Avalon » Publicystyka » Artykuł

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część II

"Wydarzenie tego roku". Tak zostało nazwane, na długo przed ukazaniem się pierwszego numeru. Rozrosło się w ilości tie-inów oraz rozciągnęło w czasie, dlatego przedstawiamy małe podsumowanie. W jednym miejscu znajdziecie wszystkie recenzje odnośnie tego eventu. Oto "Avengers Versus X-Men".

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część II

AvX: VERSUS


avalonpulse0245b%20%28Kopiowanie%29.JPGAvX: Vs #1
Hotaru: To komiks, w którym miało nie być fabuły. Pasowało mi to. Nie myślałem jednak, że "zero fabuły" równoważne jest z "zero sensu". Obydwa przedstawione tu pojedynki MUSIAŁY zakończyć się inaczej. Sposób, w jaki scenarzyści tupnęli nóżką, żeby doprowadzić do innych wyników, wybitnie mi się nie spodobał. O ile po Aaronie mogłem się tego spodziewać, o tyle Kathryn Immonen zaskoczyła mnie wybitnie negatywnie. I wiem, że to komiks superhero i zasady fizyki się go nie imają, ale aż mnie szlag trafia na motyw z ogniskowaniem grawitacji Jowisza. W najbardziej dogodnym momencie, odległość między Ziemią a Jowiszem wynosi 37 świetlnych minut, a to znaczy, że tak długo należałoby czekać na wysłaną stamtąd energię, gdyby ta podróżowała z prędkością światła. Nawet w szachach nie czeka się tak długo na ruch przeciwnika!
Krzycer: Zero fabuły! Sama walka! I o ile starcie Iron Mana z Magneto parę razy zaskakuje i ogólnie oceniam je pozytywnie (choć Eric w pancerzu z satelit okładający Iron Mana pięściami to nie moja bajka), o tyle podwodny pojedynek Thinga z Namorem jest dużo słabszy, a zaskakuje tylko tym, jak to wszystko się splata na korzyść Thinga.
A wracając do pierwszego starcia - końcówka mi nie podeszła. Magneto "przegrał" bo poczuł zakłócenie w Mocy i się zagapił. Słabe toto. Ale szczerze mówiąc, narracja Erica ze zdaniem o sercu wykutym w ogniu warszawskiego getta sprawiła, że wyłączył mi się krytycyzm.
Gil: Myślę, że możemy to już uznać za prawo: "Jason Aaron + anything science related = disaster". Usłyszał coś o neodymowych magnesach, to od razu musiał wcisnąć, chociaż do niczego to nie służy. Ściąganie magnetycznej energii z Jowisza przez satelity? Moje serce fizyka krwawi od takich bzdur! Nie będę pisał elaboratu, więc musicie mi zaufać – to większy bullshit niż niedawne hasanie w próżni i bijatyki w macicy. Kathryn Immonen przynajmniej starała się wybrnąć z sytuacji, uderzając w farsę i wspominając o jakiś podwodnych bąblach powietrza, które dały Thingowi szansę przesadnie długiego wytrzymywania pod wodą. Niestety AvX jest farsą samo w sobie, więc ciężko uznać rezultat za coś powyżej przeciętnej. W obu przypadkach natomiast irytowała mnie ta sama rzecz: "AvX FUN Facts". O ile FUN nie jest skrótem od "Frustraiting & Utterly Nonsensical", to nie rozumiem sensu ich istnienia. A jeśli wszystkie te pojedynki mają tak wyglądać, to sensu istnienia serii też nie widzę. Tosiek wykorzystał fakt, że Mags się zamyślił, przywalił mu i zwiał – zwycięzca. Ben przygwoździł Namora na 2 minuty, żeby wyjść z wody – zwycięzca. Przy takim rozstrzyganiu to Spidey sam wszystkich rozwali. Natomiast jeśli chodzi o szatę graficzną, to jestem na tak w obu odsłonach. Może rewelacji nie było, ale i tak jest kilka poziomów ponad Romitą. Żeby było sprawiedliwie, ocenię osobno te cztery elementy. W części pierwszej: rysunki 7/10, scenariusz 1/10 i w części drugiej: rysunki 7/10, scenariusz 5/10. Średnia arytmetyczna wskazywałaby na końcową piątkę, ale ponieważ przykładam większą wagę do treści, skończy się na 4/10.
Łukasz: Dwie walki, które mieliśmy okazję śledzić, budzą moje rozczarowanie. Może dlatego, że zwycięzcy obu pojedynków nie wygrali ich ostatecznie. Można powiedzieć, że była to dopiero pierwsza runda. Drugi pojedynek był dla mnie ciekawszy, ponieważ tworzył go duet państwa Immonenów, zaś akcja została przeniesiona pod wodę, gdzie - jak się wydawało - większe szanse na zwycięstwo miał Władca Mórz. Jak się jednak okazało: nic bardziej mylnego, bo zwycięzcą przynajmniej pierwszej rundy okazał się być członek Pierwszej Rodziny Marvela, dla którego morze nie jest środowiskiem naturalnym.
Gamer2002: FAQ mnie zirytowało i chcę walnąć w mordę gościa który je napisał.
FUN Fact mi się podoba, przynajmniej mam do czego się uśmiechać, czego nie mogę powiedzieć o patosie 2 numerów głównej linii. Narracje też były spoko.
Troszkę to chaotyczne w obydwu walkach, miałem problemy z nadążeniem co, gdzie i jak. Magneto i Iron Man nagle znaleźli się w kosmosie, Namor wykręcał rybą i jakoś spadł na dół szybciej niż kamienny Thing.
Ściąganie energii magnetycznej z Jowisza - komiksowa fizyka komiksową fizyką, ale co z dystansem świetlnym?
Generalnie muciadełko takie se, Iron Man i Madzio wyciągają sztuczki z tyłka, Thing ma wiecznego farta. Co z Pietro który miał pomóc Ironowi oraz Lukiem, który to miał się bić się z Namorem razem z Thingiem?
4/10 - lepiej niż AvX bo przynajmniej bezmózgie to z założenia i się sprawdza. Nadal jednak nie tak sobie wyobrażałem starcia superbohaterskich tytanów.

AvX: Vs #2
Hotaru: Pierwsza historia podobała mi się ze względu na kreskę McNivena. Nie dlatego, że ta była jakoś szczególnie dobra, ale przypomniała mi Civil War, gdzie stała na wysokim poziomie. No i walka miała jasny rezultat, co też się zalicza na plus. Marvel zapewniał, że każda z potyczek będzie zakończona wynikiem jednoznacznie wskazującym na wygranego i przegranego, ale okazało się to kolejną bujdą na kółkach. Co widać na przykładzie drugiej historii, gdzie walka (podobnie jak Namor vs. Thing w #1) w ogóle nie dobiega końca, a strony walczące po prostu się rozchodzą. Larocca chociaż wprawnie to narysował, ale kolory są po prostu brzydkie i psują odbiór.
Krzycer: Po pierwsze - w przeciwieństwie do poprzedniego numeru, tutaj obie walki mają sensowny przebieg i wynik.
Po drugie - rysowanie Gambita fajnie wychodzi McNivenowi.
Po trzecie - starcie Colossusa z Pająkiem było fajniejsze. I jest tam rewelacyjny kadr gdy Rasputin odbija rzuconego w niego robota (ten z podpisem "Fun Fact: Ouch").avalonpulse0248d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Gil: Okay, tym razem jest o niebo lepiej niż poprzednio, aczkolwiek nadal jest parę irytujących elementów. Ale po kolei. Pojedynek pierwszy Captain America vs. Gambit: Jest dobrze narysowany i całkiem przyzwoicie poprowadzony. Fragment, w którym Gambit ładuje tarczę Capa, by użyć jej przeciwko niemu nazwałbym wręcz esencją całego tego pomysłu. Pomysł z wysadzeniem zbroi - też niezły. Minusem jest natomiast fakt, że całe otoczenie wyparowało, a Gambit padł po jednym ciosie. Pojedynek drugi: Spider-Man vs. Colossus: Jest przynajmniej zabawny i odwołuje się do klasycznych już starć Pajęczaka z Juggernautem, dlatego traktuję go luźniej i dostrzegam przymrożenie oka. Samo starcie poprowadzone jest całkiem dobrze, tylko rozstrzygnięcie trochę rozczarowuje. No, ale trzeba przyznać, że ciężko byłoby rozegrać to inaczej. Natomiast ponownie największym minusem i najbardziej wkurzającym elementem są tak zwane "FUN facts". Cytując z komiksu: "This isn't fun at all." Ale mogę dać 6/10.
EndrjuSzopen: Ten komiks sam sobą pokazuje - np. początkowymi tekstami w formie Q&A - że nie jest pozycją obowiązkową ani w jakimkolwiek stopniu poważną; ot, nawalanka postaci z Marvela bez fabularnych przeszkadzajek. Ładnie narysowana, ale naprawdę nie ma potrzeby czytania. Zwłaszcza gdy czyta się też główny komiks eventu, bo tutaj nagle otrzymujemy Kapitana Ameryka z obdartym strojem po walce z Gambitem, czego w AvX #4 nie było.
Łukasz: 2 pojedynki, bez żadnych zaskoczeń, jeśli chodzi o zwycięzców. Zaskakuje jedynie Steve McNiven w roli nie tylko rysownika, ale także scenarzysty. Ostatnio było o nim cicho. Drugim zaskoczeniem jest zmiana kreski na bardziej czytelną u rysownika Salvadora Larocci.

AvX: Vs. #3
Hotaru: Pierwszy pojedynek został poprawnie narysowany i bardzo ładnie pokolorowany. Fabułę skreślam w momencie pokazania się pewnego czerwonego Marty Stu. I tak na marginesie, Colossus z power-upem Cyttoracka nie powinien tak długo męczyć się z Thingiem. Przejdę więc do drugiej walki, w której też oprawa graficzna jest lepsza od tego, co uchodzi za scenariusz. Fabularnie satysfakcjonuje mnie tylko wynik. Wdowa nigdy nie obróciłaby się plecami do niepokonanego przeciwnika i stała cierpliwie czekając, aż ten skończy przemowę i raczy dźgnąć ją mieczem.
Krzycer: Komiks wymaga dwóch osobnych ocen. Co prawda do wyniku walk trudno się przyczepić, ale...
Colossus/Thing
Rulk psuje wszystko. Bo przekozaczy jak zawsze u Loeba, ale poza tym te kilka kadrów uświadamia bolesną prawdę: to powinno być starcie Colossusa z Rulkiem. Po pierwsze, bo Rasputin poddał pojedynek pod Utopią, więc powinien mieć szansę na rewanż. Po drugie, bo Thing to jest przeciwnik dla Colossusa na co dzień. Colossus z Cyttorakiem powinien się znowu zmierzyć z Rulkiem.
Ale do wyniku nie można się przyczepić, a i zakończenie walki przez podduszenie Bena jest eleganckie, więc w sumie wychodzi jakieś naciągane 5/10.
Magik/Black Widow
Znowu - do wyniku trudno się przyczepić. Do tego Yost fajnie tę walkę poprowadził a Dodsonowie zilustrowali ją lepiej, niż mają w zwyczaju (czyli jest nieźle, choć i tak parę baboli się znajdzie). Poza tym - nie wiem, czy to ma podkreślać, że w AvX: Versus fabuła ma piętnastorzędne znaczenie czy co, ale - połowa dialogów po rosyjsku? Bez tłumaczenia? Jestem pod wrażeniem.
A. No tak. Chciałem strzelać w ciemno, ale już wpadłem w internecie na newsa, że aplikacja AR zapewnia biednym Amerykanom tłumaczenie. Bardzo fajny chwyt, i znowu - jestem pod wrażeniem. Również tego, że ktoś się przyłożył i na ile jestem w stanie się zorientować dialogi po rosyjsku są poprawne i mają sens. I również za tę atrakcję, choć nie tylko, tę połówkę komiksu oceniam na 7/10.
Choć na mojej ocenie mogło zaważyć to, jakie wrażenie na sobie zrobiłem, kiedy odkryłem, że mój gimnazjalny rosyjski wystarczył do zrozumienia wszystkiego (poza ostatnią kwestią Illiany).avalonpulse0253f%20%5B1600x1200%5D.JPG
Volf: Loeb oczywiście musiał wykorzystać okazję i przypomnieć światu, jaki to jego czerwony Hulk jest przekozaczony. Bleh. Kilka kadrów, a zdołało zepsuć całą walkę. Nie, żeby dalej było lepiej czy ciekawiej, ale przynajmniej wynik starcia sensowny. Yost za to całkiem ładnie rozplanował drugie starcie. Widać, że Wdowa walczyło o przetrwanie, podczas gdy Illyana nie do końca traktowała jej poważnie - co się na niej odbiło solidnym obiciem, po którym szybko zakończyła pojedynek.
Łukasz: Kolejny numer poświęcony pojedynkom między X-Manami a Avengers. Akcji sporo, sporo też zwrotów akcji. Tym razem zwycięzcami pojedynków okazują się być dzieci atomu. Strona graficzna jest na dobrym poziomie, szczególnie rysunki Terry'ego Dodsona przypadły mi do gustu.
Gil: Ciąg dalszy naciąganych walk jeden na jeden, w których wyparowuje całe otoczenie i męczą nas nie-śmiesznymi fun-factami. Różnica w tym numerze polega na tym, że w końcu zwyciężają X-Men i to w dodatku rodzeństwo Rasputinów. Fajnie? Tylko częściowo. Pierwsza historia Loeba i McGuinnessa przywodzi mi na myśl wczesne numery czerwonego Hulka, również w ich wykonaniu. Bezsensowna naparzanka, której towarzyszą bezsensowne wewnętrzne monologi. Druga historia, Yosta i Dodsonów, jest znacznie lepsza, bo przynajmniej ma parę zwrotów akcji i nawet daje radę zaskoczyć. Nie bardzo pasują mi za to rysunki i rosyjskie dialogi z translatora online. Pierwszą część oceniłbym na 2/10, drugą na 6/10, więc wypadkową będzie 4/10.
Arachnid: Początek numeru przypomniał mi, dlaczego nie lubię Red Hulka, zwłaszcza pisanego przez Loeba. Co do pojedynku Colossusa z Thingiem, to nie było to jakieś rewelacyjne starcie, ale przynajmniej wynik był jak najbardziej sensowny, a samo zakończenie całkiem ciekawe. Natomiast pojedynek pań bardzo mnie zaskoczył. I to nie dlatego, że nie wygrała ta, na którą stawiałem, ale dlatego, że pojedynek ten był świetnie prowadzony. Dialogi w ojczystym języku obu pań to bardzo ciekawe zagranie. Niestety nigdy nie uczyłem się rosyjskiego, wiec ni w ząb nie rozumiem o czym one tam szprechają. Ale ogólnie podobało mi się. Mutanci nareszcie zaczynają wygrywać. Tylko ten Rulk był całkowicie zbędny.

avalonpulse0256b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvX: Versus #4
Hotaru: Kolejne zapewnienie Axela Alonso można włożyć między bajki. Redaktor naczelny zapowiadał, że każdy z pojedynków będzie miał konkretnego zwycięzcę. Nie tym razem. O ile sama walka Daredevila z Psylocke mogła być fajna, o tyle w ogóle nie trafia do mnie, czym niby Matt zmusił Betsy do myślenia i zawahania się. Chociaż rysunki są w porządku. Jestem bardzo niemiło zaskoczony drugą historią. Kaare Andrews w moich oczach tworzył specyficzne historie, ale zawsze miały one "to coś" - zarówno, kiedy pisał scenariusze, jak i wtedy, kiedy zajmował się rysunkami. Tym razem tego czegoś zabrakło i mamy walkę kiepsko narysowaną, jeszcze gorzej pokolorowaną i średnio fascynującą, a co gorsza jednostronną. Wielka szkoda.
Krzycer: Ojej, jaki bzdurny remis w pierwszej rundzie. Psylocke niby pamięta, że jest telepatką, ale z jakiegoś powodu nie może wyłączyć Daredevila bez telepatycznego wąchania kwiatków jego zmysłami, a to jest bardzo trudne. Najwyraźniej. No dobra.
A potem jak już ma go potraktować psychicznym nożem - pozwala mu gadać. Choć dopiero co pokazał, że jest absurdalnie trudnym przeciwnikiem.
A to wszystko rysowane przez Brandona Petersona. Może nie wygląda to aż tak plastikowo, jak jego okładki (kwestia tuszu i kolorów pewnie), ale to i tak nie moja bajka.
Za to druga walka... Przeżyłbym bez narracji. Ale mamy i Emmę próbującą namówić Thora na małe S&M, i Thora rozbijającego Emmę na kawałki (dawno tego nie było), i odwrócenie sytuacji w końcówce. Też absurdalne, ale mniejsza o to, podobało mi się.
Choć rzecz jasna nie mam pojęcia, kiedy ta walka się dzieje. W tle jakieś myśliwce atakują Utopię, czyżby to było coś z trzeciego aktu, który zacznie się gdzieś za miesiąc? Mniejsza o to.
1 walka 3/10, 2 walka 8/10, ciągniemy w górę i wychodzi 6/10 dla całego komiksu.
Wilsonon: Aż nie wierzę, że pierwszy pojedynek napisał Remender. To było słabe i nędzne. Psylocke w ogóle nie myślała i dała się zgnoić jak szmata. Zapomniała nagle o psychicznych mieczykach i telekinezie? I remis? Marvel, jesteście śmieszni.
Jak pojedynek z jednym z piątki powinien wyglądać dostaliśmy w zeszycie głównej serii pisanym przez Hickmana. Tylko Thor powinien obrywać, a potem leżeć i kwiczeć.
Arachnid: Pierwszy pojedynek podobał mi się bardziej, chociażby ze względu na rysunki. Co do treści to jest podobnie jak w poprzednich pojedynkach. Rewelacji jakichkolwiek brak. Powiem więcej - pierwsze starcie jest bardzo głupie. Nie wiedziałem, że umysł Daredevila jest aż takim wyzwaniem dla telepatów, ale w przeciwnym razie pojedynek ten skończyłby się w kilka sekund. Taka największa wada to moment, w którym Psylocke ma zaatakować swoim Psychic Knife, ale jej brak zdecydowania (bo przecież trzeba wysłuchać co przeciwnik ma do powiedzenia) powoduje, że pojedynek kończy się tak jak się kończy. Drugie starcie pokazuje, jak wielką moc daje 1/5 Phoenix Force. Rozbicie Emmy na kawałki (dosłownie) wypada całkiem nieźle, ale to nic w porównaniu do jej powrotu i do poniewierania Thorem. Ogólnie nie jest tak tragicznie, choć w drugim starciu rysunki nie za bardzo mi się podobały. Pojedynki te utrzymują się na raczej niskim poziomie.

AvX: Vs #5
Hotaru: Na palce cisnęło mi się określenie "jeden ze słabszych numerów", ale potem uzmysłowiłem sobie, jakiej miniserii ma to dotyczyć i dałem sobie spokój. Pierwsza walka jest kompletnie bez sensu, zarówno jeśli chodzi o sam pojedynek, jak i o zestawienie postaci. Druga miała pewien potencjał, ale pozostał on niewykorzystany. Może Kieron Gillen w AvX: Consequences poradzi sobie z tym jakoś lepiej...
avalonpulse0263b%20%28Kopiowanie%29.jpgKrzycer: ...? Primo, czy Fraction wie, co się Warrenowi przydarzyło w Uncanny X-Force i jak był prowadzony w Wolverine and the X-Men? W tym komiksie nic na to nie wskazuje.
Secundo... Facet z łukiem i facet ze skrzydłami, i Fraction sprowadza to do bijatyki? Serio?
Druga walka - lepiej, choć cierpi przez rysunki. Poza tym tutaj to Storm rzuca pierścionkiem a w głównej mini dziwi się, kiedy Black Panther jej mówi, że ich małżeństwo zostało anulowane. Nie ma to jak dobre continuity.
Wilsonon: Hahaha! Ha! Ja jeb@#! To było jeszcze gorsze od pojedynku Magneto i IM-a. Naprawdę? Kilka serii stalowych piór jest w stanie zrobić tylko jedno cięcie na policzku Bartonowi?! A co potem dostajemy? Gościu wypina swój brzuszek aby tylko ułatwić trafienie pseudo szponami, plus skrzydła które służą praktycznie jako gigantyczny stalowy schron lub niemożliwych rozmiarów topory nagle! są bezużyteczne i wszystko znowu sprowadza się do zwykłego okładania pięściami. Powodu porażki nie chcę nawet opisywać, bo mi oczy zaczynają krwawić.
Druga walka... Na szczęście już ją zapomniałem.
Volf: W zeszłym tygodniu jeszcze miałem wątpliwości, czy dodawać Hawkeye'a do listy "osób, które przez AvX przestałem lubić". Teraz już nie mam. Ostatnie panele, już po walce, dobrze to podsumowują. Szkoda, że są jedynymi fajnymi momentami pojedynku - cała reszta to standardowa dla AvX głupota. Co do BP vs Storm - plus za to, że spróbowano zmierzyć się z dramatem, jaki muszą oboje przeżywać. Minus za to, że wyszło to tak nieudolnie. Ogólnie - kolejny kiepski numer.
Avengers: Dynamiczny pojedynek Hawkeye'a i Angela to zapierające dech w piersiach widowisko napisane przez znamienitego Matt'a Fraction'a. Laureat prestiżowej nagrody Eisner'a stworzył najlepszy z dotychczasowych pojedynków. Będę do niego często wracać. Patent z pazurami Wolverine'a był mega. Drugi pojedynek dużo słabszy. Za dużo przemyśleń a za mało dynamiki.
Gil: Pierwsza historia: kiedy to się niby wydarzyło? Jakoś nie potrafię umiejscowić tego starcia w żadnym momencie AvX. No, ale dobra – wiemy, że sensu w tym szukać nie ma sensu. Zajmijmy sie samą walką. Jest ona naciągana jak gacie na Hulku. Hawkeye używa tylko zwykłych strzał, a sam Angel ułatwia mu zadanie, schodząc do parteru. Już wiem, kto wygra. Najbardziej naciągany jest natomiast moment, w którym Barton udaje Wolverine’a – obliczony na efekt, a nie mający za grosz sensu. I oczywiście, zwycięzcą został ten, który uciekł. Rysunki całkiem przyzwoite, chociaż skrzydła Angela wyglądają momentami zupełnie nierealnie.
Druga historia: teoretycznie miała uzupełnić informacje, przekazane wcześniej podprogowo. Starcie między Storm, a Black Pantherem, które miało wyjaśnić kulisy ich rozstania. Ale oczywiście wyszło bez sensu. Ona burczy tylko "co z ciebie za mąż", podczas gdy sama właściwie olała go, żeby bujać się z X-Men i Avengers. On jak zwykle stawia obowiązki ponad wszystkim. I to tyle z całego dramatu. A szczerze, to zupełnie mnie to nie obchodzi. Ich małżeństwo uważałem za głupi pomysł, który się nie sprawdzi, no i proszę. A rysunki? Cóż, to chyba najgorsze rysunki Raneya, jakie widziałem.
A w obu przypadkach drażniły mnie wciąż fun facty, które absolutnie śmieszne nie są. Za część pierwszą dam maksymalnie 4, za drugą 2, więc ładnie się uśrednia do 3/10.

AvX: Vs #6
Hotaru: Bardzo się cieszę, że Jimmy Cheung zdecydował się narysować coś więcej, niż tylko okładki. Patrzenie na jego prace to zawsze przyjemność i ten zeszyt nie jest wyjątkiem. Kiedy trzeba jest dynamicznie, kiedy trzeba - emocjonalnie, a kiedy indziej... irytująco. No właśnie. O mało nie zjechałem Gillena za ten ostatni fragment. Ale potem uzmysłowiłem sobie, że przecież przez większość czasu Hope taka właśnie jest - wkurzająca. Więc to jest jak najbardziej zgodne z rysem jej charakteru. Drugą połowę tego komiksu przemilczę, bo to jakaś kpina.
S_O: Na początek trzeba pochwalić to, co jest godne pochwały. Najlepsza rzecz, jaką od lat napisał Loeb.
Główne starcie numeru... Dobre. Mogę zrozumieć motywację Hope - przez pierwsze piętnaście lat życia musiała uciekać przed wielkim, strasznym Murzynem, a potem walczyć z sapienowymi fundamentalistami, super-robotami z przyszłości i kupą innych ludzi, którzy chcieli ją zabić, a to wszystko dlatego, że mutanci potrzebowali swojego mesjasza po tym, jak Wandzia ich wydymała. Mam nadzieję, że skoro już zrzuciła z siebie to, co jej leżało na sercu i dała w mordę osobie, którą wini za wszystko, co złe w jej życiu, stanie się milsza dla otoczenia.
Krótkie historyjki natomiast milutkie i zabawne. W większości.
avalonpulse0268f%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Ok, tu mój ulubiony numer Versusa. Ale po kolei.
Pierwsze starcie: meh. Choć tu i tak jest więcej pomysłów na wykorzystanie mocy obu pań niż znajdziemy w Avengers Vs. X-Men #12. No i zakończenie pasuje do Hope.
Dalej (pomijam średniaki o których trudno cokolwiek napisać):
Na tej jednej stronie Bendis wykazał więcej zrozumienia postaci Cyclopsa i Kapitana niż w swoich numerach AvX.
Państwo Immonenowie robią to, co zwykle, i jak zwykle jest to ładne i zabawne z przewagą dziwnego.
(Mike Deodato jest leniem, któremu nie chce się pisać dymków.)
Domino mści się za to, co jej Loeb zrobił w Rulku.
(Cheesecake w snach Hawkeye'a byłby fajny, gdyby nie rysował go Arthur Adams... biust Storm ma zeza rozbieżnego... i w ogóle. Choć nie ma takich koszmarków, jakie regularnie wrzuca na okładki.)
A Dan Slott robi coś, za co kiedyś był uwielbiany, to znaczy w uroczy sposób naprawia bzdury i sprząta po innych. Nie mam żadnych oporów by zaakceptować partyjkę Heroclixa rozegraną figurkami Puppet Mastera jako wytłumaczenie większości AvX. All hail Slott!
Gil: Pierwsze starcie jest chyba najciekawsze z całej tej serii, mimo że właściwie dubluje retrospekcję z finału AvX. Gillen dobrze zrozumiał, o co chodzi i udało mu się to podać w całkiem strawnej formie. Można się tylko przyczepić zwycięzcy, bo tutaj raczej powinien być remis. No, ale niech im będzie. Natomiast druga część numeru okazała się całkiem fajną niespodzianką w stylu What The…? No i dobrze, bo przydała się chwila oddechu od tego patosu. Prawie wszystkie z tych krótkich historyjek wypadły fajnie, ale moim faworytem jest Science Battle. No cóż, niech będzie, że na koniec dam 5/10.

Korekta: Hotaru
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.