Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #17 (12.11.2007)


Poniedziałek, 11 listopada 2007                                                                                             Numer: 17/2007 (17)
 

 

Temat tygodnia: strajk! Na szczęście nie chodzi o Avalon, tylko o amerykańskie stowarzyszenie scenarzystów filmowych i telewizyjnych. O co chodzi w tym proteście i czym się zakończy? O tym w Pulse #17.

 

Marvel nie strajkuje, a wręcz przeciwnie - w zeszłym tygodniu zaserwował nam sporo długo wyczekiwanych komiksów. Dla każdego znalazło się coś ciekawego: fani Hulka dostali zakończenie WWH: Gamma Corps; w New Avengers: Illuminati na dobre rozpoczęła się Secret Invasion; miłośnicy gwiezdnych epopei sięgnęli po Annihilation: Conquest #1; ale najwięcej radości mieli x-fani: nie dość, że do ich rąk trafił drugi rozdział Messiah CompleX, to wreszcie ukazał się wielokrotnie przekładany 23 numer Astonishing X-Men vol. 3.

 

Zapraszamy do lektury, jednocześnie uprzedzając, że w tym tygodniu ukaże się jeszcze jeden Pulse...

 


 

Strajk scenarzystów
Janio15: Strajk scenarzystów zaprząta ostatnio głowy wszystkim ważnym osobistościom Hollywood. Co to oznacza dla nas? W tej chwili niewiele, bowiem niektórych spraw nie da się już zmienić. Mam tu na myśli rozpoczęte projekty (Punisher: War Zone, Incredible Hulk, Wolverine Origins, Iron Man). Nawet jeśli trzeba będzie nanieść pewne poprawki do już istniejących scenariuszy, to nic prostszego, gdyż istnieje wiele mniejszych stowarzyszeń skupiających scenarzystów, którzy nie strajkują, a chętnie podejmą się pracy. Marvel roztropnie zapowiedział część projektów na dalsze terminy (2009 i 2010 rok) dlatego zaczekajmy, aż zwaśnione strony dojdą do porozumienia. To, że takowe nastąpi, nie ulega wątpliwości, bo każdy chce zarabiać. Jedyne, co mnie martwi, to czkawka, jaką się odbije strajk w tv (przedwczesny koniec drugiej serii świetnego serialu jakim są Herosi? Niewykluczone).

Kakteen: Piłka po stronie scenarzystów. Szach. Skończy się tak, jak wszędzie na świecie. Czyli podwyżką płac, pytanie tylko kiedy. Zgoda, że inni piszący czekają w kolejce prosząc się o możliwość wybicia. Ale gwiazdy są i będą w cenie. U nas pielęgniarki i nauczyciele, u nich scenarzyści. U nas zupa grochowa i woda, u nich pizza donoszona przez Longorię. Może tak na wakacje do Polski?

Fylyp3g: Początkowo obserwowaliśmy zdejmowanie pomniejszych pozycji z ramówek, później zaczęły pojawiać się informacje o przesuwaniu najchętniej oglądanych seriali. Teraz kryzys powoli dotyka duży ekran (w polu rażenia jest Punisher: War Zone i Thor). Dwie dekady wstecz, kino straciło wiele na rzecz kablówki. Teraz kino i kabel może stać się pożywką Internetu. Dla wielkich wytwórni jest to groźne, bo jeszcze się z nim nie oswoiły. To szansa dla małych firm na zwiększenie wpływów. Maluczcy są bardziej mobilni w promowaniu swoich dzieł w sieci. Jeżeli wielkie studia będą zwlekały z dogadaniem się, wtedy przypłacą to wyższą ceną niż pół miliarda dolarów, jak miało to miejsce w 1988. Nie dziwię się stanowisku WGA. Niech aktorzy, reżyserzy i producenci postawią się na chwilę w miejscu swoich kolegów i poczytają tabloidy. Bez tekstu nie ma filmu, nie ma serialu. W tym całym zgiełku najwięcej tracą widzowie.

Lex: Słowa "związki zawodowe" są w moim rankingu ulubionych haseł gdzieś pomiędzy "wizytą u dentysty" i "golem dla Legii Warszawa" (niech tylko ktoś spróbuje założyć jakieś na Avalonie... ;)), ale argumenty WGA mają sens. System płac jest bardzo niekorzystny dla scenarzystów i przestarzały (zupełny brak uwzględnienia nowych mediów, przede wszystkim Internetu). Pozostaje liczyć na to, że obie strony szybko się dogadają.

Gil: Nie śledzę tematu, ale swoje zdanie mam. Odkąd zrozumiałem, jak wygląda podział obowiązków przy pracy nad jakimś obrazem - czy to filmem, czy komiksem - zawsze wydawało mi się niesprawiedliwe to, że wykonawca zgarnia więcej zaszczytów niż twórca, dlatego w pełni popieram żądania strajkujących scenarzystów. Przemysł jakoś to przeżyje, a jeśli pojawią się straty, to sami sobie będą winni, a sprawiedliwość musi być. Rzekłem. 



 

Annihilation: Conquest #1

Gil: Zaczyna się nieźle, a może być dużo lepiej. Wiadomo, trzeba było zrobić recap i zachęcić nowych czytelników. Do tego świetnie nadał się Warlock, którego również trzeba było wtajemniczyć i który od razu pokazał klasę oraz nowy, całkiem stylowy strój. Pojawiły się też trzy zaskakujące postacie: Blastaar, którego chyba ostatni raz widzieliśmy... chociaż to nie jest takie pewne. High Evolutionary, którego powitałem cichym "what the...?" w myślach. No, i oczywiście boss tej planszy, którego powitałem głośnym "what the...?", czyli Ultron. Już miałem się przyczepić, ale wywiad z autorami wyjaśnił co, jak i dlaczego, więc nie będę się czepiał. Do tego dochodzą całkiem przyzwoite rysunki, co daje całości dużego plusa.

S_O: Już jest! Główna miniseria największego kosmicznego eventu od... hmmm... roku...
Ale to nieważne, bo pierwsze Annihilation było naprawdę świetne, a tegoroczne zapowiada się co najmniej tak samo dobrze!
Niespodzianka goni niespodziankę: zdeptany Blaastar, wyskakujący znienacka selekci, Adam pokazujący swój potencjał, Ronan, Kl'rt i Wraith lecący, by sprzymierzyć się z Ravenousem, cała paczka zestrzelona przez Ravenousa, Adam z dziewczętami odwiedzający High Evolutionary'ego, aż wreszcie ujawnienie się głównego sprawcy całego zamieszania... Wielkiego Ultrona? Stary, to się robi z każdą chwilą coraz bardziej zakręcone! Tylko gdzie wesoła kompania Piotrusia?
Mówiąc krótko: pozbądź się Kompleksów, wyrusz na Podbój! 

Jaro: Komiks ciągną tak naprawdę dwie niespodzianki, czyli High Evolutionary i Ultron. Trzeba twórcom przyznać, że wprowadzenie tych dwóch postaci wyszło im bardzo dobrze i kiedy jeszcze nie przestałem być zaskoczony tym pierwszym, pojawił się drugi i moja szczęka poddała się wpływowi grawitacji jeszcze mocniej. Te dwie niespodzianki + magusoidalny Warlock + Ronan jadący do Ravenousa po rozejm (który będzie, mimo zestrzelenia, tu inszej opcji niet) = wystarczająco dużo, żeby komiks był dobry mimo średnich dialogów i mocno średnich, momentami irytujących rysunków. Zaczęło się od trzęsienia ziemi, teraz oczekuję, że napięcie będzie rosło dalej.
Ocena: 7/10; soundtrack: King Crimson - THRAK.

Hotaru: Powiem szczerze, że sięgając po ten komiks po cichu spodziewałem się gniota. Nie czytałem ani pierwszego Annihilation, ani miniserii prowadzących do Conquest, a przechwałki scenarzystów o dobrym przyjęciu fanów i tym, że nie trzeba znać mini, aby docenić Conquest, uznałem za puste słowa bez pokrycia. Jakże się myliłem. Komiks bardzo mi się spodobał. Przyznaję, że pod względem graficznym mogłoby być lepiej, jako że naprawdę ładne panele kontrowane są tymi naprawdę brzydkimi, ale scenariusz trzyma się kupy i jest całkiem wciągający. Z wielką chęcią przeczytam następny numer. 

 

Annihliation Conquest: Starlord #4
Gil: Jak w przypadku pozostałych okołoconquestowych serii, tutaj również zakończenie dobre. Nie było co prawda jakiejś wielkiej rewelacji, ale dość zaskakujący jest sam fakt, że nikt więcej nie zginął. Duży plus za sprytne wykorzystanie Uni-Force do rozwiązania problemu, tylko co teraz będzie z Gabrielem? Został w oddziale, więc może jakiś upgrade? Poza tym, Mantis i duet RR/Groot jak zwykle ukradli numer.

S_O: Świetny koniec świetnej miniserii. W zapowiedziach cały czas straszono "misją samobójczą", a jak przyszło co do czego, to zginęła tylko jedna osoba z parszywej siódemki, a i tak wszyscy przyjęli to z radością. Każdy członek zespołu rządzi na swój sposób - nieustraszony duet szopa i drzewa, w końcu wykształcający u siebie jaja Captain, czy cytująca bejzbolistę i Bena Kenobiego Mantis (no dobra, Quill i Loverbug nie mieli zbyt wiele okazji, by zabłyszczeć). Aha - Worldmind może lizać Uni-Force metaforyczne buty.

Jaro: Dobre zakończenie dobrej mini-serii. Show jak zwykle kradnie Mantis, chociaż tym razem dzielnie sekunduje jej i Gabriel, i Uni-Force. Na szczęście wykorzystano też potencjał tej kosmicznej siły, co uratowało fabułę przed logicznym zgrzytem. Do tego rysunki pasujące idealnie do klimatu historii, jak zwykle na dobrym poziomie. Do tego okazało się, że drużyna będzie dalej razem, co cieszy, bo potencjał ten team ma duży.
Ocena: 7/10; soundtrack: Nine Inch Nails - We're in This Together.

 

Astonishing X-Men vol. 3 #23

Foxdie: Krótszy czas oczekiwania znacznie wpłynął na mój odbiór tego tytułu i znów czuć to "coś", co ma w sobie Astonishing. Te niebanalne teksty, piękne rysunki i nieprzewidywalny, a zarazem sensowny scenariusz. Ostatnie słowa Cyke'a: "To me, my X-Men." - Bezcenne. Jedyne, co nie daje mi spokoju po przeczytaniu tego numeru, to bardzo istotne pytanie: Czy Scott nauczył się kontrolować swoje moce? Pewnie nie i jakoś to wyjaśnią w finale, ale mimo wszystko należy się pełna piąteczka.

Gil: Znowu zdążyłem wypaść z klimatu przez długie oczekiwanie, ale nie zmienia to faktu, że ten numer jest epicki! Od okładek począwszy, po znaczący koniec odcinka, jest to wzorowy komiks. Wszyscy powinni się uczyć od Whedona i Cassadaya - oczywiście, pomijając opóźnianie pracy. ;) Niewątpliwym władcą numeru jest Cyclops, który wreszcie, po czterdziestu latach, udowadnia, dlaczego zasługuje na rolę przywódcy X-Men. Ten jego uśmieszek przed pierwszą salwą wejdzie do kanonu klasyków, razem z reakcją na powrót Colossusa z #5 i Kitty z finału #15. No i nie zapominajmy o sporym postępie w fabule, który sprawia, że nie mogę się już doczekać zakończenia. Wierzę, że finał będzie jeszcze bardziej rewelacyjny i tylko dlatego przyznaję tej części 9.9/10, zachowując najlepsze na koniec.

Spence: Whedon? Początek raczej z tych mulących, ale to, co się dzieje od momentu przebudzenia, przez tag team Logana z Hisako, konferencję telepatyczną (!), aż po samo zakończenie, zasługuje na największe uznanie. Brawa dla Cassadaya za, po raz kolejny, świetną podstawową okładkę, zgrabnie nawiązującą do klasyki i za genialne rysunki: plansza z przebudzeniem (!), sceny tortur, kadr z granatem, złowieszczy uśmiech i wreszcie walące po oczach dwie rozkładówki - jest na co popatrzeć. Ostatni numer przydałby się jak najszybciej. I oby "Finis Nielicho Coronat Opus", bo doświadczenie uczy, że to raczej przedostatnie odcinki z reguły są najlepsze. Zobaczymy.

S_O: Podtrzymuję moje zdanie na temat tego numeru, subtelnie wyrażone na forum. Mimo świetnych Anihilacji, Sekretnej Inwazji na Illuminatów i zakompleksionych Uncanny X-Men, ten komiks jest pewniakiem do tytułu "numeru tygodnia", a mimo, że jeszcze trzy środy przed nami, już można mu szykować miano "numeru miesiąca". Świetna kłótnia Emmy i Kitty (choć z drugiej strony, która nie jest?), równie dobre potyczki słowne Logana i Armor, a przede wszystkim genialny Scott i jego plan.
Szczerze powiedziawszy, zupełnie zapomniałem, że Colossus został wskrzeszony, tak jak zapewne większość z Was. Ale o to właśnie chodziło Whedonowi, kiedy w poprzednim numerze wyczrował ten cliffhanger, prawda? A jego złowrogi (chciałem użyć innego słowa, ale obrażałoby ono drogą nieboszczkę Katherine Ann Summers) uśmiech jako "odpowiedź" na pytanie Krunna - bezcenne. No a klasycznie-xavierowe "To me, my X-Men" - tego nie kupisz nawet dwiema kartami mastercard! I zapewne mówię to w imieniu wszystkich: takiego właśnie Scotta pragniemy!

Jaro: Nędzna wymiana zdań pomiędzy Kitty i Emmą, nieśmieszne rozmówki Hisako i Logana, bezsensowne wyjaśnienie przepowiedni i jeszcze kretyński plan Cyclopsa i jego żałosne zachowanie na stole u kosmity, a wszystko okraszone najpaskudniejszą rozkładówką roku, która za dużo miejsca zajęła i naprawdę-naprawdę nie ma szans na stanie się legendą, no i ogólnie rysunki są do niczego. I "To me, my X-Men" takie głupie. I wcale frajdy nie było podczas czytania. I na numer długo czekaliśmy. I wcale nie chciało mi się trzeci raz tego czytać. I Whedon nie umie pisać. I Cassaday bazgrze jakby miał kopyta zamiast rąk. I Ziemia jest płaska, a Beenhaker musi odejść.
Ocena: 12/10; soundtrack: Melvins - Civilized Worm.

Gamart: Początek mnie znudził, ale od wyjaśnienia planu Scotta, przez jego rozmowę z przeciwnikiem, la bastardo uśmiecho, do ostatniej sceny było cudownie. Ten komiks jest tak dobrze rozpisany, że po prostu powala. Chociaż te ostatnie słowa Cyclopsa wskazują, że w następnym numerze może być następne zaskoczenie. Do tego kolejne starcie słowne Emmy i Kitty, które pokazuje, że ta pierwsza to niezła fetyszystka i dewiantka. 

Hotaru: Ten serial ciągnie się zdecydowanie zbyt długo. Chyba już rok temu Whedon wspominał, że on dotrzymuje terminów, więc nie kumam, skąd to ślamazarne tempo wydawania Astonishing. Przecież Cassaday nie ma obecnie innego projektu? Czyżby wydawnictwo liczyło na to, że ten numer sprzeda sie znakomicie niezależnie od tego, ile trzeba czekać na następny numer? To mnie denerwuje. A sama historia jest dobra. Rozwiązanie sprawy Cyclopsa dryfującego w kosmosie, rewelacja dotycząca przepowiedni - wszystko trzyma się kupy. Cassaday dostarczył dobrych rysunków, chociaż bez rewelacji. Chcę w końcu się dowiedzieć, jak to się kończy i jak to się ma do pozostałych x-historii. 

 

Criminal #10
Ozz: Satysfakcjonująca konkluzja, chociaż moim zdaniem nie tak dobra, jak pierwszej historii. Mallory jednak nie zginęła, a jej wątek został rozwiązany całkiem logicznie. Bardzo dobrze, że Tracy zostanie w mieście i to w dosyć interesującym położeniu. To w grunice rzeczy porządny facet (co zostało pokazane chociażby przy okazji wyjawienia, skąd się wzięły jego blizny i dlaczego był w więzieniu wojskowym), więc ciekawi mnie, jak sobie poradzi, pracując dla Hyde'a. Brubaker już zapowiedział, że na pewno powróci do tej postaci, a jeszcze lepsza wiadomość jest taka, że po tym, jak Criminal powróci w lutym, nie powinno już być kilkumiesięcznych przerw między historiami.

 

Omega The Unknown #2
Gil: Feels like tripping :] No, bo co tu można napisać? O co chodzi, okaże się pewnie dopiero na końcu, a może i nie, ale czyta sie fajnie i ma swój feeling. Ciekawe jest to, jak ta historia znajduje się w obecnym marvelowym status quo i zaczynam się zastanawiać, gdzie jeszcze może się pojawić Mink?

 
Fantastic Four #551
Gil: To już wiemy, po co jakiś czas temu pojawił się ten myślowy pokój Reeda. To zły pokój jest! A dla odmiany Doom okazuje się tym dobrym i wpada na herbatkę z kumplami z przyszłości. Ale cóż to? Nie może być! Przecież to Black Panther, który znowu robi za głos rozsądku i najwspanialszego! Może ma to jakiś sens, bo zakładali sobie przymierze, ale powiało hudlinizmem. Najważniejsze, że Reed naprawił świat i tym samym go zepsuł, a potem kobita go rzuciła. Postanowił więc zastrzelić Namora tu i teraz za coś, co zrobi w przyszłości, która nie musi nadejść. Bardzo rozsądne - to raz. Zastrzelić - to dwa. Zaraz się okaże, że to Skrull był i tak, ale niech ktoś już zabierze panu McDuffiemu komputer.

S_O: Już na dzień dobry zniesmaczyło mnie "Meanwhile, 75 years later". Potem przebijanie się przez ściany we własnym domu (puh-leeeze, dopiero co załatali podłogi), przybysze z przyszłości, którzy wyglądając na 25 lat starszych, zyskali trzy razy tyle, super pole siłowe Dooma... działające na podstawie "inwersji kinetycznej"? Znaczy co, działając na nie jakąś siłą, ono działa na ciebie siłą o takiej samej wartości i kierunku, ale przeciwnym zwrocie? Hmmm...
No i końcowa scena w pokoju-notatniku, gdzie Reed zostaje oskarżony o zniszczenie świata poprzez jego naprawianie, a morduje Namora za to, że się gził z jego żoną. Taaa... Bardzo to podobne do Reeda, w istocie. 

Hotaru: Fantastyczna Czwórka powróciła do podstawowego składu, ale nie przeszkodziło to scenarzyście wkręcić T'Challę. I te podróże w czasie... nie wiem, czy McDuffie zdoła to napisać nie wywołując setek paradoksów. Chyba już się zmęczyłem tym teamem twórców, bo irytuje mnie już nie tylko scenariusz, co i rysunki, a szczególnie Johnny. Dajcie mi nowych twórców! 

 

Howard the Duck vol. 2 #2
Gil: W przeciwieństwie do rodzimej polityki, tutaj danie Kaczce szansy przyniosło pozytywny skutek. Drugi numer jest znacznie lepszy od pierwszego. Przede wszystkim wyjaśniło się, że MODOT to nie MODOK, co ma duży wpływ na odbiór całości. Ponadto, pojawił się Beethoven w pelerynie, który jest zabawny, choć nie dorównuje Minkowi. Jest jeszcze kilka zabawnych aluzji i zapowiedź występu Shulkie w następnym numerze. To wszystko plusy, a minus? Howard nadal wygląda jak gęś.

S_O: Z kolejnego odcinka tej wspaniałej miniserii dowiadujemy się, jakiej przynęty używać na inteligentne kaczory, czemu lepiej nie grać w "kielicha", gdy jest się sławnym i że wszyscy prowadzący talk-showów są robotami na usługach gigantycznej, gadającej głowy. Ale czego się spodziewać po Mentalnym Organizmie Stworzonym Jedynie Do Gadania?
A że w następnym numerze powitamy najzieleńszą prawniczkę Ameryki, więc będzie jeszcze lepiej.


Immortal Iron Fist #10
Gil: Cytując Bride of Nine Spiders: "Je je je je je je je je je je je". Ciekawie je, klimatycznie je, zagadkowo je i tak dalej, i tak dalej... Innymi słowy - poziom utrzymany. Retrospekcje i obecne wydarzenia coraz jaśniej dają do zrozumienia, że Prince of Orphans to jednak tatuś Danny'ego, ale intryguje mnie, co knuje Thunderer? Czekam na ciąg dalszy.

Gamart: Spider boobies! Słodka jest Bride of the Nine Spiders. Prince of Orphans dał już wyraźnie do zrozumienia, że jest Wendellem i retrospekcje wskazują na to, że to nie Danny obije twarz Davosa. O i Yu-Ti to mastah, chociaż te jego bojówki będą pewnie rozniesione przez Bohaterów do wynajęcia, ale i tak ładnie. Zresztą i tak wszyscy czekamy na powrót Randa i walki, walki walki. 


Ms. Marvel vol. 2 #21

Gil: Po pierwsze: Aaron znowu ukradł numer! Jak tylko wspomniał o LMD wiedziałem, że będzie kobieta, ale nie spodziewałem się, że Monica. No, no... Aaron... ;> A co robi Carolka? Rozmawia sobie z Niebieskim o ratowaniu świata. Wszystko jest dobrze w ramach tej serii, ale w odniesieniu do całego Marvela, trochę to zamieszanie z Brood się nie klei - chyba, że historia rozgrywa się przed WWH i Heroes For Hire #10. Plusem jest za to powrót Aarona Lopresti, bo seria kojarzy mi się głównie z nim.

Foxdie: Nowa historia rozpoczęta i póki co zapowiada się nieźle, chociaż "rozwiązanie jednej z największych tajemnic w życiu Ms. Marvel", nie jest takie super cool, jak to zapowiadano. Doceniam Reeda za to, jak powiązał obecne wydarzenia z pierwszymi numerami serii, bo widać, że miał plan na tę historię od początku. Ciekawe tylko, co zaplanował dla agenta Suma, mutant z healing factor potężniejszym niż Logana? Czy może kosmiczny byt zatrudniony przez S.H.I.E.L.D.? Pożyjemy, zobaczymy. Do całości dochodzi świetny jak zawsze Aaron Stack i jego nowe, kobiece (!) wcielenie. Powrócił na szczęście Lopresti, więc szata graficzna pozostaje bez zastrzeżeń. 4+.

S_O: Aaronowie wrócili i obaj są w formie! Co prawda, jeśli dobrze pamiętam, Aaron twierdził, że Photon jest dla niego za stara, ale jak się nie ma, co się lubi...
Agent Sum się nam rozwolverinił, a Cru okazał(a) się nie być tak wrogim organizmem, jak się początkowo wydawało. Za to Brood... No, ostatnia strona robi wrażenie.

Gamart: Machine Ma... znaczy Aaron Stack powinien dostać swoją serię. W tym numerze znowu jest na wyżynach fajności, a scena z ciałem Monicki to po prostu perła. Do tego całkiem niezłe zawiązanie wątku z Carol i zagadka Agenta Suma. Więcej Aarona, bo to obok Aresa najlepszy bohater z rodzaju nieprzewidywalnych. 

 

Mystic Arcana #4
S_O: Mam mieszane uczucia... Niby dobrze, że postać Nico Minoru została wykorzystana, bo to świadczy o jej popularności. No, i Cebulski skorzystał z nietykanego jeszcze okresu rozłąki Uciekinierów tuż po śmierci Pride. Jednak z drugiej strony takie wykorzystanie postaci do własnych celów... Boże, czuję się jak świnia czytając ten numer! Inna rzecz, że w wresji fabularnej słabe toto nad wymiar. I na podobnym poziomie w kwestii grafiki.
A jak skończyły się poszukiwania Iana McNee? Pójściem na łatwiznę. Zamiast poszukiwać czwartej części układanki, nasz magik otrzymał go praktycznie na tacy. Jednak okazuje się, że to wszystko było złowieszczym planem Chthona! Ale Ian był na to przygotowany i z pomocą poznanych wcześniej pań zdołał pokonać złego boga. Ech... Tak czy inaczej, przodkini Storm jest uwięziona w naszym czasie. Ciekawe, czy będzie to gdzieś wykorzystane. 

Gil: W tym przypadku także wyleciałem z klimatu przez długi odstęp, a powrót okazał się niemożliwy. Może to sama historia okazała się ostatecznie kiepska? Może sposób jej podania - zwłaszcza fragment z Nico, w którym ograniczyłem się do przeskakiwania po boxach z jednym słowem - pozostawia wiele do życzenia? A może zawiniły rysunki, które były nawet dobre w części z Ianem, ale zdecydowanie kiepskie w części z Nico? W ostateczności, wychodzi na to, że dwie części historii były dobre, a dwie kiepskie, więc jest to typowy średniak. 
 
New Avengers: Illuminati #5

Foxdie: Holly Shit! Wydało się, kto był Judaszem wśród Illuminati, dodatkowo zaserwowano nam dwóch kolejnych Skrull impostorów [Cyke, you are so dead za zaspoilerowanie wszystkigo na gadu!] w tym momencie nasuwają się dwa pytania. Pierwsze, to kiedy konkretnie ma miejsce cała akcja? Drugie: Czy te dwa dodatkowe Skrulle w rzeczywistości podszywają się pod przedstawione postacie? Jeśli tak, to ten numer ukazał się zdecydowanie za wcześnie. Jedno jest pewne, Bendis po raz kolejny zamiesza ostro w Marvelowym uniwersum i widać, że planował to od baaaardzo dawna, dzięki czemu możemy liczyć na wydarzenie ze znakiem jakości Q, certyfikatem ISO90550 i błogosławieństwem fanów jego twórczości. Rysunki trzymają poziom poprzednich numerów, dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak wystawić soczyste 5.

S_O: Gdyby Cassadeyowi tworzenie najnowszego numeru Astonishing X-Men zajęło trochę dłużej, to byłby murowany kandydat na numer tygodnia. Ale niestety, Bendis nie miał szczęścia. Numer kręci się wokół ciała Skrullektry i Oświeconego, który okazuje się być Skrullem. Czytając zapowiedzi myślałem bardziej o zeskrullowieniu czyjejś brody na ostatniej stronie, więc jednoznaczne ujawnienie się Black Bolta mną wstrząsnęło (powinniście mieć gdzieś tu obrazek, ale hej, to właśnie BB je wstawia, a jako tajny agent może nie chcieć rozgłosu). Okazuje się też, że Skrull przejął nie tylko tożsamość władcy Inhumans, nie tylko jego moc, ale też MOC POZOSTAŁYCH ILLUMINATI! A jakby tego było mało, przybywa wsparcie w postaci X-Men-Skrulla i Avengers-Skrulla. Matko Boska Jedyna Kochana, takiego czegoś nikt się nie spodziewał. Po czymś takim aż do startu SI będę siedział jak na szpilkach.

Gil: Hej, Black Bolt, jakie to uczucie być Skrullem? ;) No dobra, nawet sam Bendis w to nie wierzy, więc nie róbmy sensacji. Który z Illuminati był Skrullem? Każdy przez chwilę. Będę się trzymał tej wersji, bo: a) nie wierzę, żeby Super-Skrull z mocami wszystkich Illuminati podszywał się tylko pod jednego, b) prawdziwy Black Bolt siedzi w więzieniu na Księżycu, co pokazała Silent War, więc podszycie sie pod niego było potrzebą chwili. Tak czy inaczej, radocha porównywalna z AXM, chociaż w nieco innym stylu. Nie mogę się już doczekać Secret Invasion, bo zapowiada się świetnie, a do tego Bendis ciągle mnie zachęca jakimiś niedomówieniami. Wracając do tego numeru, świetnie zaprezentowało się trzech Super-Skrullów, Antoś pokazał niezłą sztuczkę (chociaż do końca nie wiem, co zrobił), a na końcu Illuminaci się rozeszli. Dobre zakończenie dobrej serii. Chcę więcej! 

Jaro: Skąd atakują Skrullowie? Skrullowie atakują znienacka. Tak jak zaatakował ten podszywający się pod Black Bolta. Póki co scena roku, zupełnie wbijająca w fotel po leniwym początku numeru i dosłownie o czubek włosa w nosie wyprzedzająca wszystkie smaczki, miodki i cuda tegotygodniowego Astonishing (chociaż tam ich było dużo więcej + Cassaday, stąd i wyższa ocena tamtego komiksu). Jakby tego było mało - atak dwóch kolejnych Kozak-Skrullów świetnie pokazuje, jak bardzo bohaterowie będą musieli się namęczyć, żeby odeprzeć inwazję. Chociaż, to jest Bendis, więc może... Cieszą też miłe drobiazgi, jak Stark próbujący z miejsca zwalić winę za Civil War na ufoludów, albo zachowanie Namora w ogóle. Do tego świetny design Kozak-Skrullów i ogólnie bardzo dobre rysunki. A, i żeby zacząć gdybanie - Strange jest Skrullem, bo patrzył na Green Bolta czule.
Ocena: 10/10; soundtrack: Tool - The Patient. 

Gamart: Może i Black Bolt nie był jakimś wielkim zaskoczeniem przez Skrullowanie, ale i tak dało to kopa. Illuminati chociaż się już nie lubią, to zbierają się znowu i Toniuszka stwierdza, że wojna jest, co już prowadzi to dużej walki. Jeśli teraz dzieją się takie rzeczy, to co stanie się podczas głównej historii? Pomysł świetny i początek tylko to potwierdza. Namor, który jest najlepszy w tym tytule, znowu ma swoje dzikie momenty, a Stark pokazuje, że technopatia to jednak fajna rzecz. Do tego scena po użyciu tego-czego-nikt-nie-rozumie, czyli siedzenie nad Skrullektrą jak na początku numeru po prostu fajne było. Do tego rysunki świetne.

Ororo: Świetny numer. I rysunki, i historia. Czekałem na ten numer od samego początku i nie zawiodłem się na nim. Scena, w której Black Bolt mówi, żeby dali mu ciało, jest boska. Nie mogłem uwierzyć, że to on. Chociaż okładka i tak mówila sama za siebie. Nikt mi nie wierzył, że Black Bolt jest Skrullem. Ha! Jestem tylko ciekaw, co z prawdziwym Black Boltem i co na to Meduza. Biedna Meduza, oj bardzo biedna. Chyba, że to też jest Skrull. Wtedy byłoby fajnie :D . Jestem ciekaw, jak Secret Invasion się potoczy i czy będą wzmianki o rozmowie Illuminati w innych komiksach. Pożyjemy, zobaczymy.

Hotaru: Nareszcie, Secret Invasion ruszyło z kopyta. Numer jest napisany dobrze, rysunki Cheunga trzymają jego bardzo wysoki poziom, i niby wszystko jest super... tylko że nie do końca. Aby się cieszyć z tego numeru muszę wiedzieć, jaka jest chronologia wydarzeń, jak w tym wszystkim rozmieścić Silent War, War World Hulk, Civil War, Rise and fall of Shi'Ar Empire, historię z Astonishing, ostatnie wydarzenia z Fantastic Four... tylko wtedy będę mógł obiektywnie ocenić, czy Sekretna Inwazja jest dobrze rozgrywana, czy nie. Na tym etapie brak informacji o kolejności występowania wydarzeń wprowadza tylko zamęt - czyżby Marvel obawiał się, że intryga byłaby zbyt łatwa do przejrzenia, jeśli uporządkuje się wydarzenia? Pozostaje teraz czytać numery z Infiltration i mieć nadzieję, że jakoś z tego wybrną.


The Order vol. 2 #4
Gil: No i znowu przyglądamy się jednej z postaci bliżej, aby odkryć, że jest ona Matką Teresą z milionami i kompleksami. Boo-hoo! Zagadka Zombiezdomnych zostaje rozwiązana tylko po to, by ujawnić, że nasi wspaniali inaczej mają wrogów na wysokich stołkach. Nic specjalnie nowego. Do tego okazuje się, że droga nieboszczka Avona ma serce jak słoń, a Henry "Stark Wannabe" Hellrung lubi przemawiać tonem Supermana z lat pięćdziesiątych. Aha, i jeszcze wcześniej wywaleni z grupy, a wciąż żywi osobnicy powrócą wkrótce jako... Disorder? Tak, macie rację - nadal mi się ta seria nie podoba.

S_O: Rany, pierwsza osoba, która podczas "rozmowy o pracę" nie korzysta z masy eufemizmów, żeby opisać swoją przeszłość. Szczerość na zachodnim wybrzeżu - choćby dla tego wypadałoby przeczytać ten numer.

Co do akcji głównej, to jest różnie - oldskulowy M.A.N. from S.H.A.D.O.W. zbierający byłych Orderowców (no to już wiemy, czemu Panna Mieczowa musiała zginąć) daje radę, podobnie jak część dowcipów, ale reszta... meh.
No i to już któryś raz, gdy widzę Wii w komiksach Marvela. Co jest, Nintendo kupiło Quesadę? 

Lex: Nijaki numer. Magdalena ma zdecydowanie najmniej interesujący background z dotychczas przedstawionych. Konfrontacja z zombiakami nudzi, w zespole nic ciekawego się nie dzieje, a Calamity zamiast wtłuc facetowi, przez którego stracił nogi, gra z nim na Wii... Na dodatek rysunki moim zdaniem słabsze - nie wiem czemu dominują cienie i ciemne kolory. Najsłabszy numer w krótkiej historii The Order, ale zapowiedź pojawienia się Disordera daje nadzieję na ciekawą przyszłość.

Krzycer: Meh. Calamity okazał się przebaczającym mięczakiem (rzecz jasna), główna bohaterka tego numeru matkuje wszystkim, bo sama matką być nie może i dba o podstawową godność Zobos... ble. W tym komiksie jest masa blichtru otaczającego celebrities i jest to nawet ciekawe... ale to za mało. A niczego więcej tu nie ma. Jedyna postać w drużynie która mnie interesuje to Mullholand, reszta to kartony.
No i plusik za wyjątkowo oldschoolowo brzmiącego nemesis - M.A.N. from S.H.A.D.O.W. To akurat sympatyczne. 


Silver Surfer: In Thy Name #1
Gil: Wygląda ładnie, ale z trudem przebrnąłem przez ten numer, bo nuuuuuuudzi. Za dużo refleksji, za dużo gadania, a utopie nie należą do najciekawszych tematów. Dopiero na końcu wylazło... coś i zaczęło się dziać... coś. Teraz pewnie okaże się, że Utopia została zbudowana na trupach i refleksje Surfera były słuszne. Następny numer przeczytam tylko po to, by się przekonać, czy miałem rację.

Lex: Mam wrażenie, że to już było. I to nie jeden raz. Bohater z rozterkami, który tęskni za wewnętrznym spokojem i utraconą ojczyzną trafia do utopijnej krainy szczęśliwości, która pewnie okaże się mirażem. Niezbyt oryginalny początek, ale przyznaję, że jestem ciekawy, czy uda uniknąć się banalnego zakończenia. Niestety, rysunki nie ułatwiają lektury.

Jaro: Nuda, panie, ledwo dobrnąłem do końca. Końca, który zwiastuje niechybnie pojawienie się w dalszych numerach wątku utopii zbudowanej na jakichś nikczemnych fundamentach, czyli też będzie nie za kolorowo. Szkoda, bo miałem nadzieję na coś porządnego, tym bardziej, że Norrin zasługuje na to, by dobre komiksy z nim w roli głównej robić. Czarę goryczy przelało "former Herald of Galactus" na pierwszych stronach, znaczy się In Thy Name to jakiś elseworld. Jak można trzymać taką postać off-continuity? (Albo dawać gwałcić on-continuity McDuffiemu?) I jeszcze rysunki jakieś takie niewyraźne.
Ocena: 4/10; soundtrack: Ulver - Eos. 


Super-Villain Team-up - MODOK's 11 #5

Gil: Jaka seria, takie zakończenie, czyli całkiem dobrze, chociaż bez rewelacji. Napięcie i nagromadzenie zdrad sięgają zenitu, aż w końcu, zupełnie nieoczekiwanie, tryumfuje wielkogłowy. Zupełnie powalił mnie nadrzędny cel jego planu: "screw Monica". Respect, mate! ;> A nasi dzielni złoczyńcy też dostali, na co zasłużyli. Ten million dollars, guys! Cartman byłby dumny ;)
S_O: Zaczynam żałować, że wszystkie zalety dobrego filmu/komiksu wymieniłem przy numerze trzecim, bo teraz nie zostało mi nic do dopowiedzenia. Oprócz tego, że do Nightshade pasują pierścionki i że w końcu dowiadujemy się, jaki był diaboliczny plan MODOKa. Do czego się niektórzy posuną, żeby zemścić się na swojej byłej...


 Uncanny X-Men #492

S_O: Dobrze jest! Scott wreszcie pokazuje jaja poza Astonishing X-Men i przejmuje inicjatywę, wysyłając Xaviera na ławkę rezerwowych (coś mi się wydaje, że Charlie będzie miał z tego powodu - nomen omen - kompleksy), Emma "subtelnie" przekonuje Madroxa i Rictora do przybycia, Colossus grzecznie prosi Acolytes o poddanie się, po czym on i reszta jego grupy robią z nich worki treningowe... ten numer obfituje w świetne momenty. A fabuła też posuwa się do przodu - mozolnie, ale to w końcu dopiero wstęp...
Tylko Layla pokazuje, że najlepiej wychodzi u PADa...

Gil: Kompleksy rozwijają się powoli, ale w dobrym kierunku. Sprawa masakry została nagłośniona, ale nikt poza wtajemniczonymi nie zwrócił na nią uwagi i to trochę dziwi, natomiast sposób wprowadzenia X-Factor do akcji jest całkiem logiczny. Trochę śmiesznie wyglądała ta bijatyka z Acolytes, bo najpierw Wolviek oświadcza "jesteśmy od was lepsi", a potem szarpią się z nimi, jakby byli czymś więcej niż odpryskiem z trzeciego szeregu zagubionych fanatyków. Dziwne jest też, że Layla nie wie, kim jest Forge. No cóż, za wcześnie trochę na osądzanie crossa, ale ten numer jest dość typowym Brubakerowym numerem UXM, czyli: mogłoby być lepiej.

Demogorgon: Muszę stwierdzić, że spodziewałem się czegoś gorszego i na szczęście rozczarowałem się pozytywnie. Jak na Bru zaobserwowałem wzrost poziomu dialogów, a sama fabuła jest bardzo dobra. Kłótnia Scotta z Xavierem była genialna. Póki co nie dzieje się wiele, ale wiemy, co planują zrobić nasi bohaterowie. Trochę słabo wypadła Layla, ale tak skomplikowana postać nie dla każdego jest do dobrego poprowadzenia, więc można to wybaczyć.

Foxdie: And here we go! Pierwsza część Messiah Complex już za nami i jest dobrze. Jak to na początku bywa, akcja toczy się powoli i wprowadza nas w realia rozpoczętego crossa. Czytając kawałki dotyczące walki z Acolytes i spotkania Rictora, Madroxa i Layli ze Scottem i Emmą nie mogłem powstrzymać się od skojarzeń z równie głośnym i długim X-Cutioner's Song. Ciężko tylko stwierdzić, czy to dobry znak. X-Cutioner wzbudzał we mnie mieszane uczucia, ale zdecydowanie podobał mi się jego rozmach, a Messiah Complex ma szansę mu dorównać i mam nadzieję, że nie tylko w tej kwestii. Rysunki to cały czas niezawodna i niezmienna kreska Tana, dlatego za całość należy się cztery z dużym plusem. 

Kakteen: Przespałem początek, więc zaczynam od części drugiej. Występuję tutaj z pozycji osoby nie śledzącej regularnie przygód mutantów. Nie przeszkadza to jednak w zrozumieniu całości. Czyli nie jest źle.
Fabuła zaciekawia. Balansuje trochę między klimatem "X-Cutioner’s Song" (łezka się kręci w oku; są jakieś "dzieci TM-Semic", które potrafią całkowicie negować tę historię?), "Silent Hillem" (bardziej część pierwsza), historiami z religii, a nawet "New X-Men" Morissona. Pamiętajmy, że coraz trudniej jest stworzyć coś świeżego i odnoszącego się do przeszłości, tak aby przysłowiowa kopara czytelnikowi opadła. Dlatego serdecznie trzymam kciuki, aby działo się coraz lepiej. Bo może być różnie. 

Hotaru: Druga odsłona Messiah CompleX i jak na razie średnio. Może to dlatego, że pisze Brubaker, a już wielokrotnie mówiłem, że nie podoba mi się jego praca nad x-tytułami. W jego scenariuszach brakuje "tego czegoś". Co sie tyczy Tana, to jego rysunki też nie pomagają. Zgoda, że kilka paneli (np. ten z Angelem) wygląda całkiem imponująco, ale poza tym... jakiś dziwne perspektywy kadrowane na posadzkę, powykrzywiane twarze, zakłócone proporcje... to ujdzie w jakimś drugoligowym tytule, ale nie we flagowym Uncanny. Na szczęście następne odsłony cross-overa dostarczą już inne drużyny twórców i liczę, że będzie już tylko lepiej.

Jaro: Klasyczne danie (całe to teamowanie, stopniowe zbiórki, rozdzielanie misji), ale podane we współczesny sposób - i to smakuje. Numer jest dość spokojny, pomimo bijatyki z Acolytes, o której jednak od początku wiemy, że jest czysto "rekreacyjna". Zaczyna się też klarować kilka rzeczy - takie, a nie inne prowadzenie postaci Summersa chyba rozwiewa wątpliwości co do tego, kto będzie liderem, takie, a nie inne zachowanie Xaviera raczej rozwiewa wątpliwości co do tego, kto siłą rzeczy będzie próbował o bycie liderem jednak powalczyć. Do tego niezłe dialogi i rysunki niestety z gatunku "jak ten kadr wyszedł ładnie, to następny dla równowagi niech będzie spieprzony".
Ocena: 7,5/10; soundtrack: Antimatter - Terminal.

Gamart: Dobre, Scott przedstawiony dobrze i już nie tylko u Whedona jest prawdziwym liderem. X-Factor wprowadzeni z sensem i miło zobaczyć Madroxa zawsze. Walka za to bardzo słaba, szczególnie, że to trzecioligowi przeciwnicy, ale to się dopiero rozwija. Nic to, trzeba czekać na dalsze części.

 

World War Hulk: Gamma Corps #4
Lex: Słabizna. Każdy kolejny numer tej miniserii był słabszy od poprzednika, a ten jest naprawdę nieudany. Członkowie Gamma Corps nagle przechodzą metamorfozę i odkrywają, że Hulk jest nieskazitelnie dobry. Nie wiadomo skąd ta przemiana, która zachodzi w ciągu kilku paneli. Irytujący brak konsekwencji, irytujące cudowne uzdrowienie Hulka, irytujące zachowanie Rykera, który zamiast dobić przeciwnika, zachowuje się jak główny przeciwnik Bonda i zdradza cały swój plan oraz miejsce tajnej siedziby.

Gil: Jakież to pouczające! Brakowało mi tylko, żeby w końcówce ktoś założył czapeczkę i zaczął od "You know, I've learned something today..." Niestety, mimo całej tej gadaniny, brakuje tu jakiegokolwiek uczucia i czyta się zupełnie nie jak Tieriego. Jest kilka fajnych momentów - np. połamanie Griffina - ale cały numer i cała seria nie wnoszą nic poza tym, że są i dostarczają kolejną grupę postaci, których nikt poza twórcą nie będzie używał. Szkoda.

S_O: Ta seria była równią pochyłą. Od świetnych pierwszych dwóch numerów, poprzez średni trzeci, ukazujący konfrontację Hulka z Corpsem, po nędzny ten. Już początkowy monolog Rykera przywodzi na myśl villainów z lat pięćdziesiątych, co do szczegółu tłumaczących swój plan, by pozytywny bohater miał czas na obmyślenie swojego. Potem Hulk się budzi i zamiast miażdżyć, gada. I gada, gada, gada... inni też gadają, gadają, gadają (oprócz Griffina, który się zasupłał). W dodatku część tego gadania to marnej jakości monologi wewnętrzne... czy ktoś poinformował Claremonta, że jego zaginiony syn się odnalazł?
No i nie można zapomnieć o dziadowskim zakończeniu pod tytułem "myliliśmy się co do niego, więc teraz będziemy walczyć z tymi, przez których musieliśmy walczyć z nim".
Pod względem graficznym też się nosem podpiera. O ile jeszcze ludzie jako-tako wyglądają, to postaci hulkowate są karykaturalne. No i te ich paskudne twarze...

Jaro: Nawet nie chce mi się zbytnio pastwić nad tym, ale jednego nie rozumiem - po cholerę było psuć to, co wyszło do tej pory najlepiej, czyli motywacje poszczególnych gamma-sołdatów? Przecież my od początku wiemy, że Ryker to ten zły, nie trzeba było wyciągać Abominationów z pudełka. Szkoda takiego nędznego zakończenia, bo pierwsze numery zapowiadały się naprawdę dobrze, trzeci miał spadek formy, ale i tak był o niebo lepszy od tego, co dzieje sie tutaj.
Ocena: 2/10; soundrack: Hatebreed - Horrors of Self.

Krzycer: Pusty śmiech i rozczarowanie tygodnia. Cudowne ozdrowienie jako rozwiązanie cliffhangera, wszyscy przejrzeli na oczy, Hulk niczemu nie winny, radość wszędzie, tęcza i różnobarwne iskierki. Syf. Na plus mogę zaliczyć tylko Hulka sprytniejszego od całej ekipy i manipulującego Greyem oraz niezłą scenę, kiedy Gideon próbuje przemówić mu do rozumu. No i rozbrajające uśmiechy Zielonego... dziwne, ale fajne. Ale mimo wszystko - rozczarowanie tygodnia.
 



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się: 

 

Hity tygodnia: 

 

Dark Tower: The Gunslinger Born HC
Autorzy: Jae Lee i Richard Isanove
Hotaru: Sądząc po wyniku Art Areny, nie tylko ja uwielbiam styl Jae'a Lee i bardzo cenię jego pracę nad Dark Tower: The Gunslinger Born. A ta okładka, pokolorowana przez Isanove'a, stanowi idealną zapowiedź tego, czego możemy spodziewać się w środku. Owszem, Roland jest tutaj starszy, i owszem, w tle pojawia się Mroczna Wieża, która ledwo jest wspomniana w samej historii, ale to nieistotne. Widać efekt perfekcyjnej współpracy dwóch genialnych artystów, wspierających się nawzajem. Isanove genialnie wydobywa głębię i trójwymiarowość postaci rysowanych przez Jae, jednocześnie czyniąc ascetyczne (żeby nie powiedzieć ubogie) tła kadrów nie tylko intrygującymi, co wspaniale budującymi klimat i tajemniczość świata, w którym toczy się akcja. Perełka.

 

 

 

 

Immortal Iron Fist #10

Autor: Jelena Djurdjevic
Gamart: Lubię okładki do tej serii. W pierwszej historii mieliśmy utrzymane w podobnym stylu okładki Davida Aji. W obecnej, również mamy utrzymany porządek, z połową okładki białą, ponieważ w tym miejscu znajduje sie tytuł historii. Bardzo to książkowe i też jest jakimś pomysłem. W numerze 10 mamy kolejny świetny art wykonany przez Jelenę Djurdjevic. Ot, niby prosta, pozowana okładka, ale wyraźnie widać na niej emocje bohatera. Realistyczna kreska przedstawia nawet najdrobniejsze szczegóły maski, a kolory nadają Danny'emu wygląd heroicznego posągu. Do tego pająk w tle, który wyraźnie wskazuje na to, że ważną rolę w numerze odegra Bride of Nine Spiders. Ogólnie okładki Djurdjeviców to uczta dla oczu.

 

 

 

 

 

Uncanny X-Men #492

Autor: David Finch
Lex: W tym tygodniu wyróżniamy prace obu finalistów Art Areny. Okładka Fincha jest bardzo dynamiczna, mamy do czynienia z piątką bohaterów ruszających do boju. X-Men wyglądają na tym obrazku bardzo groźnie - ten efekt autor uzyskał przez zastosowanie odpowiedniego tła (rozbijany mur + ciemne niebo), a także sposobu ustawienia postaci. Warto zwrócić uwagę na mimikę postaci: dwaj "mięśniacy", Logan i Colossus, wściekle krzyczą; Storm ma lekko otwarte usta, jakby wspomagała swoje moce wypowiadanymi szeptem słowami; a Nightcrawler i Angel (swoją drogą Warren świetnie wychodzi Finchowi) mają zaciśnięte usta i porażają spojrzeniem. Nie sposób nie przyczepić się do sposobu przedstawienia sylwetki Colossusa - jego ramiona i ręce wyglądają niezbyt realistycznie, ale można na to przymknąć oko, doceniając inne walory okładki. 

 

 

 

Gniot tygodnia

Ms. Marvel #21
Autor: Greg Horn
Gamart: Oh nie! Niebieski potwór rozpacza, bo jego lalka Barbie zaczyna się roztapiać! Lubiłem Horna, gdy robił okładki do Emmy Frost, ale jego praca przy Ms. Marvel od początku była przeciętna. Ja rozumiem, że wszystko ma byc obcisłe, ale w tym wypadku wygląda to, jakby strój był namalowany na ciele. Do tego za długa szyja, plastikowość i ogólny brak pomysłu.

 

 

 

 

 

 

 

 


 
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2007.11.07
 


Redaktor prowadzący: Lex                                                                                          Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.