Avalon » Publicystyka » Artykuł

Sztuczki z monetą - O "Astonishing X-Men" Jossa Whedona

W 2004 roku Grant Morrison zakończył swój kontrowersyjny, lecz jakże istotny run w New X-Men. Odchodząc zabrał ze sobą przedrostek New z tytułu, pozostawiając serię bez przymiotnika,  jak za dawnych czasów. Moment ten okazał się na tyle istotny w dziejach mutantów Marvela, że pociągnął za sobą szereg konsekwencji. Gałąź wydawnictwa poświęcona homo superior weszła w fazę tzw. ReLoadu, który pomimo faktu bycia jedną z tysiąca tego typu inicjatyw, zapisał się w sercach fanów tęczowymi literami. Nie tylko dlatego, że pozostawił po sobie świetne District X czy Madrox: Multiple Choices. Nie dlatego również, że Morrison odszedł. Niesamowite było to, kto przejął stery po nim.

Sztuczki z monetą

O Astonishing X-Men Jossa Whedona

astonishing1.jpg

nietendon: W 2004 roku Grant Morrison zakończył swój kontrowersyjny, lecz jakże istotny run w New X-Men. Odchodząc zabrał ze sobą przedrostek New z tytułu, pozostawiając serię bez przymiotnika, jak za dawnych czasów. Moment ten okazał się na tyle istotny w dziejach mutantów Marvela, że pociągnął za sobą szereg konsekwencji. Gałąź wydawnictwa poświęcona homo superior weszła w fazę tzw. ReLoadu, który pomimo faktu bycia jedną z tysiąca tego typu inicjatyw, zapisał się w sercach fanów tęczowymi literami. Nie tylko dlatego, że pozostawił po sobie świetne District X czy Madrox: Multiple Choices. Nie dlatego również, że Morrison odszedł. Niesamowite było to, kto przejął stery po nim.

Znaczy - bezpośrednio po nim przejął Chuck Austen. Do równolegle zaś ukazującego się Uncanny X-Men powrócił ze świeżo zamkniętego X-Treme X-Men (już_nie_taki) wielki Chris Claremont. Status gwiazdy na stanowisku scenarzysty spadł natomiast na Jossa Whedona, który dostawszy Johna Cassadaya do współpracy i nową serię do napisania od pierwszego numeru zrobił sobie na jej łamach "Firefly".

astonishing2.jpg
 
Astonishing X-Men, bo o tej serii mowa, jest bezpośrednią kontynuacją New X-Men. Whedon przejmuje nawet pierwszoplanową ekipę bohaterów (nauczyciele ze szkoły Charlesa Xaviera, którym udało się przeżyć run Morrisona), powiększając ją o Kitty Pryde. Dziewczyna dołącza nie tylko do grona pedagogicznego, ale też do jednostki operacyjnej. W nowym składzie, w nowych, kolorowych kostiumach, X-Men podejmują się klasycznych superbohaterskich wyzwań, w celu "zadziwienia" opinii publicznej [i mediów]. Pech chce, że cały ten piękny, nowy start ma miejsce akurat w momencie, który może zakończyć istnienie rasy mutantów. Wynaleziony został bowiem lek na mutację.

Jest to punkt wyjścia dla większej, rozłożonej na dwadzieścia pięć zeszytów, bogatej w liczne zwroty akcji, fabuły. Whedon wszystko pisze jak serial, co akurat w przypadku miesięcznika jest jak najbardziej wskazane i sprawdza się wyśmienicie. Główny wątek rozwija się powoli, metodycznie rozrastając się z trzymanej w palcach fiolki ze szczepionką do rozmiarów przepowiedni zniszczenia świata. Po drodze uwagę zajmują jednak rozpisane z podziwu godnym wyczuciem wydarzenia poboczne. Niemniej istotne, bo mamy pierwszoligowego wroga, od lat żyjącego w instytucie, szpiega w ekipie, ufoludka Orda i ganiającą za nim Abigail Brand z jednostki S.W.O.R.D., zajmującej się kontaktami z istotami pozaziemskimi; a także kilka wskrzeszeń. Tak, Whedonowi wybacza się nawet takie rzeczy, ponieważ wyraźnie czuje i rozumie on konwencję superhero. Wie na ile może sobie pozwolić i w obrębie swojego podwórka dokonuje rzeczy epickich. Scenarzysta zrezygnował z możliwości podłączenia się pod eventy Marvela obejmujące swoim zasięgiem inne serie. House of M i Civil War przeminęły obok, niezauważalnie. Dopiero w ostatnim zeszycie runu, Giant Size Astonishing X-Men #1, wydarzenia osiągają skalę makro i pojawiają się inni bohaterowie (inna sprawa, że bezużyteczność sprowadza ich do roli statystów).

Spence: Historia, którą kreślą Whedon do spółki z Cassadayem, jest dużo bardziej skondensowana i kameralna od runu Morrisona. Jeżeli ktoś lubi metafory to - jeżeli jedziesz tramwajem, Whedon jest miłym panem w garniturze, który opowie Ci cwaną historyjkę i pokaże sztuczkię z monetą, którą docenią wszyscy w tramwaju. Morrison jest naćpanym kwasem geniuszem zła, który opowiada historię przepełnioną szczegółami, milionem pomysłów, którego zrozumie jeden człowiek w całym tramwaju. Jeżeli wolisz konkrety to powiem Ci inaczej.  Morrisona historia jest dużo bardziej rozciągnięta, dużo bardziej rozczłonkowana na poszczególne tomy, z których każdą można czytać osobno, dużo bardziej autoironiczna; Whedon rzuca elegancką, kameralną opowieść. Morrison mówi dużo,  zapełniając każdy milimetr kwadratowy pomysłami, ale jest w jego szaleństwie metoda, do której trzeba się dostosować, Whedon mówi spokojnie, mało, stonowanie. Morrison pisze komiks - mnóstwo wydarzeń, korzystanie z możliwości medium, poprzez dynamiczne wykorzystanie kadrowania i myków komiksowych, momentami przekombinowanie ponad miarę. Whedon robi serial na papierze, w czym dużą rolę pełnią rysunki Cassadaya. Morrison wreszcie tworzy historię bardzo nierówną, z momentami które cenię wyżej niż Astonishing X-Men (fenomenalne zenowe "Of Living Of Dying" z Johnem Paulem Leonem na rysunkach, "Silence" z Frankiem Quietel(e)yem, niespodziewanie mocne "Here Comes Tomorrow", czy patenciki z ewolucją robotów, albo początkową sceną w Genoshy). Whedon z Cassadayem tworzą bardzo równopoziomową historię. Choć przyznam, że najbardziej mi pasuje przez trzy pierwsze tomy, a skala czwartego jest dla mnie momentami za duża.

astonishing3.jpg
 
Astonishing X-Men to w dużej mierze historia o dojrzewaniu. Jasne, że motyw z mutacją w X-Men to (dla mnie) zawoalowana historia o dojrzewaniu, o próbie znalezienia się na świecie. Nie ma tu tak jasnego u Morrisona motywu ewolucji. Whedon przesuwa ciężar jeszcze bardziej na wnętrze postaci i rzuca w nas historią o dorastaniu. Jest to widoczne w tym, jak dużą rolę ma psychika postaci i manipulacja nią (echa runu Morrisona). Widać to w postaci Scotta (popatrz kiedy mu broda rośnie, symbolika jak w Animal Kingdom Michôda). Jest to także w postaci Brand, w Hisako i Wingu. Jest w Danger. Ale najbardziej w postaci Kitty, z której Whedon robi oś swojej historii, i tego jak z dziewczyny staje się kobietą (chociażby rozkminy z tym, że czuje się stara, czy główny monolog).


To zresztą jeden z wielu powtarzających się w twórczości Whedona motywów. Jak się zastanowić, to Kitty zachowuje się bardzo podobnie do Buffy, albo Call z czwartej części "Obcego". Cyclops to z kolei Mal z "Firefly". Whedonizmów jest sporo: postaci kobiece o nieustępliwym charakterze, dziewczynka z większą mocą niż potrafi udźwignąć, ekipa notorycznie kłócących się zabijaków... Pewnie po obejrzeniu "Dollhouse" i "Cabin in the Woods" będę mógł dopisać kolejne, albo potwierdzą się już wypisane. Nawet jeśli nie można połączyć jakiejś postaci w parę z inną, zachowującą się identycznie, to o sparowanie proszą się poszczególne sceny: - I have been planning to destroy Breakworld since I was a child Colossusa i żart Captaina America z małpką w "Avengers"; wydawanie rozkazów każdemu w drużynie z osobna z żartobliwym poleceniem na końcu (widoczne w obu wymienionych wyżej); - Listen to me brother... - I'm listening. Thora i Lokiego przypomina urywek z dialogu Kitty walczącej z Emmą: - You know what they say: AAAHH... - Aah? They say »aah«?. Wygląda to jakby Whedon miał szablony do robienia zabawnych scen i tylko podstawiał do nich zmienne. Nie jest to zarzut, tylko spostrzeżenie. Wzory póki co się sprawdzają, a równie siadające mi dialogi potrafią napisać jeszcze jedynie Quentin Tarantino i Garth Ennis (Bendis i David momentami ich doganiają). [Azzarello jeszcze][Przestań][I ten typ od In Bruges]

Historia ma dosyć poważną wymowę, gdy patrzy się na nią całościowo. Nie bez powodu przylgnęła do Whedona etykietka zabójcy ulubionych przez fanów postaci. Wypracował ją sobie między innymi na łamach Astonishing X-Men. Komiks jest też bogaty w moralne rozkminki dotyczące leku na mutację. Czy wyleczenie się nie będzie zdradą wobec społeczności mutantów? A co jeśli jest się zdeformowanym, lub jeśli szczepionka może uratować życie? Wątek został ucięty zaskakująco szybko, ale zdążył posłużyć za jedną z głównych części składowych scenariusza filmu "X-Men: Ostatni bastion"... Zupełnie inaczej jest jednak,  gdy czytamy poszczególne zeszyty wyrywkowo. Ciężar kontekstu ginie gdzieś w zabawnych dialogach. Każdy z bohaterów jest mistrzem ciętej riposty, a komiks służyć może za podręcznik błyskotliwego pyskowania. [Swoją drogą bardzo mnie interesuje, czy on te dialogi długo pisze, bo okiem laika to tam jest siedzenia 20 minut nad minutą dialogów]

astonishing4.jpg

John Cassaday znany może być z łamów pisanego przez Warrena Ellisa nieregularnika Planetary i z okazyjnego pojawiania się na okładkach. Ma swój bardzo wyrazisty styl, silnie wyróżniający się na tle innych rysowników (oczywista oczywistość). Bardzo duży nacisk kładzie na postacie, przy dużym ograniczeniu roli tła - bardzo dużo paneli jest, w których poza osobą , widzimy tylko kolor tła. Łączy go ta cecha bardzo z Jae Lee. Choć nie wiem na ile jest to spowodowane takim podejściem, a na ile jest to skupienie się na najważniejszym, żeby zdążyć na deadline. Z czym Cassaday miał spore problemy - całość historii, która zawiera się w dwudziestu pięciu numerach ukazała się na przestrzeni czterech lat i jednego miesiąca. Od Jae Lee odróżnia go to, że jego rysunki są dużo bardziej sztywne. Lee dużą uwagę poświęca fakturze ubrania i cienia, która czasem osiąga aż zbyt przesadzony wygląd. Pacz. Cassaday rysuje z mniejszą ilością detali
[co nie przeszkadza mu umieszczać w tłumie Rorschacha, Tin Tina czy Charlie Browna z Peanuts]. Osobny kapelusz z głowy należy się Laurze Martin, która dobrze współgra z atmosferą Cassadaya. Oryginalne rysunki znaleźć możesz nie na stronie www.oryginalnerysunkiistronyzkomiksowzagrubyhajs.com, ale o tu.

Osobny akapit przy grafice należy się okładkom. Patent na nie jest taki, że pierwsza okładka historii (1, 7, 13, 19) jest sceną zbiorową. Pozostała reszta to rysunki wykorzystujące scenę ze środka komiksu (bardzo często robiące w jajo Phoenix oczekiwania czytelnika), co czasem wychodzi bardzo dobrze (14, paniczne panikujące 17, 18, 24), czasem wręcz wybitnie (przetęskne 4 z Beastem i kosmiczne prześwietne 22, wielki wariant do 12). Z całej reszty wybijają się dwie okładki z dwiema najważniejszymi dla całego Astonishing parami. Mówię o drugiej - z genialnie rozegraną kolorystyką i układem postaci, ze Scottem jakby wyłaniającym się spod płaszcza Emmy. Swoją drogą Emma chroni (wzrok mówi, że nie chroni) świat przed Scottem, czy Scotta przed prawdą, czy przed światem? I szóstej, z absolutnie wielkim układem postaci i bijącą od niej nie_taką_subtelną erotyką. [to zdanie czekało na napisanie w mojej głowie odkąd zobaczyłem okładkę].


Z perspektywy czasu run sporo pozmieniał u mutantów. Rozwinął związek Scotta i Emmy oraz Petera i Kitty. Wprowadził postaci Blindfold, Danger, Armor i Abigail Brand, połączył również tę ostatnią z Beastem. Lockheed awansował a Wolverine dostał kolejną (trzecią? czwartą?) dziewczynkę jako sidekicka. Do tego śmierci i zmartwychwstania o których pisać nie zamierzam.

astoniszing5.jpg

Pamiętam że gdy ta historia się ukazywała, ja dołączyłem do redakcji Avalonu (cheers, boys and girls) i wszyscy się zachwycali, rzucajac oceny w stylu 10/10, a ja to czytałem z dużym to jest komiks na dychę? na twarzy. Bo to nie jest genialny komiks. To jest świetnie płynąca, mainstreamowa historia. Tylko i aż tyle.

Potem Whedon odchodzi a jego miejsce zajmuje Warren Ellis. Dużo lepszy scenarzysta, lecz nieco słabszy opowiadacz. Po czterech latach wypełnionych awanturniczo-przygodowymi podbojami zmuszeni zostajemy do ponownego zanurzenia się w hard sci-fi. I chociaż dialogi pozostają mocarne, a komiks nie spada poniżej pewnego poziomu, to większość pasażerów zadziwiającego tramwaju trochę tęskni za sympatycznym panem i jego sztuczkami z monetą.

***

Na bazie pierwszego tomu Astonishing X-Men powstał też swego czasu cykl motion comiców, czyli dziwacznych tworów nie będących ani komiksem ani kreskówką. Ilustracje Cassadaya zostały zanimowane, dialogi zostały przeczytane na głos. I niby wszystko cacy ale. Animacja sprowadza się do poruszania sztywną postacią na tle równie statycznego obrazka. Sporadycznie dodawane są jakieś efekty świetlne, gdy ktoś na przykład używa mocy. Głosy podłożone są fatalnie. Wszystko brzmi sztucznie. Żaden z pożal się boże aktorów nie myśli o intonacji. Gdy jednak próbuje modulować głosem robi to w jakiś kuriozalny sposób. W mojej głowie wszystko brzmiało lepiej. Nie wiem po co to komu. Może amerykańskim dzieciom, które jeszcze nie potrafią czytać? Tak. Na pewno. Idealna dla nich lektura.

Odcinek na podstawie pierwszego zeszytu zobaczyć można tutaj. Całość znaleźć można gdzieś na itunes czy innym Playstation Store.

***

Moja avalońska recenzja sprzed kilku lat do tomu trzeciego do przeczytania tutaj. Polecam. Zmieni twoje życie.

***
Polskie wydanie komiksu poczynione zostało przez wydawnictwo Mucha, autorem przekładu jest Tomasz Sidorkiewicz.


Autorzy:
Mateusz Marek
nietendon

Tekst pierwotnie ukazał się w serwisie Kaseta.org.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.