Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #263 (03.09.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 3 wrzesień 2012Numer 36/2012 (263)


Tak się w tym roku złożyło, że rozpoczęcie roku szkolnego wypadło tego samego dnia co pierwszy wrześniowy Pulse. Dlatego ten numer dedykuje wszystkim powracającym na łono nauki, ale nie zapominam również o osobach pracujących, bo przecież "nikt nie lubi poniedziałków". Jednak dobra lektura pomoże zarówno jednym, jak i drugim. Zapraszam więc serdecznie.

Avenging Spider-Man #11
Krzycer: Dobre dialogi, fajny numer, koszmarnie narysowany. Nie jestem fanem Dillona nawet kiedy się stara, a tu chyba się nie starał.
Ale wracając do pozytywów - mimo, że "rozmowa Petera i May o Benie" to bardzo ograny wątek, Wellsowi udaje się go ożywić. Dialogami, retrospekcjami, ciepłym humorem. Od dawna nie było w 616 historii, w której May wypadała naprawdę sympatycznie.
EndrjuSzopen: Gdyby jakiś mój znajomy przyszedł do mnie i zapytał: Słuchaj, czytujesz komiksy Marvela, to może wiesz, co się dzieje z Pająkiem i co warto teraz czytać o nim?; to miałbym ostry dylemat. No, bo mamy Amazing Spider-Man kiepsko (mało powiedziane) prowadzone przez Dana Slotta i mamy też Avenging, który... No właśnie, w tamtym roku, kiedy usłyszałem o tym projekcie wydawał mi się on spalony już na starcie. Różni scenarzyści? Krótkie historie? Team-upy z innymi bohaterami uniwersum Marvela? No, ale jednak mogę teraz śmiało powiedzieć, że gdybym polecał znajomemu komiksy z Pająkiem to powiedziałbym: Główną serię przeglądaj co kilka numerów, żeby być na bieżąco, z tym co się dzieje z Peterem, ale jeśli chcesz poczytać coś porządnego to prędzej znajdziesz to w Avenging. Dziękuję Zebowi Wellsowi za najlepszą historię o Spider-Manie jaką przeczytałem od lipca 2011, czyli wtedy, gdy znów zacząłem czytać komiksy z Pająkiem na bieżąco.
Gil: Czasami zdarzają się takie numery przygód Pajęczaka, które pokazują, jak ważną postacią w jego życiu jest cioteczka May. Ten aspirował do tej grupy, ale trafił średnio. Udało mu się jednak pokazać, do czego poczciwa cioteczka może nam się przydać - jest tą jedną osobą na całym świecie, która może Piotrusiowi powiedzieć: „przestań ciągle jęczeć, że wszystko to twoja wina”. Nawet jeśli akurat w tym jednym przypadku to była jego wina. I wiem, że w tak długim tasiemcu czasami potrzebne jest odświeżenie pamięci czytelnikom lub wyjaśnienie pewnych wątków nowym, ale mnie już nudzi czytanie po raz kolejny tych samych smętów. Ponadto nie lubię rysunków Dillona. U niego May i Peter wyglądają, jakby byli w tym samym wieku. I tylko ze względu na przydatność dla nowego czytelnika, wystawię neutralne 5/10.

AvX: Versus #5
Hotaru: Na palce cisnęło mi się określenie "jeden ze słabszych numerów", ale potem uzmysłowiłem sobie, jakiej miniserii ma to dotyczyć i dałem sobie spokój. Pierwsza walka jest kompletnie bez sensu, zarówno jeśli chodzi o sam pojedynek, jak i o zestawienie postaci. Druga miała pewien potencjał, ale pozostał on niewykorzystany. Może Kieron Gillen w AvX: Consequences poradzi sobie z tym jakoś lepiej...
avalonpulse0263b%20%28Kopiowanie%29.jpgKrzycer: ...? Primo, czy Fraction wie, co się Warrenowi przydarzyło w Uncanny X-Force i jak był prowadzony w Wolverine and the X-Men? W tym komiksie nic na to nie wskazuje.
Secundo... Facet z łukiem i facet ze skrzydłami, i Fraction sprowadza to do bijatyki? Serio?
Druga walka - lepiej, choć cierpi przez rysunki. Poza tym tutaj to Storm rzuca pierścionkiem a w głównej mini dziwi się, kiedy Black Panther jej mówi, że ich małżeństwo zostało anulowane. Nie ma to jak dobre continuity.
Wilsonon: Hahaha! Ha! Ja jeb@#! To było jeszcze gorsze od pojedynku Magneto i IM-a. Naprawdę? Kilka serii stalowych piór jest w stanie zrobić tylko jedno cięcie na policzku Bartonowi?! A co potem dostajemy? Gościu wypina swój brzuszek aby tylko ułatwić trafienie pseudo szponami, plus skrzydła które służą praktycznie jako gigantyczny stalowy schron lub niemożliwych rozmiarów topory nagle! są bezużyteczne i wszystko znowu sprowadza się do zwykłego okładania pięściami. Powodu porażki nie chcę nawet opisywać, bo mi oczy zaczynają krwawić.
Druga walka... Na szczęście już ją zapomniałem.
Volf: W zeszłym tygodniu jeszcze miałem wątpliwości, czy dodawać Hawkeye'a do listy "osób, które przez AvX przestałem lubić". Teraz już nie mam. Ostatnie panele, już po walce, dobrze to podsumowują. Szkoda, że są jedynymi fajnymi momentami pojedynku - cała reszta to standardowa dla AvX głupota. Co do BP vs Storm - plus za to, że spróbowano zmierzyć się z dramatem, jaki muszą oboje przeżywać. Minus za to, że wyszło to tak nieudolnie. Ogólnie - kolejny kiepski numer.
Avengers: Dynamiczny pojedynek Hawkeye'a i Angela to zapierające dech w piersiach widowisko napisane przez znamienitego Matt'a Fraction'a. Laureat prestiżowej nagrody Eisner'a stworzył najlepszy z dotychczasowych pojedynków. Będę do niego często wracać. Patent z pazurami Wolverine'a był mega. Drugi pojedynek dużo słabszy. Za dużo przemyśleń a za mało dynamiki.
Gil: Pierwsza historia: kiedy to się niby wydarzyło? Jakoś nie potrafię umiejscowić tego starcia w żadnym momencie AvX. No, ale dobra – wiemy, że sensu w tym szukać nie ma sensu. Zajmijmy sie samą walką. Jest ona naciągana jak gacie na Hulku. Hawkeye używa tylko zwykłych strzał, a sam Angel ułatwia mu zadanie, schodząc do parteru. Już wiem, kto wygra. Najbardziej naciągany jest natomiast moment, w którym Barton udaje Wolverine’a – obliczony na efekt, a nie mający za grosz sensu. I oczywiście, zwyciązcą został ten, który uciekł. Rysunki całkiem przyzwoite, chociaż skrzydła Angela wyglądają momentami zupełnie nierealnie.
Druga historia: teoretycznie miała uzupełnić informacje, przekazane wcześniej podprogowo. Starcie między Storm, a Black Pantherem, które miało wyjaśnić kulisy ich rozstania. Ale oczywiście wyszło bez sensu. Ona burczy tylko „co z ciebie za mąż”, podczas gdy sama właściwie olała go, żeby bujać się z X-Men i Avengers. On jak zwykle stawia obowiązki ponad wszystkim. I to tyle z całego dramatu. A szczerze, to zupełnie mnie to nie obchodzi. Ich małżeństwo uważałem za głupi pomysł, który się nie sprawdzi, no i proszę. A rysunki? Cóż, to chyba najgorsze rysunki Raneya, jakie widziałem.
A w obu przypadkach drażniły mnie wciąż fun facty, które absolutnie śmieszne nie są. Za część pierwszą dam maksymalnie 4, za drugą 2, więc ładnie się uśrednia do 3/10.

Captain Marvel vol. 6 #3
Hotaru: Rysunki zaczynają mi się podobać coraz bardziej z numeru na numer. Są przemyślane, dynamiczne i charakterystyczne, ale w ten miły, niedrażniący sposób. Nadal jednak nie jestem przekonany do fabuły. Przyjęcie przez Carol pseudonimu "Captain Marvel" było wyjęte z czapy (ale liczę, że do tego wątku wrócimy, kiedy w serii pojawi się poprzednia Captain), a DeConnick nadal nie przekonała mnie do podróży w przeszłość. I nie podobała mi się nieuzasadniona pewność siebie tytułowej bohaterki - chyba że to standardowa procedura, by na wojnie wypuszczać jeńców, by wrócili z posiłkami, kiedy nie wiemy, jak wielkie to siły mogą być. Nie wiem, nie byłem na wojnie.
Krzycer: No dobra, wątek IIWŚ zaczyna się zazębiać z wątkiem Helen Cobb, więc o ile sama historia mnie nieszczególnie jara, a idea i wykonanie "all-girl squad" mi w ogóle nie pasuje, o tyle widać, że jest tu jakiś większy zamysł, więc poczekam, aż coś konkretnego się z tego urodzi.
Mam tylko nadzieję, że zabytkowy samolot z poprzedniego numeru nie okaże się magicznym wehikułem czasu.
EndrjuSzopen: Druga wojna światowa! Oddział kobiet-rambo! Statki kosmiczne! Czyli trochę naciągany początek tej serii z interesującymi rysunkami. Mam nadzieję, że w przyszłości tytułową bohaterkę czekać będą nieco lepsze przygody, bo potencjał jest i mimo naciągania tejże to jest prowadzona całkiem przyzwoicie. A może jednak będzie to wszystko jakoś tak ładnie wytłumaczone i dopowiedziane...? Zobaczymy, ciąg dalszy tej historii w #4.
Gil: O tej serii jeszcze nie pisałem, więc na początek krótki wstęp: Absolutnie uwielbiałem poprzednią serię Ms. Marvel, którą pisał Brian Reed i dzięki niej strasznie polubiłem Carolkę. Bardzo ucieszyłem się, że dostała kolejną szansę, ale obawiałem się wykonania, właśnie przez porównanie z Reedem. Przy trzecim numerze jestem już spokojniejszy, ale mimo wszystko uważam, że tamta seria była lepsza. Nadal uważam, że zmiana w Captain Marvel absolutnie nie jest uzasadniona (i powodowana tylko koniecznością odświeżenia copywritingu), nie podoba mi się nowy kostium, ani ta śmieszna fryzura. Ale coraz bardziej podoba mi się fabuła, bo Carol nadal jest (mniej więcej) tą samą osobą, którą tak polubiłem, zaś historie pasują do wcześniej ustalonej stylistyki.
W tym numerze mamy powrót do przeszłości i starcie z Japońskimi żołnierzami, używającymi technologii Kree. Tego typu historie zwykle oscylują wokół motywu „nie mogę nic zmienić w przeszłości”, natomiast tutaj mamy trochę świeżości w podejściu „skoro historia nic o tym nie mówi, to znaczy, że mogę to rozwalić”. Całkiem fajnie i pasuje mi to do Carol. Poza tym, babski oddział sprawdza się jako support i wszystko nieźle się składa w całość. Nawet mały dodatek na końcu cieszy. I rysunki też mi pasują, więc ogólnie mogę z czystym sumieniem wystawić 7/10.

FF #21
Volf: Zadziwia mnie, jak Hickman wydarzenia mające potencjał na długie, epickie historie kompresuje ostatnio do jednonumerowych historyjek. Czyta się je dobrze, ale aż chce się, żeby zrobiono z nimi coś więcej. No cóż, tego doczekamy się pewnie dopiero w jego Avengers.
Gil: Ciąg dalszy celebracji światowego tygodnia rozbijania małżeństw w Marvelu skupia się tym razem na związku Crystal i Ronana. I właściwie w ten sposób, w koszu wylądowały ostatnie pozostałości po rewolucji zwanej "War Of Kings". No cóż, akurat ta historia nie należała do moich ulubionych, więc płakać nie będę. Sposób, w jaki to wszystko załatwiono z jednej strony pasuje do tego, co wiemy o Inhumans i Kree, ale z drugiej wydaje się trochę sztuczny. Być może gdyby mi zależało, mógłbym powiedzieć coś więcej, ale tak naprawdę, nie specjalnie mnie to obeszło. I szczerze mówiąc, trochę się nudziłem przy tym numerze, ale też nie mogę powiedzieć, że był zły. Jedyne, co zwróciło moją uwagę, to porażające miny Black Bolta. Ostatecznie dam 4/10.

Gambit vol. 5 #2
Hotaru: James Asmus ma poczucie humoru. Nie wiem jednak, czy mi się ono podoba. Pierwszy numer zaczynał się od tytułowego bohatera wychodzącego spod prysznica, a początek drugiego to ten sam bohater tym razem rozkraczony w białych bokserkach. Czyżby scenarzysta celował w żeńskiego odbiorcę? Może się czepiam, bo i tak najbardziej intrygującym elementem tej układanki jest nowa postać żeńska. Nie będę się tym razem ślinił nad rysunkami Claya Manna, bo w świetle tego, co zauważyłem wcześniej, może to być opacznie zrozumiane. Nie znaczy to jednak, że nad tymi kadrami nie sposób się ślinić - dokładne rysunki, świetne kadrowania i genialny storytelling. Cudo.
Krzycer: Aj. Coś mi mówi, że trzeba zacisnąć zęby i przebrnąć przez pierwszą historię, i może w następnej coś się rozrusza. Bo na razie motywacja Gambita - "zrobiłem coś głupiego i nie wiem co dalej zrobić" - nie powala.
Poza tym - lubię Manna, ale w tym numerze rysunki były nieco chaotyczne, do tego stopnia, że miałem trudności w określeniu co właściwie dzieje się "między kadrami" i jak sytuacja z jednego rysunku przeszła w sytuację z następnego. Ale może to też da się zrzucić na scenariusz Asmusa.
EndrjuSzopen: Przeczytałem, było dobrze, ale kompletnie nie wiem co miałbym powiedzieć na temat tego zeszytu, bo paradoksalnie niewiele tak naprawdę tutaj się działo, ale część pewnej historii... No nic, jest dobrze i czekam na ciąg dalszy.
Gil: Ten tytuł ma jak na razie jedną wielką zaletę i zwie się ona Clay Mann. Jego rysunki należą ostatnimi czasy do moich ulubionych, więc pewnie czytałbym, a przynajmniej przeglądał zeszyty, nawet gdyby były wypełnione crapem. Na szczęście nie są. Co prawda już kilka poprzednich iteracji solowych przygód Gambita przejechało się na podobnej formule, a i sama postać czasy największej popularności ma już dawno za sobą, ale jakoś nawet fajnie się to czyta. Nawet jeśli po otwarciu numeru drugiego zupełnie nie pamiętałem, co się wydarzyło w pierwszym, to sam zeszyt odebrałem pozytywnie. Intryga jest zawiązana trochę dziwnie, bo wokół kawałka metalu pod żebrem bohatera, ale za to przyciągnęła mnie i zaintrygowała jego nowa znajoma. Właściwie, jak się tak zastanowić, to póki co mamy tutaj pytania i pytania na temat pytań stawianych przez inne pytania... To chyba jedna z tych serii, które czyta się nie za coś, ale pomimo czegoś. Mimo wszystko, nadal wystawiam jej 6/10.

Hulk vol. 2 #57
Krzycer: Meh. Wielki finał dla Rulka to walka u boku Alpha Flight przeciwko nadludziom podszywającym się pod aztecki panteon. Innymi słowy - z tyłka wyciągnięty team-up i z tyłka wyciągnięci przeciwnicy. A przecież Rulk miał antagonistów, którzy przewijali się przez run Parkera. Wykorzystanie generała Forteana, Zero/One czy choćby MODOKa miałoby więcej sensu.
No i MachineMan nadal nie zachowuje się jak Aaron Stack z Nextwave i Ms. Marvel.
Gil: No dobra, powiedzmy sobie szczerze, że ta historia nie należała do wybitnych. Chociaż była bardzo dobrze narysowana i miejscami całkiem efektowna. Ale odkąd serię przejął Parker, miała ona swój klimat, wyraźnie zarysowany cel i trend wznoszący, więc tutaj nasuwa się oczywiste pytanie: komu to qfa przeszkadzało? Nagle, z panelu na panel dowiadujemy się, że SRU! i wszystkie wątki zostają ucięte, zmiana nazwy i głównej postaci, pocałujcie misia w d..ę. Ja wiem, że najważniejsze dla wydawcy są wyniki sprzedaży, ale kto przy zdrowych zmysłach uznał, że seria o Srulkie sprzeda się lepiej? Seria o kopii kopii kopii Hulka? Serio?!? Cóż, może się mylę – mam nadzieje, że się mylę i okaże się rewelacyjną lekturą, ale póki co, wkurza mnie to nagłe cięcie. Dla tego numeru 5/10, dla całego runu Parkera solidne 6/10, a dla Marvela karny ku... kaktus.

Journey Into Mystery #642
Hotaru: Trochę mi ta historia nie podeszła. A mianowicie końcówka zeszytu, gdzie Asgardianie zachowują się jak jakieś półgłówki, słuchając wywodów grubasa nie grzeszącego do tej pory zbytnią inteligencją. Liczę na to, że Gillen zapanuje nad tym na tyle, by godnie odprawić Lokiego - jego run w Journey into Mystery zasługuje na dobry finał. Czy go otrzyma?
Krzycer: Fajne dialogi, świetne prowadzenie postaci - choć Voltagg w roli prowadzącego asgardzki motłoch oskarżyciela wypada dziwnie, może coś jest na rzeczy - tylko do rysunków nie mogę się przyzwyczaić. No i trzeba będzie sięgnąć po Mighty Thora, niestety.
avalonpulse0263c%20%28Kopiowanie%29.jpgVolf: Jakoś przegapiłem info, że to ma być cross. No cóż, w takim razie będzie trzeba sięgnąć po Mighty Thora. Bo warto! Wszystkie machinacje Lokiego okazały się być trybikami większej opowieści, której układania nie powstydziłby się Hickman. Jeśli cała opowieść utrzyma poziom, to Gillen skończy swój run w naprawdę wielkim stylu.
Gamer2002: Wszystkie akcje Lokiego wychodzą na wierzch i obracają się przeciwko niemu. Nadchodzi czas zamknięcia runu i jego wątków. Zastanawiające, kogo wspominał Mephisto i kto nagrał "dowody". Surtur jest aż taki sprytny, czy to ktoś z wewnątrz Asgardu? Ale liczę, że Volsgaggowi wypomni się, że Loki nie zdradził jego roli w "Fear Itself".
Ogólnie szkoda, że Gillen tak mało rozpisał relacji pomiędzy Thorem a Lokim. Od czasu "Fear Itself" na łamach JiM zamienili ze sobą ledwo parę zdań i choć wiemy, że Loki borykał się z tym, czy Thor mu ufa, to tego jak widzi go Thor niewiele mieliśmy. Scena spowiedzi była w porządku, ale przydałoby się właśnie więcej tego braterstwa w wykonaniu Gillena. 7/10, zaczynamy dobrze.
Gil: Burrarrummm... Nie podobuje mnie się. Czuję, że historia została wymuszona przetasowaniami w redakcji i Gillen z Fractionem próbują na siłę pozamykać jak najwięcej swoich wątków w jednym rzucie, przed opuszczeniem tytułów. Jest tego za dużo, kolejne elementy nie dostają wystarczająco dużo miejsca, są łączone w dziwne kombinacje, postacie zachowują się nienaturalnie... A w dodatku wszystko to wygląda nieciekawie, bo Camulconi wirtuozem ołówka zdecydowanie nie jest. Mam tylko nadzieje, że nie pójdzie to w stronę rozwiązania, które gdzieś mi się tam z tyłu głowy kołacze, bo dopiero będę nie pocieszony. Póki co, 4/10 będzie.

New Mutants vol. 3 #48
Krzycer: Cały numer o tym, jak Cypher użala się nad sobą. O, radości! A na końcu wyskakuje z niego Cthulhu. Z jednej strony przypomina mi to rozczarowujący finał drugiego sezonu Justice League Unlimited i transformującego Luthora, z drugiej strony tutaj przynajmniej jest to jakoś zakotwiczone w niedawnej historii. Co prawda to była historia z opętanym zespołem rockowym, no ale...
Co się stanie z tą serią w ramach Marvel NOW? Nie jestem pewien, coś mi świta, że to jedna z serii, które zostaną zamknięte? Tęsknił nie będę. Co prawda ta historia jeszcze się nie skończyła, ale run DnA jest dla mnie rozczarowaniem porównywalnym do tego, które czułem gdy Milligan pisał bezprzymiotnikowych X-Men.
EndrjuSzopen: Komiksy z X-Menami są takie pocieszne - jest ich pełno, jeszcze więcej bohaterów w każdej serii, ale w sumie nie trzeba ich znać, żeby czytać komiks z lekką przyjemnością i wtapiać się w niezobowiązującą fabułę, która jedynie wydaje się być globalna, ale w ostateczności i tak niewiele to tyka świata. Tak jest też z New Mutants - czyta się to całkiem przyjemnie, jest klarowna fabuła... No i to na tyle. Czytadełko, które wypełnia czas wolny.
Gil: Wygląda to trochę tak, jakby DNA na siłę chcieli udowodnić, że cały ich run w tej serii do czegoś zmierzał, podczas gdy jakoś zupełnie tego nie czuć. Związek między mackowatym stworem w pudełku, a przemianą Cyphera w evil-Cyphera (Lu-Cyphera?) wydaje mi się równie uzasadniony jak ten pomiędzy sałatą w mojej kanapce a awarią drukarki. W dodatku wszystko to odbywa się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, której istnienie też nie jest uzasadnione. No, najwyżej tym, że można ubijać i wskrzeszać, kogo dusza zapragnie, a potem to wszystko wymazać. Bo do tego to właśnie zmierza. A końcówka mnie rozbawiła, chociaż na pewno nie to miała na celu. Za to rysunki są raczej paskudne, a już zwłaszcza te z Warlockiem. 4/10 to maksymalna ocena, jaką mogę z siebie wycisnąć.

Ultimate Comics: X-Men #15
Hotaru: Niestety, nadal nie czuję tego, co Brian Wood usiłuje uczynić z tą serią. Cliff-hanger tego numeru pozwala mieć nadzieję, że w końcu coś zacznie się składać do kupy, bo na razie większość z przedstawionych przez scenarzystę wydarzeń uważam albo za zbędne, albo nie na tyle istotne, by poświęcać im tyle czasu i energii. Wiemy już, że mutanci mają przerąbane - po co cały numer poświęcony na wędrowanie? Paco Medina chociaż nie zawodzi i tylko kolory bardziej bym nasycił.
Krzycer: Myślę, że Volf ma rację, i czytane jednym ciągiem UCXM Wooda będzie sprawiało lepsze wrażenie. Postacie przechodzą powolne przemiany, powoli krystalizują się relacje między bohaterami, powoli zbliżamy się do jakiegoś przełomu...
Kluczowym słowem pozostaje "powoli". Poza tym wciąż nie podoba mi się nadmierne poleganie na ramkach z narracją (choć w tym numerze i tak było jej znacznie mniej, niż w poprzednich).
Z drobiazgów - o, Ultimate Husk!
Z drobiazgowego czepiania się - Kitty miała już okazję poznać Fury'ego, no ale można założyć, że przedstawia się pozostałym. To jest Jimmy'emu, bo chyba blond-Wolverine jako jedyny nie miał z nim do czynienia.
Volf: Akcja posuwa się trochę za wolno do przodu, ale jak spojrzeć na szerszy obrazek, to jest naprawdę ciekawa. Myślę, że ta seria dużo zyskuje czytana jednym ciągiem. Sam numer to proste rozbicie małego oddziału, dalsze błąkanie się i finał, który zwiastuje podjęcie w końcu konkretnych działań.

Uncanny X-Force #30
Hotaru: Podoba mi się strona graficzna tego komiksu. Przy Uncanny X-Force pracowało już mnóstwo artystów i każdemu (no, może z jednym wyjątkiem..) udało się zachować klimat serii - nie bez pomocy kolorysty Deana White'a. Wątek z Evanem przypadł mi do gustu, w końcu chłopak przestaje być ofiarą, a zaczyna być pełnokrwistym bohaterem. Szkoda tylko, że zapowiedzi Uncany Avengers mogą (choć nie muszą) wskazywać na to, w którą stronę zmierza zakończenie tej sagi.
Krzycer: ...mógłbym przeczytać całą miniserię o Dakenie i Sabretoothie. O ile pisałby ją Remender. Poza tym psychiczne torturowanie Evana przebiega niezbyt zaskakująco, ale jest wykonane wystarczająco dobrze, by nie była to wada. Tylko do rysunków nie mogę się przyzwyczaić. A zwłaszcza nie mogę się przyzwyczaić do tego, że Evan na niektórych kadrach - zanim zaczyna zmieniać kształty - wygląda jak napakowany nastolatek, podczas gdy zazwyczaj był prezentowany jako chuderlawy dzieciak.
A teraz pobawię się w proroka i przepowiem jego los: Brotherood ostatecznie się nie uda, a Evan się opamięta i wróci do szkoły. Fantomex jest martwy, żeby nie było zbyt dołująco nie może się okazać, że na dodatek mylił się co do klonowania i odpowiedniego wychowania Evana.
...chyba, że Fantomex zmartwychwstanie przed końcem tej historii, wtedy może nawet on sam ponownie zabije Evana. Niby widzimy jego zwłoki, a więc zgodnie z komiksowymi prawidłami jest naprawdę martwy (no i Eva przeszła transformację), ale z drugiej strony na tym samym kadrze widzimy słoik z jego sercem. Może wystarczy je włożyć do klatki piersiowej a jego healing factor załatwi resztę.
Volf: Spokojniejszy numer, ale trzymający wysoki poziom. Znając życie, jak się skończy historia to znowu dostaniemy trochę słabszych zapychadeł zanim Remender wyskoczy z czymś świetnym, więc póki co jestem za tym żeby się to ciągnęło jeszcze długo. Evanowi robią przewidywalne pranie mózgu, ale że wypadają przy tym przekonywująco, kupuję to.
Gil: Rzecz, która najbardziej zwróciła moją uwagę w tym numerze, to niezwykła przenikliwość Kitty, która na sam widok Sabretootha wydedukowała istnienie nowego Brotherhood. Bo przecież wiadomo, że jak w TV pokazują McCartneya to znaczy, że Beatlesi się reaktywują, nie? Poza tym, field trip! No dobra, pomysł, żeby tacy popaprańcy jak Creed i Daken próbowali złamać Evana jest całkiem dobry. Wykonanie niestety już raczej groteskowe. A rzeczą, która najbardziej mnie tu drażni jest Shadow King. Konkretnie to, że ciało Farouka umarło ze 40 lat temu, a tu nagle wyskakuje bez słowa wyjaśniena. Mogliby chociaż rzucić hasło, że przez sentyment opanował jakiegoś grubego Egipcjanina, albo podobną bzdurę, bo tak drażni mnie ta dziura w fabule. Aha, jeszcze jedno: oficjalnie przewiduję, że Mystique jest kretem w bractwie i pracuje dla X-Force. A tak ogólnie, to już mi się zaczyna dłużyć ta historia, bo brakuje jej tego, co miała "Dark Angel Saga". Wszystkiego tego. Póki co, wystawiam 5/10.

Web of Spider-Man #129.2
EndrjuSzopen: ...czyli luźnej historyjki (która mogłaby się pojawić w niejednym magazynie dla dzieci o Marvelu czy Pająku) ciąg dalszy. Nie rozumiem wciąż czemu czyta mi się to przyjemnie, mimo iż nie jest komiks wysokich lotów, a już na pewno nie jest poważny. Taka odskocznia od komiksów starających się być poważnymi, ale którym mocno nie wychodzi.

Winter Soldier #9
Krzycer: Przyczepiłbym się do "musisz wybierać", gdyby nie to, że okazało się to częścią planu Leo. Bardzo dobre sensacyjne super-hero, takiego Brubakera będzie mi w Marvelu brakować.
I teraz zastanawiam się, czy potwierdzą się przypuszczenia, że wpuszczenie Samuela Jacksona-Fury'ego do 616 oznacza, że stary-Fury zostanie odstrzelony. I czy to właśnie nie było to. Pewnie nie.
Gil: Hehe, tak coś czułem, że musi być tu jakieś drugie dno, bo jakoś za szybko im poszło. Wreszcie mam wrażenie, że Bucky zyskał swojego prywatnego nemezisa, który – jeśli zostanie dobrze poprowadzony – może nieźle zaleźć mu za skórę. Póki co, jest na dobrej drodze. I nawet cieszę się, że nie dostał jeszcze kostiumu, maski, gadżetów i tym podobnych atrybutów superłotrostwa, bo dzięki temu nie wpadł w schemat antytezy bohatera. Jest dobrze, czekam na więcej. I znów muszę pochwalić rysunki w tej serii, bo świetnie pasują do jej klimatu. Zasłużone 7/10.
Arachnid: Szczęśliwe zakończenie? No nie do końca. Muszę przyznać, że dałem się nabrać. Spodziewałem się, że będzie to raczej typowe zakończenie (bohater ratuje ukochaną, a następnie rusza w pościg z tym złym), ale na szczęście Brubaker nas zaskoczył. Pokazał, że Leo naprawdę jest zły oj bardzo zły, a Bucky będzie miał olbrzymi problem, żeby sobie z nim poradzić. Ogólnie seria trzyma wysoki poziom. Rysunki świetnie pasują do tego klimatu sensacyjno – szpiegowskiego. Bardzo dobra lektura.
avalonpulse0263d%20%28Kopiowanie%29.jpg
Wolverine And The X-Men #15
Hotaru: Czyli jednak Jorge Molina nie zapomniał, jak się rysuje. Po jego ekscesach w bezprzymiotnikowych X-Men straciłem do niego zaufanie, może przedwcześnie. Pochwalę też Jasona Aarona, który świetnie radzi sobie z ciągnięciem wielu równoległych wątków. Tylko ten dotyczący romansu Kitty i Bobby'ego jest w moich oczach kompletnie nietrafiony.
Krzycer: Przy tych wszystkich skłonnościach do wrzucania najdziwniejszych, obciążających fabułę rzeczy, tylko dla jednego dowcipu (Hellfire Club w wieku przedszkolnym! Hulk kontra człowiek-pies! Hulk kontra atlantydzkie rednecki! etc.), łatwo zapomnieć, że Jason Aaron jest dobrym scenarzystą. I ten numer, wypełniony po brzegi rozmawiającymi ze sobą ludźmi, jest tego dobrym przykładem. Udają się i zabawne sceny, i te poważniejsze, i te wyciszone (...ta wyciszona, z Beastem oglądającym stare zdjęcie w końcówce). Choć trademarkowa dziwaczność jest tu obecna, mamy tu w końcu Angela do którego wciąż nie mogę się przyzwyczaić oraz kadr z Iron Manem z błękitnym gremlinem na głowie. Ale w tym akurat numerze to tylko dodatki, nie przesłaniające tego, co najważniejsze - dialogów i emocji.
Poza tym, ten kadr z Bamfem siedzącym na Iron Manie jest fantastyczny. Podobnie Broo siedzący na Rockslidzie.
I tu słowo o rysunkach. Podobają mi się kolory. Nic nie mam do inkera. A Iron Man, Broo, Rockslide, Martha Johansson, Deathlok, Husk po transformacji i - z jakiegoś powodu - Kid Gladiator wyszli panu Molinie bardzo dobrze. Wszystkie inne postaci skrzywdził okrutnie, robiąc im coś brzydkiego z twarzami. Bardzo, bardzo brzydkiego.
Ze szczegółów: można by się przyczepić do tego, że Broo okazuje się mądrzejszy od Starka i Beasta, ale można to wytłumaczyć tym, że spojrzał na problem z innej perspektywy.
Bardziej przeszkadza mi to, że przez całą tę scenę bohaterowie mówią o tych liczbach i wielkim problemie, ale jak przychodzi co do czego, Aaron nie wysilił się by powiedzieć, jak właściwie Broo im pomógł i co właściwie to równanie im daje i jak się przekłada na możliwość pokonania Feniksa. Wiem, że takie wytłumaczenie sprowadziłoby się do trzech paneli marvelowskiej pseudo-nauki, ale przynajmniej byłoby jakieś wytłumaczenie.
Z pozytywnych szczegółów - podobał mi się cały numer, ale chciałbym wyróżnić sceny:
- z Brand i Iron Fistem
- z Xavierem i Quirem
- z Husk i Toadem
- z żegnającym się Kubarkiem
- z Wolverinem i Icemanem
- i końcówkę, od "Henry, it's time."
I to jest dla mnie numer tygodnia.
Avengers: Rewelacyjne rysunki Moliny. Dekolt Warbird prezentował się bogato. Dorodne kształty tej ciekawej postaci to miły dodatek do opowieści krzyżującej się z crossoverem AvX. Z niecierpliwością wyczekuję ciągu dalszego za 2 tygodnie.
Gil: Jeszcze się dobrze nie skończyło AvX, a już się zaczyna sprzątanie po nim... Ale bądźmy szczerzy – to chyba jak na razie najlepsza część tie-ina. Nie ma durnych pomysłów, przerysowanych nawalanek, dyskusji z naciąganymi argumentami i tym podobnego bullshitu. Są za to całkiem fajne i zabawne momenty, relacje między postaciami, elementy rozwoju – to wszystko, co chciałem widzieć w tej serii i co dowodzi, że Aaron jak chce to potrafi. Szkoda tylko, że tak rzadko mu się chce i zwykle rzuca bullshitem. Dużo scen tutaj autentycznie mi się podobało, bo były zabawne, szczere, ludzkie lub w inny sposób po prostu fajne. Chcę więcej takich! Rysunki, a zwłaszcza twarze, na poczatku trochę mnie raziły, ale z biegiem stron dość szybko przywykłem i niektóre części zaczęły mi się nawet podobać. Po poprzednich rozczarowaniach, miło mi w końcu wystawić temu tytułowi pozytywną ocenę 7/10.

X-Treme X-Men vol. 2 #2
Krzycer: A to jest dla mnie gniot tygodnia. Chociaż alternatywni Angel i Iceman nabijający się z Dazzler byli całkiem spoko. I może jeszcze "I can't say I like it very much" alternatywnej Storm. No i steampunkowi Xavier i Magneto to absurdalny, ale fajny pomysł, więc może z tego coś będzie.
Cała reszta jest nienatchnionym, chaotycznym i nikomu niepotrzebnym szmatławcem, a ja od dawna zadaję sobie pytanie: co się stało z Pakiem od "Planet Hulk" i Herculesa.
EndrjuSzopen: Abstrahując od tego, że to kolejna seria z X-Menami, bo najwidoczniej jest ich jeszcze za mało. Abstrahując, że tytuł jest wręcz śmieszny. I abstrahując od jeszcze kilku mniejszych rzeczy. Tak jak dobrze mi się to czytało (nie spodziewałem się), tak zadziwiała mnie głupota głównej bohaterki oraz dość dziwne zachowania wszystkich postaci biorących w przedstawieniu. No, ale czego się spodziewałem - to komiks z X-Menami. W Marvelu. Heloł...
Gil: Ech... nie mogli nazwać tego „eXiles with a bigger X”? Przecież tym właśnie jest. Właściwie, kto w Marvelu stwierdził, że tytuł z postaciami, które pojawiły się wcześniej w jednej historii oraz dodatkiem członkini X-Men, o której nikt już prawie nie pamięta, będzie dobrym pomysłem? Dlaczego Dazzler, skoro są inni bohaterowie, którzy mają już doświadczenie multiversalne i dużo lepiej by się nadali? I w ogóle, dlaczego?!? Przecież to nic innego jak zrzynka z Exiles i to w dodatku marna, bo tam przynajmniej przeciwnicy byli różnorodni, a tutaj tylko złe Xaviery mają być. Okay, jeszcze w tej historii jakoś się to trzyma: bohaterowie udający bogów – w takiej formie jeszcze tego nie grali. Ale i tak już uderza w skrajności... ehm, przepraszam – w X-trema. Potem pewnie będzie już tylko głupiej i głupiej, a wkrótce pomysły zaczną się kopiować. Kto chce się założyć, że z taką formułą pociągnie najwyżej 25 numerów? Jedyny prawdziwy plus to design części boskich zbroi. A w ogóle, to za wtórność dostanie 4/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0263a.jpgUncanny X-Force #30
Autor: Jerome Opena

Hotaru: Bardzo wymowna okładka - nostalgiczna, liryczna i z uczuciem zagrożenia jednocześnie. Na dodatek świetnie podsumowuje to, co znajdziemy w środku numeru.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.08.29
Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.