Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #251 (11.06.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 czerwiec 2012Numer 24/2012 (251)


W minionum tygodniu miały miejsca dwa znaczące wydarzenia. W Polsce i na Ukrainie rozpoczęły się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Marvel natomiast uraczył nas piątą częścią historii "Avengers Versus X-Men". Z ocenianiem Euro przyjdzie nam poczekać na jego koniec. Natomiast ocenę AvX #5 możecie przeczytać już dziś.

Age Of Apocalypse #4
Krzycer: Jak już ustaliliśmy, najciekawsze w tej serii jest to, co ma związek ze starymi znajomymi - Jean Grey i Sabretoothem.
W tym numerze ich nie ma. Akcja nadal jest dobrze poprowadzona, zahaczka z końcówki jest ciekawa - ale nic nie poradzę na to, że X-Terminated jak mnie nie obchodzili tak mnie nie obchodzą. Może mogłoby się to zmienić, gdybyśmy choć raz zobaczyli jak robią coś poza zabijaniem mutantów, ale jak dotąd takich epizodów nie było, więc... zdążyłem już nawet zapomnieć kto się kryje pod tymi maskami.
Gil: Im dłużej trwa ta seria tym mniej się w niej dzieje i tym gorzej to wygląda. W tym numerze… tłuką się. I tyle. A żeby rozwałki było więcej, dorzucili Hulka – znaczy się, Thinga (bo tak go nazwali w AoA, żeby było zabawniej). Dorzuciło to parę groszy do fabuły, ale wcale jej nie pomogło i ostatecznie do niczego nie prowadziło. Mam też wrażenie, że Monet, która pojawia się w końcówce, nie istniała w ogóle w tej postaci w AoA, bo zamiast niej była niejaka Know-It-All. Czyżby pomysł zaczął się potykać o własne nogi? No cóż, tym razem może być najwyżej 5/10.

Avengers Academy #31
Hotaru: Początek numeru średnio udany, ale potem było lepiej. Odetchnąłem z ulgą, kiedy dowiedziałem się, że Shaw jednak nie wrócił do swej poprzedniej persony. Całości wprawdzie zabrakło finezji, ale kilka zabawnych akcentów z Herculesem pozwala mi o tym zapomnieć. Rysunki Grummetta też były tym razem jakoś bardziej staranne. Nie do końca odpowiada mi, jak portretuje Laurę, ale idzie się przyzwyczaić.
Krzycer: Laura pozostaje cofnięta w rozwoju, i to strasznie. Zaskoczenia w związku z Shawem nie ma żadnego. Walki nie są szczególnie wciągające. Poza X-23 nic mnie szczególnie w tym komiksie nie boli, ale od paru już numerów również nic mnie do niego nie przyciąga.
Może poza Herculesem, choć i jego wolałem pod piórem Van Lente'a, kiedy mówił jak zwykły człowiek.
Volf: Dobra, przyzwyczaiłem się do Gage'owej Laury. Co sprawiło, że w końcu znowu mogłem się dobrze bawić czytając tę serię. Może i Gage psuje całkiem dobry scenariusz miałkimi dialogami i przerysowanymi charakterami postaci, ale nie psuje go na tyle mocno, żeby zrobić z tego słabą historię. A na pewno jest to lepsze Avengers versus X-Men niż Avengers Versus X-Men.avalonpulse0251b%20%5B1600x1200%5D.JPG

Avengers Vs X-Men #5
Hotaru: Muszę oddać Marvelowi sprawiedliwość - zakończenie pierwszego aktu eventu było szokujące. Już teraz chciałbym doprecyzować, że szokująco głupiutkie, ale tego nie zrobię. Istnieje minimalne prawdopodobieństwo, że stoi za tym jakiś sensowny pomysł, którego jeszcze nie widać, więc poczekam jeszcze numer. Rysować zacznie Coipel, więc chociaż oprawa graficzna w końcu będzie reprezentować jakiś poziom... no, może poza czerwonymi stringami Cyclopsa, które widzieliśmy w zwiastunach.
Krzycer: No co tu jeszcze można dodać? W tym numerze event z marnej namiastki "Civil War" zamienił się w namiastkę "Fear Itself". Jest aż tak źle. Sytuacja jest do odratowania - każde rozwiązanie poza "wszyscy jednoczą się, by powstrzymać opętanych X-Men" będzie lepsze - ale w tym momencie wyzbywam się wszelkich oczekiwań, bo to chyba jedyny sposób, by nie walić głową w mur przy lekturze kolejnego numeru. Źle się dzieje.
Ok, jak już ochłonąłem po tym, że X-Men mają teraz ptaszka, to wypada przyznać, że skupienie numeru na Hope i jej perspektywie pozwala przejąć się jej losem. Biorąc pod uwagę jak bardzo po łebkach główna seria traktowała dotąd wszystkie postaci - to zaleta. Ale i tak mam same złe przeczucia co do kolejnych numerów.
Gamer2002: <śmiech zdechłej kaczuchy> Everybody is Phoenix!
...Co mogę jeszcze napisać? Iron Man lata w mechu zaprojektowanym przez doktora Eggmana. Wolvi jak już miał zabić Hope, na jej prośbę, idiotycznie rzucił się na Summersa, po tym jak on go raz postrzelił. Nie mógł dać reszcie się nim zająć? Cyclops teraz to kosmiczny hipokryta, bo wbrew życzeniu Hope chciał by połączyła się z Phoenixem. Dowiadujemy się, że Charles nagle bierze w tym udział, ale i tak jest w jednej z zepchniętych na boki świata walce. Wanda, która ponoć miała być obok Hope główną postacią eventu otrzymuje kolejny panel, chyba to już czwarty. Rysunki brzydkie.
A na temat głównego twistu numeru... Obstawiam, że Mściciele staną się teraz Iron Fistami, bo on też ma gdzieś być ważny. Emma już wcześniej była połączona z Phoenix Force, po kij projektowali jej taki kretyński kostium? Ale ogólnie potwierdziło się, że w Marvelu pracują sami idioci. Doskonale wiedzą o żartach "everybody is", a raczej powinni o tym wiedzieć by nie wystawiać się na pośmiewisko. Mam gdzieś grobowy patos w narracji Hope, nie biorę tego na poważnie.
Bzdurna młócka by na końcu nastąpił plotwist, którym Marvel sam sobie strzela w stopę. 2/10.
wolvie111: Czyli to już raczej pewne. X-Men są tymi złymi w tej rozgrywce, a Avengers prędzej, czy później wyjdą z tego obronną ręką. Bardzo przykra sprawa dla takiego fana Mutantów jak ja, ale prawdziwa. Słowa Cyclopsa: "Nie ma jutra... Nie możecie nawet próbować nas powstrzymać" mówią same za siebie. I co teraz Phoenix weszła w tą piątkę? Błagam, czyj to pomysł? Niech to się jakoś ciekawie rozwinie, bo inaczej ten "najważniejszy event w świecie Marvela" okaże się klapą. Zrobiono X-Men tak złymi jak to tylko możliwe.
Osobna kwestia numeru to strona graficzna. Oczywiście, że będę się czepiał, bo całe te wydarzenia wyglądają po prostu okropnie. Robot Iron Mana - jak zabawka Transformers dla dzieci (mega nowoczesna technologia), te bijatyki (oni wciąż biegną na siebie, łeb w łeb, a Hope wybucha energią w tej samej pozie). Może dla niektórych to nieistotne, ale naprawdę uważam, że jakość rysunków Romity obniża wartość tego komiksu... i to bardzo. Wszystko to, narysowane choć trochę inaczej mogłoby mnie przekonać. Już, gdy zobaczyłem zapowiedź okładki na następny numer (X-Meni jako avatary Phoenixa) uwierzyłem, że to może nie będzie aż tak głupi pomysł, bo chociaż wyglądało w miarę poważnie.
Swoją drogą, nie wiem do czego to wszystko zmierza. Pokazano zbliżających się do Ziemi X-Men, jako zagrożenie, więc pewnie zaraz na scenę wkroczy Wandzia, skopie im tyłki i odkupi grzechy za "House of M", ratując świat. Będzie przynajmniej podobnie, sorry ale do mnie to nie przemawia i liczyłem na coś więcej od tej "wielkiej" historii.
Zaraz nawet Hope poczuje się jak zakładniczka X-Men i stanie po stronie Mścicieli. A na to, że Emma powiedziała coś jak: "Ten świat może być ocalony", wielki Kapitan Ameryka nawet nie zwrócił uwagi. Co tam, ważne, że "straszne głosy nic nie zmienią, a Hope i tak idzie z nami".
EndrjuSzopen: OK, to nie było najlepsze. Tzn. miał to być teoretycznie wstrząsający koniec pierwszego aktu, a tak naprawdę zrobiło się trochę dziwnie i nie do końca logicznie. Tak jak wiadomo, że świat komiksów trzeba brać z przymrużeniem oka, to często zdarzenia w nich przedstawione są w miarę logiczne biorąc pod uwagę otoczkę w jakiej te historie się obracają. Natomiast tutaj... Iron Man zbudował coś czym zmusił Phoenix Force do połączenia się z kilkoma X-Menami naraz...? Ale że niby jak on tego dokonał i czemu i o co w ogóle chodzi? Tak samo ten cliffhanger, że wszyscy X-Meni to Phoenix... Jak dla mnie to po prostu nie trzyma się kupy i nie wiem co to miałoby oznaczać dla tej całej historii. Zostało jeszcze siedem numerów i jeszcze niejedną taką rzecz scenarzyści mogą nam zaserwować...
Volf: Numer sam w sobie nie jest taki zły (albo inaczej - nie jest gorszy od poprzednich), tylko jego finał pozostawia autentyczny niesmak i zażenowanie. Kilka lat temu, gdy wchodziłem w świat Marvela przy okazji "Civil War", tym, co zrobiło na mnie wtedy wrażenie, była dorosłość tych komiksów - to były naprawdę poważne historie osadzone w niezwykłym świecie. Gdybym teraz spróbował wejść w świat komiksów, to prawdopodobnie dzięki AvX odbiłbym się od niego z hukiem.
zedicus: A mnie tam się podobało. Cały event jest od początku durny, a walki żenujące, więc do tej pory raczej wszystko kartkowałem, jednak takiego obrotu spraw się nie spodziewałem. Jak na razie jest fajnie, nowe stroje są ciekawe, Colossus znów ma włosy, jestem bardzo ciekawy co będzie dalej. Spodziewam się elseworlda a'la HoM, a potem wszystko wróci do normy. Kto wie może tym razem mutanci powrócą i Marvel zatoczy koło? Nie mam żadnych oczekiwań co do tego eventu, ale zapowiada się że drugi akt będzie przyjemną, odmóżdżającą lekturą. I chyba o to chodzi?
avalonpulse0251c%20%5B1600x1200%5D.JPGGil: Nie spodziewałem się takiego rozwoju wypadków. I bardzo dobrze się z tym czuję, bo gdybym to przewidział, oznaczałoby to, że wpadłem na ten sam skrajnie durny pomysł, co twórcy tego czegoś. No, ale po kolei. Początek wygląda nawet nieźle i potwierdza, że wszystkie obawy Logana były uzasadnione. To plus. Przynajmniej on w tej historii zachowywał się jakby był sobą i ufając instynktom zmierzał do najprostszego rozwiązania. Potem znów się tłuką i bełkoczą, Tosiek próbuje zamknąć ptaszka w klatce, ale tylko go wkurza. I tu dochodzimy do najgłupszego pomysłu eventu. Jak mówi stare przysłowie komiksowych twórców: jeśli nie możesz do tego dołożyć cycków, sklonuj to. Tak więc kończymy rewelacją, że Phoenix się połączyła z całą bandą Cyclopsa i teraz jest jedna w pięciu osobach. A kiedy świecące typy ogłaszają ponurym głosem, że lecą zbawiać świat, tutaj właśnie rysuję granicę. Bo widzicie, cała idea X-Men zaczęła się od tego, że będąc mniejszością, bronili świata, który bał się ich i nienawidził. W tym momencie dają mu wszelkie ku temu powody i z obrońców zmieniają się w agresorów – stają się swoją własną antytezą i ostatecznie przestają być X-Men. Od tej pory, naśladowców Cyclopsa będę więc tytułował per Cyc-Men. Albo, jak dotąd: bandą bełkoczących maniaków. Podejrzewam, że w niedalekim czasie coś pójdzie nie tak, potem się ockną i będą próbowali zrehabilitować, ale jak dla mnie nic z tego. Summers i jego Cyc-Men mogą stanąć w szeregu maniaków obok Strykera i jego Purifires. W dodatku Piotr jest teraz Collophoenixnautem? Overkill much, anyone? Natomiast z innych wydarzeń (nie)godnych uwagi: kosmiczni Avengers pojawiają się bez Noh-Varra (zakłady, kto odwali kitę uważam za zamknięte), pojawia się też Xavier i Wandzia (oboje po jednym panelu), a dynamika walk jest tak kiepska, że już mój kaktus ma większą. Ale dobra, za w miarę przyzwoity początek zdobędę się na ocenę 3/10.
Arachnid: Muszę przyznać, że zakończenie numeru było dla mnie bardzo zaskakujące. Niestety nie jest to zaleta tego numeru, gdyż moje zaskoczenie wiąże się z silnym zażenowaniem. Zamiast jednej nosicielki Phoenix Force mamy teraz całą piątkę w kretyńskich wdziankach. Strach pomyśleć jaka będzie odpowiedź Avengers. Wszyscy otrzymają moc Iron Fista lub moc Scarlet Witch? A skoro już o niej mowa, to jak na kogoś kto miał być jedną z głównych postaci tego eventu, to strasznie jej mało. Pewnie później odegra jakąś konkretniejszą rolę. Strach pomyśleć jaką, ale o to będziemy martwić się później. Nowej zabawki Iron Mana wolałbym nie komentować. Ogólnie jest słabiutko, ale mam nadzieję, że da radę to poprawić.

Dark Avengers vol. 2 #175
Krzycer: Zmiana nazwy - wiadomo, próbują podciągnąć sprzedaż Thunderboltów. Ale sugestia niecnych zamiarów komisji zarządzającej Thunderboltami mnie zaintrygowała. Poza tym Parker zasłużył sobie na kredyt zaufania, więc chętnie zobaczę, co z tą przypadkową zbieraniną zrobi. Mam tylko nadzieję, że po pierwsze jego Julia Covington będzie bliższa oryginału niż jego Moonstone, a po drugie - że szybko wyjaśni skąd JC ma moce a'la Scarlet Witch. Jeśli dobrze kojarzę, Osborn ją tylko wrzucił w ten ciuch, nie dawał jej nowych zdolności.
Volf: Skorzystam z okazji i sobie ponarzekam na politykę Marvela dotyczącą numerowania komiksów. Po cholerę te 175? Żeby za 10 numerów wrócić do starej nazwy i zostawić po sobie tylko zamieszanie? Albo jeszcze lepiej, za 2 lata zrobić dwa jubileuszowe numery, DA i Thunderbolts - kij, że ci pierwsi nie będą mieli tak naprawdę nawet pięćdziesiątki. Albo trzymać się konsekwentnie jednej nazwy i numeracji, albo puścić to jako DA vol. 2 #1.
No ale abstrahując od wkurzającej numeracji, sam numer jest solidny. Domyka wątki pozostałych w Rafcie Thunderboltów, w obowiązkowym starciu między starym a nowym teamem pokrótce przedstawia nową drużynę i zapowiada ciekawą dynamikę między postaciami w przyszłości. Me like it.
Gil: Pierwszy minus, który od razu rzuca się w oczy to rysunki. Są kiepskie, momentami wręcz koszmarne, więc zdecydowanie nie pomagają w przyjęciu zmiany, do której wcale nie jestem pozytywnie nastawiony. Dlaczego? Bo to oczywiste zagranie na kasę. Magiczne słówko 'Avengers' w tytule zapewne poskutkuje paroma dodatkowymi procentami w wynikach sprzedaży przez kilka miesięcy, a i tak pewnie seria w końcu wróci do poprzedniego tytułu. I tak naprawdę, niewiele się tu wydarzyło. Krótki pojedynek i ustanowienie nowego status quo. Swoją drogą, ciekawe, co na to powiedzą członkowie prawdziwych Avengers? Zwłaszcza Thor. Ostatecznie, nie wydarzyło się tu nic ciekawego i nie było na czym oka zawiesić. Grupa jak na razie ma potencjał tylko w konfliktach, jakie może wywołać, więc jakoś ciężko mi się do niej przekonać. Dlatego wystawie teraz 5/10 i jeszcze poczekam z wyrokiem.

Defenders vol. 4 #7
Gil: W porównaniu z poprzednimi numerami, mamy spadek formy. Pierwsza przyczyna, to powrót rysunków Dodsona, których nie lubię. Kolejne przyczyny leżą już w skrypcie. Spora część poświęcona jest Black Cat i w tej chwili nijak ma się do fabuły (chociaż widać, do czego prowadzi), a głównie zajmuje miejsce. Do tego mamy kolejne afrykańskie państewko, które do tej chwili nie istniało, oczywiście jest powiązane z Wakandą i jego władcą jest aktualny bad-guy. Podstawowe pytanie brzmi: skoro Wakanda ma z nimi rozejm, po co w ogóle ją w to mieszać? A odpowiedź jest oczywista: gościnne występy Panter. Tak więc, mamy tu głównie watę i trochę makaronu, ale stanowczo za mało zalet. Właściwie, to są tylko dwie, ukryte za pytaniami: co się dzieje z Amanem i kim właściwie są Antykwariusze? W tym przypadku plusy i minusy w miarę się zerują, dlatego oceną będzie neutralne 5/10.

Hulk vol. 2 #53
Krzycer: Zdążyłem już zapomnieć o tej historyjce z A-Bombem wypuszczającym na wolność duchy Majów - kiedy to się w ogóle ukazało? I w czym? Nieważne, było coś takiego.
Więc dopóki sobie o tym nie przypomniałem, to trochę byłem zagubiony, bo w tym numerze ewidentnie brakuje jakiegoś segmentu. Ale mniejsza o to.
Dopóki numer koncentruje się na Ricku/Abombie jest dobrze, ale kiedy akcja przeskakuje do Kanady jest jak zwykle w takich sytuacjach. Nie wiadomo, po co w ogóle pakowano Alpha Flight do tego numeru, nic nie robią tylko zajmują miejsce i akcja się rozjeżdża bo jest za dużo postaci i za dużo dymków. I od kiedy Walter głupieje, kiedy transformuje w Sasquatcha?
Gil: Historia przypomina mi coś, co mogło się wydarzyć w latach siedemdziesiątych: piramidy Majów pojawiają się znienacka w zupełnie innej części świata i zaczynają rozsiewać swoje antyczne zło. Mocno naciągane, ale ma swój głupawy urok. Na plus muszę też zaliczyć występ Ricka Jonesa. Jak dotąd mocno starałem się nie widzieć jego niebieskie postaci i w ogóle nie próbowałem jej akceptować, ale tutaj jest nawet do przełknięcia. Z trudem, ale jest, bo w końcu ktoś pokazał ten pomysł w bardziej przystępny sposób. Ciąg dalszy sprzątania poloebowego bałaganu? Mamy też gościnny występ Alpha Flight oraz duży plus w postaci rysunków, którym jeszcze uroku dodają majowskie ozdobniki. Ostatecznie wyszło mocne 6/10, a może być nawet lepiej.

Journey Into Mystery #639
Hotaru: Skończyło się crossover i od razu poziom wskoczył pod sufit, czyli tam, gdzie zwykł się znajdować. Nie chodzi nawet o zwykle świetne przygody Lokiego w wykonaniu Gillena, ale powrót na Wyspy Brytyjskie. Ucieszyłem się, bo klimat przypomniał mi pierwszą historię z Captain Britain and MI:13. Liczę, że Kieron Gillen - jako Brytyjczyk - wykorzysta okazję i będzie równie fascynująco portretował Albion, jak wcześniej Paul Cornell.
Krzycer: Fantastyczny numer, jak zwykle. Interakcje Lokiego i Leah są fantastyczne, jak zwykle. No i w tym numerze, w takim komiksie, Otherworld i jego dziwactwa sprawdzają się fantastycznie. W przeciwieństwie do Uncanny X-Force.
Choć z drugiej strony to chyba jednak była porażka Remendera a nie tytułu... w szpiegowsko-militarystycznym Wisdomie i CapBrit & MI13 też to się sprawdzało... ale mniejsza z tym.
Jest dobrze, chcę więcej i czekam na jakieś detale na temat Manchesteru i tych wszystkich ruchomych zamków Hauru.
Volf: Znowu Kapitan Brytania? Zaczynam odczuwać silny przesyt tą postacią - czy tam postaciami, bo nawet nie jestem pewien czy to ten sam co u Remendera. Stąd średni entuzjazm do wydarzeń w Otherworldzie. Za to Loki w Londynie był absolutnie genialny - też chcę taką koszulkę.
Gil: Wow! To było… prawie jak Cornell. Serio, przypomina mi bardzo jego pomysły pokazane w mini Wisdoma, albo niedawno w Stormwatch. Cóż, skąd by nie przyszła ta inspiracja, wyszło świetnie! I baaardzo jestem ciekaw, jak się to dalej rozwinie. Aha, i wyobraźcie sobie, że gościnnie występuje Captain Britain… i nadal da się to czytać bez ziewania. To chyba coś znaczy. I powróciły dawne rysunki, co również uznam za duży plus. Dam mocne 7/10 i nawet pokuszę się o tytuł numeru tygodnia.

Mighty Thor Annual #1
Gil: Gdyby ktoś mnie dzisiaj zapytał, co to jest nuda, pokazałbym mu ten komiks. Z początku zapowiadało się całkiem nieźle, pierwsze strony nawet zachęcały, ale bardzo szybko zaczęło się to baaardzo ciąąągnąąąć. Baaaaaaaardzooooo… Mniej więcej w połowie zgubiłem wątek i w końcu nie mam pojęcia, o co chodziło. Następne kosmiczne istoty i jeszcze jeden klon Novy (tej heroldki Galactusa, nie Richarda Ridera), to wszystko, co stąd zapamiętałem. Z drugiej strony, komiks właściwie spełnił swoje zadanie – Oblivion zwyciężył. It totally fell into oblivion ;) . Raczej odradzam czytanie tego, bo nie wnosi nic do niczego i jest po prostu stratą czasu. Dlatego ocenię na 2/10.

Ultimate Comics: Spider-Man vol. 2 #11
Hotaru: Fenomenalnie narysowany, wybitnie pokolorowany i dobrze napisany numer. Czuję się, jakbym ją zdradzał, ale przestałem tęsknić za Sarą Pichelli. David Marquez idealnie dopełnia stylistykę tej serii. Żaden z jego kadrów nie jest rysowany na odwal, sceny walk są dynamiczne i ciekawe, Miles wyczynia takie akrobacje, że głowa mała, a kadrowania udowadniają, że żadna perspektywa i żadna pozycja nie jest dla rysownika za trudna. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Do tego te pełne detali tła... ech, rozpływam się.
Krzycer: Z jednej strony to bardzo fajny numer, z ładną akcją i dobrze poprowadzonym Milesem.
Z drugiej strony Scorpion ni z tego, ni z owego zaczyna gmerać o przeznaczeniu...? I nawet nie wiem, czy to jest out-of-character, bo po prostu za mało go dotąd było.
I to jest kolejna sprawa - Ultimate Scorpion jest fajny, ale jak dotąd jest przeciwnikiem Prowlera, a nie Milesa. To, że Miles pokonuje go już teraz, kiedy się nie znają, wydaje mi się dziwne... Mam nadzieję, że ten pan wróci jak najszybciej.
Mam też nadzieję, że zobaczymy go w roli, którą Bendis mu sugeruje - krwawego, często brudzącego sobie ręce, ale kingpina.
tig3000: Jak na niewyszkolonego w walce nastolatka, który fascynuje się filmami kung fu (za co wielki plus!), nieźle sobie młody Miles radzi. Walka ze Scorpionem całkiem fajna, ale bandzior za wiele nie pokazał. Chyba dlatego, że nie miał tego swojego łańcucha z zakończeniem jak ogon skorpiona.
W każdym razie jest bardzo dobrze. Cieszy mnie, że ludzie są uradowani na widok nowego Spider-Mana. No i oczywiście nie rozumiem, dlaczego policja chce go aresztować. No kurde bele... Ale podejrzewam, że w prawdziwym świecie byłoby podobnie. Pobiłeś zbira, który jest niewiadomo jakim mafiozem, oddasz go w ręce policji, to cię jeszcze oskarżą o pobicie... Ale schodzę z tematu...
Komiks bardzo fajnie się czytało, dosyć szybko, rysunki świetne... Bardzo dobry numer. Ale końcówka zapowiada, że następny numer może być jeszcze lepszy! Czekam niecierpliwie.avalonpulse0251d%20%5B1600x1200%5D.JPG

Uncanny X-Men vol. 2 #13
Hotaru: Poza kilkoma detalami - podobało mi się. Wolałbym, żeby walka Storm z mężem nie odbywała się poza kadrem (wiem, że będzie w AvX: Vs, ale dopiero za kilka miesięcy - czyżby rewanż?). Wolałbym, żeby zostało wyjaśnione, dlaczego po zajęciu Utopii przez Avengers nikt nie dokopał się do więzienia z Unitem. Wolałbym też, żeby mimika Danger podczas obijania dzieciaków była bardziej wymowna, bo teraz jest to tylko jeden kadr. Ale poza tym, świetne pogaduszki Storm, Magneto i Psylocke. No i Unit jak zwykle nie zawodzi.
Krzycer: Fajny numer, ale jak już uwzględnimy końcówkę to wychodzi, że w całości służył wyłącznie ekspozycji Unita. Chciałoby się czegoś więcej.
Poza tym Magneto, Storm i Metsy siedzą przy ognisku i wymieniają się historiami i narzekają, że nie mogą wziąć udziału w wydarzeniach... ale przez cały numer nie ma wyjaśnienia, czemu Psylocke nie może skontaktować się telepatycznie z Pixie.
Mimo to czytało mi się ten numer bardzo dobrze. Nadal sporo brakuje do poziomu - i uroku - JIM, ale to po części dlatego, że Uncanny podlega ciągle temu, co dzieje się z x-tytułami i Gillen ma chyba ograniczone pole do popisu. Co powiedziawszy, czekam na numer którego bohaterami będą Magneto współpracujący z Nemesisem.
Wilsonon: Gillen znowu sprząta po głównej serii eventu. Opowieść Unita świetnie tłumaczy (niektórych rzeczy można się domyśleć) co się stało na Księżycu. W następnym odcinku wrzucają Sinistra i jestem ciekaw jak to się rozwinie.
Co do grafiki mam kilka rzeczy, które mi się nie podobały. Dwie podstawowe to kijowe ujęcie dynamiki postaci i głowa Unita.
Volf: No proszę, z tej perspektywy te wydarzenia z crossovera niemalże zaczynają mieć sens. Chociaż nadal są głupie. No ale to nie wina Gillena. Sam numer całkiem ciekawy. Dialogi między pozostawionymi na ziemi X-Menami ciekawe, Unit jak zwykle intrygujący, a kadry powielające historię z AvX przynajmniej tutaj jakoś wyglądają.
Gil: Oto numer, który powinien nosić tytuł "Meanwhile In Utopia". Poza kilkoma przebitkami, nawiązującymi do wychodzącego równolegle numeru AvX, większość zeszytu skupia się na pogaduchach. To między potłuczonymi X-Menami w starym magazynie, to znów dzieciakami i Hannibalem Tosterem na Utopii. Ten pierwszy wątek wypada całkiem nieźle, głównie za sprawą bełkoczącego Nemesisa i "I jest" Magneto. Drugi każe zadać oczywiste pytanie: jakim cudem nikt nie znalazł Unita i dlaczego nikt nie pilnował Utopii? I to już jest mocno naciągane. A ponieważ nie przepadam za Tosterem, jego przekozactwo mnie drażni. Ciężko jednak powiedzieć, żeby działo się tu coś bardzo złego lub głupiego, a i wygląda nie najgorzej (poza dziwnym zachowanie hełmu Magsa), więc byłoby niesprawiedliwością wystawić mniej niż 6/10.
Arachnid: Numer skupiający się na rozmowach między bohaterami, którzy zostali na ziemi. Dialogi te są całkiem ciekawe. Szczególnie podobała mi się scena z bełkoczącym Nemesisem. I to chyba jedyny plus scen w magazynie, bo poza tym to wszyscy siedzą i narzekają jak to dostali bęcki od Avengersów oraz jak to nie mogą być z resztą na Księżycu. Druga rozmowa pomiędzy Unitem a młodymi bohaterami wypada także całkiem nieźle. Postać Unita jest nadal bardzo ciekawa. Ogólnie numer ten jest całkiem nienajgorszy. Przyjemna lektura.

Winter Soldier #6
Krzycer: O. Nie ma małp i od razu jest dużo, dużo lepiej. Wyjaśnia się tajemnica Trzeciego Śniącego, a przy okazji Bucky doczekuje się ciekawego przeciwnika. Takiego Brubakera lubię.
Swoją drogą, czy tylko mi Leonid przypomina z twarzy filmowego Lokiego (kiedy nie ma zarostu)?
Gil: Ten numer to przede wszystkim prolog do następnej historii (właściwie to pierwsza jej część, ale twórcy uparli się by dodać słowo 'prolog' do tytułu) i wprowadzenie postaci Leonida – trzeciego z uśpionych agentów i zarazem wychowanków Winter Soldiera. Całkiem udany prolog, bo właściwie w jednym numerze zawiera całą konieczną back-story i mocne wejście. A skoro już o tym mowa, to zaczynam dostrzegać przebłyski jakiegoś większego pomyślunku w skryptach Brubakera, bo niedawno przypomniał nam o istnieniu Freda Davisa, by teraz wykorzystać go… albo nie powiem – sami zobaczcie. Przy okazji, Michael Lark zastąpił Butcha Guice'a, ale zmiana jest prawie niezauważalna i to tez plus. Czyli z tych wielu plusów wychodzi nam 7/10.
Arachnid: Świetny numer, pozwalający chociaż na chwilę zapomnieć i odpocząć od całej zabawy związanej z "Avengers Vs. X–Men". Numer ten skupia się przede wszystkim na tzw. „trzecim uśpionym agencie”. Wyjaśnia w jakich okolicznościach został obudzony i jak to nagłe przebudzenie wpłynęło na niego. Wyjaśnienia te nie zajmują całego numeru lecz są wystarczające. Sama postać „trzeciego uśpionego”, czyli Leonida jest bardzo ciekawa. Bezwzględna i nieobliczalna. Winter Soldier może mieć niemały problem z byłym wychowankiem. Ogólnie bardzo dobra lektura.

X-Factor #237
Hotaru: Dałem się nabrać. Peter David tak świetnie poprowadził ojca Madroxa, że przez chwilę podejrzewałem go za zło wcielone. Dobre, panie David. Tak jak i reszta numeru, która świetnie buduje charaktery postaci - nikt nie potrafi tego robić tak, jak PAD. Cieszy mnie też, że Neil Edwards, tak dobrze wczuł się w estetykę tej serii i jego gościnny występ nie zaburzył wypracowanego przez ostatnie kilkanaście numerów klimatu. Dobry komiks. Jak zwykle.
Krzycer: Okładki kłamią. Road trip jest króciutki a od drogi dużo ważniejszy jest cel. Ale mniejsza o to, bo dzięki temu numer skupia się na Rahne i jej rozmowie z księdzem Maddoksem. Rozmowa jest o poczuciu winy i przebaczaniu, a i tak PAD zmieścił w numerze kilka autentycznie zabawnych momentów. Pod względem treści ten komiks jest fantastyczny. Poważniejszy niż zwykle, ale nadal świetnie się go czyta.
Ale komiksy to przede wszystkim medium wizualne, a nowy rysownik nie do końca mi pasuje. Całkiem nieźle wpisuje się w styl, który X-Factor nadały włoskie rysowniczki, zbliżenia wychodzą mu fajnie, ale twarze na drugim i trzecim planie bywają jakieś dziwne. No i obdarzył M absolutnie absurdalnym dekoltem w momencie, gdy ta zaczęła się zakrywać. Może nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie to, że PAD odpowiada na list w tej sprawie na końcu zeszytu.
Za to szybko się przekonałem do nieco pucołowatej Banshee.
Volf: Recenzowanie X-Factora jest nudne. No bo co numer mamy świetnie zarysowane postacie, scenariusz na którym przejechałby się każdy inny twórca a który w wykonaniu Pada wciąga jak diabli, żywe dialogi i niby mało imponujący cliffhanger, który jednak spełnia swoje zadanie zaostrzenia apetytu na następny odcinek znacznie lepiej niż kolejne widmo końca świata, pseudo-śmierć głównego bohatera czy "Hej mamo, też jestem feniksem!"
Gil: Tytuł numeru tygodnia zdążyłem już wręczyć innemu zeszytowi, więc spróbujmy dla odmiany odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tym razem nie trafił on do X-Factor? Prawdę mówiąc, ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Numer skupia się na wycieczce Thelmy, Louise i Rahne, rozterkach tej ostatniej i radzeniu sobie z poczuciem winy. W tej sytuacji mamy dobre zrównoważenie humoru i powagi, dość oczywiste, ale bardzo dobre wykorzystanie wielebnego Maddoxa oraz brak na siłę wciskanych złoczyńców. Więc co jest nie tak? Jedyne, o czym mogę pomyśleć to Rahne. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć tej jej nienawiści do siebie i chociaż obiektywnie dostrzegam ciąg przyczynowo-skutkowy w jej postępowaniu, to jednak ciężko mi się wczuć w jej odczucia. Cóż, po prostu za bardzo się różnimy. Ale mimo wszystko, nie mam do numeru większych zarzutów i przyznam mu zasłużone 7/10 tylko, że bez dodatkowego bonusa.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0251a.jpgX-Factor #237
Autor:
David Yardin

Hotaru: Dawno nie wyróżniałem żadnej z okładek Davida Yardina do X-Factor - co za niedopatrzenie. Nic straconego! Popatrzcie na tą klimatyczną okładkę, która nasuwa skojarzenia z old-schoolowym amerykańskim filmem drogi. Aż chciałby się samemu wsiąść w taką brykę i ruszyć w podróż wzdłuż Route 66. Ech, pomarzyć można...






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.06.06


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.