Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #265 (17.09.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 17 wrzesień 2012Numer 38/2012 (265)


Przedostatni numer Avengers Vs. X-Men wzbudził wielke kontrowersji i skrajnie różnych opinii. Zbliżamy się do końca największego eventu tego roku. A gdyby eventu było mało, to w minionym tygodniu Marvel wydał prawie wszystkie komiksy związane z mutantami. To był zdecydowanie ich okres.

Avengers Assemble #7
Krzycer: Cała akcja sprowadza się do dwóch rzeczy - Thanos eliminuje Starszych (...ot tak? Cosmic Cube na nich wystarcza? Hm. A zresztą, i tak nikt o tym nie będzie pamiętał) a Avengers i Strażnicy rozwalają okręt Badoon. I to wszystko, na cały numer. Akcji jest tu sporo, ale właściwie niewiele z niej wynika i trochę trudno za nią nadążać. Myślę, że to wina Bagley'a - może, gdyby na rysunkach wyraźniej było widać, czemu akurat tych stu czterdziestu pięciu Badoonów stoi na drodze do celu, to zainteresowałbym się tym, co się właściwie dzieje.
Poza tym porzucam wszelkie nadzieje, że doczekam się odpowiedzi na pytanie, czemu Strażnicy noszą stare ciuchy a Star-Lord żyje.
Gil: Coś się wydarzało na kilku pierwszych stronach, jakiś efekt tego był na ostatniej, ale większość numeru wypełnia pustka – tak samo kosmiczna, jak i fabularna. Po prostu tłuką się z Badoon, a tego co się dzieje w międzyczasie nie określę mianem totalnego bullshitu tylko dlatego, że Bendis zdołał wrzucić trochę science-babble, które jakoś to usprawiedliwia w ramach realiów. Mówię oczywiście o tym, jak oni przeżyli pobyt w próżni. Poza tym, jakoś trudno mi się ekscytować rozmachem działań Thanosa, bo jak dotąd większość tych historii zawsze kończy się ich całkowitym cofnięciem. A Bagley nie dał rady zaprojektować wiarygodnych skafandrów kosmicznych, więc dla niego też krecha. I w efekcie będzie 5/10.

Avengers Vs. X-Men #11
Hotaru: Coipelowi należą się brawa. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki rysował niektóre z postaci. Rogue i Psylocke wyszły mu bardzo a'la Jim Lee, a ponieważ darzą ogromnym sentymentem tamten okres w historii mutantów, to byłem bardziej, niż zadowolony. Rysownik też zapewnił naprawdę dużą ucztę dla oczu. Wiele pojedynczych kadrów miało w sobie wręcz obrazkową lirykę. Niestety, całościowy efekt końcowy mnie nie przekonał. Decyzja o zdradzeniu Emmy została o wiele lepiej rozegrana w Uncanny X-Men, a samej scenie śmierci zabrakło "tego czegoś". Scarlet Witch nie odegrała znaczącej roli, nie wspominając o Hope, która była bezużytecznym tłem - a przecież te dwie postaci miały być na pierwszym planie. Podsumowując - bez większych zaskoczeń, porządnie poprowadzony numer. Ale potencjału było więcej, nawet pamiętając o poziomie dotychczasowych odsłon tego eventu.
avalonpulse0265b%20%5B1600x1200%5D.JPGUndercik: Kurdę, ten numer był naprawdę fajny. Jest tylko jedno ALE. Ten numer był dobry, jeżeli czytając go zapominamy o historii (nawet tej z początku eventu, jak Cap najechał Utopie) i charakterach postaci tam występujących, bo jeżeli bierzemy to pod uwagę, to ten numer to jeden wielki bullshit. Żałuję, że mam zamówiony ten numer.
Krzycer: No tak. Jak się zapomni o pierwszych 2/3 eventu, to ten numer robi wrażenie. Jak się o nich pamięta, to jest równie głupi co reszta (choć nieźle narysowany <są babole - zwłaszcza twarze Coipelowi nie wychodzą> i - przede wszystkim - rewelacyjnie pokolorowany).
Śmierć Xaviera... W ramach tej historii - ma sens. A jednak nie podoba mi się - bo wydaje się podyktowana przede wszystkim tym, że od lat nikt poza Carey'em nie miał pomysłu na tę postać. Nie podoba mi się również dlatego, że wydaje się odgrzewanym kotletem ("Messiah Complex"?). Nie podoba mi się wreszcie dlatego, że zabito mnóstwo potencjału - wracamy do tego, że nikt nie miał pomysłu na Xaviera. Wiadomo, że jego śmierć będzie napędzać mutantów, ale sądząc po tym numerze i ogromnym "Noooooo!!!" ma być również impulsem dla Hope. Która rozmawiała z nim może dwa razy od "Second Coming"...
A propos Hope - stoi przez cały numer i nic nie robi. Głupie. Bardzo głupie. Dopiero co pokazała sekretną siłę i zraniła Cyclopsa, w następnym numerze znowu ma być na pierwszym planie - a w tym nic nie robi. Co świadczy o tym, że panowie architekci nie potrafili wymyślić, jak uwzględnić ją w tym numerze.
Ogółem: duży, głupi film akcji. Można popatrzeć, może nawet się wzruszyć, ale na litość boską, nie można o nim myśleć, bo to popsuje całą zabawę.
Gamer2002: Kontynuacja durnego eventu. Marvel wybrał najgorszą opcje i zamiast dać szansę Scottowi by był choć trochę sympatyczny i spróbował powstrzymać Emmę, odbiera jej moce dla mocy a z Emmy robi się zdradzoną biedaczkę.
No i jak cudownie, wszyscy X-men kajają się przed Capem widząc, że nigdy nie mieli racji, nawet gdy ten najechał Utopię. Cała idea równoważnego konfliktu pomiędzy dwoma bohaterskimi drużynami... Nigdy nie miała miejsca bo od początku wszystko krążyło wokół niszczycielskiej Phoenix Force i bezpodstawnego fanatyzmu Scotta, bo scenarzystom nie chciało się nikomu przypomnieć, że Cable ostrzegał go przed konfliktem i mówił po co potrzebują Phoenix Force i Hope. Aha, mamy pierwszego trupa. 2/10.
colossus28: A mi się podobało. Abstrahując od zarzutów stawianych przez forumowiczów jakoby postaci zachowywały się out-of-character ten komiks był naprawdę dobry. Świetnie pokazane walki, mnóstwo dramatyzmu i pierwsza śmierć w evencie. Poprzednie części prezentowały różny poziom, ten po raz pierwszy od pierwszego numeru przyprawił mnie o pozytywne emocje. No i ostatnia strona z Phoenix-Cyclopsem naprawdę niesamowita.
wolvie111: Nie będę ukrywał, że jak dla mnie wspaniałość tego numeru opiera się przede wszystkim na rysunkach. Olivier Coipel odwalił znowu kawał dobrej roboty. Mimo, iż nie da się zapomnieć o żałosnym poziomie poprzednich numerów i absurdach jakie nam tam serwowano, to zdecydowanie podobał mi się podobało. Było na pewno EPICKO!
Do tego, że X-men są na skreślonej pozycji już przywykłem dawno temu. Tak samo przywykłem do tego, że ze Scotta, który tak świetnie prowadził X-men przez wiele lat zrobiono żałosnego fanatyka. Dzięki temu mogłem spokojnie delektować się jego obłędem i genialnymi walkami. Było tu bardzo dużo drobnych akcentów. Sam pojedynek jego i Emmy...brutalny, dramatyczny- świetny. Emma kontra Hulk- całkiem zabawny tak jak jej wymiana ciosów ze Storm. Sama śmierć Xaviera nie zaskakuje, ale mimo to trochę porusza.
Poza tym twórcą przypomniało się o dwóch ważnych postaciach, których nie widzieliśmy jeszcze w głównej mini-serii, czyli o Rogue i Hulku. Dobrze, że pojawił się zielony wielkolud, a Rogue to moja ulubienica, więc wiadomo. Sam jej monolog o zachowaniu X-men trochę niepotrzebny. Przecież X-men dobrze wiedzieli co robili i robili bardzo dobrze stając po stronie Cyclopsa i swojej rasy. Jeszcze wtedy Scott był daleki od obłęsu a Phoenix Five robiła bardzo wiele dobrego na świecie.
Już co do końcówki. No cóż mimo, że Scott to ten zły w evencie to poczułem wspaniałe uczucie jak go zobaczyłem jako Dark Phoenix. Przypomniała się Jean, przypomniały mi się stare, najlepsze komiksy.
Mam nadzieję, że to Coipel zilustruje finał. Numer świetny właściwie dzięki jego majestatycznym i dynamicznym rysunkom. Dam 9/10.
EndrjuSzopen: Ten numer był tym, czym powinien być cały ten event, a co poczułem podczas czytania może tylko raz i to w bardzo małej dawce, teoretycznie jako zajawkę przyszłych emocji. Było to chyba pod koniec #2, kiedy to Phoenix Force zbliżało się do Ziemii, a Avengersi wysłani w kosmos patrzyli się ze spokojem w nadciągającą potęgę. Jednak od tamtego momentu stało się wiele rzeczy, które były po prostu głupie, albo nie do końca przemyślane, a już na pewno opowiedziane źle. I nagle przychodzi #11 - numer, w którym możemy odczuć poczucie beznadziejności i zwątpienia wśród Mutantów; konieczność mobilizacji wśród Avengersów; no i to, że to event na dużą skalę, gdzie powinny się dziać rzeczy epickie, czego do tej pory nie dało się odczuć. A został już tylko #12. Tak czy siak, sam numer czytało się bardzo dobrze, były emocje. Jednak jest to część eventu, któremu sporo można zarzucić, ale w tym momencie oceniamy pojedynczy zeszyt - i on jest wzorcem. Za późnym. Ocena: 7,5/10.
avalonpulse0265c%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers: Unikanie trollów jest trudne. Wydaje się, że każdy chce być pierwszy. Media współdziałające z Marvelem, inny czytelnik, inna czytelniczka. Wiele osób uwielbia spoilować. Jeszcze do tego dołóż sobie tygodnie oczekiwania na dostawę papierowej makulatury od pośrednika sprowadzającego amerykańskie wydania zza wielkiej wody. Ciężko jest. I jak tu nie skorzystać z elektronicznej wersji dostępnej na Komiksologii. Dziękuję ci Marvelu za podpisanie umowy z Iconology i sprzedawanie w internecie tego samego dnia co ceglane i drewniane sklepy. I dziękuję ci, że udostępniasz swoje produkty bez ograniczeń regionalnych. Ja jestem zadowolony, ty masz moje pieniądze, które możesz przeznaczyć na produkję następnych komiksów. Jest ok. A co tam w środku w Avengers vs. X-Men #11? Dużo emocji, dużo akcji. Takie crossovery lubię. Niezmiernie miło mi było śledzić drogę przebytą przez Cyclopsa od obrońcy swoich kompanów do badassa rozstawiającego po kątach wszystkich herosów w uniwersum Marvela. Wydawca dostarcza mi więcej niż oczekiwałem. TAKIE KOMIKSY CHCĘ CZYTAĆ! DZIĘKUJĘ CI MARVELU!
Gil: Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że będzie znacznie gorzej… A tymczasem jest tylko kiepskawo. Nawet rzekłbym, że są momenty zasługujące, by nazwać je przyzwoitymi. Początek, kiedy Avengers przychodzą do Hulka wypadł całkiem nieźle. Fragmenty dialogów, mówiące o relacji między Xavierem a Summersem też są w większości przyzwoite i dopiero w tych najbardziej kluczowych momentach uderzają w klisze (bo wiadomo, że jak ktoś mówi „I love you all”, to już długo nie pozipie). Mam wrażenie, że dotarliśmy do kulminacyjnego momentu całego wydarzenia i przyznam się, że trochę mnie ruszyło. Gdyby cała reszta została poprowadzona inaczej, gdyby poprawnie zbudowano napięcie prowadzące do tej sceny, mogłaby ona być fenomenalna. Ale wszyscy wiemy, jak jest. Ta budowla nie miała fundamentów, tylko kupę błota, a zamiast fabuły dostaliśmy zlepek nieskładnych pomysłów, więc nawet najlepszy scenarzysta nie miałby szans zbudować na tym czegoś lepszego. Czytam więc i słyszę jęki zmarnowanego potencjału, a zamiast skupiać się na tym, co jest źle, wolę myśleć, jak można by to zrobić lepiej. O tym i nadziei, która wciąż tli się pod tą kupą g...ruzu. Bo w końcu po nędznej Secret Invasion przyszedł całkiem dobry Dark Reign. Tego więc się trzymajmy i jakoś przebrniemy jeszcze przez ten jeden numer. A skoro znacznie gorszym fragmentom tego crossa wystawiałem trochę zbyt pobłażliwe oceny, to dla ukazania różnicy, temu numerowi powinienem dać 5/10.
jdtennesse: Według mnie nie jest tragicznie. Są po pierwsze przyzwoite rysunki. Po drugie historia zbliża się do końca, a to przecież też jest plus. Po trzecie dobrze się czyta. Ale gorzej się o nim myśli. Czytając ten numer miałem wrażenie, że już gdzieś to widziałem/czytałem. I pomijam tu ostatnią scenę z cytatem z oryginalnej i niepowtarzalnej historii Dark Phoenix Saga. Na przykład scena, w której Scott atakuje profesora (zabija?) - żywcem wyjęta z X-Men The Last Stand. Ogólnie to fragmenty historii są niezrozumiałe, a właściwie decyzje scenarzysty - poszli po Hulka i po co? Jak im niby pomógł? Wykonał fastball special zamiast Colossusa z Loganem? To grzech. No i trzasnął Emmę. Aha, szkoda, że nie usłyszeliśmy co Storm powiedziała do Emmy. A to że "power corrupts, absolute power corrupts absolutely" chyba wiedzieliśmy. Wiadomo było że Phoenix w końcu będzie zły/a. Scott rzeczywiście był fanatyczny od początku pojawienia się Hope. I jak skończy? Jestem ciekawy. Ogólnie myślę, że ocena będzie fifty-fifty. 5/10.
czarny_samael: Rogue znów jest użyta do małego monologu (przedtem o Sentrym, teraz o Cyku).
Bohater, któremu tyle zawdzięczają, staje się największym problemem i jednowymiarowym złem wcielonym. Kiedyś Osborn z ekipą atakowali Asgard, teraz Cap z ekipą atakuję Utopię. Nawet w obu historiach Cap zbierał tę swoją ekipkę.
Pamiętam jak narzekałem na ostatnie numery Siege, z uwagi na to jak łatwo Void poszedł na dno, ale dzięki bardzo inteligentnie napisanemu What if-owi cokolwiek zretconowano tę zabawę. Mam nadzieję, że tu cała zabawa jednak skończy się jakąś formą obwinienia Capa za to wszystko, bo to była i jest jego wina. Phoenixy powinny cały czas stać ramię w ramię z innymi bohaterami Ziemi, by kontrolować Feniksy i pozbyć się np. Kamienia Cyttoraka z ciała Colosa, ale do tego Avengers nie mogliby 2 razy wypowiedzieć im wojny.
Aha, no i biorąc pod uwagę przyszłość Legacy nie mam wątpliwości - Legion ma w sobie pewną formę jaźni Xaviera. Co swoją drogą w ogóle mnie nie zdziwi, w końcu Xavier jest jednym z najmocniejszych telepatów na Ziemi.

Avenging Spider-Man #12
Krzycer: Dziwne dziwadło. I... nie rozumiem, o co w nim chodzi. Tzn. jak rewelacja z końcówki ma się do wszystkiego, co widzieliśmy wcześniej?
Nic tu się kupy nie trzyma. Ale jest całkiem zabawne. Miejscami.
EndrjuSzopen:Seria z Pająkiem przedstawiająca jego team-upy z innymi postaciami z Marvela, a tym razem gościem jest Deadpool – czyli osoba kompletnie mi nieznana, chociaż słyszałem o nim to i owo. No, czyli niekoniecznie taka nieznana. Dość ciekawy numer, ponieważ spotykamy tutaj dość abstrakcyjny humor, atmosfera jest trochę dziwna, taka unikatowa. I tutaj w sumie są pozytywy, bo z drugiej strony mamy fabułę (druga część tej historii w następnym numerze), która jakoś mnie osobiście do siebie nie przekonała. Ocena: 6,5/10.
Gil: Waitależecowhathow??? To znaczy, że Deadpool zna superhipersekretną tożsamość Piotrusia, dla ukrycia której popełniono niesławny pakt z diabłem? Czy to aby nie jest odrobinę zbyt lekkomyślne zagranie? To znaczy, ja rozumiem, że realność całej tej historii jest skrajnie naciągnięta, ale mimo wszystko warto by się jakiś reguł trzymać. Natomiast, jeśli na to przymknąć oko, to cała reszta okazuje się całkiem niezłym tripem. Nie pamiętam nazwisk tych ludków, którzy mają przejąć serię Poola, ale jeśli to ci sami, to już zarobili sobie na kredyt zaufania. W kilku momentach się szczerze uśmiałem, chociaż do stylu tego humoru jeszcze trochę trzeba się przyzwyczaić. Za to rysunki okazały się całkiem fajne i ogólnie nawet mogę to oko przymknąć i 6/10 wystawić.

Captain America vol. 6 #17
Gil: Historia ma rozmach, temu nie da się zaprzeczyć, bo jak by nie patrzeć, szaleństwo ogarnęło cały kraj. ALE... zupełnie nie czuć w tym zagrożenia. Ot, ludzie sobie świrują, ale nasi bohaterowie przechodzą nad tym do porządku dziennego i zajmują się szukaniem tych złych. Okay, niby jest to poprawne – zajmują się likwidacją przyczyny, a nie objawów. A jednak wygląda to tak, jakby zostawili tych ludzi, żeby się powybijali, a sami ruszyli rozwiązywać swoje problemy. Poza tym, nie podoba mi się prowadzenie Zemo tutaj. Do pewnego momentu kreowany był na antybohatera, ale od jakiegoś czasu znów jest tylko maniakiem. A tak prawdę mówiąc, to ta seria zrobiła się strasznie monotematyczna i zaczyna już nudzić. Tym razem najwyżej 4/10 mogę wycisnąć.

Captain America And Black Widow #636
Gil: Nie wiem za bardzo, co tu napisać. Jest to kolejny komiks Bunna, który wymyka mi się z pamięci zaraz po przeczytaniu, bo nie ma w sobie absolutnie żadnych elementów, którymi mógłby się w niej utrzymać. Fabuła jest mdła i mieli ciągle te same schematy, które już sto razy ktoś inny przetrawił. Podczas czytania miałem wrażenie, że jakoś się to łączy z poprzednimi dwiema historiami, ale ani wtedy, ani teraz nie mógłbym powiedzieć dokładnie, co i jak. Rysunki też są raczej mdłe, więc oceną niech będzie mdłe 3/10.

Fantastic Four #610
Krzycer: Interesujący pomysł, chociaż wplatanie postaci komiksowych w globalną politykę rzadko kiedy owocuje dobrą historią (...a może zraziłem się po niedawnej lekturze "Death in the Family" i czytaniu o spotkaniu Jokera z Chomeinim).
W każdym razie, i tak najciekawsze zaczyna się na samym końcu, więc czekam na następny numer, a o tym szybko zapomnę.
Gil: Hm… mam takie dziwne wrażenie, że Hickman miał zakończyć swoją przygodę z F4 już jakiś czas temu, ale dał się namówić, żeby dociągnąć jeszcze do wielkiej rewolucji, więc na szybkiego sklecił parę krótszych historii, żeby te numery wypełnić. Te historie nie są złe, ale brakuje im tego czegoś, co czuć było w tamtych, które były częścią większej całości. Tutaj na przykład mam wrażenie, że wszystko dzieje się zbyt szybko. Wprowadzenie jest błyskawiczne, przewrót ze strony AIM tylko nieco bardziej rozbudowany i nagle hop-siup, znajdujemy się w sytuacji, gdzie pionki są już rozstawione i napięcie ma już oczekiwany poziom. A mimo wszystko, znalazł się moment na odrobinę humoru i zakończenie zdołało zainteresować. Rysunki może nie do końca w moim klimacie, ale też nawet mi się podobały, więc i tutaj 7/10 się należy.
avalonpulse0265d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Journey Into Mystery #643
Hotaru: Ach, jaki smakowity kąsek ugotował nam Kieron Gillen. Jak wszystkie z pozoru porzucone i nieistotne wątki zaczynają się zapętlać by stworzyć epicki finał, na jaki ta seria zasługuje. Uznaję absolutną wyższość scenarzysty i nawet nie będę próbował odgadywać jego zamysłów - to bezcelowe. Pozostaje mi mieć nadzieję, że kolejna odsłona w Mighty Thor nie zaprzepaści tego, co Gillen zbudował w JiM. A zbudował naprawdę wiele. Już teraz zacieram rączki z myślą o wydaniu zbiorczym.
Krzycer: No dobra, po kolei. Po pierwsze - wyjaśnienie powrotu Leah znakomicie wpisuje się w klima serii i właściwie wszystko, co Gillen dotąd w jej ramach stworzył.
Po drugie, mamy tu pewną rewelację. I... przyznaję... Tego się nie spodziewałem. Pozostaje pytanie, czy to prawda czy kłamstwa? Wolałbym, gdyby to były kłamstwa - z powodu mojej sympatii do postaci. Obiektywnie, to jeśli to prawda, to będzie z tego lepsza historia. Być może.
Po trzecie, bardzo fajnie został tu poprowadzony Volstagg (nie ma co się cieszyć, Fraction to popsuje).
Po czwarte, to końcówka jest głupia. Wiem, mamy dymek o płonącym niebie "wyjaśniający", czemu nie może być mowy o lataniu, ale i tak... Końcówka jest głupia.
Ale tak ogólnie to historia stała się niezwykle wciągająca i nie mogę się doczekać jej rozwiązania.
Gamer2002: Wszystko się fajczy a scenarzyści AvX powinni się uczyć z tego, jak się pisze. Na przykład: jak zaszokować czytelnika lepiej niż poprzez zabicie postaci, która w pierwszej fazie eventu zrobiła tyle, że mogła być równie dobrze martwa.
Scena przemowy Lokiego była wielka. W kwestii Leah, sprawdziła się teoria, którą dałem przy zakończeniu poprzedniej historii po jej śmierci. Poza tym, lepsza część crossa dostarcza lepiej powagę konfliktu, widać jak powaga obowiązku ciąży na Volstaggu. 8.5/10.
Gil: Okaaay… pomijając fakt, że nagle władcą Asgardii został Volstagg, cała reszta wypada tym razem świetnie. Gillen zdołał połączyć ze sobą kilka wątków, nawet takich, o których zupełnie zapomniałem i użyć ich do skierowania historii na nowy tor. A może raczej wykolejenia? Trudno w tej chwili powiedzieć, bo gdy przypomnimy sobie, ile już razy traktowano nas takimi skrętami, to naturalną reakcją obronną mózgu będzie zawieszenie w oczekiwaniu na prawdę. Mimo wszystko, porcja wyjaśnień jest solidna i satysfakcjonująca. W końcu pojawia się gra charakterów, a nie tylko bezsensowne bulbotanie, a Loki osobiście zaczyna dbać o to, by nam zależało. Dałem się złapać i czekam na więcej, a tymczasem wystawiam 7/10.

New Avengers vol. 2 #30
Hotaru: Czyżby akcja tego numeru rozgrywała się już po Avengers vs. X-Men? Bo jak inaczej wyjaśnić obecność tych wszystkich Mścicieli tutaj, a nie tam, gdzie szaleje Dark Phoenix? Po raz kolejny redakcja nie może sobie poradzić z continuity? Fabuła jest nudna jak flaki z olejem, inaczej rozwiązałbym kwestię decyzji Cage'a. Rysunki Deodato są nienatchnione, ale byłyby znośne, gdyby nie szkaradne kolory Beredo. Bendis po raz kolejny udowadnia, że nie odchodzi z tej serii za wcześnie...
Krzycer: ...czyli to się dzieje już po evencie? Fenomenalnie.
Gwoździem numeru jest rozmowa Daredevila z Cagem i dylemat tego drugiego. I to jest niezłe. Starcie z Purifiers to wata, i jest jej trochę za dużo, ale podoba mi się design tych ich zbroi i umieszczenie ich znaku na "ogonach".
Dostajemy tu również Emmę Frost mówiącą do kogoś per "guys", co mnie strasznie uwiera, ale w sumie mogło być gorzej.
Gil: Czyżby Bendis był do tego stopnia zazdrosny o Cage’a, że wolał go odejść z Avengers niż dać się pobawić komuś innemu? Do pewnego stopnia jest w tym logiczna konsekwencja wcześniejszych jego działań, ale mimo wszystko, nie da się ukryć, że okoliczności i szybkość tej decyzji pozostawiają nieco do życzenia. Poza tym, akcja jest mało przekonująca. Purifires out of friggin’ nowhere! Łubudu! Koniec. Mam nadzieje, że to nie jest przedsmak planowanej integracji mutantów z resztą uniwersum. Aha i ktoś sobie przypomniał o istnieniu Mockingbird. Warto było ją wskrzeszać, bo kto by kierował ciężarówkami... Deodato też jakby się opuścił, więc tym razem za całość dam najwyżej 6/10.

Scarlet Spider vol. 2 #9
Krzycer: Niezły finał. Aż tyle czy tylko tyle? Niczego nowego o naszym bohaterze się z tego nie dowiedzieliśmy. Za to Texas Rangers czy jak oni się tam nazywają zostali trochę wyraźniej scharakteryzowani. Jeśli mają się jeszcze kiedyś pojawić - a chyba powinni, skoro już wiemy, że są nadal aktywni - to jest to jakaś zaleta.
Kiedy padła wzmianka o meksykańskich kartelach liczyłem na jakieś powiązanie tej historii z Aracely, ale się nie doczekałem. Może w którymś z kolejnych numerów...
EndrjuSzopen: Przygód złego klona Petera Parkera ciąg dalszy. Kaine sporo tutaj przeżywa wewnętrznie fakt, że dał się wciągnąć w robienie za superbohatera i nadstawianie karku za innych ludzi, a najbardziej obarcza za tą całą sytuacją Petera Parkera, czyli swój pierwowzór. Nie wiem na ile jest to zapowiedź ich ewentualnej późniejszej konfrontacji, podczas której Scarlet będzie chciał wyperswadować Parkerowi kilka spraw, ale byłoby to interesujące spotkanie, gdyby tylko odbyło się na łamach tej serii, a nie Amazing Spider-Man. Co jeszcze w tym numerze? Ano, koniec mało porywającej historii, jednak z perspektywą powstania sporego villaina, może i nemesis Scarlet Spidera… A niedługo na łamach serii – crossover, w którym Kaine spotka się z Venomem i Carnagem! Ocena: 6,5/10.
Gil: Przeczytałem i już nic nie pamitam. Może tylko tyle, że Szkarłatny Sieciomiot dał w mordę Wąsatemu Wiatropierdowi i pożegnał ich środkowym palcem. Ponieważ jest taaaaki niezależny. Boo-hoo! Miejmy nadzieje, że ten carnadżowy crossover zdoła wnieść coś do tej serii, bo już nie daje rady zainteresować mnie niczym. Główny bohater irytuje swoją przerysowaną awesomowatością, supporting cast jest nijaki, przeciwnicy albo wtórni, albo mdli. Węszę rychły koniec, a tymczasem wystawiam kolejne 3/10.

Ultimate Comics: X-Men #16
Hotaru: Jak to możliwe, że Wood tak świetnie pisze bezprzymiotnikowych X-Men, a tak kiepsko wersję Ultimate? Po raz kolejny mamy numer przegadany, skupiający się Kitty, która nawet z Nicka Fury'ego uczyniła swoją sunię. W ogóle nie rozumiem zaangażowania szefa S.H.I.E.L.D. w wydarzenia tej serii - jest w moich oczach kompletnie zbędny. Podobnie jak ciągłe wałkowanie tego samego wątku z Kitty. Niech coś wreszcie zacznie się dziać!
Krzycer: Podoba mi się ten numer. Podoba mi się to, co Wood robi z Kitty. Podoba mi się, że wreszcie doczekaliśmy się czegoś konkretnego (road trip był trochę za długi i trochę za nudny). Podoba mi się, że wreszcie wyszliśmy z głowy Kitty i możemy się naocznie przekonać o tym, jak ona się zmienia.
I choć podoba mi się rola Fury'ego, to nie podoba mi się rola Fury'ego. Fury jako mentor Shadowcat - fantastycznie. Fury pozwalający, by "mutanci sami naprawili tę sytuację"? Nie jestem pewien, czy to teki dobry pomysł... ani czy jest zgodny z charakterem postaci.
Ale Fury siedzący w jaskini i czekający na polecenia Kitty w momencie, gdy USA się rozpadają? Nie, to jest bzdura, i to mi się nie podoba. Ale to jest zarzut pod adresem tego "eventu" a nie tego konkretnego komiksu.
A, no i nie podoba mi się Rogue całująca się z przypadkowym gościem (czy to jest Ultimate Quire? Zdążyłem zapomnieć...).
Spartan: Naprawdę świetnie rozwija sie ta seria. Wood pociągnął ją w dobrym kierunku. Owszem wcześniejsze numery wydawały się trochę przeciągnięte ale po przeczytaniu tego chcę więcej.Dużo więcej. I podoba mi się scena z Rogue i nieznajomym chłopakiem. Rysunki jak zawsze dobre. Polecam 8/10.
 
Uncanny X-Force #31
Hotaru: Przegadany numer, ale tym razem słowa niosą ze sobą o wiele więcej dobrego, niż akcja. Remender stosuje tyle smakowitych zagrań: romans Raven i Creeda, hipokryzja Logana, Daken podgadywany przez Sabretootha, emocjonalne tortury Evana... wszystko świetnie rozegrane. Phil Noto może nie przykładał się do wszystkich kadrów, ale te, które się liczą, wyszły mu świetnie. Na razie ta ostatnia historia w Uncanny X-Force nabiera rumieńców. Liczę, że teraz będzie tylko lepiej.
Krzycer: Ok, przede wszystkim - ja cię kręcę, ależ prawdomówna okładka! A poważnie, nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem okładkę, która byłaby kadrem z wnętrza (a nie byłaby dodrukiem).
Liczyłem, że po poprzednim numerze ten wypełni akcja, ale się przeliczyłem. Nadal panuje cisza przed burzą. Ale wypełniają ją krwiste interakcje między postaciami, więc nie narzekam. Od łóżkowych rozmówek Creeda i Mystique (oraz koszmarnych gier słownych o erekcjach) po kłótnię w drużynie z końcówki, w której Psylocke wytyka Loganowi hipokryzję - wszystko jest pierwszorzędne.
Może poza rozmową Creeda z Dakenem. Sama relacja jest w porządku - Daken od samego początku miał daddy issues, więc pozostaje wiarygodny. Choć nie jestem pewien, czemu Victorowi miałoby tak zależeć. Natomiast sama rozmowa jest trochę za długa, mogłaby być krótsza - lub możnaby nadać tej scenie trochę dynamiki przerywając ją jakąś przebitką z X-Force. Czymkolwiek. I to jest mój jedyny zarzut. Cała reszta jest fantastyczna. 8/10 i komiks tygodnia.
PS. Ciekaw jestem, czy pierwsza strona to prawdziwy flashforward czy kolejna gierka Shadow Kinga.
Gil: To chyba najbardziej przegadany numer X-Force, jaki pamiętam. Przez większą jego część kręcimy się za Mystique i Sabretoothem, biorąc udział w dialogach, które mają nam uchylić rąbka motywacji nowego Bractwa. Ale czy naprawdę Remender nie mógł się zdobyć na coś więcej niż paplanie w kółko o potrzebie akceptacji lub zemsty? Absolutnie nie pasuje mi Sabretooth rozmawiający z Dakenem o tym, że tatuś go nie kocha. To powinny być dialogi na poziomie Urodzonych Morderców, a nie Stalowych Magnolii do cholery! Z kolei interakcje między innymi członkami Bractwa przypominają komedie dla nastolatków. A jeśli chodzi o akcję... A, nie, sorry – nie ma żadnej akcji. Jakiś hint na początku i wejście na końcu, to wszystko. Za to plusa dam panu Noto za design nowego pancerza Apocalypse’a. I wyjdzie z tego 4/10.
wolvie111: Na ulubionej serii też można się czasem przejechać. Spodziewałem się wreszcie jakiejś konkretnej akcji po powrocie z przyszłości, ale zamiast tego dostajemy Przedstawienie członków nowego Brotherhood i ich rozkminy. Dużo dialogów, które niekoniecznie prowadzą do czegoś konkretnego, rozmowa Sabertootha i Daken, która się dłuży i w sumie najciekawszy wątek Apocalypsa. Ciekawi mnie jego wybór i mam nadzieję, że mnie zaskoczy.
A i tak na koniec to chyba za bardzo stylizuje się tu Mistique na wywłoke. Kolejny numer tylko o seksie...Ogólnie to nie poziom, do którego przywykłem.
 
avalonpulse0265e%20%5B1600x1200%5D.JPGUncanny X-Men vol. 2 #18
Hotaru: Fe-no-me-nal-ne! Jeśli ktoś jeszcze wątpił, Kieron Gillen potrafi genialnie szarpać za struny emocji. Rozmowa Cyclopsa z Magneto to przedsmak, szokująca i odrażająca kolacja Scotta i Emmy to drugie, ale cała sekwencja z rodzeństwem Rasputin to w moich oczach mistrzostwo świata. Ostatni raz Illyana była tak cudownie pokręcona, kiedy Zeb Wells pisał New Mutants i myślałem już, że odzyskanie duszy skreśli ten aspekt tej postaci. Na szczęście myliłem się. Magik jest to postacią tak ludzką, tak tragiczną, tak skrzywdzoną i tak spójną, że... aż słów brakuje. Numer nie tylko czyta się świetnie, ale też świetnie wygląda, co jest w równym stopniu zasługą rysownika Rona Garneya, co i kolorystów Keitha i Hollowella. To najlepszy numer Uncanny od czasu restartu numeracji.
Krzycer: Ok, to jest najlepszy AvXowy komiks w tym tygodniu. Przedstawienie potęgi sfeniksionych mutantów przez pokazanie, jak niewiele uwagi wymaga od nich tocząca się bitwa. Do tego ta rozmowa wyraźniej pokazuje motywacje Emmy i Scotta, i to, co dzieje się w ich głowach (w kwestii kontrolowania się i wpływu Feniksa).
Do tego jeszcze bardziej szalona niż zwykle (niż wcześniej?) Illiana oraz "I'm nothing like you. I'm winning!", które powinno zostać kultową sceną. I wychodzi kolejny tie-in lepszy od głównej mini. Co (jak to zwykle z eventami bywa) nie jest szczególnie trudne.
Gil: Wreszcie ktoś pokazał trochę wiarygodnych emocji, stojących za działaniami Feniksów. Ma to swoje plusy i minusy, bo na przykład pokazuje, jak marginalna była rola Namora, ale w większości wypada dobrze. Wątek Piotra i Illiany wreszcie ma sens i jakby w promocji, od razu dostaje też drugie dno. I to jest fajne, bo rzeczywiście pasuje do postaci i coś wyjaśnia. Jeśli chodzi o relację między Scottem i Emmą, to jest ona dość mocno skrzywiona, ale podejrzewam, że tak właśnie ma być, bo pasuje to do równoległych wydarzeń w AVX. I też dokłada do nich coś na plus. Co mi się natomiast nie podobało, to rysunki, które są strasznie nierówne i sugerują nanoszenie poprawek w ostatniej chwili. Ale ostatecznie, mogę dać nawet 7/10.
jdtennesse: Hmm... Numer trochę poszatkowany... Historia dzieje się niby po AvX11, ale też chyba trochę przed. Najpierw spowiedź Petera, to akurat zrozumiałe, zawsze był "gentle soul", ale zaraz potem przemiana i atak... Czy Illyana jest szalona? Każdy przebywając wśród demonów chyba by zwariował. Wydawało się, że jest szansa na pogodzenie, ale jednak nie, dlaczego...? Ktoś tu czegoś nie rozumie, może ja. A potem kolacja przy świecach... Uśmiałem się, nie ma co... A cios w plecy w wykonaniu Scotta to chyba trochę za dużo... Chociaż to pewnie Phoenix a nie Scott... Za bardzo to wszystko pokręcone. Właściwie to po co w ogóle ten numer został napisany? Według mnie nie wniósł niczego do całej historii. No może fragment z Emmą o zdradzie i Illyaną. Jeśli chodzi o rysunki to na początku nawet mi się podobały, lubię ten styl ołówka kiedy zapominają o inkerze. Ale momentami lenistwo rysownika powala na kolana - na jednej ze stron(prawy górny panel) Storm traci jakiekolwiek kształty - wygląda jak bobas w kaftaniku. Ogólna ocena to chyba 3/10.

Winter Soldier #10
Krzycer: Cholera, naprawdę liczyłem, że to będzie koniec Fury'ego. Byłby całkiem niezły - na pewno miałby mocniejszy wpływ na tę historię, niż posłanie do grobu Jaspera.
Poza tym - dobry numer, jak zwykle w tej serii, kiedy tylko nie w niej małp z karabinami.
Gil: Kto obstawiał, że Nick Fury kupi farmę? No, jeszcze nie tym razem. Chociaż poważny uraz sugeruje, że może to być pierwszy krok do jego emerytury. Pożegnaliśmy natomiast agenta Sitwella, czyli kolejną postać z betonowej ekipy SHIELD. Całość wypada bardzo dobrze i o ile reakcje i rola Barnesa były do przewidzenia, to zaskoczyć może stanowisko Marii Hill i wprowadzenie na scenę posiłków. To ostatnie oczywiście przekreśla zapewnienia, że Winter Soldier będzie działał w tajemnicy przed resztą uniwersum, ale moim zdaniem to i tak cud, że udało się utrzymać taki stan aż przez 10 numerów. W tej historii czuć trochę wiarygodnych emocji i napięcia, a to pozwala utrzymać czytelnika. I po raz kolejny muszę wspomnieć o świetnych rysunkach. Dam nie tylko mocne 7/10, ale i tytuł numeru tygodnia.
 
Wolverine And The X-Men #16
Hotaru: Miałem nadzieję, że Aaron da już sobie spokój z tymi infantylnymi antagonistami. Kompletnie zaskoczył mnie poświęcając cały numer Hellfire Kids. Niestety, nic to nie dało. To nadal postaci z kreskówki, denerwujące, płaskie, nie pasujące do x-linii. Ani ten, ani kolejne 100 numerów im poświęconych tego nie zmienią.
Krzycer: Nie lubię Hellfire Kids, i nie polubię ich. Sekretny origin Kade'a Kilgore'a nic tu nie zmieni.
Ale, obiektywnie rzecz biorąc, poza tym, że Aaron zapomniał o tym, że cała Phoenix Five ma telepatię, to był to porządny komiks. W ramach tego, czym miał być. Po prostu nie interesuje mnie jego treść i nie lubię występujących w nim postaci.
Gil: Chyba popełniłem błąd, oceniając tak wysoko poprzedni numer, bo już skończyło się rumakowanie. Konik nie tylko padł, ale już zaczął śmierdzieć. Z trudem przebrnąłem przez cały numer, mamrocząc pod nosem serię obelg pod adresem scenarzysty. Cały numer poświęcony Hellfire Kindergarten. CAŁY numer. Kurrrr… zapiał! To bolało. Czytanie tego bolało i sprawiło, że zatęskniłem do tego irytującego bachora, Alphy. Bo tu mamy całą bandę bachorów, które są skrajnie wkurrrrrzające, ekstremalnie przerysowane, całkowicie niewiarygodne, a w dodatku głupio opisane. Rysunków czepiał się nie będę, bo mam sentyment do Bachalo, ale muszę dodać, że do tego typu historii nie pasuje, bo nie ma gdzie się rozpędzić. Ostatecznie, uznaję to za największy gniot tygodnia i nagradzam oceną 1/10.
wolvie111: Nie dosyć, że nie znoszę tego nowego Hellfire Club, to jeszcze cały numer jest poświęcony właśnie na to. Myślałem, że chociaż spotkanie Phoenix Five z dzieciakami przyniesie coś ciekawego, ale mimo to numer strasznie mnie znudził. Końcowe strony już po prostu przerzucałem. Szata graficzna równie kiepska.
 
X-Men vol. 2 #35
Hotaru: Oj, powinęła się Woodowi noga. Ten numer był nierówny. O ile wprowadzenie kolejnego konfliktu, tym razem na linii Domino-Betsy wypadło dośc naturalnie, o tyle wątek statku i nadlatującego pocisku rozciągnięto niczym gumę do majtek Bloba. Nie pomogły też szkaradne rysunki Rolando Boschi, które powinny co najwyżej stanowić szkic, a nie grunt pod pracę inkera i kolorysty. Na ostatnie 3 strony wrócił wprawdzie David Lopez, ale chciałoby się go o wiele więcej.
Krzycer: Ok, teraz tych ścierających się osobowości jest tu aż za dużo... A może po prostu zaczęło mi to przeszkadzać, bo rozmowy przytłoczyły akcję i pozbawiły ją dynamiki. A przecież mamy tu takie rzeczy jak zapobieganie uderzeniu rakiety i neutralizowanie uzbrojonych marynarzy. Czemu więc ten numer powiewał nudą? Tym razem Wood nie znalazł złotego środka.
Ale wreszcie mamy myślących, zindywidualizowanych mutantów - po dziesiątkach komiksów w których mieszkańcy Utopii zamieniali się w kolorowy, bezmyślny tłum jest to miła odmiana.
EndrjuSzopen:Podejście Marvela do wydawania serii komiksowych (jak najwięcej Mutantów, jak najwięcej Avengers) kompletnie mi się nie podoba i je tępię, ale ta seria przemówiła do mnie i czyta mi się ją całkiem przyjemnie. Wciąż ciągnięty jest wątek pierwotnych mutantów, a także pewnego rodzaju rozłamu wśród X-Menów, albo – braku zaufania, niesubordynacji… Wydarzenia z tej serii dzieją się jeszcze przed AvX, ale widać jak nieciekawie było między członkami jednego zespołu. Tak czy siak, ten numer nie zachwycił, a i niektóre rysunki były… dziwne? Nie wiem, ale miałem wrażenie, że nie były do końca udane. Ocena: 7/10.
Gil: Ależ tu się nic nie dzieje. Ile można latać nad oceanem w starym bombowcu i powtarzać w kółko, że mamy tajemnice? Nawet kiedy już pojawia się jakaś akcja, to nawet ona jest nudna, bo rysownik nie ma za grosz dynamiki. Podobno te historie do czegoś zmierzają, ale ja już nie pamiętam, co było w poprzedniej i zastanawiam się tylko, czy oni kiedyś w końcu wylądują? Nic więcej nie wymyślę, mogę się zdobyć tylko na wielki zieeeew i znudzone 3/10.

X-Men: Legacy #273
Hotaru: To chyba najnudniejszy i najbardziej przewidywalny komiks, jaki kiedykolwiek wyszedł spod pióra Christosa Gage'a. A scenarzysta ten nie grzeszy oryginalnością. Cała ta historia to jedna wielka zapchaj-dziura, a rysunki Rafy Sandovala nie powinny się na coś takiego marnować. Szkoda rysownika - z jednej strony wychodził z siebie, by innowacyjnie zilustrować do bólu sztampową fabuł, a z drugiej jego wysiłki zostały zaprzepaszczone przez kolorystkę. Oby jego współpracownicy przy kolejnym projekcie byli bardziej do niego zbliżeni poziomem.
Gil: Nuuuuuuuuuuuuuda! Ta historia jest tak cholernie generyczna i napchana kliszami, że nawet nie wiem, co mógłbym o niej napisać. Niedawno oglądałem Johna Cartera, więc teraz mam wrażenie, że fabuła jest całkowitą kalką tamtego scenariusza, dodatkowo wypchaną watą z fanboyowskiego zachwytu. I jedyna pozytywna rzecz, jaką mogę o niej powiedzieć to, że wreszcie się skończyła. Pofilozofowałbym jeszcze na temat, „co się stało z Gagem?”, ale tak mnie znudził ten numer, że nawet mi się nie chce. Kolejne 3/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #3
EndrjuSzopen: No i skończyła się pierwsza przygoda wielowymiarowej grupki Mutantów! W kolejnym numerze dostaniemy kolejny alternatywny świat z kolejnym Xavierem do zamordowania! Wciąż mam wrażenie, że ta seria jest prowadzona zbyt telenowelowo; bohaterowie nie potrafią zrozumieć prostych rzeczy, dialogi też są takie jakieś tępe, problemy tutaj poruszane nie wyglądają w ogóle na problemy… Chociaż chyba ten numer czytało mi się najlepiej jak do tej pory. Ocena: 6,5/10.
Gil: Eee… Co tu się właściwie stało? Na przestrzeni kilku paneli wszystko wywróciło się do góry nogami, okazało się, że to, co wiedzieliśmy do tej chwili to jeden wielki bullcrap i za wszystkim stoi zły Xavier. Bo jest zły. I się chyba nudził. Oczywiście, niczego to tak naprawdę nie wyjaśniło, ale równie szybko się go pozbyli i nagle wszystko jest cacy. I jeśli się nie mylę, to pozbyli się po drodze także młodej Frost, bo... whatever. A tak w ogóle, to chyba coś przegapiłem, bo nie przypominam sobie, jakim sposobem oni podróżują między światami. Ale to może wina mojej kiepskiej pamięci do mało interesujących fabuł, wypełnionych watą. Ale spoko, teraz czeka nas dziki zachód, więc na pewno będzie jeszcze nudniej. Kolejny tytuł z iksem, który kończy z oceną 3/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0265a.jpgAvengers Vs. X-Men #11 (Sara Pichelli Variant)
Autor: Sara Pichelli

Hotaru: Sara Pichelli udowadnia, że zdobyty w tym roku Harvey Award w kategorii "Najbardziej obiecujący nowy talent" jest w pełni zasłużony. I co z tego, że zdaniem niektórych okładce może brakować nieco subtelności - czasami wystarczy, że jest świetna już na pierwszy rzut oka.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.09.12
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.