Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #252-253 (25.06.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 25 czerwiec 2012Numer 25-26/2012 (252-253)


Avalon właśnie obchodzi swoje dziesiąte urodziny. Aby to uczcić, dzisiejszy Pulse obszerniejszy, z dużą dawką recenzji. Obiecuję, że będzie co czytać, ponieważ działo się w świecie komiksowym wiele. Choć Pulse jest o połowę młodszy, to jest już nieodzownie związany ze stroną, dlatego czytajcie go i towarzyście nam przez kolejne dziesięć i więcej lat.

Amazing Spider-Man #687
Volf: No i mamy koniec przereklamowanego eventu. I co się zmieniło? W zasadzie nic. Spidey znowu będzie miał poczucie winy, bo jego powtarzane do znudzenia nowe motto w końcu zostało niedotrzymane - co, nie oszukujmy się, i tak było kwestią czasu. A sam zgon to niemal oczywista farsa - niepokazanie ostatnich chwil ofiary oraz sytuacja w jakiej się znalazła daje całą masę możliwości, by to z łatwością odkręcić. No i dramaturgia sceny leży - kiedy ostatnim razem Slott kogoś zabijał, mieliśmy chyba najlepszą scenę w całym "Big Time". Tym razem było aż do bólu nijako. Do plusów zaliczam teksty Mysterio i jak zawsze świetne rysunki Caselliego. A tak - średni finał nijakiego eventu.
EndrjuSzopen: No i koniec tejże historii, jaka ulga mnie naszła. Od początku była naciągana, niepoważna i dziecinnie prowadzona - jak to Slott sobie czyni w TASM bez skrępowania - a i zakończenie nic nie zmieniło i nawet nie dało się tego czytać, bo to już po prostu było męczące. Sama śmierć, która miała miejsce... Nie, nie wierzę w nią, bo zamordowana postać pojawia się chyba na okładce kolejnego numeru Avenging Spider-Man, który ma być jakimś epilogiem do Ends of the Earth... Poza tym nie oszukujmy się - dostaliśmy w tym zeszycie tyle nieścisłości i tyle uproszczeń, by tylko doprowadzić do takiego końca jaki otrzymaliśmy, że to jest istna masakra. Slott...
Gil: Pierwsza połowa numeru ma swoje lepsze moment. Większość z nich należy do Mysterio, ale na przykład moment, w którym Thor upuścił młotek też wyszedł nieźle. Nie do końca przekonuje mnie to, że Ock był w stanie kontrolować jednocześnie wszystkich Avengers, walczyć nimi i do tego prowadzić kilka dialogów na raz, no ale załóżmy, że zabawa mackami nauczyła go podzielności uwagi. Druga połowa jest już mocno naciągana i za bardzo sieje zbiegami okoliczności. Nie udało się też uniknąć klisz w stylu nagłego przypływu siły Pajęczaka w krytycznym momencie. Wiemy, że to mu się zdarzało, ale czy musi się zdarzać za każdym razem? No i na końcu oczywiście Otto się zamotał i przegrał przez moment nieuwagi, a wszystko dobrze się skończyło. Chociaż nie do końca, bo ktoś odwalił kitę. Ciekawe kogo ma na myśli nasz bohater? Sable, która pojawi się cała i zdrowa w następnym Avenging Spider-Man? Rhino, który był tam z nią? A może kogoś z setek lub nawet tysięcy ludzi, dla których nagłe uderzenia gorąca w trakcie historii oznaczały prawie pewny udar? Who cares? Hasło padło, a i tak je zignorują w następnym numerze. Ten natomiast, z małym bonusikiem za grafikę dostanie ocenę 6/10.

Astonishing X-Men vol. 3 #51
Hotaru: Mam mieszane uczucia w stosunku do tego numeru, zarówno jeśli chodzi o oprawę graficzną, jak i scenariusz. Ten drugi ma dziwną strukturę, zupełnie jakby w trakcie historii zdecydowano o zmianach w ostatnim akcie. Zmianach, które nie pozwoliły zamknąć fabuły tak, jak powinna była być zamknięta. Zgaduję, że chodzi o wątek ślubu. Ale mogę się mylić. Szkoda, bo wątek Karmy jest najciekawszym ze wszystkich. W wywiadach poprzedzających ten numer twórcy zapowiadali konflikty wynikające z natury tej uroczystości. Uważam, że stchórzyli, bo wybrali na jedyną nietolerancyjną osobę kosmitkę, która stosunkowo niedawno pojawiła się w komiksach. Nie chcieli ryzykować, że któraś z popularniejszych postaci straci swoich zwolenników. Co się tyczy rysunków, to o ile Mike Perkins odwalił porządną robotę, to trójka kolorystów mogłaby sprawdzić w słowniku, co to jest "nasycenie kolorów", a potem zrezygnować z części zieleni na rzecz czegoś mniej denerwującego. Jest dobrze, ale mogło być o wiele lepiej.
Krzycer: Oj. Pani Liu dostaje krechę za to, jak skonstruowała swoją pierwszą historię. Tyle flashforwardów po to, by zwieńczenie wątku pokazać w retrospekcji? To nie działa. To po prostu nie działa.
Ale oceniając ten numer jako osobną całość... Jest nieźle. Ot, ślub. Sporo zabawnych sytuacji, sporo fajnych interakcji. Liu wie, jak to poprowadzić.
Trochę szkoda, że po szumnych zapowiedziach jedna jedyna Warbird została zidentyfikowana jako sprzeciwiająca się ceremonii - nie dość, że świeża postać to jeszcze kosmitka. Trudno byłoby bardziej zignorować to, że nie wszystkim podobają się małżeństwa jednopłciowe. Ciekawe, co by powiedziała taka Idie, gdyby scenarzystka dała jej choć jeden dymek z tekstem?
Ogólnie: mam nadzieję, że skoro już dotarliśmy do tego poważnego, kontrowersyjnego/postępowego/obrazoburczego (niepotrzebne skreślić) numeru Liu będzie mogła się zająć sprawniejszym prowadzeniem akcji.
I jeszcze - hej, czy to Iron Fist w poprzednim, zielonym ciuchu na weselu? Na tym samym kadrze, co ręka chyba Spider-Mana?
avalonpulse0253b%20%5B1600x1200%5D.JPGUndercik: Z Astonishing X-Men od czasu Ellisa miałem kontakt jedynie przy okazji historii Paka. Obecnego runu Liu nie śledziłem, bo jakoś nie miałem czasu. Do #51 zajrzałem tylko dlatego, aby zobaczyć, czy gigantyczna reklama jaką temu numerowi zrobił Marvel się opłacała. Jeśli brać pod uwagę sprzedaż tego numeru to zapewne tak, zresztą zobaczymy w wynikach sprzedaży. Jednak jeśli chodzi o inne aspekty, to jak dla mnie nie. Dlaczego? Na 3 stronie wskakujemy w środek akcji, która się toczyła już w poprzednich numerach. Ok, jest niby recap page, ale szczerze, jak ma się w tym wszystkim ogarnąć nowy czytelnik? Nie można było poczekać jednego numeru, zamknąć akcje w jednym numerze, ślub zrobić w kolejnym i na końcu zostawić jakiś cliffhanger aby zaciekawić nowych czytelników. Spokojnie można byłoby wydłużyć jakoś te 8 stron, które dzieją się w przeszłości na jeden numer, a ślub rozciągnąć w następnym numerze i mieć na niego o około 50% miejsca więcej. Przydałoby się zważywszy na to, że spokojnie można byłoby pokazać jeszcze kilka interakcji między bohaterami. Już od dłuższego czasu mam wrażenie, że Marvel myśli strasznie krótkofalowo, byle mieć jak najszybciej spory zarobek, a ten numer jest tego potwierdzeniem. Bądźmy szczerzy ten ślub jest tylko skokiem na kasę i podlizaniem się poprawności politycznej, a nie czymś planowanym, bo widać, że jest to wepchnięte na siłę. Do tego jeszcze kiepskie rysunki - no bo po co obsadzić dobrego rysownika w numerze, który miał wokół siebie taki hype, ważne by kupili teraz, bo po co zachęcić do sięgnięcia dalej dobrymi rysunkami. Tu i teraz jest ważne, a nie planowanie przyszłości.
Jeszcze jedna uwaga, o której wspominał Hotaru. Naprawdę, tylko jedna osoba wyraziła dezaprobatę dla ślubu homoseksualnego? I to do tego kosmitka? Ja rozumiem, że X-Men, tolerancja dla odmienności i takie tam, no ale bez przesady. Nikt z tym nie miał problemu? Nawet wzmianki przez jakiegoś dowolnego bohatera w stylu: "nie popieram tego co robisz, bo to złe, ale przyjdę bo jesteś moim przyjacielem" lub coś podobnego? Ach ta poprawność polityczna. Pytanie tylko, czy akcja dzieje się przed AvX, czy po. Bo jeśli przed, to z jakiej czapy na uroczystości pojawił się Angel, który myślał, że jest prawdziwym aniołem - czyli zgodnie z wiarą chrześcijańską uznawałby homoseksualizm za grzech? A jeśli całość rozgrywa się już po AvX, to właśnie jego można by wykorzystać w jakimś dialogu obok Warbird, aby to wszystko wyszło jakoś bardziej naturalnie. Na pewno by bardziej urozmaiciło interakcje między postaciami.
Podsumowując. Na siłę wrzucili ślub i to strasznie czuć. Gdyby to był normalny, a nie gejowski ślub, ludzie albo by go kompletnie zlali, albo po miesiącu zapomnieli o nim. Jedno wielkie meh. Dlatego właśnie nienawidzę pieprzonej poprawności politycznej. Byle tylko na siłę pokazać, że ktoś jest tolerancyjny. Patrząc na reakcje DC będziemy mieli zaraz zapewne wyścig, kto jest bardziej tolerancyjny. Da się to zrobić naturalnie, co pokazał PAD w X-Factor i nawet mi, homofobowi, jakoś specjalnie ten wątek nie przeszkadzał, bo nie był wprowadzony na siłę, byle tylko przypodobać się organizacjom pro-gejowskim. Wiem, że się powtarzam, ale ogromne NIE dla pieprzonej poprawności politycznej.

Volf: Serio? Kilka numerów zmierzających do wielkiego starcia, które rozegrano na kilku stronach, żeby zrobić miejsce na hypowany w mediach ślub? Głupie. I nie ratuje tego fakt, że na końcu mamy cliffhanger do rundy drugiej. Mój kredyt zaufania dla Yiu właśnie się wyczerpał. Od kilku numerów czekam, aż coś chwyci i wciągnie - ale to coś zdecydowanie się obija i wcale nie ma zamiaru chwytać. Szkoda, że seria, która zaczynało jako jeden z najlepszych komiksów Marvela ostatnich lat, spadła do poziomu, w której nawet nie chce się jej kartkować.

Avengers Academy #32
Hotaru: Jestem zaskoczony rysunkami Timothy'ego Greena. Ten artysta ma bardzo specyficzną kreskę - redaktorzy Marvela zdają sobie z tego sprawę, bo częściej zlecają mu rysowanie niehumanoidalnych kosmitów, niż ludzi. Ale tym numerem Green pokazał, że jeśli ma taki kaprys, może rysować jak najbardziej w konwencji amerykańskiego komiksu superbohaterskiego. Powiem więcej - jego Laura stoi o klasę wyżej, od wersji Toma Grummetta. Fabularnie... jest kiepsko. Zaczynam się przyzwyczajać, że X-23 w interpretacji Christosa Gage'a straciła większość niuansów i głębi nadanej jej przez Kyle'a, Yosta i Liu. Ale Emma... cóż, pomijam jej kuriozalne powitanie Hanka Pyma, i żałośnie niski poziom mocy, jaki wykazała - ale to po prostu nie ta Emma, którą znamy. Można się sprzeczać, że to wina Phoenix Force, ale Frost już kiedyś miała okazję gościć w sobie ten byt, i wtedy jej charakter nie został tak zniekształcony. Szkoda, mogło być fajnie.
Krzycer: Ojej, ależ mnie ten numer wkurzył. Bo tak - mamy tu i Laurę o której Gage pewnie sądzi, że ją "rozwija", podczas gdy X23 nadal jest w tymże rozwoju cofnięta; i sfeniksioną Emmę, której PF jeszcze spotęgowała arogancję; i głupiutkich dorosłych, jak Pyma, którzy nie widzą problemu w tym, by od nowa zaprogramować Sentinela, bo to tylko maszyna. Przynajmniej Pymowi ktoś wypomina "to-tylko-maszynę" Jocastę. Emmie Danger nikt nie przypomni.
Ale najbardziej wkurzyło mnie to, że tydzień temu w X-Men: Legacy Gage wałkował to samo. Tam przynajmniej nienajgorzej poprowadził Frenzy i wątek jej przeszłości. Tutaj... Ok, dwa komiksy pióra tego samego scenarzysty, wychodzące tydzień po sobie, traktujące o tym samym - to mogłoby działać, gdyby w jednym z nich problem ukazano z drugiej strony. Ale nie, łopatologiczny morał w obu jest identyczny. Tam przynajmniej wszystko zostało zamknięte w jednym odcinku. Tu czeka nas starcie gromadki dzieci z Feniksem. Fantastycznie.
A przecież Gage zaczął się wyrabiać, i ten komiks czytało się całkiem nieźle. Chyba rozszerzenie obsady mu się nie przysłużyło.
Volf: Ktoś tu zdepowerował na potrzeby historii Phoenix Emmę. No ale bez tego nie byłoby wymuszonego tie-ina, niech będzie, nawet głupotka z atakami Sentinela robiącymi na niej jakieś wrażenie. A poza tym? Standardowa Gage'owa łopatologia i banalne dialogi. Jeden plus za Hazmat pytającą X-23 czy PF mogłoby ją wyleczyć - to było fajne. Cała reszta standardowo dla tej serii do bólu przeciętna.

Avengers Assemble #4
Krzycer: O, John King, kuzyn Hooda. Tego się nie spodziewałem. Przy okazji wychodzą na jaw pewne szczegóły dotyczące Thanosa, które pozwalają snuć przypuszczenia co do natury jego powrotu, i jeśli moje przewidywania się sprawdzą, to będę bardziej zadowolony, niż gdyby miał po prostu wrócić.
Więc teraz czekam na wyjaśnienia w sprawie tych retro-Guardians of the Galaxy. Trochę mam wrażenie, że nie ma w tym żadnej tajemnicy, tylko po prostu Bagley korzystał z jakiegoś handbooka sprzed dwudziestu lat i dlatego tak ich narysował.
Co nie tłumaczy Draxa. Hej, Drax żyje! W tej sytuacji szczegóły mnie nie obchodzą.
A poważnie - co się temu Bagley'owi stało? Bo ten komiks wygląda źle. Ja wiem, że on ma taki oldchoolowy styl i w ogóle, ale... Ultimate Spider-Man wychodził mu lepiej. Więcej, mam wrażenie, że Thunderbolts wychodzili mu lepiej.
Mimo to - 6/10.
Łukasz: Numer z bardzo dużą ilością akcji, sporą ilością zniszczeń oraz pojawieniem się składu Guardian of the Galaxy pod koniec zeszytu. Jak to się ma wszystko, do serii o kosmicznych wydarzeniach pisanych przed duet DnA w poprzednich lat, to się jeszcze dokładnie okaże. Na razie czekam na więcej.
Gil: Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zobaczyłem, jak wrzucili na okładkę profil Thanosa, jakby chcieli krzyknąć: kupcie to, a dowiecie się, kim był ten typ z końcówki filmu! W środku, tak jak się spodziewałem, nie znajdziemy żadnego wyjaśnienia jego powrotu do żywych. Pojawiają się za to w końcówce Guardians of the Galaxy i to ze Star-Lordem na czele. Nie przypomina on za bardzo Petera, więc zagadki tylko się mnożą. A co z Zodiakiem? Ha! Okazuje się, że to banda zwykłych płotek, w której jedyną znaną postacią jest były podnóżek Hooda. Mięso armatnie – nic więcej. Jak i po co Thanos ich stworzył? Właściwie to nadal nie wiadomo, bo chyba nie tylko po to, by zdobyli dla niego nullifiery – sam przecież zrobiłby to lepiej. Cóż, poczekamy – zobaczymy. Póki co, historia nieznacznie posuwa się do przodu, a ponieważ nie znajduję w tym zeszycie jakiś wybitnych momentów, ani nie zachwycam się rysunkami, to ostatecznie wycisnę najwyżej 5/10.
Arachnid: Całkiem niezły numer, w którym na brak akcji nie można narzekać. Historia posuwa się do przodu. Okazuje się, że grupa Zodiak to tylko pionki Thanosa. Jestem bardzo ciekaw jaki dokładnie jest plan Thanosa i czy zostanie w jakiś sensowny i satysfakcjonujący sposób wyjaśniony jego powrót do życia. Na plus zaliczyłbym przesłuchanie więźnia w wykonaniu Black Widow. No i zakończenie sprawia, że z niecierpliwością czekam na kolejny numer, by zobaczyć współpracę Avengers z Guardians of the Galaxy. Co do rysunków to mogłyby być zdecydowanie lepsze. Ale ogólnie numer jest ok.

Avengers vol. 4 #27
Hotaru: Im dłużej patrzę na rysunki Simonsona, tym bardziej przypominają mi one prace Larry'ego Stromana. Fabularnie nie jest o wiele lepiej. Po pierwsze, w kontekście (braku) obecności Noh-Varra w poprzednich historiach, ta wydaje się wyjęta stamtąd, gdzie słońce zagląda tylko na plaży nudystów. Przez co od samego początku byłem głuchy na jakikolwiek emocjonalny przekaz, więc zmagania Protectora w ogóle do mnie nie trafiły. Podobnie jak ostra reakcja Avengers, z Beastem na czele. Po drugie - jak to się ma mieć do tego, co Remender pokazał w Secret Avengers?
Krzycer: To byłaby fajna historia, gdyby Bendis przez poprzednie 26 numerów nie trzymał Noh-Varra w czwartym szeregu. Tak naprawdę mieliśmy jeden Annual, żeby bliżej go poznać i tyle. I dlatego trudno się tym przejąć, choć sama historia jest niezła.
Nie pomagają również brzydkie jak noc rysunki Simonsona. Przy pierwszym czytaniu nie miałem pojęcia, co właściwie wydarzyło się w końcówce, kto do kogo strzelał z tego statku kosmicznego i kto zginął. Teraz już chyba wiem, ale choć reszta numeru nie jest tak chaotycznie przedstawiona, to i tak zapełniają ją żaby a nie ludzie. Zgroza. Niech będzie 5/10.
Łukasz: Zeszyt przynosi nam wyjaśnienie dlaczego nie ujrzeliśmy Protectora na łamach AvX #5. Mam nadzieję, że wyjdzie on z tych tarapatów, w które się przez własną głupotę wpakował, obronną reką.
A tak w sumie numer ciut lepszy niż poprzednio choć i tak niezbyt dużo się wydarzyło. Rysunki jak były paskudne, tak nadal są.
Gil: Oj, ależ to było mdłe. Kolejny raz muszę podkreślić fakt, że nijak ma się to do wydarzeń z Secret Avengers, chociaż rzekomo opowiada tę samą historię. Ale to już wiemy i szkoda mi więcej słów marnować na ten temat. Natomiast w tym zeszycie znajdujemy miernoty innego rodzaju. Kiepskie rysunki to jedna z nich, ale o tym też już wspominałem poprzednio. Fabuła też nie poraża, chyba że głupotą. Przez pół numeru Avengers walczą z grawitacją, bo są wciągani przez słońce. Sądząc po rysunkach, jest to jakieś wyjątkowo małe słońce, ale i tak gdyby byli na tyle blisko, nawet nie zdążyliby się obudzić. Tymczasem Noh-Varr odkrywa, że Kree zrobili go w ciula. Trochę się biją, próbuje przepraszać, ale oczywiście nic z tego i nawet Beast chce go zabić (cóż za szokująca zmiana charakteru!). Nasi dzielni bohaterowie zabierają dupę w troki i zostawiają go na pastwę Kree, ale i tak im umyka, by pójść własna drogą. Wszystkie te wydarzenia, do głównej historii wnoszą… absolutnie nic. Niespodzianka? Wątpię. Za to kolejne mierne 2/10.
Arachnid: Noh–Varr nie należy do moich ulubieńców, więc jego losy są mi całkowicie obojętne. Sam numer jest bardzo kiepski. Avengers są wciągani przez słońce i próbują się uwolnić, a Noh–Varr odkrywa, że został oszukany i atakuje swoich zwierzchników. Na plus zaliczyłbym, że Mściciele nie wybaczyli mu jego zdrady, choć z drugiej strony zachowanie Beasta jakoś mi nie pasuje. Rysunki niestety paskudne. Ogólnie słabiutko.

avalonpulse0253c%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs. X-Men #6
Hotaru: Sprytne. Pierwszy Akt był tak kiepski, zarówno od strony fabularnej, jak i graficznej, że teraz, kiedy rozpoczął się Akt Drugi i jest jedynie "porządny", czytelnicy i tak wyśpiewują psalmy na jego cześć. Bo spójrzmy na to od tej strony: Cyclops nadal nosi stringi, Captain America na niektórych kadrach jest niemal szerszy, niż wyższy, a Hope nagle zaczęła wyglądać jak dzieciak, a nie nastolatka. Ale to i tak niebo, w stosunku do bazgrołów Romity. Co się tyczy fabuły, to nagle Cyclops zrezygnował z moralnej przewagi i popadł w schemat, którym ostatnio szastał na prawo i lewo Wonder Man, a Wanda, która w Children's Crusade utraciła Life Force, a w AvX #0 pokazała, jak bardzo jest bez niej osłabiona, nagle znów jest siłą, z którą trzeba się liczyć. Ale i tak, jest o niebo lepiej, niż w pierwszym akcie. Bo jest średnio.
Krzycer: Pozytywne zaskoczenie tygodnia. Po końcówce poprzedniego numeru spodziewałem się samych najgorszych rzeczy, a jest... nieźle. Jest ciekawie. Na pewno dobrze się stało, że ten numer przypadł Hickmanowi.
To, co jest dobre, wymienili poprzedni forumowicze. Ale nie wszystko jest tip-top. Przede wszystkim nie podoba mi się prowadzenie X-Men. Tak, robią dobre rzeczy... Ale widać, że są ustawiani pod nadchodzącą katastrofę. Raz, że w swojej dobroci przymusowo rozbrajają świat. Bo nic tak nie buduje pokoju na świecie, jak pozostawianie za sobą dziesiątków wkurzonych rządów, prezydentów i dyktatorów. Dwa, że ogłaszają to w błyskach płomieni na forum ONZ. Bo to zawsze domena bohaterów, prawda? A nie, to chyba coś, co regularnie robi Doom. Fantastycznie.
Trzy... z trójką mam problem, bo dotyczy sceny, która mi się bardzo podoba - aż do ostatnich kadrów. Cyclops oferuje Hope moc Feniksa - nie wiem, czy Hickman i Coipel zrobili to świadomie, ale kojarzy mi się to z odwróceniem sytuacji z "Władcy Pierścieni", gdy Frodo oferował Pierścień Gandalfowi i Galadrieli. To była próba ich charakterów, z której wychodzili zwycięsko. Hope się nie udaje... (a skojarzenia z WP są tu najsilniejsze przez kadry, na których Summersówna wyciąga dłoń po Feniksa - i sama wygląda nieco hobbicio ręką Coipela rysowana, i jeszcze kompozycja jest jak kadr z filmowego Władcy) ...i tu scena się załamuje. Bo zamiast wytłumaczyć Hope, czemu właściwie przegrała tę próbę, czemu nie zasługuje na PF, Cyclops obcesowo a nawet arogancko ją zbywa. "Czy byle dziecko potrafiłoby..." Nasz bohater tak mówi?
No więc, jeśli miałem jakieś wątpliwości, że mutanci ten event przegrają, to już ich (prawie) nie mam. W tej chwili liczę tylko, że ostatecznie to będzie coś w rodzaju "Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia" i Avengers przynajmniej zostaną pokazani jako zbyt nieufni, by dać światu szansę, jaką mógł być Feniks.
A wracając do komiksu - powyższe to mój główny zarzut. Do tego wprowadzenie Xaviera do niczego nie prowadzi - ot, wymówka dla scenarzysty by wprowadzić trochę ekspozycji. No i to nie są najlepsze rysunki Coipela.
Ale poza tym... jest tu sporo dobrego. Jeśli następne numery utrzymają ten poziom, to kto wie? Może jest jeszcze nadzieja dla AvX?
A tak zupełnie na koniec - jakoś w poprzednim numerze nie zarejestrowałem, że Cyclops uzupełnił kostium Nightwinga o czerwone stringi. To... to naprawdę odważna decyzja.
wolvie111: No więc X-Men posiedli moc. Pytanie tylko, po której stronie są: ciemnej, czy jasnej? Dzieje się dużo, a Phoenix Five dużo dobrego robi, ale coś czuję, że autorzy wciąż, mimo to, starają się zrobić z Mutantów tych złych. O tym, że to X-Men przegrają ten pojedynek upewniłem się już dawno, a ten numer tylko mnie w tym utwierdza. Myślałem, że jednak autorzy postarają się nas potrzymać w niepewności nieco dłużej.
Może coś o samych X-Men. Nowa wersja Utopii wygląda świetnie. Wraz z nowym rysownikiem od razu podniosła się i jakość komiksu, więc nawet do strojów Piątki można się przekonać. Ten image Emmy, w wykonaniu tego rysownika zrobił na mnie wrażenie. Poza tym całe szczęście wraz z mocą X-Men nie stracili swojego człowieczeństwa. Dzieciaki grają sobie na konsolach, a Scott nawet nie używa patetycznych słów przez cały numer. Ogólnie, jak na razie Phoenix Five robi z Ziemi Idyllę, ale nie trudno się domyśleć, że tak jak Phoenix jest Narodzeniem i Śmiercią, tak przyjdzie i czas na tę wspomnianą ciemną stronę.
Co do Avengers. Pewnie jestem uprzedzony i to moja subiektywna opinia, ale momentami wydaje mi się, że dla Steve'a Rogersa jedynym argumentem przeciw X-Men jest to, że to nie Mściciele budują ten raj na ziemi, który próbują robić X-Men. Wiadomo, że wielka moc to wielka odpowiedzialność i niebezpieczeństwo, szczególnie jeżeli nie jest to kontrolowane przez samego Kapitana Amerykę. Cały pomysł odbicia Hope bezsensowny. Nie ma to jak znowu wjechać na Utopie. Dobrze, że chociaż Wanda się pojawiła. To pewnie pociągnie ten wątek w jakimś dobrym kierunku i pewnie połączy siły z Hope. No właśnie... jej kompletnie tu zabrakło. Chyba jej rola nie ograniczy się do niedoszłej nosicielki Phoenix. W końcu od pół roku reklamowano jej wizerunek z Ognistym Ptakiem. Poza tym Avengers mają kolejnego asa w rękawie- Iron Fista. Widać, że będzie miał ważną rolę w tym evencie, może nawet przechyli szalę zwycięstwa.
To chyba tyle tak świeżo po lekturze. I już mówiłem, ale powtórzę. Uwielbiam tę różnicę jakościową jeśli chodzi o rysunki. Od razu wszystko wygląda jak powinno i nawet cały event wydaje się nie być taki głupi jak wydawało się dwa tygodnie temu. Czekam teraz na "No more Avengers". Oceniam na 8/10.
avalonpulse0253d%20%5B1600x1200%5D.JPGczarny_samael: Ciężko mi cokolwiek spokojnie napisać, bo... ten komiks mnie poruszył. I to na wielu poziomach. Może więc zacznę od rysunków, które po prostu skoczyły o poziomy w górę. Wprost świetnie mi się odczytywało zamiary jakie mieli wszyscy związani z tworzeniem komiksu, te drobne uśmiechy, widoczne konsternacji, znudzenie... Widziałem te wszystkie rzeczy, zanim jeszcze przeczytałem wypowiadane przez tych bohaterów słowa.
Ważną rzeczą, którą należy tu podkreślić do wszystkich hejterów Cyclopsa: MIAŁ RACJĘ. MIAŁ TOTALNĄ RACJĘ W AKCIE I. Phoenix nie rozwalił planety, mutanci opanowali moc, celem Feniksa od początku było znaleźć nosiciela a nie zniszczyć Ziemię (wiedza! Strange powinien ją mieć, w końcu wie o Nexusie rzeczywistości), nie było szans powstrzymać PF od samego początku, bynajmniej w ogóle nie tymi metodami. Avengers nie mieli rację w niczym. Kompletnie w niczym, żałosne mi się wydają teraz wszystkie te głosy o szaleństwie Scotta. On wiedział, że nie ma innego sposobu na utrzymanie Feniksa, bynajmniej nie dlatego, że był tak ufny wobec tej mocy, ale właśnie dlatego, że jest to to podstawowa moc w universum. To jak walczyć z nieuchronnością śmierci, z cyklem życia. Feniksa można próbować odegnać na pewien czas, można go zamykać itd, ale nie można go zniszczyć. Avengers w ogóle tego nie przyjmowali do wiadomości... I Feniks nie zniszczył Ziemi, Cyke zrobił co w jego mocy by dać światu jak najwięcej mógł i szczerze mówiąc tak jak z jednej strony przypomina mi King Thora, tak z drugiej Franklina Richardsa, który przecież zrobił w przyszłości dokładnie to samo, w końcu jak powiedział Black Panther - czy każą Thora za to że jest potężny? Nie i ten brak zrozumienia znowu skopał tyłek Tony'emu, Capowi i Loganowi. Przecież to co oni robią jest nie tylko bzdurą ale i wielkim niebezpieczeństwem.
I teraz dochodzimy do kolejnej kwestii. Akt 1 się skończył, mamy akt 2 i co może będzie zaskakujące, ale nie wiem po czyjej stronie będę dalej. Nie dlatego, że jakoś wycofuję się z ostrzejszych opinii o akcie 1. Nie - tam kwestia była w tym czy Phoenix przybywa na Ziemię by ją zniszczyć. I nie, nie po to przybył. Avengers mylili się we wszystkim, Cyke miał pełnię racji (Delirium, mam nadzieję że się do tego odniesiesz swoją drogą). Teraz jednak mamy kolejny zupełnie inny problem na tapecie. Co widać, to to że Avengers znów są dupkami. To już chyba taka ich rola, co w ogóle jest fatalnym przesłaniem, biorąc pod uwagę, że na 100 % zwyciężą, bo scenarzyści na pewno nie pomyślą o tym, by Phoenix spełnił swoją rolę i tak jak Franklin u Hickmana ruszył w kosmos naprawiać Wszechświat i obcować na wyższym poziomie egzystencji z bogami Universum. Tak ta historia powinna się skończyć, bo Phoenx Five powinni to zrozumieć w ciągu kilku chwil. Jednak to jest komiks i za poczynania scenarzystów odpowiadają postacie, tym samym jeśli Cyke tego nie zrozumie - w moich oczach przegra. I to przegra zdecydowanie. King Thor jest jedyną wersją Thora którą naprawdę mocno lubię, tak samo Phoenix Five będą kimś takim dla Magik, czy Namora za którymi szczególnie nie przepadam, choć bardzo lubię komiksy z ich udziałem (takie postacie są po prostu potrzebne). Avengers w kontekście moralnym już nie mogą tego Aktu wygrać, jednak to wcale nie oznacza, że X-Men muszą to zrobić, choć to zrobili w części pierwszej. Wg mnie to przegrają, zostaną na Ziemi i codzienne problemy ich załamią. Szkoda.
To tyle, jeśli chodzi o część moralizatorską.
Zupełnie inną kwestią jest to, że czułem ciary gdy gdy dwaj tytani - Thor i Cyke stanęli naprzeciw siebie i jak Cyke Odinsona ośmieszył. To było epickie. Jak i to jak teraz za najbardziej pozytywną stronę uchodzi Wanda. Pokazała ludzkie, ważne dla takiej historii oblicze. Podobało mi się też, że pokazano pewien konflikt wewnętrzny w priorytetach Scotta. Nie da się pogodzić pełnej wolności i idealnego utopijnego świata. I on jako lider to rozumie, co powinno być ukazane jako spór jego własnych poglądów - taktyka vs. wolność. Zrobiło na mnie pozytywne wrażenie to jak rozmawiał ze Scarlett Witch, jednak gdyby nie poruszające epilog i jego rozmowa z Jean, nie mógłbym zaakceptować tego, że zabronił Hope odejść z Avengers. Choć oczywiście Hope źle to rozegrała. Bardzo przypadł mi do gustu sposób wprowadzania Iron Fista jako ważnego gracza na tej scenie, choćby dla tego że tie-iny nabierają większego wpływu na historię.
Po raz kolejny trzeba podkreślić przeskok poziomów między oboma aktami - tam mieliśmy słaby wstęp, bzdurne pojedynki i nieracjonalne rozwiązania. Tu mamy zrozumiały ludzki strach i zazdrość Rogersa, głos rozsądku i wątpliwości wśród Avengers i co najważniejsze - fabuła konkretnie idzie do przodu. To widać jak na dłoni i należy to podkreślać.Za rysunki: 9/10. Za fabułę 8,5/10.
Wilsonon: Majestatyczne. Takim przymiotnikiem należy określić rysunki w tym numerze. Świetne są do podkreślenia wagi wydarzeń z jakimi mamy styczność. Uwielbiam Coipela. Z rysowników Marvela on najlepiej dobiera perspektywę, a jego wyczucie przy kadrowaniu wprowadza mnie w zdumienie. Przepych, monumentalizm wylewają się ze stronic tego zeszytu obmywając mój mózg kojącym strumieniem, który leczy rany zadane przez ciemiężcę Romitę.
Jeżeli chodzi o treść to zgadzam sie z Samuelem. Dodałbym od siebie coś odnośnie Avengersów. Zachowują sie oni jak członkowie sekty apokaliptycznej. Kilku gości powiedziało im, że będzie koniec świata o tej i o tej godzinie. Czekali na ten dzień, dokonali wyborów, które w większości były błędne i teraz gdy okazało się, że nie mieli racji, nie potrafią się do tego przyznać. Nie potrafią porzucić tego w co wierzyli. Za dużo poświęcili aby się poddać. Dlatego, mimo logicznemu rozumowaniu, brną w to dalej wymyślając kolejną datę apokalipsy i aby mieć pewność wpychają garść chrzanu w tyłek śpiącemu nosorożcowi. Widać to w rozmowie przed dokonaniem nalotu, w której uczestniczył Beast.
Dodajmy jeszcze zazdrość (Cap po rozmowie z Iron Fistem) o dokonania mutantów, o to że znalazły się inne metody radzenia sobie z problemami niż danie w pysk. Od zakończenia "Dark Angel Saga" w UXF nie czułem dreszczu oczekiwania na kolejny nr jakiejkolwiek serii Marvela. Dziś się to zmieniło.
avalonpulse0253e%20%5B1600x1200%5D.JPGVolf: Mam problem z tym numerem. Bo nie jestem pewien, czy fabuła zrobiła się lepsza, czy po prostu po tym jak rysunki wystrzeliły z poziomu totalnego dna do niższych stanów wysokich człowiek staje się bardziej pobłażliwy na głupoty. Bo idealnie na pewno nie jest - nadal próbuje się wmówić czytelnikowi, że X-Men są tymi złymi mimo że to Avengers zachowują się jak totalne buce i sami proszą się o spopielenie. Ale z drugiej strony - akcja w końcu posunęła się mocno do przodu. Dostaliśmy udział postaci, które obiecano że będą ważnymi graczami, a wcześniej pojawiały się raptem na kilku kadrach. Nawet na głupotkę z Phoenix Five jest jakiś pomysł. Kto wie, może jednak jest jakaś nadzieja dla tego eventu?
EndrjuSzopen: Nie rozumiem aż tak dużego zadowolenia nad tym zeszytem. Może rzeczywiście nie dostajemy tutaj takich niesamowitych niespodzianek jak Phoenix Five w poprzednim numerze, ale w sumie... No mamy tutaj jakby na siłę kontynuowanie konfliktu pomiędzy dwoma grupami poprzez beznadziejnie głupią i wziętą z ciemnych zakamarków debilizmu decyzję o treści: 'Hej, Avengers! To chodźcie, może odbijemy sobie Hope? Nie mamy szans, ona nie ma Phoenix, ale czemu by nie...!'. Tak więc na półmetku eventu jest mocno średnio, jedynie zastanawia mnie rola Scarlet Witch, bo w końcu pokazała się szerzej po #0...
Gamer2002: Z serii głównej AvX jest to najlepszy zeszyt. Ma on wciąż bolączki, ale przede wszystkim w końcu mogę powiedzieć, że nie jest to rozwleczone pół zeszytu niczego. Oraz że ten event ma teraz jakiś sens, nawet jeżeli pierwsze 5 zeszytów powinno być co najwyżej dwoma.
Zacznę od rzeczy dobrych. Jak już mówiłem, w tym zeszycie dzieją się rzeczy. Co prawda teraz nieco za pośpiesznie, bo taki Xavier pojawia się wstępie a później go nie ma. Ale widzimy działania Phoenix Five, dowiadujemy się w końcu o roli Iron Fista, co z Hope a Wanda wykonuje swój ruch.
Poczułem wielką ulgę, że nie poszliśmy w stronę powstrzymywania Phoenix-men przed niszczeniem świata, tylko Cyclops i reszta wzięli się za zbawianie świata za pomocą Phoenix Force. To otwiera pole do filozofowania na temat co powinni robić superbohaterowie rzeczywiście zdolni zbawić świat i tym podobne. Skończy się to pewnie jak zawsze, ale zastanawiają mnie co będzie po evencie. Usunięcie w tydzień zniszczeń dokonanych przez Serpenta to jedno, przywrócenie z powrotem problemu głodu na świecie to drugie. Optymistycznie zakładam że nie skończy się to Wandą anulującą wszystko. Dziwię się jednak, że Spider-Man jest nagle nieobecny w takiej sytuacji.
Z tego co mi się nie podoba, Scott za szybko ma boskie kompleksy, a poza tym zmarnowano okazje by on i Cap ze sobą porozmawiali. Wiem że Cap ma powody by nie ufać nosicielem Phoenix Force, ale za szybko przeszedł do fazy „Dżentelmeni, jak zabijemy X-Men?” i tylko Beast i Black Panther mają wątpliwości. W sumie nawet popieram Scotta gdy się wkurzył na Capa, ale nie z tak banalnego powodu chciałem wybierać swą stronę.
Poza tym, mamy pięć hostów Phoenix Force, Mściciele potrzebują Hope by w końcu wiedzieć co jest z tym Phoenixem. A gdzie znowu w tym wszystkim jest Rachel? Wiem że jest ona mało popularną postacią, której origin zawiera „alternatywna rzeczywistość”, ale granie że jest ale jej nie ma jest zauważalne. 7/10.

AvX: Vs. #3
Hotaru: Pierwszy pojedynek został poprawnie narysowany i bardzo ładnie pokolorowany. Fabułę skreślam w momencie pokazania się pewnego czerwonego Marty Stu. I tak na marginesie, Colossus z power-upem Cyttoracka nie powinien tak długo męczyć się z Thingiem. Przejdę więc do drugiej walki, w której też oprawa graficzna jest lepsza od tego, co uchodzi za scenariusz. Fabularnie satysfakcjonuje mnie tylko wynik. Wdowa nigdy nie obróciłaby się plecami do niepokonanego przeciwnika i stała cierpliwie czekając, aż ten skończy przemowę i raczy dźgnąć ją mieczem.
Krzycer: Komiks wymaga dwóch osobnych ocen. Co prawda do wyniku walk trudno się przyczepić, ale...
Colossus/Thing
Rulk psuje wszystko. Bo przekozaczy jak zawsze u Loeba, ale poza tym te kilka kadrów uświadamia bolesną prawdę: to powinno być starcie Colossusa z Rulkiem. Po pierwsze, bo Rasputin poddał pojedynek pod Utopią, więc powinien mieć szansę na rewanż. Po drugie, bo Thing to jest przeciwnik dla Colossusa na co dzień. Colossus z Cyttorakiem powinien się znowu zmierzyć z Rulkiem.
Ale do wyniku nie można się przyczepić, a i zakończenie walki przez podduszenie Bena jest eleganckie, więc w sumie wychodzi jakieś naciągane 5/10.
Magik/Black Widow
Znowu - do wyniku trudno się przyczepić. Do tego Yost fajnie tę walkę poprowadził a Dodsonowie zilustrowali ją lepiej, niż mają w zwyczaju (czyli jest nieźle, choć i tak parę baboli się znajdzie). Poza tym - nie wiem, czy to ma podkreślać, że w w AvX: Versus fabuła ma piętnastorzędne znaczenie czy co, ale - połowa dialogów po rosyjsku? Bez tłumaczenia? Jestem pod wrażeniem.
A. No tak. Chciałem strzelać w ciemno, ale już wpadłem w internecie na newsa, że aplikacja AR zapewnia biednym Amerykanom tłumaczenie. Bardzo fajny chwyt, i znowu - jestem pod wrażeniem. Również tego, że ktoś się przyłożył i na ile jestem w stanie się zorientować dialogi po rosyjsku są poprawne i mają sens. I również za tę atrakcję, choć nie tylko, tę połówkę komiksu oceniam na 7/10.
Choć na mojej ocenie mogło zaważyć to, jakie wrażenie na sobie zrobiłem, kiedy odkryłem, że mój gimnazjalny rosyjski wystarczył do zrozumienia wszystkiego (poza ostatnią kwestią Illiany).avalonpulse0253f%20%5B1600x1200%5D.JPG
Volf: Loeb oczywiście musiał wykorzystać okazję i przypomnieć światu, jaki to jego czerwony Hulk jest przekozaczony. Bleh. Kilka kadrów, a zdołało zepsuć całą walkę. Nie, żeby dalej było lepiej czy ciekawiej, ale przynajmniej wynik starcia sensowny. Yost za to całkiem ładnie rozplanował drugie starcie. Widać, że Wdowa walczyło o przetrwanie, podczas gdy Ilyana nie do końca traktowała jej poważnie - co się na niej odbiło solidnym obiciem, po którym szybko zakończyła pojedynek.
Łukasz: Kolejny numer poświęcony głównie pojedynkom między X-Menami a Avengers. Akcji sporo, sporo też zwrotów akcji. Tym razem zwycięzcami pojedynków okazują się być dzieci atomu. Strona graficzna prezetuje się na dobrym poziomie, szczóglnie rysunki Terry'ego Dodsona przypadły mi do gustu.
Gil: Ciąg dalszy naciąganych walk jeden na jeden, w których wyparowuje całe otoczenie i męczą nas nie-śmiesznymi fun-factami. Różnica w tym numerze polega na tym, że w końcu zwyciężają X-Men i to w dodatku rodzeństwo Rasputinów. Fajnie? Tylko częściowo. Pierwsza historia Loeba i McGuinnessa przywodzi mi na myśl wczesne numery czerwonego Hulka, również w ich wykonaniu. Bezsensowna naparzanka, której towarzyszą bezsensowne wewnętrzne monologi. Druga historia, Yosta i Dodsonów, jest znacznie lepsza, bo przynajmniej ma parę zwrotów akcji i nawet daje radę zaskoczyć. Nie bardzo pasują mi za to rysunki i rosyjskie dialogi z translatora online. Pierwszą część oceniłbym na 2/10, drugą na 6/10, więc wypadkową będzie 4/10.
Arachnid: Początek numeru przypomniał mi dlaczego nie lubię Red Hulka, zwłaszcza pisanego przez Loeba. Co do pojedynku Colossusa z Thingiem to nie było to jakieś rewelacyjne starcie, ale przynajmniej wynik był jak najbardziej sensowny, a samo zakończenie całkiem ciekawe. Natomiast pojedynek pań bardzo mnie zaskoczył. I to nie dla tego, że nie wygrała ta na którą stawiałem, ale dlatego, że pojedynek ten był świetnie prowadzony. Dialogi w ojczystym języku obu pań to bardzo ciekawe zagranie. Niestety nigdy nie uczyłem się rosyjskiego, wiec ni w ząb nie rozumiem o czym one tam szprechają. Ale ogólnie podobało mi się. Mutanci nareszcie zaczynają wygrywać. Tylko ten Rulk był całkowicie zbędny.

Avenging Spider-Man #8
Krzycer: Tsk. Ta mała historyjka mogła być fajna - jest głupiutka i naiwna, ale w gruncie rzeczy zabawna - gdyby nie zabił jej zalew tekstu i dialogi, które nie są głupiutkie - zabawne, tylko tak głupie, że aż żal je czytać. Ale rysunki były ładne.
EndrjuSzopen: ...czyli zakończenie historii z głównej serii o Pająku, Ends of the Earth. A przynajmniej w założeniu, według okładki. I zaskoczony jestem po tym zeszycie, bo myślałem, iż Silver Sable okaże się osobą jak najbardziej żywą, jednak scenarzyści zdecydowali się na retrospekcję w wykonaniu Spidera wspominającego jego przygodę właśnie z nią. Także jest ona wciąż oficjalnie martwa. Niewiele też mieliśmy tutaj nawiązań do samego Ends of the Earth, jedynie kilka ujęć z ledwo zipiącym Octopusem. I ostatnim kadrem, który daje możliwość po raz kolejny użycia gdzieś octobotów... Wow. A poza tym rysunki beznadziejne.

Captain America vol. 6 #13
Gil: Naprawdę fajnie się rozwija ta historia i zaczyna przypominać te z najlepszych czasów Brubakera. Nie chcę zdradzać zbyt dużo, więc podkreślę tylko zalety. Jest przeciwnik, mocno związany z głównym bohaterem, co zapewnia ruch na płaszczyźnie emocjonalnej. Jest intryga, rozgrywana na kilku poziomach, nie bardzo zagmatwana, ale też nie boleśnie oczywista. No i jest niezła akcja, też przebiegająca przez różne miejsca i okoliczności. Historia żyje, jest dynamiczna i wciąga, a pomagają jej bardzo dobre i tym razem lepiej oprawione rysunki, więc zasługuje na solidne 7/10.

Captain America And Hawkeye #632
Gil: A tu niestety jest nuda, wtórność i chyba wszystkie klisze znane z telewizyjnych seriali science-fiction. Właśnie takie miałem wrażenie, czytając to – że nie czytam wtórnego komiksu, tylko przerobiony na komiks odcinek jakiejś Strefy Mroku z lat siedemdziesiątych. Chociaż nie – dinozaury i kosmiczne gluty pasują raczej do lat dziewięćdziesiątych, tylko atmosfera jakby była cofnięta jeszcze dalej. W każdym razie, nie ma tu nic godnego uwagi. Takie typowe przeczytać i zapomnieć. Chociaż pewnie lepiej byłoby zapomnieć przeczytać, bo warte jest najwyżej 3/10.

Daredevil vol. 3 #14
EndrjuSzopen: W pewnym sensie reperkusje związane z Omega Drive - czyli rzeczą, która przyciągnęła mnie do tej serii - wciąż są obecne, jak widać w tym numerze, jednak jakoś nie było to już aż tak interesujące jak ostatnio. Daredevil traci zmysły ścigany przez popychańców Dooma i spółki... I tak naprawdę chyba tylko w tle rozkręca się coś większego związanego z Nelsonem...

Dark Avengers vol. 2 #176
Krzycer: No, nie musieliśmy długo czekać na pierwszy numer "Dark Avengers" bez ani jednego Dark Avengera. Co za zaskoczenie.
Co powiedziawszy, kiedy tylko domyśliłem się, kim jest znaleziony przez T-Boltów podróżnik w czasie (a chwilę potem nawet domyśliłem się konkretnie "kiedy" tam trafił - ależ jestem sprytny, normalnie zadziwiam sam siebie) moje zainteresowanie natychmiast wzrosło. No i tu leży pies pogrzebany, bo jakoś trudno przełknąć to, że T-Bolci o nim ciągle zapominają.
Ale ten wątek, i powrót Man-Thinga, i Thunderbolci w windzie - wszystko jest fajne, wciąga... i w sumie szkoda, że kończy się tak, jak się kończy. Ani to zaskakujące, ani ciekawe.
Volf: Miałem już odpuścić jechanie po tym, że zmienili z czapy tytuł i skupić się po prostu na przygodach nowych Dark Avengers. Tymczasem okazało się, że numer jest o Thunderbolts. Czy oni sobie robią jaja? W tym momencie zmiana tytułu przestała się wydawać wymuszona - ona jest po prostu bezsensowna! Dobrze, że chociaż sam numer trzyma poziom. Podróży w czasie ciąg dalszy, mamy w końcu powrót odrodzonego Man-Thinga oraz zaskakujące cameo, które rzuca inne światło na nieco zapomnianą już historię z runu Millara w Fantastic Four. Słowem - dużo dobrego.

Fantastic Four #607
Krzycer: Mało tu treści jak na Hickmana. Ot, trochę żartów i dużo waty. Do ataku nieumarłych nic tak naprawdę się nie dzieje, a z całego komiksu i tak najciekawsze było powiązanie wakandyjskiej boskiej pantery z egipską Bastet, jeśli dobrze to zrozumiałem? A to było ile, cztery strony komiksu? Za całość - 6/10.
Volf: Początek nowej historii. I jak to u Hickmana bywa, zanim wszystko się rozkręci, trochę wody w Wiśle upłynie. Póki co jest przeciętnie, trzeba czekać aż wszystkie zasiane ziarna wykiełkują w coś świetnego - bo że tak się stanie, nie wątpię.
Łukasz: Początek nowej historii. Tym razem Reed oraz Susan wraz z dzieciakami z Future Foudation na zaproszenie Black Pathera owiedzają Wakandę. Nie jest to, jak się okazuje, do końca przyjacielska wizyta. Tajemnicze zagrożenie to powód dla którego T'Challa zaprosił FF do kraju rządzonego obecnie przez jego siostrę. Zagrożenie z którym on i jego ludzie nie mogą sobie poradzić. Rysunki bardzo fajne, a scenariusz choć może na razie nie zawiera fajerwerków, ale zachęca do dalszej lektury kolejnych części tej historii.
Gil: Wiemy już, jak Hickman rozgrywa epickie kosmiczne historie, pora sprawdzić, jak spisze się w czymś bardziej przyziemnym i mitycznym jednocześnie. Muszę przyznać, że podchodziłem do tego numeru z tarczą, bo obecność Black Panthera na łamach F4 nie kojarzy mi się najlepiej, a i do samej postaci zostałem mocno zniechęcony. A jednak Hickman dał radę. Przedstawił obecną sytuacją Wakandy w taki sposób, że jednocześnie pasuje do wszystkiego, wyjaśnia, w jaki sposób sobie radzi i subtelnie udowadnia, że T'Challa zasługuje na miejsce wśród najmądrzejszych ludzi tego świata. Subtelnie, a nie nachalnie, jak robili to inni scenarzyści. Przy okazji dostajemy też podstawy nowej historii, opartej o wspólne korzenie mitologii Wakandy i Egiptu. No i ogólnie wygląda to całkiem fajnie, czekam na więcej i wystawiam 7/10.

Incredible Hulk vol. 4 #9
Krzycer: Po człeko-dobermanie handlującym narkotykami w Meksyku mamy do czynienia z redneckami z zadupia Atlantydy. Jason Aaron zdecydowanie odbija na tej serii swój specyficzny stempelek. Innymi słowy: piętrzy coraz bardziej wydumane, coraz idiotyczniejsze pomysły. Ale... to ten rodzaj idiotycznych, wydumanych durnot które przypadają mi do gustu. Prędzej czy później może mi się to znudzić, ale liczę na to, że Aaron ma na to pomysł i prędzej niż później dadzą się odczuć realne konsekwencje knowań Bannera i te wszystkie absurdy zyskają jakieś drugie dno.
A na razie po prostu dobrze się przy nich bawię. Głupie to wszystko okrutnie, ale dało mi wystarczająco radochy na 7/10. Co nie zmienia tego, że okładki Komarcka pozostają najlepszą częścią tej serii.
avalonpulse0253g%20%5B1600x1200%5D.JPG
Journey Into Mystery #640
Hotaru: Kieron Gillen po raz kolejny odbiera z moich rąk gratulacje. Ta historia jest podobno częścią większej całości współtworzonej z Mighty Thor, ale nie czuję wcale, że w fabule są dziury. Klimat jest tak absorbujący, że wszelkie niedopowiedzenia intrygują, a nie denerwują. Sam fakt umiejscowienia akcji na wyspach, przypominają mi cudowne chwile spędzone z Captain Britain and MI:13 Paula Cornella. Richard Elson też nie zawodzi. Jestem pod wrażeniem. Znowu.
Krzycer: Loki robi to, co Loki robi najlepiej. A Gillenowi opowiadanie tej historii wychodzi jak zwykle - fantastycznie. Do tego zakończenie - w poprzednim numerze byłoby zaskakujące, tym razem nie do końca... ale to dlatego, że cała druga połowa numeru do tego prowadzi, dzięki czemu jesteśmy w stanie przyznać Lokiemu rację. A to też zaleta.
JIM i X-Factor regularnie konkurują o tytuł numeru tygodnia, tym razem JIM jest o klasę lepszy dzięki rysunkom. Choć to kwestia tego, że XF w tym tygodniu zanurkował.
A wracając do komiksu... czy tylko ja miałem wrażenie, że w pubie stolik za Hellstormem zajmuje John Constantine? Jestem prawie-niemal-zupełnie-pewien, że to Constantine. W tle pierwszego kadru z Hellstormem.
Volf: Lepiej niż poprzednio. Bardzo kojarzy mi się to wszystko z "Amerykańskimi Bogami" Gaimana. Tu i tu idzie w zasadzie o to samo, tyle że Gillen postanowił sprytnie poświęcić jeden numer na zaprezentowanie racji jednej, a kolejny drugiej ze stron. Mam tylko nadzieję, że gadania strony postępowej nie okażą się zwykłym mydleniem oczu, to by było tanie. Świetny numer świetnej serii.
Gamer2002: Żem sięgnął po tą serię ostatnio i mi się strasznie spodobała. Choć chyba specjalnie będę musiał dla niej zacząć czytać Thora Fractiona. Oh well.
Mamy drugą część obecnej historii o ataku na Otherworld a Loki robi to za co jest taki kochany, czyli knuje. Troszkę mnie to martwiło w poprzednim numerze, że nawet nie dowiedzieliśmy się czego mechaniczny gość chciał. Ale teraz w końcu się tego dowiadujemy i wstrzymanie się do momentu aż Loki usłyszy „Zmiana jest dobra” było tego warte.
Podoba mi się konflikt, też przypomina mi "Amerykańskich Bogów" Gaimana, ale „nowi” są tu bardziej klasyczni. Sytuacja zrobiła się naprawdę ciekawa, a Loki teraz ma problem, który nie rozwiąże za pomocą cwanego uśmieszku. 8/10 z plusikiem za historyczne elementy.

Marvel Zombies: Destroy #3
Krzycer: Szczerze mówiąc, oczekiwałem skoku jakościowego z nadejściem PADa. Jakoś pozostała ta sama - to nadal komiks o kosmicznej kaczce strzelającej do zombie-nazistów - ale widać, że PAD rozumie, jakie to idiotyczne i przynajmniej sam się dobrze bawi tym materiałem. Jest krwawo, idiotycznie i całkiem zabawnie. A w finale pojawia się nowy gracz i kto wie, może jeszcze wyjdzie z tego coś autentycznie ciekawego? Na razie 5/10, a to i tak poprawa.

Mighty Thor #15
Gil: Nie wiem, czy takie było założenie autora, ale nieźle się uśmiałem przy tym numerze – zwłaszcza na ostatniej stronie. Przez większą część zeszytu, Thor tłucze się ze swoim koszmarem – zombie Odynem. Ciężko powiedzieć coś więcej, tłuką się i tyle. W wątkach pobocznych śledzimy przemianę Dona Blake'a w skrzyżowanie Davy Jonesa ze Swamp Thingiem oraz ucieczkę emo-dzieciaka, którego również atakują koszmarki. W końcu dzieciak trafia do jaskini koszmarków, a jego wizja bohatera sprawia, że Thor zmienia się w – uwaga, uwaga – metal-hammerowego Deconsecratora. I od razu wrzeszczy: "HAIL SATAN!" To pewnie miało być na poważnie, ale wyszła im taka parodia, że boki zrywać! Przed następnym numerem będę musiał wygrzebać płytę Tyra, to będzie idealnym soundtrackiem do tej viking-metalowej rozpierduchy. Tymczasem dam 5/10.

New Avengers vol. 2 #27
Hotaru: Przeczytałem ten numer przed AvX #6, więc przez większość komiksu nie potrafiłem zrozumieć, skąd Hope się tam wzięła, i czekałem na jakąś retrospekcję. Mój błąd. Nie jestem pewien, czy lekki i humorystyczny ton, na jaki zdecydował się Bendis, mi odpowiada. Nie jestem pewien, czy jego interpretacja Hope nie jest przypadkiem zbyt różna od "twardzielki", na jaką była kreowana przez ostatnie lata w tytułach o mutantach. Ale jestem pewien, że Deodato narysował kilka przepięknych kadrów. Tylko te kolory...
Krzycer: Przeczytałem ten komiks i pomyślałem "szkoda, że recap page nie zawiera ostrzeżenia, by najpierw przeczytać AvX #6". A potem przeczytałem AvX #6 i odkryłem, że to nie rozwiązuje sprawy a harmonogram znowu spiskuje przeciw eventowi. Hope trafi do K'un L'un! Uwaga, spojler!
Ale skoro już tu trafiła, to... Ale chwilę, najpierw poznajemy zwieńczenie historii Fongji - przynajmniej na razie. I jest fajnie, tylko... po co w tej historii wystąpił Leonardo da Vinci? Czy tylko mi się wydaje, że był absolutnie zbędny?
A potem wracamy do teraźniejszości (no... teraźniejszości z okolic AvX #7, zapewne). I jest dobrze. Interakcje Hope z Yu-Ti a potem Spider-Manem są żywe i zabawne. I po prostu podoba mi się pokazanie, że Avengers naprawdę pomagają Hope. Mogli spróbować to osiągnąć bez dwukrotnego szturmowania Utopii, ale mniejsza z tym. Przede wszystkim traktują ją jak człowieka a nie jak broń, ale znowu - to wina tego, jak przedstawiano Cyclopsa przez ostatnie... długo. Przez ostatnie długo.
W każdym razie - może z tego być kolejny dobry tie-in, i jest to najlepsze, co Bendis ostatnio napisał z Avengers w tytule.
Volf: Czyli całe powiązanie Iron Fista z Phoenix można streścić słowami "jedna Iron Fist zdobyła Phoenix Force i poleciała w kosmos". Powiedziałbym, że oczekiwałem czegoś ciekawszego, ale prawda jest taka, że od Bendisa dawno przestałem oczekiwać ciekawych historii. Mały plus tylko za rozmowę Hope ze Spider-Manem. Kliszowate to było strasznie, ale zgodne z charakterem postaci i zwyczajnie przyjemne. A małemu rudzielcowi taka lekcja faktycznie może się okazać niezbędna.

New Mutants vol. 3 #44
Hotaru: Jest całkiem dobrze. Pomijając średnią oprawę graficzną, ma się rozumieć. DnA świetnie zawiązali akcję, pojawienie się Defenders wypadło naturalnie, a zakończenie obiecuje więcej zabawy w kolejnym numerze. Niby na tym powinno polegać pisanie komiksów, ale DnA w tej serii wydają się nie zawsze o tym pamiętać. Gdyby jeszcze rysownik się zmienił.
Krzycer: Serio? Gościnny występ Defenders? Numer po crossoverze z JIM? Serio?! Czy naprawdę nikt poza Wellsem nie ma pomysłu na tę grupę, który uzasadniałby to, że ma własną serię? Rany boskie.
Co powiedziawszy... DnA piszą tak, że komiks się fajnie czyta, nawet, jeśli jest wypełniony watą. A ten jest jej pełen. Dopiero w końcówce, gdy pojawiają się zaburzenia w czasie, robi się interesująco. A potem komiks się kończy.
Volf: Ten numer przypomniał mi, że miałem skończyć z tą serią, ale z powodu Exiled zostałem na dłużej. Cóż, "Wygnańcy" się skończyli, seria nadal jest przeraźliwie obojętna, nie warto zawracać sobie nią dłużej czasu. DnA, wracajcie w kosmos, proszę!

Punisher vol. 5 #12
Krzycer: Rucka jest rewelacyjny a "Punisher" pozostaje jedną z najlepszych serii Marvela. A jego zalety są takie same, jak jedenaście numerów temu. Dobra obsada, fajni bohaterowie, dużo uwagi poświęcane policjantom i Norze Winters oraz Punisher, który robi to, co robi, i mówi tylko to, co absolutnie musi zostać powiedziane.
Z wyjątkiem poprzedniego numeru i crossovera z Daredevilem i Spider-Manem pisałem mniej więcej to samo o każdym numerze. Nie ma chyba drugiej serii o równie stabilnym poziomie.
EndrjuSzopen: Lubię klimat tej serii, chociaż dopiero zacząłem się z nią zapoznawać. Intryguje mnie. I ten numer moje zainteresowanie jak najbardziej podtrzymuje. Klimat to jego siła.

Scarlet Spider vol. 2 #6
Krzycer: Dużo tu się dzieje. I dobrze. Kravinoffówna prezentuje się bardzo dobrze, pożar w kościele też. Ale nagły skręt Kaine'a ku religii jest nie do końca uzasadniony, a obciążenie komiksu czterema epilogami to w ogóle jakaś paranoja.
Za to polubiłem Aracely, która z numeru na numer stała się gadatliwa i znalazła w grupie "dziwacznych postaci żeńskich", do której zaliczam m.in. Laylę i Valerię. Daleko jej jeszcze do nich, ale zobaczymy. Ogółem - 6/10.
EndrjuSzopen: Łowy, łowy na klona! Ten zeszyt napełnił mnie nadziejami na dalszy ciąg, bo najwidoczniej skumuluje się teraz kilka rzeczy na raz, z różnych frontów. Tutaj polują na Kaine'a, tam polują na dziewczynę, którą on uratował, a do tego ona sama jest jakaś dziwna... Nie ma może szału, ale jest porządnie i perspektywicznie.
Gil: Pierwsza połowa numeru na każdym kroku podkreśla, jaki to kól i niegrzeczny jest pan Kaine: kontrowersje, tatuaże, brak cierpliwości do dzieciaka, laska z goth-punkowego zespołu i impreza w starym kościele. Mam wrażenie, że Yost w ten sposób próbuje określić przekrój swojej docelowej publiczności – dzieciaków, dla których Spider-Man jest zbyt grzeczny. Potem krótka, choć całkiem przyzwoita bitka z młodą Kravenką (która w pewnym stopniu jest jego odbiciem – również młodsza i bardziej niepokorna wersja klasyka) i zapowiedź, że wydarzy się coś więcej. Ale czy do tego potrzebowaliśmy aż czterech epilogów? Nie można było tego wcisnąć bardziej płynnie w samą historię? Miejsce się znalazło, więc tylko planowanie zawodzi. I ostatecznie, po raz kolejny tytuł nie da rady przeskoczyć poprzeczki 5/10.

Secret Avengers #28
Hotaru: No proszę, Mar-Vell znów trafił do piachu. Kto by się spodziewał... Niby Remender wprawnie domknął większość wątków, ale czuję niedosyt. Połowa zespołu była w tym komiksie jedynie tapetą. Druga połowa nie przeszła praktycznie żadnej przemiany, a mimo tego zachowywała się kompletnie inaczej, niż na początku historii. A statusu Protectora po tym, co się działo tutaj i w Avengers Bendisa, to już nawet nie będę próbował zrozumieć.
Krzycer: Nie ma to jak wskrzesić Mar-Vella na dwa numery. No i już wiemy, co zainspiruje Ms. Marvel do przebrandowania się. Wiemy też, że ta historia miała miejsce przed tą z Avengers, dzięki czemu możemy wreszcie dopasować...
Ok, nie chce mi się. To nie była zła historia. Była za to tak śmiertelnie nijaka, że nie tylko nie pamiętam, czy wydarzenia z obu historii pasują do siebie bez zgrzytów, ale przede wszystkim - nie chce mi się sprawdzać i nie interesuje mnie to.
Volf: Remender przemyca tu fajne momenty. Sprawcy całego zamieszania odchodzą w świetnym stylu, przez chwilę, ale w końcu możemy podziwiać Binary, a Captain Marvel zalicza ładne odejście. Tylko co z tego, skoro totalne skopanie chronologii psuje całą frajdę. Czy naprawdę trzeba było dwa tie-iny wciskać do światów Kree, kiedy do dyspozycji był w zasadzie cały kosmos? Tak ucierpiała na tym i jedna i druga historia - gdyby nie wchodziły sobie w paradę, myślę, że ich odbiór byłby znacznie lepszy.

Spider-Men #1
Hotaru: Axel Alonso twierdzi, że to jeden z najlepiej ocenianych komiksów tego roku. Zgadzam się, ale tylko jeśli ocenie podlega oprawa graficzna. Sara Pichelli nie idzie na łatwiznę i jej prace stoją w czołówce obecnego komiksu superhero. Brian Bendis nie osiągnął jednak celu, jeśli chodzi o fabułę. Rozumiem potrzebę wprowadzenia nowych czytelników, rozumiem decyzję o pokazanie tego z perspektywy Petera Parkera, ale nie rozumiem, dlaczego tak mało się w tym komiksie dzieje. Tutaj historia nie rozpoczęła się od trzęsienia ziemi, ale od pojedynczego czknięcia. Mam wielką nadzieję, że w kolejnych numerach będzie o wiele lepiej, inaczej nic nie usprawiedliwi tak słabego początku.
Krzycer: Uuu, jaki śliczny komiks! W którym zupełnie nic się nie dzieje! Wata, wata, wata. Ale jak ładnie narysowana! Do tego recenzja na IGNie zwróciła moją uwagę na zmianę czcionki, jaka następuje po przejściu z 616 do Ultimate. I przyznam, że nie rozumiem tego chwytu do końca. Czy nie byłoby logiczniej, gdyby Parker został przy starej czcionce, żeby podkreślić to, że jest w tym świecie obcym elementem? 5/10, z czego dwa oczka to rysunki.
avalonpulse0253h%20%5B1600x1200%5D.JPGtig3000: Tak naprawdę wiele się nie dzieje, najlepsze przed nami. Wygląda na to, że Mysterio ze świata Ultimate znalazł przejście do świata 616 i... przebrał się za Mysterio ze świata 616. Po co? Nie wiem.
Podoba mi się dezorientacja Spider-Mana w świecie Ultimate. Ogólnie wiele nie da się napisać o tym numerze, ponieważ niewiele się dzieje. Ot Spider zatrzymuje bandziorów, potem natrafia na Mysterio i w końcu przenosi się do świata Ultimate. Tam na koniec numeru spotyka Milesa w kostiumie i tyle. Jestem diabelnie ciekaw, jak będą wyglądać relacje obu Spider-Manów. Ten z 616 powinien grać rolę jakby mentora. I mam nadzieję, że Miles w swojej serii będzie pamiętał o tym spotkaniu. Podejrzewam też, że Peter da Milesowi wyrzutnie sieci.
EndrjuSzopen: Tak naprawdę numer wprowadzający do tematu nie przedstawiający niczego czego byśmy wcześniej nie wiedzieli, także... Trudno go ocenić. Tak samo jak sens mieszania 616 z Ultimate. No, przynajmniej się zaśmiałem gdy policja zatrzymała Pająka.
Spartan: Rzuciłem okiem, ale nic ciekawego. Zresztą mimo iż sugestie że światy 616 i Ultimate leżą w tym samym uniwersum, pojawiały się już nie raz (Ultimate Power, Marvel Zombies), to i tak mam żal do Marvela o to że gwałcą moje ukochane uniwersum. Linia Ultimate od ponad dekady trzyma przynajmniej solidny poziom, więc trzeba ją zniszczyć łącząc ją z 616. I jeszcze Bendis sam przykłada do tego ręke. Jestem zły.
Łukasz: Pierwszy numer mini serii, która przynosi ze sobą spotanie między Pająkami, a dokładniej między tym z universum 616 oraz tym z lini Ultimate Comics. Większość tego zeszytu to okoliczności w jakich Peter Parker trafia do świata Ultimate, a te trochę przypominają mi fabułę gry na kosole oraz PC sprzed roku lub dwóch, gdzie także tam to Mysterio był głównym przeciwnikiem. Sara Pichelii rysuje bardzo fajnie.
Gil: Nie będę sie rozwodził nad tym, czy Marvelowi kończą się pomysły i czy krzyżowanie regularnego uniwersum z Ultimate jest dobre, czy złe. Skupię się na historii. Dodam tylko, że rzadko zerkam na komiksy z linii Ultimate, czytałem tylko kilka zeszytów starego i kilka pierwszych nowego bendisowego Spider-Mana. Z takim podejściem, na plus muszę zaliczyć fakt, że historia otwiera się w regularnym uniwersum i stamtąd przeskakuje do Ultimate dopiero pod koniec numeru, więc wprowadzenie jest dosyć gładkie. Nie wiem nic o ultimate Mysterio, więc ciężko mi powiedzieć czy Peter powinien go rozpoznać jako kogoś nie z tego świata, czy też nie, za to nie da się ukryć, że cała ta akcja była mocno przewidywalna i pod wieloma względami wtórna. Ale z drugiej strony – na ile sposobów można rozegrać skok do alternatywnej rzeczywistości? A skoro już tak recenzuję od końca, to wspomnę też o nieco przydługim i wyświechtanym wstępie, czyli huśtaniem na pajęczynie nad ulicami i wewnętrznym monologu. Co natomiast mnie zachwyciło, to rysunki pani Pichelli – bogate w detale, całkiem realistyczne i dobrze oprawione. Fajnym detalem była też zmiana czcionki po przejściu między światami, ale co to właściwie oznacza w praktyce? Że Peterowi zmienił się głos? Na razie dam całości 6/10 i poczekam, jak się rozwinie.

Ultimate Comics: X-Men #13
Hotaru: Nie jestem pewien, czy rozumiem tą nagłą przemianę, która zaszła w Kitty. Tym bardziej nie jestem pewien, czy Brian Wood zdoła obronić postawione przez Nicka Spencera stwierdzenie, że Pryde zostanie najbardziej nienawidzoną terrorystką w Stanach. Co zrobi Kitty, by przebić Magneto, który zaserwował światu Ultimatum? A może to tylko czcze przechwałki? Cóż, nawet jeśli to naciągany początek, to jest szansa, że doprowadzi do porządnego rozwinięcia. Zobaczymy.
Krzycer: Przybycie Briana Wooda nie wywołało rewolucji. Trochę za dużo tu tekstu. Wiadomo, ma być o tym, jak Kitty odzyskuje wolę walki, ale wykorzystanie do tego przypadkowego protestu jakoś mnie nie przekonało. Może gdyby to było podbudowane poprzednim numerem czy czymś.
Ale przynajmniej komiks wrócił do Kitty. To dobrze, bo Spencerowi ta wielowątkowość wyszła bokiem. Chyba za szybko opuścił Kitty by opowiadać o... wszystkich innych mutantach.
Nie jestem tylko pewien, czemu Medina nagle podjął decyzję, by rysować Jimmy'ego w pseudokowbojskich ciuchach. Tak, wiemy, jest synem Wolverine'a, ale... bez przesady. 5/10 i ciekaw jestem, co dalej.
ZERO: Strasznie przegadane. Dobra, Kitty dowodzi, to już wiemy. Rząd jest przeciwko mutantom, to też wiemy. Właściwie cały ten komiks mógłby się zmieścić w 2 stronach. Zgaduję że powrót literki X na sztandar miał być takim wzniosłym momentem, ale jakoś w ogóle mnie to nie ruszyło. No zobaczymy jak ta walka z Nimrodami, narazie w porównaniu do pozostałych Ultimate tytułów, słabo.
Spartan: Numer niezły i cieszy mnie, że Kitty wyszła zza zasłony. Liczę, że w przyszłych numerach zobaczymy trochę porządnej rozwałki. Bo to już najwyższy czas by mutanci się zjednoczyli i pokazali Nimrodom gdzie ich miejsce. Rysunki jak zwykle solidne i pasujące do tytułu. Ciągle nurtują mnie te niedokończone wątki, ale na wszystko przyjdzie czas :) . Póki co dam solidne 7/10.
wolvie111: Pięknie się to wszystko układa... cała ta historia. Brian Wood ma bardzo dobry pomysł i z każdym numerem wydaje się on coraz lepszy. Nigdy nie przepadałem za Ultimate Kitty Pryde, ale to jak ta postać ewoluowała i odnalazła się w obecnych realiach jest świetne oraz równie dobrze napisane i narysowane. Dużo ciekawych i mądrych dialogów, dających do myślenia i parę patetycznych słówek. Zapowiada nam się niezła rewolucja. Coraz bardziej ta seria mi się podoba. Dam 8/10.
Poza tym ciekawi mnie jak rozwiążą się pewne kwestie, np. połączenie tych grup, które nam przedstawiono. Mutanci z obozu ze Storm na czele , Jean Grey ze swoją grupą i wreszcie Kitty i spółka. No i oczywiście która z tych pań przyjmie rolę przywódcy.

Uncanny X-Force #26
Hotaru: Zdaję sobie sprawę, że scenarzysta powielił tutaj pewien ograny schemat, ale co z tego - po raz pierwszy od kilku numerów mogę powiedzieć, że Uncanny X-Force mi się podobało. Wreszcie poczułem emocje, dreszczyk adrenaliny, zacząłem dopingować bohaterów. Po nudnych ostatnich historiach w końcu zaczęło się coś dziać, coś co mnie zaciekawiło. Czekam więc na kolejną odsłonę.
avalonpulse0253i%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Hm. Z jednej strony ten numer mi się bardzo podobał. Z drugiej strony - cały zespół jest podzielony a mutanci neutralizowani jeden po drugim. Głupio byłoby zarzucać, że Remender powtarza motyw z "Dark Angel Saga", bo to przecież klasyczny motyw i tak najlepiej przepuszczać jakąkolwiek drużynę przez młynek. Więc nie będę się tego czepiał.
Ale będę się czepiał tego, że w "Dark Angel Saga" mu to lepiej wyszło. Bo tutaj to wszystko dzieje się jakoś zbyt nagle. Chyba wolałbym jeszcze numer wyciszenia, żeby przynajmniej Fantomex i Psylocke nie byli tak od razu wciągani w to wszystko.
Ale numer i tak bardzo mi się podobał. Przy okazji, to chyba najzabawniejszy odcinek tej serii - a może pierwszy, który sięga po humor wizualny (np. w wyrazie twarzy gościa podlewającego trawnik czy w kadrze z ludźmi w maskach pand).
Czekam na więcej - i na odkrycie, kto właściwie steruje tym atakiem. A jeśli miałbym się pokusić o przewidzenie rozwoju wydarzeń w następnym numerze, to najsłabszym ogniwem okaże się atak na Psylocke, która w końcu domyśli się, że to Shadow King jej miesza w głowie, bo za dobrze go zna.
A na razie - 7/10. Byłoby więcej, gdyby nie to, że - jak pisałem - coś mi w tym numerze nie leży, ale nie wiem co.
Volf: Zwyżka formy w stosunku do poprzedniego numeru. X-Force zostało zaatakowane na wszystkich frontach i zmuszone to odwrotu, po którym zapewne przejdą do kontrataku. Ale nie to było w numerze najciekawsze. Zbieżność originów rodzinki Omega i małego Apocalypse'a może się rozwinąć w naprawdę interesującym kierunku.
Łukasz: Numer, w którym Wolverine oraz AoA Nightclawler ledwie uchodzą z życiem z rąk rodzinki Redów. Poznajemy motywy tych drugich oraz część z historii ich rodziny. Numer jest podzielony na kilka wątków, z których każdy jest bardzo ciekawy. Mamy więc wycieczkę młodocianych mutantów ze szkoły imienia Jean Grey wraz z ich opiekunami do zruinowanej Genoshy, pojawienie się na scenie wydarzeń Mystique i nie tylko. Rysunki Noto, fajnie przedstawiają poszczególne wydarzenia.
Gil: Bardzo fajnie wyszło starcie z Omegami. Zwłaszcza to, jak załatwili Wolverine'a i jak sobie z tym poradził oraz końcówka numeru, gdy na scenę wkroczył heros stworzony przez Deadpoola. Ciekawe, czy postanowią zatrzymać go na dłużej? Trochę zbyt dużą część zeszytu wypełniają jednak zapowiedzi nadejścia nowego Brotherhood, które nie w każdej odsłonie są interesujące. Najlepiej z nich wypada ta z udziałem Psylocke, a pozostałe bardziej przypominają typowe zapychacze. Nadal uważam, że powinni zmienić rysownika, bo ten jest nieco zbyt ułożony jak na ten tytuł. Ale mimo wszystko, numerowi udało się załapać na ocenę 7/10.
wolvie111: Ogólnie fajny numer. Historia się dopiero zaczyna, więc nie wszystko można ładnie ogarnąć, ale zapowiada się ciekawie. Rodzeństwo Omega wypada bardzo dobrze i cały ten pojedynek też. Takiego Wolverine'a jeszcze nie widziałem. Cieszy mnie powrót Mystique, bo jedna z moich ulubionych postaci, ale szkoda, że znowu w roli złej suki. Liczyłem w marzeniach, że może kiedyś dołączy do tej ekipy mutantów-morderców. Wątek Psylocke może zaintrygować. Wiadomo, że to wszystko intryga, ale Warren i Profesor X wypadają dobrze i mimo wszystko wiarygodnie (byłoby lepiej, gdyby Shadow King pamiętał, że Xavier od jakiegoś czasu nie jeździ na wózku). Od strony graficznej też jest dobrze, rysunki wpisują się w klimat serii, choć tak dobrze jak za Openy to nigdy nie będzie. Dam 7/10.

Uncanny X-Men vol. 2 #14
Hotaru: Kurcze, to był naprawdę świetny numer. Uncanny X-Men bez X-Men, ale Sinister wystarczył świetnie. Do tego Dustin Weaver genialnie zilustrował to, co sobie Gillen wykoncypował, dodając od siebie mnóstwo budującej klimat poetyki. Zły jestem jednak na sam sposób narracji, bo nie mam pomysłu, jak mam przez to podejść do pisania streszczenia. Panie Gillen, nie ułatwiasz mi roboty...
Krzycer: Świetny numer. Pokazuje na czym polega pomysł "Sinister is a system" z niespodziewanej perspektywy - ten wątek przypomina klasyczne antyutopie. A potem dowiadujemy się o co konkretnie chodzi Sinisterowi, i choć w sumie jest to sama ekspozycja (i to sprowadzająca się do tego, że Essex gada sam do siebie), to ujawnia fajne, świetnie przedstawione pomysły. Menażeria Sinistera, mozaika z Hope, wreszcie odsłonięcie dam dworu... Fantastyczne. Dustin Weaver nie zawsze mi pasuje, ale ten numer wyszedł mu zachwycająco. I choć nie jest to Sinister taki, jakiego sobie zawsze wyobrażałem, to nie można Gillenowi odmówić, że ma na Sinistera pomysł.
"I left him brain damaged, because mister LeBeau always did lean that way."
Ten tydzień zdecydowanie należy do Gillena. I chyba nawet bardziej spodobał mi się ten komiks niż JIM. Uncanny X-Men komiksem tygodnia? No proszę.
Volf: Numer poświęcony wyostrzaniu apetytu przed kolejnym. Prosta, zdawałoby się zapychająca historyjka na początek, trochę za dużo monologów wprawiających w lekkie znużenie i myśl, że numer mógłby się już skończyć. Aż do zakończenia, które robi takie wrażenie, że aż wcześniejsze zanudzanie wydaje się być zaplanowane. Gdyby nie to, że tie-iny mają nie mieć dużego wpływu na event, to powiedziałbym, że to właśnie mogłoby być wydarzenie, które doprowadzi Phoenix Five do utraty kontroli.

Venom vol. 2 #19
Krzycer: Aj. Dobry, mocny numer. Okrutne, ale trzymające w napięciu "żonglowanie" Betty i siostrą Flasha. To wszystko jest świetne. Ale ten wątek z Human Fly... za dużo. Za dużo. Ultimate Blob Loeba się przypomina.
Ale kiedy takie rzeczy przytrafiają się Spider-Manowi, to wiadomo - ostatecznie powstrzyma się przed zabiciem drania. W wypadku Venoma pytanie brzmi czy tylko zabije, czy wywrze pomstę. Ciekawym tego.
Volf: Sporo mocnych akcentów. Cieszy, że seria wróciła do dawnego poziomu. Postacie znowu są sobą, klimat i dramaturgia aż się leją z kadrów, a Brock ma jeszcze bardziej przerąbane niż zazwyczaj. Dobre.
EndrjuSzopen: Zdziwiłem się jak dotarłem do końca tego numeru - tak szybki i intensywny był ten numer! No po prostu dzieje się coś cały czas, przewraca się kolejne strony z wypiekami na policzkach, bo wiadomo, że nie jest to dziecinny The Amazing Spider-Man i wcale nie musi być szczęśliwego zakończenia. I tak naprawdę nie wiadomo czego się spodziewać, bo ilość wrogów w jednej chwili i ilość sytuacji jakie powodują jest duża - zbyt duża nawet dla samego Venoma. No kurcze, czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

X-Factor #238
Hotaru: Zły jestem. Zły jestem, że Paul Davidson na dwa numery zawitał do tej serii. Już kiedy wydawało się, że Peter David zaczął dostawać scenarzystów, na których jego skrypty zasługują, dostaliśmy taką nieprzyjemną niespodziankę. Nic to, przemęczę się ten i kolejny numer, potem Neil Edwards na pewno pokaże, na co go stać, a potem wrócimy do Leonarda Kirka. Byle przemęczyć się te półtora miesiąca...
Krzycer: Od strony scenariusza - najbardziej "klasyczny" numer od jakiegoś czasu, poświęcający chwilę każdemu bohaterowi i dający prawie wszystkim okazję do zabłyśnięcia. Od strony wizualnej... no cóż, jest fajnie rozplanowany - co ma się dziać na którym kadrze i tak dalej... ale to raczej zasługa PADa (właściwie nie jestem pewien, czy on pisze "pełen" scenariusz, z podziałem na kadry i opisem co ma gdzie być). Niestety, styl Paula Davidsona nie komponuje się ze sznytem, który X-Factor utrzymuje od dwusetnego numeru. (Choć ten sam pan chyba już rysował w tym tytule numery otwierające historię z porodem Rahne?)
Przynajmniej David Yardin dał nam kolejną fajną okładkę.

X-Men: Legacy #268
Hotaru: Christos Gage nie wyzbył się całkowicie patronizującego tonu, ale nie jest on tu aż tak nachalny. Postać Frenzy, podobnie jak Rogue wcześniej, brakuje pewnej subtelności, umiaru, ale brak tej drugiej jest dla tego tytułu tak odświeżający, że można to wybaczyć. Nie podoba mi się za to, że Marvel nie dogram harmonogramu tego tie-ina z główną serią. Jest on ewidentnie osadzony w Akcie Drugim, który jeszcze się nie rozpoczął. To nie tutaj miałem się dowiedzieć, co Phoenix Five będzie robić na Ziemi. Żółta kartka za ten kwiatek.
Krzycer: Pierwszy wniosek, boleśnie oczywisty już po poprzednich numerach - Rogue, a raczej wszystko, co z nią robi Gage, ciągnie ten komiks w dół, i to strasznie. Numer bez niej jest o jakieś dwie klasy lepszy.
Oczywiście daleko mu do ideału, więc zabierzmy się za wady. Rysunki nadal nie do końca mi pasują. Frenzy bez żadnego wyraźnego powodu zaczyna opowiadać tej dziewczynie o sobie, tę scenę można było poprowadzić lepiej. No i idiotyzm z końcówki - wiadomo, że Frenzy musiała w finale odegrać jakąś rolę, ale sugestia, że gdyby nie ona Kukułki szczebiocąc zapewniłyby całej wiosce telepatyczną lobotomię dla dobra jej mieszkańców? Auć. Wiem, że od jakiegoś czasu młodzi mutanci uczyli się etyki od Emmy Frost, ale bez przesady. To jest głupie. Oburzająco głupie.
Ale i tak jestem wniebowzięty skokiem jakości, jaki tu nastąpił, a który najwyraźniej przejawia się w tym, że w paru kluczowych momentach Gage powstrzymał się od wykładania kawy na ławę i pozwolił, by obrazki opowiadały historię. A nawet jedno czy dwa niedopowiedzenia! Muszę sprawdzić, czy aby mój pies nie ma mi czegoś do powiedzenia ludzkim głosem, bo dzisiaj ewidentnie cuda się dzieją. Oby tak dalej. Ale za idiotyzm z końcówki i tak 6/10 to maksymalna nota.
Gil: Po raz pierwszy Gage nie umieścił w centrum Rogue… więc teraz pisze Cargill tak, jakby była Rogue. Sorry, ale jakoś ciężko mi przyjąć do wiadomości, że moralizatorstwo leży w jej charakterze. Wiem już za to z doświadczenia, że leży w charakterze scenarzysty, który po raz kolejny wykłada wszystko łopatologicznie. Natomiast jeśli chodzi o samą historię, to nie ma w niej nic odkrywczego. Zahacza o wprowadzony kiedyś watek z przeszłości Cargill, ale nie daje rady zbudować nic oryginalnego. W dodatku sam pomysł zrzucenia jej w środku dżungli, żeby ścigała jakiś lokalnych watażków jest zupełnie od czapy wzięty i zagrany tylko pod wątek analogii z tamtą kobitą. Innymi słowy: jest to kolejny schematyczny i nudny numer, który moralizuje zamiast skłaniać do myślenia. Czyli kolejne 3/10.

X-Men vol. 2 #30
Hotaru: Duże zaskoczenie. Na dodatek pozytywne. Brian Wood przekonał mnie do siebie jedną sceną rozmowy Storm z Cyclopsem, sceną, która powinna pojawić się w Astonishing X-Men, kiery Ororo jeszcze zaszczycała tamtą serię swą obecnością. Obgryzam teraz paznokcie w oczekiwaniu, aż wyjaśni się, dlaczego Storm podjęła taką, a nie inną decyzję. Do tego oprawa graficzna Lopeza jest specyficzna, ale szybko do niej przywykłem. Może dlatego, że sam graficzny storytelling stoi na wysokim poziomie. Bardzo dobry debiut!avalonpulse0253j%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Przybycie Briana Wooda wywołało rewolucję. Bo to komiks o atakach wielkich potworów (tajemniczy doktor z początku więcej się nie pojawia i w tym numerze nie gra żadnej roli), a jak fajnie się go czyta! Dialogi są żywsze, interakcje między postaciami - dużo ciekawsze, no i to, że Storm mydli Cyclopsowi oczy jest szalenie intrygujące. Mam też nadzieję, że prędzej czy później autor zwróci uwagę na to, że to najbardziej sfeminizowany x-zespół na kartach komiksów.
Można się oczywiście czepiać drobiazgów, takich jak to, jak właściwie Colossus pływa? Chciałem napisać: jak to, że Storm posyła Piotra do walki z podwodnym potworem, ale skoro Rasputin radzi sobie w wodzie jak Namor to najwyraźniej był dobry pomysł.
Można by się też czepiać nie takich znowu małych drobiazgów, jak sportretowanie Colossusa w ogóle. Biorąc pod uwagę to, kim obecnie jest w Uncanny X-Men - jego zachowanie jest cholernie out-of-character.
Z drugiej strony... szczerze mówiąc mam serdecznie dość cierpiącego za miliony Colossusa z Uncanny i miło go zobaczyć w takiej roli. Pomimo tego, że - znowu słuszna uwaga ludka z IGNu - można by w jego miejsce wrysować Beasta i te dymki z tekstem nagle wyglądałyby dużo naturalniej.
7/10 - ale to taka siódemka, którą dałem Hulkowi, a nie taka, którą dostało X-Force. Co chyba oznacza, że nie powinienem się bawić w punktowe ocenianie komiksów.
Volf: Pierwszy numer runu Reeda. I o ile wątek sensacyjny w ogóle nie chwyta, tak konflikt na linii Storm - Cyclops napisany został świetnie i nie obrażę się, jeśli to on będzie głównym punktem fabularnym, na którym nowy scenarzysta chce budować swoje historie.
Gil: Pierwsza rzecz: zmiana scenarzysty wyszła tytułowi na dobre – wreszcie da się go czytać bez chęci wyrwania kartek i wykorzystania ich w celach około-higienicznych. Historia zarzuca haczyk i nawet daje radę zainteresować zagadką: co oni znaleźli i dlaczego to ukrywają? Niestety, w miarę postępu akcji i pojawiania się kolejnych potworności narasta również wrażenie, że nic odkrywczego w tej materii nie wymyślono. Natomiast rzeczą, która najbardziej mi doskwiera w tym tytule i to właściwie od początku jego istnienia, jest nijakość składu. Pozostałe tytuły mają jakiś wątek przewodni, ten zaś od początku był zsypem, do którego trafiają postacie, z którymi nie ma co zrobić. Wrażenie nijakości spotęgowało jeszcze spotkanie z… właściwie to nie wiem, kim jest ta kobita, z która spotyka się Storm. Jakaś bezimienna doktorka z pustkowia. To, że nawet nie dali jej imienia jest jak sugestia, by w ogóle nie przejmować się tym, co tu się dzieje, bo nie ma najmniejszego znaczenia. I chyba tak też zrobię, a tymczasem wystawię 4/10.

Spośród okładek z przed dwóch tygodni najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0252a.jpgSpider-Men #1 (Pichelli Variant)
Autor:
Sara Pichelli

Hotaru: Kolejny obrazek, którym pani Pichelli potwierdza swój kunszt. Dobry pomysł, jeszcze lepsze wykonanie i przede wszystkim klimat emanujący z covera - dzięki nim zdecydowałem się wyróżnić tą okładkę.








Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0253a.jpgAstonishing X-Men vol. 3 #51
Autor:
Dustin Weaver

Hotaru: Wiem, że ta okładka to laurka wystawiona politycznej poprawności, ale prawda jest taka, że to prześliczna laurka. Przemyślana, świetnie skomponowana, dokładnie narysowana i pieczołowicie pokolorowana. Bajka.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.06.13

Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.06.20

Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.