem Mścicieli oraz Mutantów była decyzja o tym, by ten event rozciągnąć na dwanaście zeszytów. Spowodowało to, iż obiecujący początek zamienił się w środkowe bagno stworzone po to, żeby w tym środku coś było i Hope i Wanda (główne postacie eventu jedynie na papierze) mogły wyjść bardziej bohatersko na końcu w porównaniu do tego jak inni mutanci zachowywali się pod wpływem Pheonix Force. No właśnie - przez to dostaliśmy debilne i niezrozumiałe rozdzielenie się Phoenix Force na pięć osób przez na szybko zbudowaną maszynkę Iron Mana; przez to Hope i Wanda nie miały nic do powiedzenia podczas eventu, w którym powinny mieć główną rolę; Mutanci i Mściciele naparzali się wszędzie gdzie się dało, żeby zapełnić kolejne strony zeszytów tego eventu, a także na siłę podkreślić "versus" znajdujące się w tytule, mimo iż te walki nie miały większego sensu ani podłoża motywacyjnego; dostaliśmy idiotyczne decyzje podejmowanie przez poniekąd poważnych bohaterów... A wszystko to dlatego, bo chciano zrobić na siłę coś, co nie miało logicznego wytłumaczenia w takiej formie w jakiej to ostatecznie pokazano. Bo wystarczyłoby na pewno sześć comiesięcznych numerów i nie zrobiłby się taki beznadziejny bałagan, którym chciano zaskoczyć czytelników. Bo wiecie, zaskakujący może być też gaz puszczony w restauracji. Ale nie nazwałbym tego zaskoczeniem pozytywnym.
Archie:Absolutnie najgorszy event w Marvelu jaki czytałem dobiegł końca. Pomysł na pojawienie się nowych mutantów na +, ale podczas przebiegu całości było tak DUŻO IDIOTYZMÓW, a całość była tak ŹLE ZREALIZOWANA, że aż głowa boli. Po przeczytaniu ostatniego numeru najbardziej rozkłada mnie to: Wanda oszalała i spowodowała całe "Dissasembled", a do tego pozbawiła mutantów mocy przez co masa z nich zginęła - z miejsca dostaje wybaczenie i Cap oferuje jej członkostwo w Avengers. Cyclops używał mocy Phoenixa dla dobra świata i przez działania Avengers stał się Dark Phoenixem - trafia do więzienia.
Gil: Ale kapiszon. Po tylu latach nie było ich stać na coś innego? Cokolwiek nowego? Znów herosi tłuką się między sobą. Znów cały potencjał zagrożenia zostaje zmarnowany. Znów wszystko jest rozwiązywane w pięć minut za pomocą deus ex machina. I na litość boską… No more Phoenix?!?
No ale dobrze, bądźmy bardziej konkretni. Oto, co jest nie tak z tym finałem:
- Pięć zdań, tyle to trwało zanim cały sens tego numeru poszedł się… gzić. Czereda stojąca za tym eventem olała sikiem koszącym wszystkie wyjaśnienia, jakie pojawiły się w Children's Crusade, cały temat Life Force i powracając do tematu chaos magic, nie tylko znów uczynili Wandę wszechpotężną, ale też całkowicie winną wszystkiego co się stało. Nie ma to jak napluć sobie do kaszy na samym początku obiadu.
- Summers jest teraz Dark Phoenix, tak? Oryginalnej Dark Phoenix wystarczyła myśl, żeby zniszczyć gwiazdę i jej układ planetarny. Dlaczego więc ten tutaj Dark Debil używa pięści i swojej wrodzonej mutacji, zamiast jedną myślą posłać wszystkich przeciwników w diabły? Powiem Wam, dlaczego. Dlatego, że twórcy całej tej absurdalnej historii nie wzięli pod uwagę takiego drobnego szczegółu jak konsekwencja i nie tylko strzelili sobie w stopę, ale wręcz urżnęli nogi przy samej dupie. Tak jak nie zabija się komara atomówą, tak samo nie bierze się istoty teoretycznie wszechpotężnej do bójki na pięści. I jeśli raz pokazuje się, że Phoenix może ot tak sobie wysadzać gwiazdy, a potem się próbuje to zamieść pod dywan i udaje głupa, to nic więcej niż głupota wyjść z tego nie może.
- Dark Debil lata sobie po całej planecie i podpala co popadnie. Już to samo w sobie jest głupie. A co jest jeszcze głupsze? To, że wszędzie gdzie się pojawia, czekają już na niego inni herosi. I nawet nie chodzi mi o to, że taki Spider-Man, czy Hawkeye mogą mu naskoczyć, ani o to, że jakimś cudem znajdują się dokładnie we właściwych miejscach, choć są one czysto przypadkowe, ani nawet jak dobrane są te pary. Chodzi mi o to, że latają za nim Quinjetami. Jest to jedyny pokazany środek transportu i chociaż plącze się tam też dwójka teleporterów, oni też są zajęci czymś innym, więc w praktyce nie ma żadnego wyjaśnienia, ani sensu w tym randomowym rajdzie po planecie.
- Nova out of friggin' nowhere! Czyli kolejny nie uzasadniony niczym random. Koleś pojawił się na trzech stronach w pierwszym numerze, potem wyparował i nagle wyskakuje zza krzaka w ostatnim zeszycie. Również na trzy strony. I robi dokładnie to samo, co w poprzednim swoim występie: przypieprza o glebę. Jeśli tak bardzo chcieli nam uświadomić, że on jest, trzeba było dać mu jakąś małą rolę, albo chociaż rysować w tle przez cały czas, a nie odwalać takie durnoty.
- Hope przegania Phoenix z Summersa… ciosem w szczękę. Doprawdy, chyba nie doceniłem potencjału, jaki niesie ta metoda. Może warto by ją zastosować także w innych obszarach? Ktoś pamięta odcinek South Parku, w którym Russel Crowe walczył z rakiem? A tak poważnie, to mamy tutaj efekt tego, o czym wspomniałem w punkcie pierwszym. Autorzy osiodłali osła, więc teraz o szarży trudno mówić. Złe scenariusze lubią się mścić.
avalonpulse0268d%20%5B1600x1200%5D.JPG- No ale dobra, jak już mu zabrała tego ptaszka, to co robi? Powiela te same głupoty i lata po całym świecie, zamiast pstryknąć palcami i wszystko naprawić. Nosz kurde, Jean nawet była w stanie zresetować linię czasową kilkadziesiąt lat wstecz samą tylko myślą w finale Here Comes Tomorrow. Po co ta szopka?
- Wielki finał, czyli No more Phoenix. Ciężko mi nawet opisać, jak silny odruch sprzeciwu wywołał u mnie ten pomysł. Ktokolwiek wpadł na taką durnotę, najwyraźniej nie wiedział nic o Phoenix, albo nie rozumiał tego, co czytał. No bo Phoenix jest w końcu abstraktem, nawet jeśli pomniejszym. Jest jedną z sił natury, jednym z elementów, które trzymają do kupy całą tę rzeczywistość, linkiem między życiem a śmiercią. To nie jest chwast, który się wyrywa, ani szpak, którego można ustrzelić, jak ci się dobiera do czereśni. Nie eliminuje się tak elementarnej siły natury. Nie wyrywa się serca, kiedy komuś skacze ciśnienie. To rozwiązanie jest złe! Ale paradoksalnie powinniśmy dziękować za nieudolność scenarzystów, bo tak długo jak nie będą w stanie ogarnąć tego, jak bardzo spieprzyli sprawę, nie będą też babrać się w konsekwencjach. Bo gorsze od choroby mogą być komplikacje po niej.
- Jaki jest właściwie związek między likwidacją Phoenix, a pojawieniem się nowych mutantów? Wcześniej ustalili, że odkształcenie rzeczywistości przez Wandę praktycznie usunęło mutacyjny gen z większej części populacji. Jak to się przekłada no to, co wydarzyło się teraz? Chyba jedyna prawidłowa odpowiedź to: plot convinience. Paradoksalnie, miałoby to sens, gdyby na samym początku zeszytu nie wykosili wątku Life Force, bo tutaj mielibyśmy logiczne i naturalne połączenie Phoenix-Life.
- No ale dobra, próbują nam wmówić, że Phoenix Force nie została zniszczona, tylko poszatkowana i rozrzucona po planecie. Ehm… Bullshit! Elementarna logika i semantyka się kłania: no more oznacza, że nie powinna istnieć. Wcale! W przypadku no more mutants miało to sens o tyle, że gen mutacyjny został wymazany z istnienia, Logika jest zachowana. Tutaj mamy absolutną bzdurę. Tym bardziej, że idąc za logiką natury Phoenix po pierwsze nic dobrego z jej dzielenia nie wynika, a po drugie, każda żyjąca istota już jest z nią w jakimś sensie połączona. Chcą nam powiedzieć, że teraz każdy człowiek na planecie ma w sobie dwie siły życiowe? A jeśli wziąć pod uwagę to, co pokazała ta seria, to istnieje milion sposobów, by ta cząstka Phoenix przeszła z jednej osoby na inną. Czyli co? Rozwiązali problem, tworząc globalne zagrożenie? Bo teoretycznie, w ciągu miesiąca mogą się pojawić setki albo i tysiące ludzi, dysponujących większą mocą. Albo ktoś wpadnie na pomysł, żeby zabijać przypadkowych ludków i przejmować od nich tę moc. Jak to do cholery rozwiązuje cokolwiek?
- I właściwie ostatni z większych zarzutów: nagle Magneto jest poszukiwanym uciekinierem. DLACZEGO?!? Praktycznie nie brał udziału w większych akcjach i nie zrobił nic nagannego, więc o co tu chodzi do diabła? Znów ktoś uznał, że trzeba go cofnąć do roli monomaniakalnego badguya?
Znalazłoby się też więcej zarzutów, ale już nie chce mi się pastwić nad każdym szczegółem. A skoro, jak twierdzi AIC, wydawnictwo jest z siebie dumne, to mogę tylko pogratulować zapatrzenia w siebie. Miałem pewne nadzieje po poprzednim numerze, ale ten je zamordował, więc pozostała mi tylko nadzieja, że efekt będzie lepszy niż samo wydarzenie. Tymczasem, za ten zeszyt i całokształt wystawiam 1/10.
 
AvX: Versus #6
Hotaru: Bardzo się cieszę, że Jimmy Cheung zdecydował się narysować coś więcej, niż tylko okładki. Patrzenie na jego prace to zawsze przyjemność i ten zeszyt nie jest wyjątkiem. Kiedy trzeba jest dynamicznie, kiedy trzeba - emocjonalnie, a kiedy indziej... irytująco. No właśnie. O mało nie zjechałem Gillena za ten ostatni fragment. Ale potem uzmysłowiłem sobie, że przecież przez większość czasu Hope taka właśnie jest - wkurzająca. Więc to jest jak najbardziej zgodne z rysem jej charakteru. Drugą połowę tego komiksu przemilczę, bo to jakaś kpina.
S_O: Na początek trzeba pochwalić to, co jest godne pochwały. Najlepsza rzecz, jaką od lat napisał Loeb.
Główne starcie numeru... Dobre. Mogę zrozumieć motywację Hope - przez pierwsze piętnaście lat życia musiała uciekać przed wielkim, strasznym Murzynem, a potem walczyć z sapienowymi fundamentalistami, super-robotami z przyszłości i kupą innych ludzi, którzy chcieli ją zabić, a to wszystko dlatego, że mutanci potrzebowali swojego mesjasza po tym, jak Wandzia ich wydymała. Mam nadzieję, że skoro już zrzuciła z siebie to, co jej leżało na sercu i dała w mordę osobie, którą wini za wszystko, co złe w jej życiu, stanie się milsza dla otoczenia.
Krótkie historyjki natomiast milutkie i zabawne. W większości.
Krzycer: Ok, tu mój ulubiony numer Versusa. Ale po kolei.
Pierwsze starcie: meh. Choć tu i tak jest więcej pomysłów na wykorzystanie mocy obu pań niż znajdziemy w Avengers Vs. X-Men #12. No i zakończenie pasuje do Hope.
Dalej (pomijam średniaki o których trudno cokolwiek napisać):
Na tej jednej stronie Bendis wykazał więcej zrozumienia postaci Cyclopsa i Kapitana niż w swoich numerach AvX.
Państwo Immonenowie robią to, co zwykle, i jak zwykle jest to ładne i zabawne z przewagą dziwnego.
(Mike Deodato jest leniem, któremu nie chce się pisać dymków.)
Domino mści się za to, co jej Loeb zrobił w Rulku.
(Cheesecake w snach Hawkeye'a byłby fajny, gdyby nie rysował go Arthur Adams... biust Storm ma zeza rozbieżnego... i w ogóle. Choć nie ma takich koszmarków, jakie regularnie wrzuca na okładki.)
A Dan Slott robi coś, za co kiedyś był uwielbiany, to znaczy w uroczy sposób naprawia bzdury i sprząta po innych. Nie mam żadnych oporów by zaakceptować partyjkę Heroclixa rozegraną figurkami Puppet Mastera jako wytłumaczenie większości AvX. All hail Slott!
Gil: Pierwsze starcie jest chyba najciekawsze z całej tej serii, mimo że właściwie dubluje retrospekcję z finału AvX. Gillen dobrze zrozumiał, o co chodzi i udało mu się to podać w całkiem strawnej formie. Można się tylko przyczepić zwycięzcy, bo tutaj raczej powinien być remis. No, ale niech im będzie. Natomiast druga część numeru okazała się całkiem fajną niespodzianką w stylu What The…? No i dobrze, bo przydała się chwila oddechu od tego patosu. Prawie wszystkie z tych krótkich historyjek wypadły fajnie, ale moim faworytem jest Science Battle. No cóż, niech będzie, że na koniec dam 5/10.

Daredevil: End of Days #1
S_O: Moje zdanie świetnie obrazują chłopaki z LBFA. Cóż powiedzieć więcej?
Jak zwykle u Bendisa, historia rozwija się powoli. I będzie się rozwijać powoli aż do samego końca. DD zmarł, a Urich stwierdził, że musi o tym napisać. I to może być ciekawe, bo intryguje mnie upadek bohatera. Oczywiście dopóki nie okaże się, że chodzi o kolejną zabitą kobietę.
Krzycer:Bendis robi Obywatela Kane'a, choć sam próbuje rozbroić to porównanie, kiedy Urich żartuje o sankach. No cóż, skoro taki jest zamiar, to nie godzi się oceniać dzieła po 1/8.
Zwłaszcza, że nie ma tu nic do oceniania. Urich chodzi i gada, głównie do siebie, a całość jest wstępem do właściwej historii. Poczekamy - zobaczymy, na razie nic nie rzuca na kolana.
Chociaż mam jeden problem z fundamentem tej historii. (Jesteśmy w Spojlerowni, będzie spojler!)
Historia o ostatnich czynach bohatera to nic nowego (choć w ramach continuity prawie zawsze historie te muszą się rozgrywać w alternatywnej rzeczywistości). Problem w tym, że ten Murdock zabił Kingpina. A to po prostu nie jest Daredevil, jakiego znamy, a zatem "End of Days" już w tym momencie z historii ostatnich wyczynów "naszego" Daredevila staje się historią "jakiegoś" Daredevila.
Gil: Zacznijmy od stwierdzenia oczywistości: Bendis rozgrywa swojego Obywatela Kane'a i nawet tego nie ukrywa. Czyli pójdziemy w standardowy wątek reportera, który próbuje rozwikłać zagadkę ostatnich słów nieboszczyka. Z tym, że nieboszczykiem jest Daredevil, więc wszystko może się zdarzyć. A póki co, mamy wprowadzenie, z długim wewnętrznym monologiem, wspominkami i opisem szachownicy. Okazuje się, że jest to alternatywny ciąg dalszy runu Bendisa, w którym sprawy ździebko się skomplikowały. Ale nie będę tu zdradzał wszystkiego. Natomiast jest w tym wszystkim jedna rzecz, która mi się nie podoba: scena śmierci Daredevila. Tłuką się na środku zatłoczonej ulicy, a ludzie tylko filmują i się cieszą. Rozumiem, że ma nam to pokazać tutejszą znieczulicę, ale wychodzi przesadnie i nienaturalnie. Poza tym, coś mi się ubzdurało, że będzie rysował Maleev, więc odebrałem stronę graficzną nieco poniżej oczekiwać. Ale nie będę się czepiał. Ogólnie, dam na początek mocne 6/10 z nadzieją na rozwinięcie.
 
Defenders vol. 4 #11
S_O: Nadal nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje. Wytłumaczenie originów wszystkich możliwych postaci za pomocą boskich istot naginających zasady Wszechświata, by zebrać jak najwięcej herosów w jednym świecie... odważne, i nawet, na pewien sposób (podobny do tego, gdy Reed z 1602 wyjaśnił Thingowi, że nie przywróci mu ludzkiej formy, bo nie pozwala mu na to prawo opowieści) ma sens. Oczywiście wszyscy o tym zapomną, gdy seria się skończy, ale dla odmiany przyklasnę Ułamkowi.
Gil: Nadal jest chaotycznie, ale zaczyna się z tego wyłaniać jakiś sens i większy obrazek. Kilka elementów wpada na miejsce, ale inne z niego wyskakują i zaczynają tańczyć macarenę na stole. Najbardziej zastanawiam się jednak, ile z tego, co tu się dzieje będzie miało realny wpływ na resztę uniwersum i czy przypadkiem na końcu nie zdecydują się na reset? Na przykład mamy tutaj martwego Wonga i Namora z mocami Mojżesza… No cóż, do końca jeszcze tylko jeden numer, więc pozostaje poczekać. A tym razem dam 5/10.
 
Minimum Carnage: Alpha
S_O: Nie przekonuje mnie na razie ta historia. Czemu przybysze z Microversum zwerbowali właśnie Carnage'a? Czy nie ma na wolności łotrów, których zestaw mocy bardziej by im się przydał, a przy tym nie sprawiałby problemów natury psychopatyczno-zabójczej? Bo mogę Was zapewnić, że Kassady koniec końców zdradzi mikrusów i zacznie ich wyrzynać w pień. Swoją drogą, czemu w ogóle werbować kogokolwiek, skoro doskonale radzą sobie sami?
Krzycer: ...ale czemu tego nie pisze Zeb Wells? Tak, wiem, Venom i S.Spider, ale ta historia jest kontynuacją tamtych mini (nawet, jeśli je w paru miejscach ignoruje), więc brakuje mi go.
Brakuje mi go również dlatego, że w duecie Yost/Bunn przeważa ten drugi i całość jest równie przegadana i nieciekawa jak jego pozostałe dokonania.
A może to Yost się nie stara. Tak czy inaczej - zaczyna się słabo.
EndrjuSzopen: Ok, czekałem na tą historię, na ten crossover, z wielkim zniecierpliwieniem. Bo nie dość, że historia opowiadać ma o Carnage'u (którego ostatnia mini-seria, Carnage U.S.A., była dość średnia), to głównymi postaciami biorącymi w tym udział mieli być również Venom i Scarlet Spider, czyli najbardziej interesujące postacie z rodziny Pająka - na szczęście z odrębnymi od ASM seriami. Dlatego też początek tej nowej historii trochę mnie ostudził, ponieważ całą zabawę popsuło pojawienie się jakiś małych ludków, które sprzymierzyły się z Carnagem. Nie wiem o co chodzi, ale mam nadzieję, że nie przekombinują z czymś takim.
Gil: Ech… rozczarowujące. O ile jeszcze sama fabuła ujdzie w tłoku, to nie da się ukryć, że autorzy trafili w każdą możliwą kliszę i plot hole. Najbardziej kłują w oczy te drugie, czyli rzeczy o których zwyczajnie zapomniano: Venom jest częścią Secret Avengers, którzy są, no wiecie – sikret, więc nie powinien tego rozgłaszać wszem i wobec. Cassady po powrocie powinien być mechaniczny od pasa w dół. Microversum jest światem subatomowym – to nie znaczy, że są małymi ludkami tylko, że istnieją poniżej bariery naszej percepcji, a kiedy przechodzą w ten wymiar mają normalne ludzkie rozmiary. Z drugiej strony mamy niezwykłe zbiegi okoliczności, trafianie od razu we właściwe miejsce i szykuje się obowiązkowa nieporozumieniowa bitka między bohaterami. A w tym wszystkim nie ma praktycznie nic oryginalnego, odkrywczego, ani specjalnie interesującego. Takie czytadło. Na początek dam mu 3/10, ale spodziewam się, że raczej zjedzie niżej.
 
Uncanny X-Force #32
Hotaru: Im bliżej finału, tym bardziej podoba mi się ta seria. Zarówno rysunki Phila Noto, jak i splatające się wątki rozplanowane przez Remendera, coraz bardziej wpływają na moją wyobraźnię. Nie jest idealnie - walka Wade'a z Omegas mogłaby być krótsza, kuszenie Mystique mogłoby być odrobinę subtelniejsze, ale to detale. Jako całokształt, to naprawdę dobra historia i nie wątpię, że jej emocjonalny rozmach jeszcze wzrośnie.
S_O: A to ci zaskoczka. Tego twistu się nie spodziewałem, choć podejrzewam, że mamy tu do czynienia z blefem. No i jak zwykle Deadpool, jakiego chce się czytać.
Historia sama w sobie fajna, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Remender po prostu postanowił pozamykać wszystkie swoje wątki i wykorzystać wszystkie swoje pomysły, nim kto inny przejmie serię.
Krzycer:To jest niezły numer. Deadpool się wykazuje, na dodatek niedawno obejrzałem wreszcie "The Princess Bride", więc dodatkowo ucieszyłem się z nawiązania do tamtego filmu. Wątek Evana wciąż jest dobrze prowadzony, wątpliwości chłopaka i jego czyny wydają się naturalne.
Problem mam, jak zwykle, z Wolverinem. I znowu, jak w wypadku Dark Angel Saga, polegają one na tym, że nie zadbał o wsparcie. Wtedy można było jeszcze - ledwo, ledwo - uwierzyć, że X-Force musi pozostać tajne (choć i wtedy stawką był los świata, więc wydawało mi się to strasznie naciągane). Ale teraz? Gdy o X-Force wie grono pedagogiczne z Westchester? Gdy został porwany uczeń tej szkoły? Teraz, kiedy Wolverine mówi im "siedźcie na tyłkach i pilnujcie dzieci, ja się tym zajmę" - to już wyłącznie pycha. I bardzo trudno mu kibicować w takiej sytuacji. Poza tym, od kiedy Psylocke chodzi po ścianach?
Gil: Gdyby nie Deadpool, ten numer byłby nudny jak poprzedni. Przynajmniej jego gadki trochę rozruszały tę drętwotę, bo poza nimi jest raczej mdło. Owszem, jest trochę więcej akcji, ale zarzynają ją rysunki. Phil Noto może rysować sceny statyczne, bo te mu wychodzą całkiem dobrze, ale dynamiki nie ma za grosz. A Skinless Man w jego wykonaniu sprawił, że ogarnął mnie pusty śmiech. No i jeszcze ta scena z Psylocke chodząca po ścianach jak Spider-Man… Jest tylko jeden wątek, który zdołał zaskoczyć, a reszta obraca się ciągle wokół tego samego schematu. Powiedzmy sobie szczerze: to nie jest "Dark Angel Saga" i nawet nie powinno stać obok niej na półce. Jestem rozczarowany i daję 4/10.
avalonpulse0268e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Uncanny X-Men vol. 2 #19
Hotaru: Kiedy czytałem ten numer po raz pierwszy, w ogóle mi się nie spodobał. Dopiero przy drugim podejściu, kiedy zacząłem go streszczać, coś zaskoczyło i zacząłem odbierać na falach, na których nadawał Kieron Gillen. I było o wiele lepiej. Tytuł - "Pasja Scotta Summersa" - jest może trochę mylący, bo to nie umysł Scotta podglądamy. To, w co Phoenix Force go przekształciła, nie można nazwać tym imieniem. Gospodarz Dark Phoenix jest w tej chwili kompletnie szalony i Gillen w spółce z Eagleshamem świetnie to oddają. Co więcej, to szaleństwo nie opuściło go kompletnie nawet wtedy, kiedy zrobił to Feniks. Chętnie wróciłbym jeszcze kiedyś do tego wątku, jeśli trafi w ręce równie dobrego scenarzysty.
S_O: Jak każda porządna Pasja, ta Scotta Summersa również zakończyła się krzyżem. Nie tak dużym, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni i nieco pochyłym, ale liczą się dobre chęci.
Przedstawienie tracącego rozum Scotta naprawdę świetne, gościnny występ pewnego rudzielca to również miły ukłon w stronę fanów. Gdyby tylko Gillen dostał do napisania ten event...
Krzycer:Gillen to the rescue! Poszerza finał AvX, dodaje trochę więcej wpływu Jean (Cyclops odbił się od ściany White Hot Roomu? Nie mam pojęcia, co to ma znaczyć, ale biorę, co mi dają). A przede wszystkim robi ze Scotta prawdziwego zwycięzcę AvX. Utopia spełniła swoje zadanie, obroniła resztki mutantów wystarczająco długo, by doczekali renesansu mutantów, który dokonał się dzięki Phoenix i Hope (no i Wandzie). Cyke miał rację, ocalił mutantów i dał im przyszłość a my dostaliśmy lepszy finał eventu.
wolvie111: Bardzo dobra, lepsza wersja końca eventu. Świetnie przedstawiony finał z perspektywy Scotta. Scotta nie Dark Phoenixa. Jest mi go po prostu żal i żal mi tej postaci, którą scenarzyści postanowili za wszelką cenę złajdaczyć jak się tylko da. Tu dostajemy Scotta, który przyczynił się do odrodzenia rasy mutantów. Miał rację, Phoenix miał pomóc, miał znaleźć się w Hope. Gdyby nie Avengers do całej tej wojny, by nie doszło. Hope jako jedyna miała nad nim zapanować i odrodzić swoją rasę, a gdy ją w końcu dostała to właśnie to uczyniła. Szkoda tylko, że nie pokazali Jean, ale podobało mi się "Tell Logan I love the school's name". Właściwie to się wzruszyłem.
Na dodatek rysownik bardzo dobry (tylko Hank wyszedł mu dziwnie). Dam całości 8/10.
Gil: No to mamy kolejną powtórkę z finału AvX, tym razem z POV Summersa. I tym razem nie jest to plus. Wszystko, co robi, to pokazuje, że całkowicie stracił kontrolę i nie wiedział nawet, co się z nim dzieje. Jest więc niczym więcej jak zniszczeniem etosu Summersa jako fearless leadera o żelaznych cojones. Tytuł jest więc mylący: to nie jest pasja – to upadek, błyskawiczne staczanie i degrengolada. A w końcówce widzimy, że coś mu się w mózgu przestawiło i teraz uważa się za zwycięzcę. Nic bardziej mylnego. Prawda, pojawili się nowi mutanci i pośrednio stało się to za sprawą Phoenix, ALE najprawdopodobniej nie byłoby możliwe w innych okolicznościach i gdyby wszystko poszło zgodnie z jego planem. To inni osiągnęli jego cel, więc nie ma prawa uważać się za zwycięzcę. Może za to dołączyć do grona popaprańców, którzy tak myślą. Natomiast jeśli chodzi o sam sposób podania tej historii, to jest przyzwoicie, ale mogłoby być znacznie lepiej, dlatego nie dam więcej niż 4/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0268a.jpgUncanny X-Men vol. 2 #19
Autor:
Ron Garney

Hotaru: Może i to dość ograne zagranie, ale tym razem świetnie się sprawdziło. Ujęcie na pełną pasji otoczoną płomieniami twarz Dark Phoenix, w której wizjerze odbijają się sylwetki jego przeciwników. Dobra kompozycja, piękne kolory i porządna realizacja.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.10.03
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.