Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Niesamowity Spider-Man" - Krzycer

"Niesamowity Spider-Man" obiecywał "nieznaną historię". Ten tagline – "the untold story" – można włożyć między bajki. Film pokrywa ten sam materiał, co pierwszy "Spider-Man" Sama Raimiego. Mamy innego przeciwnika i inną dziewczynę, ale identycznie poprowadzoną fabułę. Kłopoty w cywilu, ugryzienie pająka, odkrywanie mocy i – wreszcie – nauka o odpowiedzialności, która musi z tą mocą iść w parze. To ten sam film.

"Niedorobiony Spider-Man"

Recenzja filmu "Niesamowity Spider-Man"

asm_review.jpg

Uwaga – druga część tej recenzji zawiera spojlery. Wyraźnie zaznaczę miejsce, od którego czytacie na własną odpowiedzialność. W razie czego – ostrzegałem.

"Niesamowity Spider-Man" obiecywał "nieznaną historię". Ten tagline – "the untold story" – można włożyć między bajki. Film pokrywa ten sam materiał, co pierwszy "Spider-Man" Sama Raimiego. Mamy innego przeciwnika i inną dziewczynę, ale identycznie poprowadzoną fabułę. Kłopoty w cywilu, ugryzienie pająka, odkrywanie mocy i – wreszcie – nauka o odpowiedzialności, która musi z tą mocą iść w parze. To ten sam film.

Ale mamy również innego Spider-Mana. A przede wszystkim innego Petera Parkera. To nie tylko kwestia aktora (tu otwieramy nawias: obsada filmu jest bardzo mocna i właściwie pozbawiona słabych punktów; jeśli trzeba by się było do kogoś przyczepić, to trzeba by szukać po postaciach z drugiego i trzeciego planu). Nie ma tu ciapowatego Petera, łatwego celu. Flash go bije? Tak, ale dlatego, że Peter mu się stawia. Jest uzdolniony naukowo? Tak, ale wyrzutkiem licealnego społeczeństwa jest raczej z wyboru. Trudno uwierzyć, by z tym wyglądem i deskorolką nie mógł zdobyć popularności wśród rówieśników, gdyby tylko mu na tym zależało. Nie jest więc inteligentnym ale stereotypowo zahukanym okularnikiem jak poprzednie inkarnacje. I dobrze.

Jedną z największych zalet filmu jest wyczucie, z jakim reżyser buduje interakcje między bohaterami. Widzimy ciepłe relacje Petera z wujostwem, ale to nie wszystko. Są tam żywe emocje, wiarygodny konflikt, u którego podstaw leży to, że Ben nie jest w stanie w pełni zastąpić chłopakowi ojca – a raczej wyidealizowanego obrazu ojca. Widzimy, że Ben nie dorównuje mu wiedzą, rozumiemy, czemu tak ciągnie go do doktora Connorsa – dawnego przyjaciela jego ojca, wpisującego się w jego wyobrażenie tego, jaki ów ojciec był. Ben Parker Martina Sheena uczestniczy w paru najlepszych scenach filmu.

Te żywe emocje towarzyszą Peterowi również podczas pierwszych wypraw na miasto w kostiumie. Lekcja, której musi się nauczyć, zostaje poprowadzona zaskakująco subtelnie. Trochę inną wymowę ma również samo obdarzenie Parkera mocami. Nie ma tu takiej przypadkowości, jak w innych wersjach. To nie jest zwykły chłopak, któremu przytrafia się coś niezwykłego, ten Peter robi coś wykraczającego poza zwykłe życie, co prowadzi do ugryzienia pająka. Czy przyświeca temu jakiś większy zamysł, sugestia, że w grę wchodzi przeznaczenie? Trudno powiedzieć. Biorąc pod uwagę retrospekcję z rodzicami, fakt, że praca ojca Petera ma kluczowe znaczenie dla filmu – może i tak.

02_res.jpg
© 2012 Columbia Pictures

Całkiem zręcznie poprowadzono również wątek romantyczny. Emma Stone jest sympatyczna w roli Gwen. Zdecydowanie może się podobać. Trochę mniej ewidentne jest to, co właściwie widzi w Peterze, ale na tyle fajnie wypadają razem na ekranie, by nie było to jakąś szczególną przeszkodą. A jednak to w wątku romantycznym pojawiają się pierwsze przesłanki, by uzasadnić mój tytuł dla filmu. Choć może "niedorobiony" nie jest precyzyjne. Mam wrażenie, że odpowiedniejszy byłby "Niemal zarżnięty w montażowni Spider-Man". W materiałach promocyjnych pokazano sporo scen, które ostatecznie nie znalazły się w filmie. Nie jestem stuprocentowo pewien, ale mam wrażenie, że związek Petera z Gwen przeskakuje jakiś istotny moment. Z ekranu wynika, że obiad z rodzicami Gwen to ich pierwsza "randka", co wydaje mi się wyjątkowo kuriozalne. Ale mniejsza o to, dalej jest gorzej. Flash w tym filmie okazuje się kimś więcej, niż stereotypowym mięśniakiem dręczącym szkolne ofiary. Fantastycznie! Szkoda, że to coś więcej ogranicza się do dwóch króciutkich scen. Ciocia May w drugiej połowie filmu traci jakiekolwiek znaczenie, choć mamy sugestię, że jest silniejsza i bardziej domyślna, niż jej poprzednia wersja. I ta sugestia musi nam wystarczyć. Wątek konfliktu ludzkiej i jaszczurzej osobowości Connorsa zostaje ledwo zarysowany. Mógłbym tak wymieniać – i zrobię to w części spojlerowej – ale wszystko sprowadza się do tego, że nakręcono znakomity film. Niestety, ten znakomity film niemal w całości wylądował na podłodze montażowni.

Tamte sceny – a jeśli się mylę, jeśli w ogóle ich nie nakręcono, to: sceny, które powinny powstać – ustąpiły miejsca typowo superbohaterskiej nawalance. I choć w większości ogląda się je fajnie, to finał filmu jest koszmarny. Koszmarnie przewidywalny, koszmarnie przeciągnięty, wypełniony koszmarnymi kliszami – kwestiami, które słyszeliśmy w dziesiątkach innych filmów i scenami, które już widzieliśmy. Mamy tam i "Park Jurajski", i "Terminatora 2" – a może "Człowieka demolkę". I gdyby z tych zapożyczeń powstała całość z pozorami oryginalności, albo wzbogacona o autentycznie zaskakujący element, pozwalający spojrzeć na film z zaskakującej perspektywy, to nie byłoby problemu. Wiadomo, od zarania dziejów wałkujemy te same historie, i tak dalej, i tym podobne.

Niestety, nic z tego. Nie ma tej iskry oryginalności, która pozwoliłaby łyknąć wszystkie schematy z marszu. Zamiast tego dostajemy dobry film o początkach superbohatera z finałem pożyczonym z kina akcji klasy B lat 80. I to niemal pogrąża cały film.

Niemal.

Bo "Amazing Spider-Man" mimo wszystko, mimo wszystkich jego wielu wad – zbyt podobny do "Spider-Mana" z 2002 roku; ma braki fabularne; jest strasznie wtórny; ma okropny finał – podobał mi się. Przede wszystkim ze względu na sportretowanie Petera Parkera/Spider-Mana, dużo bliższe mojemu wyobrażeniu tej postaci – ale i bardziej komiksowe – niż w poprzedniej trylogii. Również za świetną obsadę i bardzo dobre przedstawienie relacji między postaciami. Słowem, ma dużo zalet. Wystarczająco wiele, by przeważyć mnogość wad. Które tam są, które przez cały czas przeszkadzają w odbiorze filmu i na to nie ma rady.

Mógł być fantastyczny, jest tylko niezły. A przede wszystkim – bardzo nierówny. Na pewno wolę go od trzeciego "Spider-Mana" Raimiego. Od pierwszego – chyba też.

I tyle.


A oto linia demarkacyjna za którą nic, tylko spojler na spojlerze!


Zacznijmy od wad. Wspomniałem wyżej o tym, że zasugerowany zostaje konflikt między jaszczurczą i ludzką stroną osobowości Connorsa. Sugestia ta wynika głównie z jego zachowania w końcówce filmu – kiedy ratuje Petera (który z jakiegoś powodu przestał na moment przyczepiać się do ścian – o co chodzi?) i kiedy rozmawia z tajemniczym kimś w scenie wrzuconej pomiędzy napisy końcowe. Poza tym mamy tylko jego rozmowę w kanałach, która prawdopodobnie toczy się między Jaszczurem a Connorsem. Film nie poświęca temu uwagi, więc czytelnicy komiksów mogą się domyślać o co chodzi, reszta widzi tylko faceta gadającego... Nawet nie wiadomo z kim. Bo kwestie Connorsa są przez niego wypowiadane, a kwestie Jaszczura po prostu rozbrzmiewają w powietrzu. Co jest nie tylko kiepskim przedstawieniem tego, co się dzieje, ale i niemal doskonałą kalką sceny w której Osborn rozmawia z maską Goblina z pierwszego filmu. I tego nie mogę zrozumieć. Connors wypada dużo wiarygodniej jako zastępcza figura ojcowska dla Petera (a i Osborna trochę w tę stronę kierowano w tamtym filmie), czemu więc twórcy nie skupili się na tym? Zamiast tego mamy scenę, która – w filmie, który i tak cierpi na zbytnie podobieństwo do poprzednika – dodatkowo upodabnia Connorsa do Goblina.

Kiepsko wypada również scena, w której Petera zaczyna podejrzewać Connorsa o bycie Jaszczurem. Dialog, który prowadzą jest koszmarnie nienaturalny i naiwny.

01_150.jpg 02_150.jpg 03_150.jpg
© 2012 Columbia Pictures


Słówko o ogranych schematach – Gwen ukrywająca się przed Jaszczurem to "Park Jurajski", ciekły azot widzieliśmy w mnóstwie filmów, "Terminator 2" będzie najbliższy z uwagi na rozstrzeliwanie zamrożonego przeciwnika shotgunem. Nawet nie chce mi się wyliczać filmów, w których słyszeliśmy kwestie wypowiadane przez kapitana Stacy'ego podczas ostatnich 10 minut seansu.

Ale najgorsza jest kalka sceny z poprzedniego "Spider-Mana". Sceny pod tytułem "Nowy Jork staje ramię w ramię by wesprzeć swojego bohatera". Tutaj mamy scenę która jest jednocześnie lepsza od nieszczęsnego tłumu rzucającego butelkami w Goblina, i zarazem o wiele, wiele gorsza. Lepsza, bo pomoc nowojorczyków – choć można się krzywić na zbieg okoliczności – autentycznie pomaga Pająkowi i w sumie ma sens. (W przeciwieństwie do Goblina, który z jakiegoś powodu nie rozgonił hołoty jedną dyniową bombką).

Gorsza, bo jest przeciągnięta do granic możliwości i podbudowana tak niesłychanie natrętną, patetyczną muzyką, jakby kompozytor sądził, że na ekranie przed Mojżeszem rozstępuje się Morze Czerwone.

A potem się urywa, pomoc nowojorczyków zdaje się na nic, Spider-Man nie dolatuje tam, gdzie miał i spada. I przez chwilę miałem nadzieję, że będziemy mieli do czynienia z whedonowskim zerwaniem z konwencją.

A potem przypadkowy bohater, któremu Pająk pomógł pół filmu wcześniej, zjawia się, by odwzajemnić przysługę. I wraca muzyka, i wraca zgrzyt zębów. Jakim cudem ta scena – w tej postaci – mogła znaleźć się w filmie? Ile ona trwa? Bo byłem gotów przysiąc, że przynajmniej dwie minuty. Tak o półtorej za długo.

A skoro o pomocy udzielonej pół filmu wcześniej mowa, to w scenie na moście też jest mały problem. Spider-Man wyciągnął chłopczyka z samochodu – ok.

...jak doszło do tego, że ojciec chłopczyka był poza samochodem? Wysiadł z niego, uciekając przed Jaszczurem, zostawiając syna? Co z ludźmi uwięzionymi w pozostałych samochodach, które Pająk zawiesił pod mostem? Wszystkie były puste?

Podobną, niewyjaśnioną kwestią są obrażenia Petera. Kilkakrotnie wraca do domu niesłychanie obity. Następnego dnia właściwie nie ma po tym śladów. Film tego nie wyjaśnia, my możemy domyślać się, że ugryzienie pająka pozwala Parkerowi trochę szybciej leczyć rany, o czym czasami wspominano w komiksach. W filmie wygląda to na niekonsekwencję... i jest kolejnym przykładem "niedorobienia", które go trapi.

Ale przejdźmy do pozytywów. Jednym z większych jest komiksowość filmu. Od detali w rodzaju plakatu Einsteina w pokoju Petera (Ultimate się kłania), przez zastyganie w komiksowych pozach w niektórych scenach czy fantastyczne budowanie pajęczyny w kanałach po demolowanie liceum do którego uczęszcza Parker. Demolce tej towarzyszy jedno z najfajniejszych wystąpień Stana Lee – na moim seansie ktoś nawet zaczął klaskać, a śmiechu było niemal tyle co z okazji pojawienia się Hugh Jackmana w "X-Men: First Class" – oraz świetne oplątanie Jaszczura pajęczyną.

04_150.jpg 05_150.jpg 06_150.jpg
© 2012 Columbia Pictures

Mówiłem już o relacji z wujkiem Benem. Jest miłość, ale i irytacja a nawet gniew – i to z obu stron. Zdecydowanie więź ta została tu pogłębiona, nie tylko w stosunku do poprzednich filmów ale i do większości komiksów. Po jego śmierci Parker rusza na miasto by się zemścić. I to też wypada wiarygodniej, i nie ma szybkiego rozwiązania. Mam wrażenie, że Marc Webb trochę pożyczył tu od Batmana. Nawet pierwsze pojawienie się w kostiumie – znane z materiałów promocyjnych znęcanie się nad złodziejem samochodów z małym nożem – w pewnym momencie zostaje przerwane gwałtownym wybuchem, gdy Peter szuka charakterystycznego tatuażu mordercy. Nie mówiąc o tym, że poddusza go pajęczyną.

I to jest świetne. Tak, Spider-Mana definiuje śmierć jego wujka... Ale w tym wydaniu widzimy targające nim emocje. Parker rusza na miasto, by się zemścić. W każdym drobnym złodziejaszku widzi mordercę wujka. Jaszczurem zajmuje się tylko dlatego, że bezpośrednio doprowadził do jego powstania.

A najlepsze jest to, że Peter ostatecznie nie łapie mordercy wujka. Więc nie tylko "z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność" – które to słowa nie padają verbatim na ekranie, choć zostają sparafrazowane – ale Peter uczy się też, że nie liczy się jego osobista vendetta, że chodzi o coś większego. I tu akurat zasugerowanie tego, a nie poświęcenie całej sceny na tłumaczenie, jest zaletą.

Śmierć wujka Bena, swoją drogą, też jest ciekawie poprowadzona. Następuje chwilę po tym, jak Peter puszcza złodzieja, związek przyczynowo-skutkowy jest dużo silniejszy, nie ma przypadku – "akurat ten facet, którego mogłem złapać, zabił wujka", jest bezpośrednia odpowiedzialność – "nie spróbowałem złapać tego faceta, wujek spróbował i zginął". Ma to dużo mocniejszy wyraz. W oryginalnej wersji jest zaskoczenie – gdy widzimy twarz mordercy i łączymy ją z tamtym złodziejem – ale chyba wolę emocje towarzyszące tej wersji.

Do tego dochodzi sporo drobnych, fajnych detali, jak scena w której Connors decyduje się zaaplikować sobie terapię genową – obserwuje swoje odbicie w szkle, iluzję posiadania obu rąk. Podobało mi się również przedstawienie Normana Osborna – nie pojawia się w filmie, ale jest w nim ciągle obecny. Jego tajemnicza choroba napędza działania Connorsa, jego pozbawiony wyrzutów sumienia pomocnik daje wyobrażenie o jego metodach… Bardzo to wszystko ładne.

Z rzeczy, o których już wspomniałem – Flash okazuje się ludzki, ciocia May chyba się domyśla, kim jest Peter – wszystko fajnie, chciałbym więcej. Można było uciąć dwie minuty rozdętego finału i poświęcić im trochę czasu. Podobnie jest z kapitanem Stacy, który jest dużo ciekawszy jako nadopiekuńczy ojciec Gwen i twardo sprzeciwiający się anarchistycznemu zamaskowanemu mścicielowi (na marginesie, tłumacz miał problem z terminem "vigilante"; zastąpienie go "Strażnikiem" nie było najlepszym rozwiązaniem), niż jako twardy glina ścigający ale w końcu rozumiejący potrzebę istnienia Spider-Mana. Mogło go być trochę więcej w tych pierwszych dwóch rolach.

A ciocia May znika zupełnie po śmierci Bena. Peter zamienia z nią parę niezbyt miłych słów, ale ostatecznie May zapewnia go, że jest dobrą osobą. Zapewnia go? Czy przypomina mu, by wpłynąć na jego zachowanie? Bo ten Peter jest ździebko draniem. Mniejsza o wyżywanie się na przestępcach, ale jego sceny z May po śmierci Bena są... zimne. W finale następuje pojednanie, Peter wchodzi na ścieżkę bohatera... Ale jeśli May jest przekonana o jego dobroci, to albo wie, że jest Spider-Manem, albo okłamuje samą siebie, bo w stosunku do niej dobry nie był. Podoba mi się interpretacja, w której May domyśla się jego podwójnej tożsamości. Bo to ciekawy punkt wyjścia do następnego filmu, i trochę podciąga moją opinię na temat ich relacji po śmierci Bena. Ale jeśli tak nie jest, to jest to po prostu nieporadnie zrobione.

Tak czy inaczej wracamy do "Niedorobionego Spider-Mana". I to, niestety, morał tej recenzji.

Ale i tak wolę Andrew Garfielda od Tobey'go Maguire'a.

Autor: Krzycer
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.