Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #267 (01.10.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 1 październik 2012Numer 40/2012 (267)


Rozpoczynamy nowy miesiąc. I zaczynamy go z przytupem. Komiksów w minionym tygodniu wyszło sporo, to i opinii na ich temat mamy dużo. Dlatego nie będę przedłużać wstępu, ponieważ jest co czytać. Dodam tylko, że po skończonej lekturze powinniście odwiedzić naszego fanpage'a. Trwa tam odliczanie. A do czego? O tym już w następnym numerze.

Operacja Stana Lee
S_O: Jeśli zaglądacie na Avalon tylko po to, by przeczytać Pulse'a, mała informacja: Stan Lee przeszedł operację wszczepienia rozrusznika serca, co jeszcze bardziej upodobniło go do Iron Mana (obok stworzenia międzynarodowej korporacji i sypiania z cudzymi żonami). Najwyraźniej wszystko w porządku, warto jednak trzymać kciuki za jego powrót do zdrowia - w końcu chcemy, żeby był w pełni sił, gdy nadejdzie czas Zgromadzenia i rozpocznie się między nim, Stevem Ditko, Alanem Moorem i innymi nieśmiertelnymi walka o ostateczną nagrodę. THERE CAN BE ONLY ONE!

Amazing Spider-Man #694
S_O: Szczerze? W kategorii niepopularnych odludków bez kompasu moralnego, którzy zyskali potężne moce, Alphę zdecydowanie zostawia w tyle Tighten. Andy jest za to wysoko w kategorii Zwalonów 2012, o ile oczywiście świat się nie skończy przed nominacjami.
Rozwiązanie samej historii jest po prostu śmieszne. Nie będę się czepiał nagłego pojawienia się Terminusa, bo to pewnie typowy wtorek w Nowym Jorku 616, ale fakt, że Spidey PRZYPADKIEM trafił właśnie na jego atak i PRZYPADKIEM właśnie ten łotr miał przy sobie rozwiązanie wszystkich alphocentrycznych problemów, jest jak najbardziej godne wytknięcia. Wytknięcia i wyśmiania.
Z innych wieści, Ciocia May straciła władzę w nogach. I jedyne, co mnie interesuje, to co Pete ma jeszcze na tyle cennego, by zaoferować Mephisto w zamian za jej uleczenie.avalonpulse0267b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Czy tylko mi się wydaje, że ten komiks to przepis na stworzenie supervillaina? Tzn, ok, może szorstkie podejście przemówi do Alphy, ale wszystko, czego się o nim dotąd dowiedzieliśmy sugeruje, że jak tylko wróci mu trochę więcej mocy będzie się mścił na Pająku.
Poza tym numer w porządku, lepszy od poprzednich odsłon tej historii.
Gamer2002: Wilk syty i owca cała. Rozwiązanie wątku Alphy (nawet jeżeli wpadło Parkerowi do ręki) zabezpieczyło nas przed kolejnym Sentrym, pokazało dzieciakowi gdzie jego miejsce, było w porządku ze strony Spidera ale pozostawiło Andyemu szansę.
Najlepsze było to, że zamiast widzieć Parkera walczącego z Alphą, widzieliśmy go ratującego ciotkę May i Jemisona seniora. No i najważniejsze wydarzenie - rozmowa z JJJem. I drugie najważniejsze wydarzenie - powrót Hobgoblina.
7/10, było to przyjemne czytadło. A że seria się ma skończyć w 700 numerze, to z nią zostanę.
EndrjuSzopen: Jako, że jestem sobie na Erasmusie w Turcji i nie czytam komiksów tak szybko (a czytam ich coraz więcej!), więc nie wyrabiam się z czytaniem do Avalon Pulse'a, ale z tym zdążyć musiałem. Bo ostatnia część "Alphy", a do tego niszczący mojego ulubionego bohatera run Dana Slotta (z rysunkami Ramosa, gdzie Spider-Man wygląda niesamowicie karykaturalnie, a do tego zdarzyło mu się mieć nawet spiczastego garba). Nawet nie wiem od czego zacząć, bo przebiega przez mnie tyle skrajnych emocji... Bo na kartce, w teorii, historia o pomocniku Pająka brzmiała interesująca. Ba, takie rozwinięcie tego też byłoby do przyjęcia. Ale kurde - sposób w jaki Slott kreuje świat i pokazuje go, ta naiwność, ta dziecinność, to sprowadzanie wszystkiego do błahostkowego poziomu... Najpierw koncept czegoś wielkiego, a potem historyjka pisana na kolanie, którą wstydziłbym się pokazać nawet w magazynach o Pająku dla dzieci. Nie inaczej jest i tym razem - świat rządzi się szczęśliwymi zbiegami okoliczności, akurat pojawia się Terminus, dzięki (pośrednio) któremu można osłabić Alphę... Nie, no serio?! To jest główna seria o Pająku?! I wiecie co - zapowiedzi i teorie dotyczące #700 są bardzo intrygujące, ale mam wrażenie, że i tym razem Dan Slott spieprzy robotę niszcząc moje uwielbienie do ścianołaza.
Gil: Wreszcie! Wreszcie ten wkurzający bachor zszedł z pierwszego planu. I mam nadzieje, że nie zobaczymy go przez dłuższy czas… Aż powróci jako łotrzyk z personalnym grudgem przeciwko nie tylko Pajęczakowi, ale też Parkerowi. To jest tak przewidywalne, jak poniedziałek po niedzieli. Ale nawet bez przewodniej roli Alphy, numer jest dość irytujący. Terminus wyskakuje jak diabeł z pudelka, samoloty zaczynają spadać, a cudownym zbiegiem okoliczności, w jednym z nich jest ciotka May. Więc co zrobi Spidey? Zgadnijcie… I chociaż finał tego wątku wypadł całkiem fajnie, to jednak droga do niego była tak schematyczna, że aż nudna. No i rysunki, do których od lat nie mogę się przekonać. To będzie 4/10.

Astonishing X-Men vol. 3 #54
Hotaru: Chociaż czytelnik poznaje coraz więcej odpowiedzi nie stawiane wcześniej pytania, nie jestem pewien, czy podoba mi się odsłaniany tym samym obraz. O ile jestem w stanie przełknąć osobistą więź między Karmą a nowym oprawcą x-ludzi, o tyle sposób, w jaki antagonistka pomiata sobie mutantami wybitnie mi się nie podoba. Bo żeby traktować ich gazem? Przecież Iceman, mutant klasy omega, nie powinien mieć z tym najmniejszego problemu. Podobnie jak z nanobotami - wystarczy przecież, by się odtworzył z pary wodnej w jakimś innym miejscu. Te niedopatrzenia mnie uwierają i nie pozwalają się cieszyć z komiksu. Szkoda.
S_O: Okej, po pierwsze: jaki jest sens w wykorzystywaniu Northstara, jeśli nie wolno mu nawet oddalać się od reszty drużyny? Przecież on STOI z prędkością dźwięku, jeśliby go odpowiednio zmotywować, sam mógłby podbić Madripoor. I prawdopodobnie zabić wszystkich mieszkańców. A tak jego rola ogranicza się do wytykania Icemanowi braku jakiejkolwiek łóżkowej akcji.
Swoją drogą zgadzam się z teoriami, według których kąpiel Bobby'ego w roztopionej stali doprowadzi do jego uwolnienia spod kontroli Złej Karmy, ale ośmielę się pójść jeszcze dalej - taki był plan. W końcu z tyloma telepatami, manipulatorami i innymi Arcade'ami wśród ich przeciwników, X-Men już dawno powinni do swego curriculum dodać wykłady z cyklu "jak oszukać kontrolujących całą sytuację łotrów tak, by niczego się nie domyślili".
Krzycer: Niby nieźle, ale parę rzeczy wypada sztucznie. Sztucznie wypada to, że X-Men tak późno zaczynają mieć wątpliwości co do tego, czy na pewno należy obalić Tyger Tiger, sztucznie wypada to, że podporządkowują się siostrze Karmy bez znaczącego oporu, no i trochę sztucznie wypada kłótnia Northstara z Icemanem. Tzn Northstar wypada jak pierwszorzędny dupek, nic do tego nie mam, ale "nawet nie masz dziewczyny"? Serio?
Poza tym zgaduję, że Bobby odtworzy się z pary a przy okazji pozbędzie się nanorobotów.
A w ogóle to czekam na występ Wolverine'a "incognito", bo lubię przygody Patcha.
Gil: Zaczęło sie od bardzo fajnej, pełnej napięcia, klaustrofobicznej sceny pod ziemią. Potem postacie i scenariusz zamienili się poziomami. O ile jeszcze wyciągniecie z kapelusza przyrodniej siostry Karmy mogę przełknąć, bo jest na to miejsce w jej dziurawej historii, o tyle ciężko jest mi pogodzić się z tym, jak łatwo cała grupa dała się zdominować i przystać na pomysł "krokodyla daj mi luby". A już tylko pustym śmiechem przywitałem finałową scenę, w której Iceman odgrywa Terminatora. To, że wróci nawet nie podlega dyskusji, a gotów jestem postawić każde pieniądze, że dzięki tej kąpieli pozbędzie się tego czegoś, czym go kontrolują. Rysunki nadal mi nie do końca podchodzą, więc ostatecznie zdecyduję się na 4/10.

Captain America and Black Widow #637
S_O: Najlepszy fragment tego numeru to hot Widow on Widow action. Rozbawił mnie też fakt, że nasze łotrzyce najwyraźniej maczają palce między innymi w zabójstwach, szpiegostwie i *gasp* alternatywnych źródłach energii.
Ale bardziej serio, podoba mi się pomysł międzywymiarowej spółki różnych wersji tej samej osoby (sam bym tak zrobił). Oczywiście problem pojawia się, gdy człowiek trochę się zastanowi i dojdzie do wniosku, że w różnych wszechświatach panny Vennemy też mogą być skrajnie różne i, na przykład, jedna może zdradzić i pozabijać pozostałe, bo została wychowana w wierze, że jest specjalnym małym płatkiem śniegu. Albo coś w tym stylu.
Gil: Eee… Yyy… Że co? Nie mam pojęcia, o co tutaj chodzi. Wygląda trochę, jakby ktoś sprowadzał bohaterów z innych rzeczywistości i sprzedawał ich jako broń. Czy może ich klonował? I to chyba jest jedna i ta sama babeczka z różnych światów. Ale jak? I w dodatku, co to za motyw z tym śmietniskiem i… marsjańskimi tripodami? Nie no, serio – termin bunnshit chyba na dłużej zagości w moim słowniku. I w dodatku brzydko. Będzie 2/10.

Captain Marvel vol. 6 #4
Hotaru: Podoba mi się oprawa graficzna tej serii. Z początku nie byłem pewien, czy Dexter Soy wczuje się w konwencję, ale moje obawy okazały się przedwczesne. Teraz bardziej obawiam się o scenarzystkę. Rozumiem, że Kelly Sue DeConnick ma słabość do pilotażu i czuje misję propagowania silnych kobiet, ale to powoli staje się męczące. To ma być komiks superhero, a nie pretekst i laurka "girl power". A przynajmniej nie tak nachalna...
S_O: Carol musi popracować nad swoimi metaforami. Jej wytłumaczenie sposobu, w jaki pozbyła się MegaKreeZorda (obsługiwanego przez Japończyków, bo jakżeby inaczej), jest przezabawne.
Fabuła tymczasem toczy się do przodu i koniec końców przeskakuje gdzieś do lat sześćdziesiątych. Mam nadzieję, że Kelly Sue DeCuccyck nie zamierza się babrać z podróżami w czasie przez następne pół roku, od tego mamy T-Bolts.
Swoją drogą, jako, że nikt nie użył tego ogranego sloganu w komiksie, czuję się zobowiązany, by zrobić to samemu. Babska Eskadra wie już, gdzie się znajduje... Pozostaje jednak pytanie... KIEDY? (Dun, Dun, DUUUUUN!)
Krzycer: Wciąż mam wątpliwości co do tej historii - wyjęcie Carol poza jej żywioł (jak to ładnie zostało podsumowane bodajże w 2 numerze) ma sens, ale myślę, że wypadłoby lepiej, gdyby pierwsza historia pokazała nam ją w jej żywiole.
Ale poza tym - powoli coś konkretnego zaczyna się kształtować z wątkiem podróży w czasie. Wciąż nie mam pojęcia, o co właściwie chodzi, ale chętnie się przekonam. Mimo to czekam cierpliwie na koniec historii.
Gil: Zaczynam coraz bardziej lubić tę serię. Cztery numery to dość dużo, żeby można było wyczuć jakieś status quo i nawet mi się ono podoba. Przygoda była fajna – tak po prostu. I, co mnie zaskoczyło, nie była jednorazowym wyskokiem w czasie, ale trwa nadal. Jest to rozwiązanie o tyle ciekawe, co lekko niepokojące, więc będę mu się bacznie przyglądał. I mam nadzieje, że jeszcze zobaczymy oddział Banshees, bo zdążyłem je polubić. Szkoda tylko, że całego numeru nie narysował Soy, bo końcówka była o poziom niżej. Ale i tak jest to solidne 6/10.

Deadpool vol. 2 #61
S_O: Czy to dziwne, że największą uwagę podczas czytania tego numeru poświęciłem temu, że najwyraźniej nikt nie ma w nim źrenic?
Jedna dobra rzecz, która wyszła z tego komiksu? Zakończenie wątku Hit-Monkey. Miejmy nadzieję, że nikt tej postaci nie odkopie. NIGDY.
Ale nawet to nie jest do końca dobre. Bo sposób, w jaki się to dokonuje? Nieskończenie głupi.

FF #22
S_O: Młody Bentley robi to, co robi najlepiej. I dobrze. Mam nadzieję, że jak dorośnie, zostanie antybohaterem. Imię "Nutcracker" będzie siało postrach w przestępczym półświatku.
Koniec końców, miłe zakończenie wątku, który ciągnął się praktycznie od początku runu Hickmana (to znaczy, to zależy czy liczyć miniserię DR:FF). Trochę szkoda, że będziemy się musieli pożegnać z dzieciakami. Chyba, że kiedyś pójdą na wycieczkę szkolną do siedziby Uncanny Avengers.
Krzycer: Początek jest nudnawy, ale finał wynagradza wszystkie niedociągnięcia. Hickmana w FF będzie mi brakowało dużo bardziej, niż Hickmana w Fantastic Four.
Gil: Gdyby oceniać ten numer jako całość, powiedziałbym, że był świetny. Ale jeśli przypomnimy sobie, że jest to druga część większej całości, to już gorzej. No bo tak: mamy bardzo fajne i zabawne otwarcie, Val wymiata przez cały numer (jak zawsze zresztą), akcja na wyspie jest szybka, a finał, że gały z orbit wychodzą (zwłaszcza Wizardowi). Tylko po co był ten wstęp w poprzednim numerze Fantastic Four? Przecież ten numer sam by sobie poradził i wszystko byłoby absolutnie jasne, gdyby brakujące elementy znalazły się w dialogach. Musze też powiedzieć dobre słowo o rysunkach, bo dzieciaki wyglądają na nich bardzo fajnie i da się wyczuć komediowe zacięcie. I dzięki temu nawet na niższe rejony 7/10 się załapie.

Gambit vol. 5 #3
Hotaru: Oj, to że Clay Mann już w trzecim numerze nie wyrobił się z terminami i na 4 strony musiał go zastąpić Leonard Kirk, nie wróży dobrze tej serii. Wprawdzie Kirk jest dobrym artystą, ale jednak widać, że musiał tu rysować na łeb na szyję, przez co nie tyle boli zmiana stylu, co niedokładność wykończenia. Stronom narysowanym przez Manna niczego jednak nie zarzucę. Podobnie jak i scenariuszowi, który - o dziwo - wciągnął mnie bardziej, niż mogłem się spodziewać. Zgoda, nie jest to skrypt najwyższych lotów, ale porządny przygodowy sensacyjniak z elementami fantasy, a to mi w zupełności wystarczy.
S_O: Podoba mi się, że podczas, gdy Remy ubrał się jak Tom Cruise w tej jednej scenie z Mission: Impossible, którą ludzie kojarzą, jego towarzyszka paraduje w czymś, czego nie można nazwać bielizną tylko dlatego, że coś tam pod spodem nosi. Nie jestem obrońcą praw fikcyjnych kobiet, ale jednak kiedyś robili to bardziej subtelnie. Stay classy, Marvel.
Z poważniejszych rzeczy - w pewnym momencie Gambit wybucha wielki kawał świątyni. Jak wiemy, jego moce nie tyle "ładują" przedmioty, co raczej zamieniają energię potencjalną w kinetyczną, co znaczy mniej więcej tyle, że im coś jest większe, tym z większą siłą wybucha. Teraz więc pytanie, i proszę się nie zasłaniać wysysającym energię chibictuhlu: Where's the Earth-shattering KABOOM?
Gil: O ile złodziej Gambit to motyw już dość ograny, tak nowością jest Indiana Gambit, którego poznajemy w tym numerze. I nie jestem do końca pewien, czy podoba mi się ta nowość. Zwłaszcza, że jak się tak przyjrzeć, to tak właściwie nie wiadomo co się dzieje. Coś przyczepiło się do Gambita, a bezimienna kobitka wyciąga go gdzieś, po coś. I na zakończenie numeru trzeciego nie dostajemy ani jednej odpowiedzi, tylko dodatkowe pytania. Na przykład: smoki? Albo: czy to coś pod jego żebrem nie było metalowe? Jak on do cholery wlazł z tym do samolotu? Syrjusli! Odpowiedzi są konieczne! Już! Na szczęście, przez większość numeru rysunki rekompensują braki w fabule. Większość, bo trzy strony obcej interwencji zaniżają poziom. Ale i tak, Clay Mann sam podnosi ocenę numeru na 6/10.
 
Hit-Girl #3
S_O: Całkowicie nieprzystosowana społecznie młoda nastka prosi nieco tylko bardziej usocjalizowanego geeka, żeby pomógł jej się dopasować.
Nie widzę sposobu, żeby to się mogło nie udać.
Pomijając jednak ten oczywisty do bólu zwrot akcji, przygody Hit-Girl są w dalszym ciągu... znośne? Przyswajalne? Fani i tak przeczytają, ale nawet nie ukrywajmy, że gdzieś około drugiej części Kick-Assa cała ta linia zmieniła się z "lol, edgy real life superheroes" na "lol, printing money". Krótko mówiąc, w przeciwieństwie do oryginału, który starał się przynajmniej dekonstruować superbohaterskie klisze, tu nie ma NIC odkrywczego. Może poza "tazer is a girl's best friend".

Incredible Hulk vol. 4 #14
S_O: Czytelnicy serii pisanych przez Jasona Aarona dzielą się na dwie grupy: tych, którzy zdają sobie sprawę, że przed napisaniem każdego numeru wypala on paczkę skrętów ze skórek rzadkiej odmiany południowoamerykańskiej ropuchy, i tych, którzy co prawda też nie mają pojęcia, co się dzieje, ale ich to irytuje.
Ja tam z otwartymi ramionami przyjąłem pełną campu poprzednią historię i równie dobrze się bawię, czytając tę. Przeżywające kryzys egzystencjalny Doomboty, firma specjalizująca się w mieszaniu w głowach, kontrolka w umyśle Hulkstera, psychiczny zabójca leżący w śpiączce, i nasz ulubiony zaspół geniuszobójców, wszystko to w jednym numerze. Czego chcieć więcej? Sens? Na co komu sens?

Invincible Iron Man #525
S_O: Czemu Whirlwind stał się nagle przeciwnikiem Iron Mana? Czy po tym, jak zginęła Wasp, musiał sobie poszukać nowego Nemesis?
Zbliżamy się do końca runu, pora więc na wielką konfrontację. I z pięciu opancerzonych obywateli Mandarin City, to właśnie Starkowi idzie najgorzej. Mój bohater.
Łupanina jak to łupanina, ale wygląda na to, że w następnym numerze znacznie się ona rozrośnie, a to ze względu na zebranych przez Pepper i Cabe... herosów? Nie mam pojęcia, kim są ci ludzie, może poza ukrywającym się w tle Crimson Dynamo. I może Shang-Chim, jeśli to on.
Gil: Po tym, jak Antoś został upokorzony przez swego arcynemezisa, przyszedł czas, by podnieść sie z kolan. Ale co to za tryumf, jeśli na nogi stawiają go inni wrogowie? Doprawdy – jak na takiego geniusza i self-made-mana, to straszna z niego ofiara losu… Potem wszyscy rzucają się na Mandarina i szczerze Wam powiem, że tak nienatchnionego pojedynku to jeszcze nie widziałem. Równie dobrze mogliby zaatakować Matiego z Planetarian. W dodatku Larroca daje ciała po całości. Nie ma w jego rysunkach za grosz dynamiki, ani nawet różnic w rysach twarzy. Rysownikowi też się należą cięgi za wybielanie Rhodesów i rozwadnianie wszystkiego. Kiepskość w najczystszej postaci, czyli 2/10.
 
Journey Into Mystery #644
Hotaru: Podoba mi się. Tym bardziej, że nie odnajduję żadnych wątków, które byłby ekskluzywne dla Mighty Thora - to impreza Gillena i celebracja jego pracy nad Journey into Mystery. Lokiemu kończą się pomysły i coraz częściej musi improwizować i liczyć na szczęście. Pokazuje to, jak blisko jest klęski, przez co czytelnik jeszcze mocniej zaciska kciuki - brawo! Gdyby jeszcze kolory były przyjemniejsze... chociaż kilka efektów specjalnych dostarczonych przez Leah cieszyło oko.avalonpulse0267c%20%5B1600x1200%5D.JPG
S_O: Wszystko idzie w diabły, dziewięć światów w piekielnych tarapatach, a plany Lokiego spalają na panewce... I dokładnie tak Loki chce, żebyśmy myśleli. Niech to czarty i demony, mam nadzieję, że Fraction nie spali końcówki. Or there'll be Hell to pay.
Krzycer: Nie jestem pewien, co sądzę o pisaniu w księdze Serpenta jako rozwiązaniu. Z jednej strony - to kolejny wątek z runu Gillena, który powraca w wielkim finale, fajnie. Z drugiej strony... rozwiązanie "Fear Itself" okazuje się rozwiązaniem "Everything Burns"? Problem z fabułą zataczającą kręgi jest taki, że lądujemy w tym samym punkcie, i trudno tu mówić o oryginalności.
Więc - na razie nie wiem, co o tym myśleć.
Nie do końca rozumiem również, jak Thor znalazł się u Heli. Czy to był plan Lokiego? W końcu kazał mu utonąć w lawie. Ale czy utonięcie w lawie równa się pojawieniu u Heli na dworze? Czy Hela sprowadziła go sama z siebie, a w takim razie - co właściwie chciał w ten sposób osiągnąć Loki? Czy tylko przekonać Surtura, że jest zły, i nie miał żadnego pomysłu, jak potem ocalić Thora? Zabrakło mi tu jakiegoś foreshadowingu lub słowa wyjaśnienia... A może to gdzieś było, a ja się zagapiłem?
Poza tym numer jest fantastyczny. I żeby nie było wątpliwości - te dwie kwestie mogą wydawać się bardzo poważne, ale tak naprawdę w minimalnym stopniu wpłynęły na moją frajdę z lektury, bo ten numer JIM jest - jak zwykle - rewelacyjny.
Tylko rysunki mogłyby być... no, mogłyby nie być rysowane przez di Giandomenico.
Gamer2002: Wszystko się spopiela a plan Lokiego stał się jasny. Było to bardziej miła rzecz niż genialna, ale przechodzi. Hela chyba całkiem dosłownie poszła Lokiemu na rękę, w której mogła się wsłuchiwać. Zdrady się nie spodziewałem, rozmowa rodziców była staromałżeńska a Volstgagg wciąż jest porządnie pisany. Nawet parę rysunków się udało. 7/10.
Gil: Nie ma niespodzianki: to znów jest ta lepsza część crossa. Za to pod względem fabularnym niespodzianek jest sporo i są bardzo fajnie podane. Nawet dałem się nabrać w jednym momencie, a zaraz potem zaskoczyć się czymś, co właściwie dość łatwo było przewidzieć. Ale cóż, na tym właśnie polega dobra zabawa przy dobrych historiach – przestajesz analizować, nie próbujesz przewidywać, tylko się wciągasz i reagujesz. No, a potem Hela w końcu wykonuje swój ruch i znajdujemy się w sytuacji wyjściowej do finału. Jeśli przypomnimy sobie, jak rozplanowane i szczegółowe były inne historie, to może się wydawać ciut zbyt szybko rozegrane, ale nie będę się czepiał. A co ciekawe, nawet grafika zdołała mnie pozytywnie zaskoczyć w paru miejscach, chociaż była to raczej zasługa oprawy niż samych rysunków. Za całokształt wystawię więc mocne 7/10.

Punisher vol. 5 #16
S_O: Koniec historii sierżant Cole-Alves. Jednak nie miała w sobie tego czegoś, by być Punisherem (może nie zawarła nigdy paktu z diabłem?). I z jednej strony to dobrze, bo, jak Solid Frank sam powiedział, nikt nie powinien być nim, a poza tym, "żeńska wersja popularnego bohatera" stała się ogranym chwytem jakieś dwadzieścia lat temu. Z drugiej jednak strony, tak, jak Galactus potrzebuje swojego Herolda, tak Punisher potrzebuje Micro albo innego wspólnika, który jeszcze jest człowiekiem, a przez to może być tym, z którym czytelnik się utożsamia. Bo w końcu trudniej się utożsamiać z żywiołem, jakim jest Frank.
Krzycer: No, i skończyło się rumakowanie. Run Rucki dobiegł końca, a wraz z nim historia sierżant Cole-Alves. I było to zakończenie idealnie pasujące do tego, co widzieliśmy przez poprzednie piętnaście numerów. Punisher pozostał siłą przyrody, czymś, co przytrafia się innym, a cały run był historią Cole-Alves. Która mogła się stać Punisherką, ale dzięki Punisherowi być może nie będzie musiała. I teraz chciałbym tylko, żeby inni autorzy zostawili ją w spokoju, bo zakończenie jej wątku jest świetne takie, jakie jest.
A przed dołączeniem Castle'a do Wayboltów czeka nas jeszcze miniseria Rucki. Ciekaw jestem, czy wystąpi w niej ten sam Punisher, co tutaj - czy może to już będzie to wcielenie, o którym będzie za moment pisał Way?
Archie: Fanem Punishera nie jestem, ale jestem fanem dobrze pisanych komiksów, a ta seria właśnie taka była. Rucka w świetny sposób przedstawił nam swoją wizję Franka Castle'a i idealnie wkomponował ją w świat Marvela. Niedawno Rick Remender próbował to zrobić. Poległ sromotnie tworząc kawał badziewia o którym jak tylko pomyślę to mam odruch wymiotny. Natomiast Greg spisał się idealnie i w subtelny sposób wprowadził Urlitchów, Norę Jones, nowego Vulture'a, Carlie Cooper, Daredevila, Spider-Mana, Black Talona, A.I.M., Hydrę, Hand, a do tego stworzył The Exchange - organizację zrzeszającą byłych członków innych organizacji terrorystycznych. To wszystko to były dodatkowe smaczki dla osób orientujących się w Marvelu, ale nie przeszkadzające w odbiorze głównej historii kręcącej się wokół Cole-Alves i Punishera. Scenarzysta w interesujący sposób pokazał jak łatwo zostać Punisherem i jak trudno nim później być. Wszystko to całkowicie bez narracji z perspektywy tytułowego bohatera (nie licząc jednego wpisu w dzienniku wojennym, który jasno pokazuje nam o co tu chodzi). U Grega widzimy Castle'a oczami innych postaci, ale nigdy się w niego nie wcielamy. Odważny zabieg i co najważniejsze dobrze wykonany. Wielka szkoda, że to ostatni numer i sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej w efekcie czego Rucka porzuca pracę dla wielkiej dwójki. Ten człowiek zasługuje na prowadzenie najważniejszych serii (np. o Avengers), a nie takie traktowanie. Tym, którzy nie przeczytali tej serii gorąco ją polecam. Warto.

Secret Avengers #31
S_O: O mój Boże, Lady Stilt-Man! Tajni Mściciele mają przerąbane. Game over, man, game over!
Historia ma jakieś dwie części do końca, trochę więc schematycznie nasi herosi lądują na dnie. I cały numer zasadniczo pokazuje, jak bardzo mają oni przerąbane, żeby w następnym numerze podnieść się i kontratakować. Mam nadzieję, że siła miłości nie uwolni Hawkeye'a i Valkyrie spod kontroli Abyss.
Skoro już o tym mowa, jeśli nawet Ant-Man widzi, co się dzieje między Venomem a Val, prawdopodobnie cała grupa to wie. Może po prostu mają wystarczająco dużo taktu, żeby o tym nie wspominać.
Z innych wieści: zwróćcie uwagę, czym bawi się dzieciak z poprzedniej historii.
Krzycer: No dobra, jest tu jedna fajna scena z Ant-Manem. Reszta to wypełniona brzydkimi rysunkami... nawet nie przeciętność, bo jednak dialogi są tu żywsze, niż zazwyczaj, i akcja lepiej poprowadzona niż w komiksach o których myślę w kategoriach chałtury odwalonej przez autorów. A jednak ogólne wrażenie jest słabsze, niż wynikałoby to z sumy nienajgorszych elementów. Jakaś odwrotna synergia tu zaszła.
Gil: Istnieje subtelna granica pomiędzy dobrym pomysłem, a przegięciem. Na przykład, całkiem dobrym pomysłem może być globalna organizacja super-złoczyńców. Całe państwo super-złoczyńców natomiast to już ta druga kategoria. Dlaczego? Bo coś takiego nie miałoby szansy zaistnieć z miliona powodów. I przede wszystkim dlatego jestem na bakier z tą historią. Inne jej elementy, jak rozmowy Venoma i Ant-Mana są całkiem przyzwoite, ale środowisko, w jakim je umieszczono jest zbyt przekombinowane. Nawet jak na komiks, w którym różne cuda są możliwe. W dodatku nie podobają mi się rysunki, a szczególnie kobiety w wykonaniu pana Scalera, a szczególnie-szczególnie Black Widow. Więcej tu minusów niż plusów, dlatego znajdzie się pod granicą neutralności: 4/10.

Space Punisher #3
S_O: Space Jarvis: prawie tak dobry, jak Alfred Pennyworth.
Może zabrzmię jak hipokryta, ale campu może być za dużo. I tu trochę tak jest. Nie mam nic przeciwko armii klonów Hitlera, które są również potomkami Wielkich Przedwiecznych, ale gdy głowy największego syndykatu zbrodni we Wszechświecie dają się nabrać na numer pod tytułem "ukryj broń (albo uzbrojonego po zęby robota) w trupie", coś się nie zgadza.
Również, uważam za zabawne, że w świecie, w którym nawet Avengers mają własną planetę, Watcherzy tłoczą się na Niebieskiej Strefie Księżyca, która zwykle jest siedzibą jedynie Uatu. Cóż.
Krzycer: Ależ to głupie. I jakie cudowne! Choć pierwszy numer tej mini pozostaje najgłupszy i najcudowniejszy.
Ale zobaczyć Jarvisa pomiatającego Punisherem - bezcenne!
 
Ultimate Comics: The Ultimates #16
Hotaru: Cóż, po tym numerze seria przestała być nieudolna. Zaczęła być zabawna. Cap został prezydentem i co? Zaczyna od wprowadzania swej polityki. Pięściami. Karcąc swych adwersarzy niczym rozwydrzone dzieci. Jak ktokolwiek z twórców mógł pomyśleć, że to dobry pomysł? Jedyne, co jeszcze się broni, to wątek Thora i jego syna, aczkolwiek po tym, co Humphries to zaprezentował, zaczynam nabierać pewności, że i to skopie. Żenada.
Krzycer: Może Amerykanom ten numer się spodoba? "Prezydent Cap" kopie tyłki i własnoręcznie naprawia Amerykę. Przez cały numer. Klimat Ultimate i wszystko, co w swoim krótkim runie osiągnął Hickman poszło się... No, wyparowało.
Spartan: Mam coraz większy problem z Ultimates. Niby nie jest źle, Cap prezydentem to ciekawy pomysł i cliffhanger z ostatniej strony też mi się podoba. Ale klimat Ultimates Hickmana całkiem prysł. Humphries niby daje radę, ale to zupełnie nie to co jego poprzednik. Podobnie z rysunkami, nie są złe, ale jak wspomnę Ribicia. Cholera, czemu Marvel uwielbia zabierać twórców w połowie roboty? No nic, mimo wszystko mi sie podoba. Ale żal niewykorzystanego potencjału.

Winter Soldier #11
S_O: Chyba zaczynam się domyślać, jaką motywacją naprawdę kieruje się Lew. Być lepszym Winter Soldierem od Bucky'ego. Tylko tyle i aż tyle.
Sama historia, jak to bywa z zabawami w kotka i myszkę, wciągająca, ale równocześnie przedstawiona w ten sposób, że niewiele można powiedzieć - tak, jak bohaterowie, czytelnik nie wie do końca, co się dzieje. Czy to dlatego, że łotr, a więc także i scenarzysta, są genialni i pomieszali wzystkim w głowach? Czy może dlatego, że łotr jest przekozakiem, a scenarzysta to hack? Brubarker ma taką reputację, że obstawiam opcję pierwszą, ale niczego nie można być pewnym.
Krzycer: Um. Gdzie wyparował Wolverine? Jestem przekonany, że widziałem go w cliffhangerze poprzedniego numeru.
A poza tym drobnym pytajnikiem dalej mamy fajny thriller superhero a Leo jest coraz fajniejszym skurczybykiem. Mam nadzieję, że Brubaker go nie uśmierci na koniec historii, bo ostatnio w 616 jakoś krucho było z przeciwnikami a ten jest bardzo ciekawy.
Gil: Chyba głównym celem tego numeru jest ukazanie, na jak dużą skalę Leoś rozgrywa swoją gierkę. To się sprawdza. Aczkolwiek w całym tym bieganiu z miejsca na miejsce zabrakło mi trochę szczegółów. Tych szczegółów, które w poprzednich dwóch odsłonach kładły ciężar opowieści na relację między Jamesem i Natalią. Bez tego, ciężar historii zelżał, a obecność innych postaci dodatkowo go rozmyła i przez to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tracimy z oczu cel na rzecz otoczenia. Jest dobrze, ale trochę inaczej. I z tradycyjnym bonusem za świetną grafikę, to nadal będzie 7/10.
 
Wolverine #313
S_O: Czy to dziwne, że jestem już tak przyzwyczajony do bezsensownych historii opartych na grzebaniu w przeszłości Wolverine'a, że najbardziej zirytowało mnie to, że historia toczy się najwyraźniej przed #300, więc Logan powinien nadal być w związku z Melitą, a mimo to zabawia się z Remus?
Tak, czy inaczej, skończyło się na tym, że Logan najwyraźniej zgodził się zostać królikiem doświadczalnym dla Projektu Weapon X, a Romulus trafił na Raft, skąd znacznie łatwiej będzie mu uciec następnym razem, gdy będzie potrzebny. No i co głupsze pomysły z "Evolution" zostały wyretconowane w diabły. PRzynajmniej tyle dobrego.
Tylko jak teraz wytłumaczyć obecność Creeda w Piekle?
Krzycer: Ależ to było głupie. Czyli zgodnie z oczekiwaniami. I nawet nie wiem - czy to ja przegapiłem jeden numer tej historii? Czy Loeb wskrzesił Sabretootha i nawet nie chrząknął znacząco, by zasugerować, jak Creed wrócił do życia?
Gil: Już sam nie wiem, czy to bezczelność, czy zwykła głupota? W poprzednich numerach tej historii, Loeb wycofał się rakiem ze swoich poprzednich bredni, mówiąc nam wprost, że to wszystko były kłamstwa. A teraz rzuca kolejną porcje nieprawdopodobnych bzdur i oczekuje, że ktoś to łyknie? No bez przesady… Ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem innowacji w postaci dźgnięcia w twarz wywołującego przypływ wspomnień… NOT! A najbardziej rozbawił mnie ten motyw z bombą, którą Creed musiał chyba dosłownie z dupy wyciągnąć (nawet kształt odpowiedni miała). I całkowicie zmieszałbym z błotem ten numer, gdyby nie Simone Bianchi. Co ja poradzę, że mam słabość do jego stylu? I tylko ta słabość podnosi ocenę do 2/10.
 
Wolverine And The X-Men #17
Hotaru: Podejrzewam, ze Jason Aaron świetnie się bawił pisząc ten numer. Nie chodzi jednak o to, żeby bawił się scenarzysta - to czytelnik ma mieć frajdę. A trudno czerpać satysfakcję z lektury drętwej, niepotrzebnej zapchaj-dziury. Lubię Doopa jako tło, nie jako pierwszoplanowego bohatera. Ten rodzaj tzw. humoru w jednej z tzw. flagowych serii o mutantach jest w moim odczuciu wybitnie nie na miejscu.
S_O: No dobra, dwie paczki. Najnowszy numer Doop and the Doop-Men daje nam to, czego każdy oczekiwał: ostrą jazdę bez trzymanki, pełną humoru umiarkowanej wysokości lotów i mrugnięć do czytelnika. Kupa świetnej zabawy już od recap-page'a. Tym właśnie miał być ten numer i spełnił swe zadanie w stu procentach.
Nie mam tylko pojęcia, co Howardowi nie podobało się w pistolecie na pszczoły. Pszczoły to świetna broń! Każda Amazonka Wam to powie!
Krzycer: Ależ to było głupie. I jakie cudowne! Nie wszystkie scenki były udane - żart z nazistowskimi kręglarzami nie był nawet w połowie tak śmieszny, by uzasadnić długość tej sekwencji - ale ten komiks był jak komedie w rodzaju Nagiej broni, zagęszczenie dowcipów jest takie, że nawet jeśli 1/3 nie jest śmieszna, to zapominamy o tym śmiejąc się z pozostałych.
Gil: Chyba muszę zacząć czytać co drugi numer tej serii. Więcej tu wzlotów i upadków niż na rollercoasterze. Tym razem znów udało się wspiąć na wyżyny, bo wyjaśnienie roli Doopa w szkole daje radę rozbawić swoją absurdalnością. Może chwilami jest bardziej absurdalnie niż zabawnie, ale ogólnie numer fajnie się czyta i banan z mordy nie schodzi. Dodatkowym smaczkiem są rysunki Mike'a Allreda, który właściwie stworzył Doopa w X-Statix (nie ujmując nic Milliganowi). I chociaż mam ochotę nakopać Aaronowi za te sinusoidę, nie mogę dać gorszej oceny niż 7/10.

X-Men vol. 2 #36
Hotaru: Poezja. Wielka szkoda, że Brian Wood i David Lopez nie zostaną w tej serii na dłużej. Bardzo podoba mi się koncepcja, by emocje oprzeć przede wszystkich na napiętych relacjach między protagonistami, a nie tylko na akcji. Efekt końcowy przypomina mi świetny filmowy thriller. Rozpływam się w ujęciach na twarze bohaterów, szczególnie Storm w rozmowie ze Scottem. Liczę, że włodarze Marvela pójdą jeszcze po rozum do głowy i czwarta fala Marvel Now! przyniesie nam dobre wieści, że duet Wood-Lopez powrócą w glorii i chwale.
S_O: Dobrze wiedzieć, że Mossad ma tyle do powiedzenia na amerykańskim lotnisku imienia amerykańskiego prezydenta. W Ameryce. To miło, że żydowska masoneria trzymająca potajemmie władzę w USA ma się dobrze.
Historia skupia się na ostatnim żywym protomutancie z tamtej zapyziałej wiochy w Kazachstanie czy gdzieś, który ukrywa się pod nazwiskiem Shepherd. I najwyraźniej nie jest w stanie się zdecydować, czy wie cokolwiek o X-Men i mutantach - albo i nadludziach - w ogóle, czy nie. Wood prowadzi tę postać strasznie niekonsekwentie, a pogarsza jeszcze ten fakt to, że jest to jedyny numer, w którym się dotychczas pojawił. I prawdopodobnie przedostatni, bo wydaje mi się, że scenarzysta zakończy wątek protomutantów wraz ze swoim odejściem, żeby nie było już problemu z "całkowitą zmianą wszystkiego, co wiemy o mutantach jako gatunku, nawet mimo tego, że po Ziemi nadal kręci się pewnie koło pół tuzina homo superior urodzonych w Starożytności".
Poza ty, wiecie, co? Po jego wyglądzie i tym, o jakich mocach wspomniał, miałem nadzieję, że pan Shepherd powali X-Men swoim laserowym wzrokiem albo mroźnym oddechem, ostatecznie superbrzuchomówstwem. Przegrałem ten zakład.
Krzycer: Już któryś z kolei numer Storm sprzecza się z Cyclopsem. Fajnie by było, gdyby w końcu pojawiły się jakieś konsekwencje tych rozmów. Poza tym jest dobrze - dialogi nadal są żywe, nowo poznany pan Shepherd jest intrygujący... a jednak czegoś brakuje.
Gil: Ja chyba się uprzedziłem do tego tytułu przez wyczyny Ghischlera. Próbowałem to przełamać i dokładnie przeczytałem ten numer z nastawieniem na szukanie pozytywów. No wiecie – nowa historia się zaczyna, ten przeklęty samolot w końcu wylądował… Początek wydawał się nawet interesujący, ale od momentu gdy na scenę wkroczyli główni bohaterowie, było już tylko gorzej. Nie zmienia tego nawet obecność Pixie, do której mam ogromną słabość – ta grupa po prostu się nie klei. Nie ma między nimi żadnej dynamiki, relacji, nic. Kwintesencją całości jest dla mnie ten jeden kadr, gdzie jest dużo pustej przestrzeni, a wszyscy tylko siedzą, jak nieprzytomni. Dokładnie tak postrzegam ten tytuł. A nowa postać i nowe wątki nie dają rady tego zmienić. Dam 4/10, co znaczy, że to nie moja bajka, ale może komuś się spodoba.

X-Men: Legacy #274
Hotaru: Dzięki bogom! Ostatnia historia była tak kiepska, że trzeba by było wykazać się szczególną złośliwością, by napisać gorszą. Pomimo tego, wątpiłem. Na szczęście, jest lepiej. Wprawdzie nadal na pierwszym planie mało subtelnie jest Rogue. Ale nie liczyłem na coś innego. Wątek rezolucji związku z Magneto został przeprowadzony wprawnie. O dziwo. Co więcej, twarze Baldeona coraz bardziej przypominają ludzkie. To też się chwali. Za tydzień pewno nie będę tego numeru pamiętał, ale to lepiej, niż żebym miał go pamiętać z powodu miernoty, jak ostatnią historię.
avalonpulse0267d%20%5B1600x1200%5D.JPGS_O: Kolejny numer, w którym Gage udawadnia, że subtelność to przestarzały koncept. Historia niepowiązana z niczym, opowiadająca o niczym, niczego nie zmieniająca i niczemu nie służąca. Zgadnijcie, ile będę z niej pamiętał za tydzień, albo nawet i jutro.
Krzycer: Oczywiście numer trąci łopatą, ale jak na to, co Gage tu dotąd prezentował jest nieźle. Właściwie - w porównaniu do poprzednich wielu numerów - jest całkiem dobrze. No, lepiej.
No i jest Magneto zakładający hełm, mówiąc "There is much I must consider". Wolałbym, gdyby nie robili z niego znowu łotra, ale przyznam, że spodobał mi się ten kadr.
I tylko nie bardzo wiem, kiedy ten numer ma miejsce. Po AvX - proste. Ale akcja toczy się w Waszyngtonie, w Waszyngtonie była jakaś rozróba, a ludzie na miejscu rozróby mówią, że to wina mutantów. Znaczy... co to właściwie znaczy? Finał AvX przeniesie się do Waszyngtonu? Czy może ten numer toczy się równocześnie z początkiem Uncanny Avengers? (Nie dam głowy, czy Avalanche zrobi tam rozróbę akurat w Waszyngtonie, ale jakoś tak pasowało by to.)
Bo jeśli cokolwiek wydarzyło się w Waszyngtonie nie ma nic wspólnego z AvX ani z czymkolwiek, to miło by było, gdyby Gage wspomniał, o co biega.
Gil: To, że scenariusze Gage'a w tej serii są wyjątkowo nienatchnione już wszyscy wiemy. Tak samo jak to, że przesadnie skupia się na Rogue, a nawet nie potrafi jej właściwie pisać. I to, że zbyt często posługuje się łopatologią oraz sloganami, bo nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Tutaj mamy to wszystko naraz, a w promocji dostajemy skrajnie źle napisanego Magneto. Ten scenariusz jest tak przesadnie napompowany, że rozłazi się w szwach. Rogue trafia w losowe miejsce, gdzie akurat coś się dzieje i jakimś cudem Mags właśnie tam ją znajduje. Wypadek, przy którym próbują pomóc właściwie nie jest zdefiniowany – coś się stało, chyba w metrze, ale nie wiadomo ani co, ani dlaczego. Ważne, że dziwnym zbiegiem okoliczności, nie można tego ruszyć. Potem znajdują w wagonie tego typa, nadzianego na kawałek czegoś. Pomijam już fakt, że gościu głupio się cieszy i sypie żartami, chociaż z dziura w przeponie nie powinien nawet mówić. Kwintesencją głupoty tego numeru jest stwierdzenie, że nie można mu pomóc, bo nadział się na coś, co jest, cytuję: "tak samo plastikowe jak metalowe" i Magneto nie może tego usunąć. Tutaj mógłbym stawić parę memów, ale ograniczę się do stwierdzenia, że większej bzdury nie słyszałem. Z czubka głowy mogę podać setkę sposobów na jego uratowanie, z których najbardziej finezyjnym byłaby kontrola żelaza we krwi, ale nie – to nie byłoby dość dramatyczne. Nasi bohaterowie bezradnie rozkładają ręce i czekają na monolog, w którym facio postanawia wyjść z szafy. Od nabrzmiałego rozdmuchanego dramatyzmu wszystko zaczyna się walić, więc nagle zapominają o poprzednich bzdurach i zabierają go stamtąd tylko po to, żeby się wykończył, a Rogue przejęła od niego… coś. Kulminacją jest rozmowa, między Rogue a Madziem, która… absolutnie niczego nie zmienia i nie wnosi. Bo inaczej, o czym by tu dalej pisać? Gdyby cokolwiek z tego wyniknęło, nie można by przecież dalej zajeżdżać tego samego tematu, a ten autor nic innego nie ma do zaoferowania. Kończymy więc z założenia ckliwą, a w praktyce szablonową scenką i to tyle, Kolejny zmarnowany numer niegdyś dobrej serii. Niech ona się już skończy, bo aż mnie to boli. I dlatego nie mogę wystawić więcej niż 2/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #4
S_O: Od razu zgaduję: W tym świecie na dobre zostanie Howlett. Zgodnie z tradycją.
Steampunkowy Dziki Zachód przypomina mi trochę Firefly, więc historia od razu dostaje plusik. I kolejny za interesujący design postaci.
Historia nie jest zła, choć mógłbym narzekać na nieprawdopodobieństwo faktu, że nasi Exiles Lite od razu trafili na rodzinę jedynej osoby, którą zły Xavier trzyma w ciupie. Tak, czy inaczej, showdown w następnym numerze zapowiada się ciekawie, choć mam nadzieję, że zamiast strzelać do swych przyjaciół z innego świata, nasi herosi pomyślą i wykorzystają swojego telepatę, żeby wyrwać ich spod kontroli Nowojorskiego Charliego.
Gil: Hm, to nawet nie było takie złe. Tym razem przynajmniej oszczędzili nam niepotrzebnego bujania i od razu wyłożyli Xaviera na ławę. Scenariusz może nie jest szczególnie przejmujący i rozłazi się trochę na boki, ale jest coś fajnego w tej westernowo-steampunkowej stylistyce. Nawet jeśli w postaciach jest zupełny bałagan, brakuje spójności, drużyna właściwie nie jest drużyną i nieodłącznie towarzyszą temu tytułowi opary zbędności. Rysownik daje radę lepiej niż scenarzysta i chociaż nie wszystkie kadry mi się podobały, dam mu małego plusa, który podciągnie ocenę zeszytu do 5/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0267a.jpgX-Men vol. 2 #36
Autor:
David Lopez

Hotaru: Nie mogę się nachwalić tej serii w rękach Briana Wooda i Davida Lopeza. Jednym z ciekawszych wątków są tarcia na linii Storm-Cyclops i ta okładka świetnie wpisuje się w ten kontekst. Ororo ostentacyjnie niszczy dokumenty opatrzone klauzulą tajności Utopii, stanowczo patrząc w oczy odbiorcy, jakby rzucając mu wyzwanie, by ją powstrzymał. Wymowne i mocne.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.09.26
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.