Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #264 (10.09.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 10 wrzesień 2012Numer 37/2012 (264)


Kolejny tydzień za nami. Marvel uraczył nas dużą ilością nowych komiksów, a nasi czytelnicy zaserwowali nam sporą ilość swoich opinii na ich temat. Do czytanie dużo więc życzę przyjemnej lektury.

Age Of Apocalypse #7
Krzycer: Średnio. Z jednej strony zaczynam się powoli przekonywać do niektórych postaci poza Jean i Sabretoothem (którego pan autor powinien wreszcie wypuścić z pierdla, bo się marnuje). Z drugiej strony mamy kolejne rozszerzenie obsady, kolejne spojrzenie na kawałek świata, którego jeszcze w tej serii nie widzieliśmy... I kolejne dowody na to, że pan Lapham zna oryginalne AoA tylko w zarysach.
Gil: Wystarczyła krótka przerwa, żebym absolutnie przestał interesować się wydarzeniami w tej serii. Zresztą, czy ona w ogóle będzie istnieć po wielkiej marvelowej rewolucji? Who cares… Ale żeby być szczerym, próbowałem podejść do tego numeru z zainteresowaniem. Nawet trochę udało mi się je pobudzić, gdy natknąłem się na nazwiska Quire i Wisdom. Ale gdy znów na scenę weszła ta czereda płaskich postaci, które przypomniały mi, że zupełnie nie mam względem nich żadnych odczuć, jakoś moje zainteresowanie zeszło śmiercią naturalną. Nie zdołał go wskrzesić Iron-Doom-Man, ale za to przewróciło się w grobie na wieść o tym, co stało się z Emmą. To kolejna postać, którą wywrócono w tej odsłonie na lewą stronę. Bo tak i już. Nie wierzę już, że gdziekolwiek to wszystko zmierza, więc zastanawiam się, czy skreślić, czy jeszcze odprowadzić do rychłego końca? Zobaczymy, przy okazji kolejnego numeru, a za ten wystawię 4/10.

Amazing Spider-Man #693
Hotaru: Nie, nadal nie lubię Alphy. Zaczynam nawet podejrzewać, że to będzie tylko chwilowa moda, bohater, który nie zagrzeje w uniwersum miejsca na dłużej. Dlaczego tak twierdzę? Kiedy wprowadzono do uniwersum Ultimate Milesa Moralesa, czuć było potężną machinę, która za tym stała - wszystko było przemyślane od każdej możliwej strony. Alpha to dwuwymiarowy irytujący wypierdek, który pewno zginie w finale historii, a że ma już takie podejrzenie, to nie chce mi się w ogóle inwestować emocji w jego irytujące przygody. Za to Humberto Ramos rysuje świetnie.
Krzycer: ...czy Jackal kiedyś był poważnym przeciwnikiem, czy zawsze się tak zachowywał? Jest szalenie irytujący. Alpha też, ale w jego wypadku jest to zamierzone. Mr. Fantastic w dalszym ciągu jest bucem, na buca wyjdzie też Spider-Man, jeśli odbierze Alphie moce, więc... Czyżby Slott celował w grecką tragedię, pisząc historię, w której wszyscy bohaterowie wypadną źle?
Tragedii w każdym razie jeszcze nie ma, ale jest już blisko.
Szczepi: NIE CIERPIĘ ALPHY! Jest to tak zapatrzona w siebie, najbardziej antypatyczna postać jaką ostatnio wymyślono. Rozumu i pokory nie przybywa mu nawet wtedy, gdy chłopaczek dostaje solidnie po tyłku od Jackala. Jeśli miał on być zabawną wersją młodocianego bohatera, współczesną dzisiejszej młodzieży, to mu się to nie udało. A może jednak...? W każdym razie mam nadzieję, że go się wkrótce pozbędą, czy to poprzez jego unieszkodliwienie, czy też umieszczenie w jakiejś Negative Zone czy innym Limbo.
avalonpulse0264b%20%5B1600x1200%5D.JPGGamer2002: Jackal próbuje wykorzystać Alpha do swych niecnych celów, ale mu się nie udaje. W sumie nie wiem jak to jest z tym nieudanym klonowaniem, bo niezmienione DNA, przecież komórki Andy'ego są przepełnione tą energią. Taki superbiolog i spec w klonowaniu jak Jackal chyba zdołałby je podzielić?
Podoba mi się jak Parker użył swej naukowy wiedzy do znalezienia Alphy i sprytu by przechytrzyć Jackala - jak mówiłem, radośniejszy Batman z supermocami. A co do Andy'ego... Eh, w poprzednim numerze był tylko nieświadomym (nie licząc popychania tego, który wcześniej go popchnął) dupkiem, który był tylko głupi, tutaj przechodzi w pełni świadomą dupkowatość. Mam nadzieję, że nie odbiorą mu mocy tylko on i Peter jednak się pogodzą po tym jak Spider-Man udowodni, że nie warto nim pomiatać. Ta historia może nadać Pajączkowi nowy kierunek, nie warto tego marnować. W końcu Reed Richards wierzy, że to jeszcze może się udać! Ale półki co, 6.5/10.
Gil: Jeśli będzie jakiś konkurs na najbardziej irytującą nową postać, to Alpha na pewno wygra go w cuglach. Ten typ działa na mnie jak kapusta z mlekiem. Jest do tego stopnia przekozaczony, że mam ochotę na grupowy uścisk z Romulusem i Dakenem. A cały problem polega na tym, że nie umiem jednoznacznie powiedzieć, czy to efekt zamierzony, czy przypadkowy. Wiele jest wskazówek, że to tylko okrutny żart Slotta i spółki, wielki ^_-wink-_^ w stronę czytelników starszych przez przerysowanie współczesnego nastolatka, a jednocześnie taki królik trojański dla tych właśnie. Nawet jego imię to injoke.* Tylko chwilami mam wrażenie, że ten żart wyszedł im trochę za bardzo i może się zemścić. No dobra, ale wróćmy do tego zeszytu. Jego 90% to czysta głupota, wirująca wokół wspomnianego wyżej osobnika. Nawet Jackal zachowuje się jak jakiś polski minister, najpierw odpalając wielki plan sklonowania dzieciaka, a dopiero potem sprawdzając, czy to w ogóle ma sens. Ale czy ktoś jeszcze bierze go na poważnie? Jedyne, co jest jeszcze interesujące, to do czego posunie się Piotrek, żeby wyrwać chwasta? Natomiast jeśli chodzi o ocenę, to znów mam dylemat. Nie jeśli chodzi o rysunki, bo Ramos tutaj nie dostanie ani jednego miłego słowa. Nie wiem, czy oceniać to w kategoriach chytrego żartu i rzucić wysoką notę, czy zmieszać z błotem, jeśli się okaże, że nie jest żartem. Postawię więc neutralne 5/10. */ Jakby ktoś jeszcze nie zauważył: Andy Maguire = Andy (Garfield) + (Tobey) Maguire, duh!
EndrjuSzopen: Dan Slott. Humberto Ramos. Jackal. Wielkie zagrożenie. Główna seria z Pająkiem w roli głównej. Tak, połączenie tych wszystkich rzeczy w jedno sprawia, iż od razu tracę ochotę nawet po sięgnięcie po dany numer. Owszem, pierwsza część historii z Alphą, nastolatkiem, który nagle uzyskuje super moce przez wynalazek Petera, była pierwszym od kilku tygodni znośnym numerem ASM i spodziewałem się czegoś co najmniej porządnego, nawet mimo pojawienia się Jackala na ostatnich kadrach części pierwszej – bo po zeszłorocznym "Spider Island" postać ta w rękach Slotta straciła w moich oczach. No i… No i ten numer jest beznadziejny; tak, dokładnie. Jak zawsze, Dan Slott umiejętnie sprowadził duże zagrożenie i master plan do dziecinnej farsy, która nie ma głębszego sensu, nie ma nawet co się go doszukiwać. Żal patrzeć na to, co Dan Slott robi z główną serią o Spider-Manie. Ocena: 5,5/10.
Volf: Slottowi udało się zaciekawić ostatnim numerem. Szkoda, że zwyżka formy była najwidoczniej jednorazowa. Tutaj dziecinność znowu zaczyna drażnić, a Alpha jest przedstawiany tak, że zwyczajnie nie da się z nim sympatyzować. Coś czuję, że jak do #700 poziom się nie zmieni, to seria poleci w mojej reading list do odstrzału.

Avengers Academy #36
Hotaru: Chyba wolałbym, żeby ten numer zilustrował Green, a nie di Vito, ale muszę przyznać, że kilka kadrów robi wrażenie, np. pocałunek Hazmat i Mettle'a. Inne sceny trudno mi wyróżnić, bo powoli tracę zainteresowanie tymi bohaterami i tą historią. Myślę, że wiem, jakie Gage miał intencje pisząc tą fabułę, jednak nie widzę realizacji tego planu na stronicach. Domyślam się na podstawie tego, czego brakuje, a nie tego, co być powinno. Skoro ta seria ma być jednak restartowana w ramach Marvel Now, to może dostanie nowego, mniej wypalonego scenarzystę?
Krzycer: Muszę przyznać, że jest tu parę zalet. Striker wreszcie zalicza jakiś character development (nie związany z coming outem) i daje się lubić. Wątek Mettle i Hazmat kończy się przewidywalnie, ale i oni wypadają nieźle.
Źle wypadają za to Reptil i White Tiger. Nie pomaga idiotyczna konstrukcja sceny, w której Lightspeed znajduje chwilę na kliszastą przemowę która porusza ich serca w samym środku walki.
Na dodatek Gage zmówił się z rysownikiem i teraz również pan Di Vito krzywdzi X-23.
EndrjuSzopen: Eeech… Nie wiem, serio, nie wiem co mam o tym powiedzieć, bo coraz mnie mi się to podoba. Owszem, sięgnąłem po tą serię całkiem niedawno w ramach mojego zagłębianie się w uniwersum Marvela, na początku mnie trochę zaintrygowała – co w przypadku wielu serii Marvela jest rzeczą trudną – ale przy tym numerze moje zainteresowanie opadło. Wiecie, jest wielkie zagrożenie, ale tylko stara się nam to wmówić, bo wcale go nie widać – cóż, przypadłość komiksów tego wydawnictwa. Ocena: 6/10.
Volf: Co by o Gage'u nie pisać, to trzeba przyznać, że jego poziom jest równy. Równo średni. Dramatyzmu nie czuć w ogóle, wydarzenia które mogłyby robić wrażenie, takowego nie robią. Ale wciąż czyta się to dobrze i nie ma też niczego, co by jakoś irytowało. Ot rzemieślnicze czytadło.

Dark Avengers vol. 2 #180
Krzycer: Dość chaotyczny numer. W sumie nic dziwnego, skoro splata wiele wątków z trzech różnych epok, na dodatek przedstawiając nam dorosłą córkę Cage'a, bo czemu nie? W dalszym ciągu fan-fic do Sędziego Dredda tylko przeszkadza, bo strasznie zgrzyta i wciąż nie wiadomo po co się w to bawimy.
A do tego dwa cliffhangery w środku numeru - ani nie dowiedzieliśmy się, co Abe zobaczył w siedzibie FACTu, ani z kim rozmawiał USAgent (choć obstawiam Juggernauta). Wszystko to ustawia pionki przed ostatecznym rozstrzygnięciem, i fajnie, ale w tym numerze zabrakło jakiegoś mięcha.
Szczepi: Strasznie się to wszystko przeciąga. Z jednej strony fajne jest to, że obie dziejące się równolegle historie w końcu się zazębiają (poprzez wysyłanie sobie międzyczasowych wiadomości), powoli odkrywany jest spisek F.A.C.T.-u, jest obietnica pojawienia się Juggernauta oraz przedstawiony jest origin Cage'a/Dredda, to i tak, jak napisałem wcześniej, ciągnie się to niemiłosiernie. Ja zamknąłbym to w jednym, góra dwóch numerach. Być może jest to spowodowane nadchodzącym Marvel NOW. Poczekamy, zobaczymy. Na koniec jeszcze jedna kwestia: dlaczego ta seria nazywa się Dark Avengers, skoro tytułowych antybohaterów jest tutaj jak na lekarstwo?
Gil: No patrzcie, okazuje się, że jednak te wątki mają szansę się połączyć w jakąś w miarę logiczną całość. Fajnie, bo szkoda byłoby, gdyby całe przyjemne wrażenie po tych historiach z podróżami w czasie zostało zatarte przez kiepskie zakończenie. Ale chociaż widzę światełko w tunelu, to nie da się ukryć, że jeszcze z niego nie wyjechaliśmy. Mamy tu kilka fajnie splatających się wątków, ale między nimi całą górę waty. Niepotrzebnych, wacianych postaci i nieciekawych, watowanych pomysłów. Cała ta przyszłościowa otoczka pachnie mokrym snem fanboja Judge Dredda, a to, co robią Dark Avengers jest tylko struganiem marchewki i lansowaniem Sultana Magusa na drugiego Dooma. Niestety, równowaga między tym co fajne, a watą nie jest zachowana. O rysunkach też nie można powiedzieć, że są równe. Tym razem więc, tylko sympatia do tytułu i nadzieje na przyszłość zdecydowały, że dostanie 5/10, a nie mniej.
EndrjuSzopen: No nie wiem. Nie no, ok, wiem. Marvel wydaje jak najwięcej komiksów z Avengersami czy X-Menami w tytułach, bo rzadko kiedy udaje się tam wymyślić coś innego dobrego – ale drużyna nie do końca dobrych postaci będącymi kalkami superbohaterów? Kalkami jeśli chodzi o wygląd, moce…? Naprawdę…? Dziwię się, że wciąż to czytam – może przeczytałem dopiero tylko sześć numerów, ale w ich przeciągu tak naprawdę nic się nie działo, dostałem niekończący się chaos, z którego wynika niewiele. I ten numer był taki sam. Ocena: 5/10.

Defenders vol. 4 #10
Krzycer: ...ok, od jakichś dwóch numerów nie wiem, co właściwie się dzieje. I wciąż nie podoba mi się Aman w roli tego złego. Ale poza tym to nawet sympatycznie mi się to czytało.
Tylko czemu zarost Scotta Langa znika i pojawia się na co drugim kadrze?
Gil: Jak się tak przyjrzeć, to chyba Marvel zaimplementował nam jakiś tydzień dobroci dla Fractiona, bo wypuścił naraz aż cztery jego tytuły. I nawet ułożyły się po kolei alfabetycznie. Zaczynamy od tego, który ostatnimi czasy podobał mi się najbardziej. I niestety, użycie czasu przeszłego nie jest tu bez znaczenia. Bo jak już zaczęło to fajnie wyglądać, ktoś na górze przeciął sznurki i wszystko pierdykło o beton. Przeskakujemy z w miarę logicznej fabuły do jakiejś dziwnej sytuacji, a zanim zdążyłem się zorientować, jak ma się to wszystko do poprzednich wydarzeń, dawka absurdu już zdążyła zlasować mi aktywną część mózgu. W dodatku nie jest to ten zabawny rodzaj absurdu, chociaż sili się na taki. Raczej ten, który na Ulicy Sezamkowej sponsorowałyby literki W, T i F oraz znak zapytania. A gościem specjalnym jest wrzucony od czapy Ant-Man. Spod tego wszystkiego przebija się nieśmiało dość fajnie przedstawiony wątek Surfera, za którym mogą kryć się jakieś odpowiedzi. Niestety, brak mu sił, żeby wnieść tu coś istotnego i podnieść ocenę, która powyżej 3/10 się nie wzniesie.

First X-Men #2
Krzycer: Ojej, ależ to jest szmira. Przyznam, że po pierwszych paru kadrach już tylko przekartkowałem resztę, nie wczytując się w drętwe dialogi, nie zastanawiając się nad dobrocią serca Logana i Creeda szkolących mutantów, i nie wpatrując za długo w dziwne twarze rysowane przez Neala Adamsa, który obdarowuje wszystkich bohaterów końskimi szczękami.
Co boli mnie o tyle, że lubię stare rysunki Adamsa.
W każdym razie - nie ma zaskoczenia, to jest gniot tygodnia. Hm, drugi tydzień z rzędu jest to wydumana, nikomu nie potrzebna miniseria z "X-Men" w tytule. Kto by pomyślał?
Gil: Holo, Yeti, Bomb… Albo komuś skończyły się pomysły, albo ktoś ma problemy z przyswajaniem słów wielosylabowych. Ale tak prawdę mówiąc, to przaśność tych ksywek jednocześnie mówi wszystko o tym komiksie. Fabuły w nim tyle, co uczciwości w polityce. Nawet skłonny jestem zaryzykować stwierdzenie, że powstał według starej marvelowej metody – rysownik coś sobie nabazgra, a potem złapie się frajera, który dopisze dialogi. No bo w końcu to Adams jest gwiazdą tej mini, a nie Gage. Niestety, mój problem z Nealem Adamsem jest dokładnie taki sam jak z Chrisem Claremontem: powinien już kupić przyczepę na Florydzie i oganiać się od aligatorów. Nic, ale to zupełnie nic mnie tutaj nie przyciąga, a listą szczegółów, które odpychają, mógłbym zapełnić gazetę. Niech więc wszystko wyrazi się oceną: 1/10.
EndrjuSzopen: Mini seria o pierwszych X-Menach… Czy coś. Macza w tym swoje palce Neal Adams – jako scenarzysta; jego rysunki lubię – jedyna osoba, która potrafiła mnie odstraszyć od czytania jakiejś serii komiksowej (Batman: Oddysey z DC rzuciłem po jednym numerze). Natomiast tutaj na razie czytam, ale nie za bardzo jest o czym. Ocena: 6/10.
 
Hawkeye vol. 4 #2
Hotaru: Ogląda się to i czyta całkiem przyjemnie. Czegoś mi jednak brakuje. Nie znam dogłębnie postaci Hawkeye'a, wiec zapewne bym nie wychwycił drobnych przekłamań i niekonsekwencji, uczucie dyskomfortu powodować więc musi Kate Bishop. Może chodzi o to, że jest ze swoim idolem po imieniu. Może o to, że uganiając się z Bartonem po Stanach, nie będzie miała czasu dla Young Avengers. A może o coś innego. A może się czepiam?
avalonpulse0264c%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: ...nadal dobrze. Bardzo dobrze. Nie tylko rysunki - choć są fantastyczne. W tym numerze mamy sporo akcji i mnóstwo dialogów. Tak jedno jak i drugie wypada świetnie.
To nie jest kwestia tego, że Fraction jak chce, to potrafi. Są scenarzyści niemal uniwersalni, sprawdzający się przy wszystkim, nad czym pracują. Fraction nie jest jednym z nich, czego rezultaty widzieliśmy w UXM, Iron Manie, Thorze i innych. Ale Hawkeye pasuje mu świetnie - tak, jak dawno temu pasował mu Iron Fist. (Swoją drogą kiedy są w cywilu Aja nie ułatwia odróżnienia jednego od drugiego...)
Gil: Festiwalu Fractionizmów ciąg dalszy. O tym wcześniej nie pisałem, więc skorzystam i wtrącę słowo na temat oczekiwań, jakie wobec niego miałem. Słowo brzmi: żadne. Dlaczego? Bo Hawkeye miał już wcześniej kilka solówek – ze trzy mini, jeden ongoing plus parę okupacji w seriach Avengers Solo i podobnych – ale żadna z nich nie zdołała się wybić. Nie przypominam sobie nawet, żebym widział jakąkolwiek pozytywną ich ocenę. Jako postać też znajduje się daleko poza czołówką moich ulubionych bohaterów, a i sporo za tymi średnio-lubianymi. A teraz dają go człowiekowi, na którym wieszam psy częściej niż pranie na balkonie. I co? I moje oczekiwania mniej więcej się sprawdziły. Nawet więcej niż mniej, bo odnośnie głównego bohatera sprawdziły się całkowicie. Nie ma nic do zaoferowania, nudzi i bulbocze coś bez sensu. Za to muszę przyznać, że ten numer całkowicie ukradła Kate i podniosła jego wartość o parę oczek. Jeśli nadal będzie tak prowadzona, może okazać się świetną przeciwwagą dla tego rozmemłanego hiroła. Drugą osobą, która podciąga notowania tytułowi jest David Aja. Wobec niego nie miałem oczekiwań, bo liczyłem, że pokaże coś innego i tak rzeczywiście zrobił. Nadal jest to jego styl, ale lekko odchylony w stronę Steranko, z elementami pop-artu i symbolizmu. Nie każdy kadr mi się podobał, ale ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Na tyle dobre, że to właśnie ono przechyliło szalę oceny na plus i wyciągnęło na 6/10.
EndrjuSzopen: Solowa seria kalki Green Arrowa z DC Comics przyciągnęła moją uwagę, bo… No, bo była nowa, a staram się od jakiegoś czasu w Marvelu czytać coraz więcej. Nie spodziewałem się fajerwerków, bo i postać, którą spotkałem kilka razy w innych seriach komiksowych, nie podpada pod mój gust. A do tego to Marvel. Ale, mimo tego wszystkiego, seria mnie zaskakuje – swoją formą, narracją, prowadzeniem i dość niesamowitym klimatem. Wszystko to pozytywnie mnie zaskakuje z kroku na krok, mimo iż myślałem, że po #1 nic mnie w tej serii już nie zaskoczy. Jednak! Wielki pozytyw tygodnia. Ocena: 8/10.

Invincible Iron Man #524
Gil: Ułamkomanii ciąg dalszy i jak to w przyrodzie bywa, po szczycie jest spadek. O ile Hawkeye może zasłużyć na miano jego najlepszego tytułu, o tyle Iron Man zdecydowanie jest tym najgorszym. Czasami mam wrażenie, że on nie lubi Antosia nawet bardziej niż ja i od początku swojego runu serwuje nam epopeję pod tytułem "Milion sposobów upokorzenia Starka". Nie jest to może poziom całowania po mackach Octopusa, ale znów Tosiek płaszczy się przed swoim przeciwnikiem i robi za jego podnóżek. Tym razem jest to Mandarin, więc można powiedzieć, że upokorzenie jest tym większe. Oprócz tego, kręci się jeszcze parę wątków, które nawet zaczynają zdradzać jakieś związki między sobą, ale są one tak samo nie-interesujące, jak przez ostatnie X numerów. Czyli stały poziom tej serii: 2/10.
 
Mighty Thor #19
Hotaru: Nie podobają mi się kolory. Tak bardzo, że z każdą kolejną stroną coraz wyraźniej rzucała mi się w oczy ich brzydota. Niby Chris Sotomayor ilustrował też Journey into Mystery, ale jakoś aż tak bardzo mnie jego praca nie uwiera na rysunkach di Giandomenico. Alan Davis zasługuje na coś lepszego. To samo tyczy się fabuły. Alan Davis powinien ilustrować coś lepszego. Nie jest źle, ale "epickości" tej historii w ogóle nie odczuwam.
Krzycer: ...ale o co chodzi? Co się stało z buntem Asgardczyków i rzucaniem się na Thora? Czemu Loki zbiera opał w Vanasfjakimśtamheimie? I czemu, czemu, czemu ta ostatnia strona przedstawia to, co przedstawia? Liczę tu na jakąś fintę w fincie, bo inaczej będzie mi przykro.
Szkoda, że ostatni numer crossa będzie fractionowy.
Gil: Wszystko płonie, a jakoś ani gorączki, ani zapału w tym nie czuć. Bunt, który nie wiadomo skąd się wziął, równie szybko prysł, znów wszyscy się lubią i w ogóle. Coś niby się dzieje w dziewięciu światach, ale pokazują to po jednym kadrze, więc zupełnie nie czuć znaczenia, ani zagrożenia. Dialogi właściwie nic nie wnoszą i tylko ostatnia strona ma jakiekolwiek większe znaczenie dla fabuły. Czyli na zakończenie Fractionfestu mamy tytuł, którego nasz "bohater" absolutnie nie czuje i nie umie nic nim przekazać. Nie pomagają też rysunki Davisa, który od dłuższego czasu jest dla mnie mocno antyklimatyczny. Za nijakość dam 3/10.
Volf: Nie ma wątpliwości, że to będzie ta gorsza część crossoveru. Ale jestem wdzięczny Fractionowi. Wdzięczny, bo mógł tu zepsuć naprawdę wiele, a na szczęście ograniczył się do bezpłciowego pociągnięcia do przodu paru wątków. Dzięki temu będzie można bezboleśnie przejść do części tworzonej przez Gillena i delektować się dobrą opowieścią. Aha - nie wiem, który to ostatnio rzucił trafną tezę odnośnie finałowej niespodzianki, ale zazgadnięcie i zepsucie niespodzianki ma u mnie dużego minusa!

Punisher vol. 5 #15
Krzycer: Wrabianie bohatera w zbrodnię to nic nowego. Ale, po pierwsze, Punisher nadaje się na kozła ofiarnego jak mało kto. Po drugie, wykonanie robi wrażenie. Chaos, liczba ofiar, reakcja otoczenia... No i śmierć jednej z postaci, które towarzyszyły nam od początku runu Rucki. A więc - pomysł nieoryginalny, wykonanie - pierwszorzędne.
Szczepi: No to już wiadomo dlaczego Avengers będą ścigać Castle'a i Cole-Alves po całym Nowym Yorku. Takiej rozwałki w tym komiksie nie było od dawna. Zdumiewa mnie jedynie naiwność policji, która była skłonna uwierzyć, że Punisher zabija niewinnych ludzi. Z kolei zaszokowała mnie śmierć jednej z kluczowych postaci w serii. Fakt, był to błąd żółtodzioba, ale jak tragiczny w skutkach. Podsumowując, nie mogę się doczekać ostatniego numeru oraz rozpoczęcia zabawy obu Punisherów z Earth's Mightiest Heroes.
EndrjuSzopen: Jedna z tych perełek wydawanych przez Marvela, dzięki którym nie tracę nadziei w to wydawnictwo. Seria dojrzała o ludziach, których życiem jest zemsta, a scenarzysta nie boi się pokazywać mocnych scen, jak np. w tym numerze zbiorowy mord zwykłych cywilów. Te komiksy czyta się szybko, przyjemnie i nie ma się wrażenia, że coś jest nie tak. Warto czytać, naprawdę. Ocena: 7/10.

Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #14
Hotaru: W końcu mogę wytknąć babol. Miles Morales pojawia się tylko w tej serii i w Spider-Men, ale Bendisowi i tak udało się nie zachować spójności między tymi dwoma projektami. Bo skoro Miles gaworzył sobie już z Gwen i May w Spider-Men (i wg. słów scenarzysty ta miniseria była wcześniej), to dlaczego tutaj wszyscy się sobie jeszcze raz nawzajem przedstawiają? Oj, a tak łatwo można było tego uniknąć... Ale co tam, to i tak najlepsza i najładniejsza seria Marvela, jaką obecnie czytam, a to niedociągnięcie nie odbiera frajdy z lektury.
Krzycer: Sympatyczny numer, choć przewidywalny. I trochę niewiarygodny, bo w sumie dlaczego Cap zmienia zdanie? Wszystko, co mówił wcześniej, pozostaje w mocy. Naprawdę wystarczyło, żeby zobaczył na własne oczy, jak Miles pokonuje kogoś większego od siebie? Czegoś mi tu zabrakło.
Ale poza tym UCSM trzyma poziom, przywraca wiarę w Bendisa i tak dalej. Standard.
EndrjuSzopen: Poziom tej serii jest chyba oczywisty – jest bardzo dobrze, nawet mimo tego, iż w świecie Ultimate Peter Parker nie żyje już od dłuższego czasu, a Spider-Manem jest teraz Miles Morales, czarnoskóry nastolatek. Nie czytam innych komiksów umieszczonych w świecie Ultimate, więc nie wiem dokładnie co się dzieje (a dzieje się sporo, Amerykę dzieli wielki konflikt), ale – na szczęście – nie przeszkadza to w czytaniu tej serii. I patrzcie, nawet nie musi dziać się nic wielkiego, żadne ogromne zagrożenie na świecie, wystarczy po prostu dobrze i ciekawie poprowadzony komiks, żeby się go czytało z przyjemnością. Panie Slott, niech pan się uczy. Ocena: 7/10.

Venom vol. 2 #24
Krzycer: ...z jednej strony chciałbym doczekać przeprowadzki do Filadelfii, z drugiej - boli mnie to przedstawianie Hellstorma. I reszta fabuły. Choć demon uchwycony przez symbionta i eks-ksiądz--harlejowiec to fajne rodzynki w tym zakalcu. Może zacznę to "czytać" jak First X-Men i będzie dobrze...
Gil: Czy skrzyżowanie Venoma z demonem to Denom, czy Vemon? <snare-snare-hat!> I na tym właściwie mógłbym zakończyć swoją opinię o tym numerze. Ale jak jeszcze raz go przejrzałem, to taka refleksja mnie naszła: Bunn należy do tych scenarzystów, którzy czasami miewają jakiś niezły pomysł (jak demon, uwięziony przez symbionta), ale zupełnie nie potrafią go wykorzystać i zasypują całą górą zbędnego crapu (jak Monsters of Evil). W dodatku podpadł mi już wcześniej, wywracając na lewą stronę Hellstorma i pastwiąc się nad nim bez większego uzasadnienia. Za Remendera ta seria przynajmniej miała to coś wyjątkowego, ale teraz jest już tylko nijaka, jak inne serie tego pana. I tylko za ten jeden lepszy pomysł dostanie 3/10.
EndrjuSzopen: Zmiana scenarzysty jest zauważalna. Rick Remender, poprzedni scenarzysta, sprawił, że przyjąłem do siebie, a nawet polubiłem fakt, iż Flash Thompson – a nie Eddie Brock – jest nosicielem symbiota i działa dla rządu. Po prostu poprowadził tą serię śpiewająco, pokazując że w komiksach z rodziny Pająka można tworzyć dobry komiks, który nie jest dziecinną farsą (patrz – ASM). Teraz dostaliśmy drugi numer z nowym scenarzystą, którego historia nawiązuje do "Circle of Four" sprzed kilku miesięcy, ale… No właśnie, no ale do końca jest to-to ciekawe ani dobrze robione. No, nie jest to Venom, na którego czekałem co miesiąc z niecierpliwością. Ale czy jest źle? Nie, no czytałem gorsze rzeczy. Ocena 6,5/10.
Volf: Bunn jest trochę jak Gage. Miewa dobre pomysły, ale ni cholera nie potrafi ich przedstawić inaczej niż nijako. A w tej serii to boli, bo jego poprzednik tworzył jedną z najlepszych solówek w Marvelu. Czytam to tylko dlatego, bo mam wciąż nadzieję, że w końcu dowiem się, o co chodzi z Daimonem.
 
avalonpulse0264d%20%5B1600x1200%5D.JPGX-Factor #243
Hotaru: To było okrutne. I za to kocham Petera Davida. Nie ważne, jak nieciekawa może być postać, on znajdzie sposób, by wygrzebać ją z nijakości i uczynić ludzką. Wystarczył jeden numer, bym zaczął przejmować się losami Polaris, które - od kiedy pamiętam - były mi co najwyżej obojętne. Jeśli PAD zamierza przepuścić też resztę swych postaci przez taką wyżymaczkę, to ja mogę tylko zacierać ręce.
Krzycer: Dla mnie był to odkrywczy numer - nie tylko ze względu na rewelacje dotyczące przeszłości Polaris, po prostu dotąd nie wiedziałem w ogóle o śmierci jej rodziców i całej reszcie, kojarzyłem tylko, że nie jest absolutnie pewne, czy Magneto jest jej tatusiem. Magneto, swoją drogą, wypada w tym numerze całkiem pozytywnie.
Poza tym fajnie rozwijają się wątki w tle - relacja Layli z M, czy pogłębianie Longshota. Zastanawiam się, czy PAD wykorzysta jakoś wydarzenia z tego numeru, by uzasadnić zbliżające się przejście Havoka do Uncanny Avengers.
Z wad - Kirk jak zwykle nie stara się kiedy przychodzi do postaci w tle... No i kadr na którym Polaris upuszcza zdjęcie wyszedł mu koszmarnie. Jakby zdjęcie się nagle wyrwało, pociągając za sobą Lornę.
Szczepi: To już się robi powoli nudne, że PAD pisze świetne numery X-Factor. Prawda, zdarzały mu się nieco przydługie bądź mało zabawne numery, ale można na to przymknąć oko. Tym razem na warsztat została wzięta Polaris, jej origin i konsekwencje, jaki się z nim dla niej wiążą. Szczerze przyznam, że Lornę znam tylko z kilku numerów starusieńkich wydań X-Men za czasów panowania TM-Semic na polskim rynku komiksowym. To, że jest ona córką Magneto, dowiedziałem się też przez przypadek. Niemniej jednak, mistrzowi Davidowi udało się uporządkować jej zawiłą historię, a także zainteresować mnie tą postacią, może nie na tyle, by ją polubić, ale to już coś. Plus cudowne dialogi między Lorną i Longshotem, Monet i Madroxem oraz pewne drobne popkulturowe nawiązanie. Jak dla mnie numer tygodnia.
Gil: Ech… Polaris. Postać, której nigdy nie potrafiłem polubić. Zwłaszcza, odkąd niejaki Austen za pomocą domowego testu genetycznego uczynił z niej córkę Magneto. A teraz za ten wątek zabrał się Peter David – człowiek, który jest dla komiksów jak MacGyver, potrafiący zrobić coś z niczego. Ten, który potrafi wyciągnąć z samego dna fabularnej kloaki zapomnianą i nielubianą postać i sprawić, że nie tylko da się ją lubić, ale wręcz uwielbiać. Czy tym razem mu się udało? Miałem wątpliwości prawie do samego końca, ale na szczęście okazało się, że rozwiązanie zaserwowane za pierwszym razem było chytrą zmyłką. Ostatecznie wyszło dobrze i po raz kolejny, zabieg mistrza sprawił, że spojrzałem na postać w innym świetle. W tej chwili to jeszcze za mało, żebym ją polubił, ale przynajmniej zmyło skazę Austena. Szkoda tylko, że rysunki nie dociągnęły do poziomu fabuły. W większej części były niestety bardzo niedbałe. Ale i tak ten zeszyt dostanie zasłużone 7/10, a tytuł po raz kolejny zostanie hiciorem tygodnia.
EndrjuSzopen: Ta seria jest na swój sposób znakomita – mimo, iż to kolejny tytuł o mutantach, od których czasem robi się już niedobrze, to czyta się kolejne numery tegoż bardzo przyjemnie, a i fabuła potrafi pozytywnie zaskoczyć. Po prostu ten komiks w jakiś sposób jest inny niż reszta i nawet zatrzęsienie postaci, których na początku nie idzie ogarną, nie przeszkadza w pozytywnym odbiorze. Ten numer przyniósł kolejną fabułę, która zaskoczyła w kilku miejscach i jak zawsze czytało się to przyjemnie. Przeskoki między bohaterami są zrobione dobrze i nie ma tutaj uczucia chaosu ani zagubienia. Brawo, oby tak dalej. Ocena: 7,5/10.
Volf: Tym razem koncentrujemy się na Polaris. I jak to w XF bywa, po jednym numerze skoncentrowanym na danej postaci, zaczynam ją lubić. Ponadto standardowo - następny numer, w którym niby nic się nie dzieje, a czyta się to i tak świetnie, pełen doskonale zarysowanych relacji między postaciami oraz dobrego humoru. Chociaż w ramach humoru Layla została przedstawiona jako obiekt do rżnięcia, więc pewnie niektórym się to nie spodoba.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0264a.jpgHawkeye vol. 4 #2
Autor:
David Aja

Hotaru: Ascetyczna, estetyczna, pomysłowa i wymowna - czyli wszystko to, do czego David Aja przyzwyczaił nas w swoich okładkach mamy odfajkowane. A ponieważ zgodnie z tą myślą mniej znaczy więcej, zakończę tą opinię.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.09.05
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.