Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #16 (05.11.2007)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 5 listopada 2007                                                                                        Numer: 16/2007 (16)
 

 

W szesnastym Pulsie wrócimy do zakończonej w zeszłym tygodniu Art Areny, ale głównym tematem będzie rozpoczynający się właśnie Messiah Complex. Zapraszamy do lektury!

 


 

Art Arena Grande Finale avalonpulse0016d.jpg
Gil: Jam jest prorok Art Areny!!! :D Jae Lee zwyciężył! Może jednym głosem, ale przecież historia wielbi zwycięzców, a nie zapamiętuje ilości głosów, jakie zdobyli. Można dorobić do finałowej rozgrywki trochę ideologii i powiedzieć, że było to starcie artystycznego podejścia do rysowania komiksów z klasycznym komiksowym rzemiosłem i w takim razie chyba wszyscy powinniśmy się cieszyć zarówno ze zwycięstwa pierwszej kategorii, jak i równego podziału głosów. To dobrze świadczy o przemyśle komiksowym i o nas - fanach. Co ciekawe, zwycięstwo Jae'a wisiało w powietrzu od jakiegoś czasu i wpływało na podświadomość naszej redakcji, bo zupełnie przypadkowo w tym tygodniu zbiegły się premiery streszczeń trzech serii, które rysował. To naprawdę nie było zaplanowane. I na koniec ciekawostka natury metafizycznej: Skąd wiedziałem, że Jae Lee wygra? Bo urodził się 22 czerwca 1972 roku - dokładnie 10 lat przede mną. A ludzie urodzeni tego dnia są wyjątkowi ;>

Demogorgon: Arena dobiegła końca. Przez kawał czasu kłóciliśmy się o to, kto zasługuje na miano idola rysowników. Ludzie obrzucali błotem Romitę, co na niewiele się zdało, bo dopiero Cassaday zdołał go wyeliminować. Inni zażarty spór o to, czy większym zboczeńcem jest Land, czy Cho, który pozwolił zwycięskiemu Cho zmierzyć się z Lee i przegrać. Ja wypruwałem sobie flaki by udowodnić, że Bagley jest lepszy od Hitcha, bezskutecznie, ale nie miało to znaczenia, skoro Hitch przegrał z Finchem. Finał był pojedynkiem "cichej wody" i "czarnego konia" faworytów. Lee był cichą wodą, ponieważ mimo pozycji faworyta, aż do ćwierćfinału miał samych przeciwników z o wiele niższej półki niż on i dopiero w półfinale spotkał Cassaday'a, podczas gdy Finch eliminował nie tylko "Bagleyobójcę" Hitcha, ale też gwiazdę Civil War - McNivena, oraz Alexa Maleeva, którego wielu uważa za takiego samego geniusza, jak Lee. W finale głosowałem na Lee, mimo sympatii dla obu i cieszę się, że to zrobiłem. Ponieważ gdybym wstrzymał się od głosu, mielibyśmy remis. A tego ktoś mógłby nie przeżyć... 

Foxdie: Po tygodniach zaciętych zmagań i nierzadkich gorących dyskusjach, wyłoniliśmy zwycięzcę - John Romita Jr... Nie? Jak to JRJR nie wygrał? Zwyciężył Jae Lee? Kto to jest Jae Lee? ... A mówiąc już całkiem serio, pozostaje tylko pogratulować zwycięzcy, zwłaszcza że pojedynek był zaciekły. W imieniu redakcji dziękuję również wszystkim, którzy oddali swoje głosy, jak widać zakrojona na szeroką skalę akcja "idź na wybory" dała prawie trzycyfrowy wynik w ilości osób, które zagłosowały w finałowym pojedynku. Kolejny turniej już niedługo. 

S_O: Po pierwszym spojrzeniu na wyniki ankiety więksazości z was zapewne opadły szczęki (mi na pewno). Nie chodzi oczywiście o zwycięzcę, ale o rozłożenie wyników. W tym przypadku, pojedynczy głos naprawdę mógł być decydujący.
Wieniec laurowy, medal, puchar i czek na 40.000 złotych otrzymał Jae Lee. Nie przepadałem za nim od roku pańskiego 1996, gdy pacholęciem będąc, czytałem TM-Semicowe X-Men, w którym, w związku z Pieśnią Exekutora, pojawiły się tworzone przez niego numery X-Factor. Uważałem je wtedy za paskudne, ba, nadal za takie je uważam. Jednak umiejętności perswazyjne współforumowiczów powoli, bo powoli, ale mnie do niego przekonały. Nie pamiętam jednak, czy na tyle, by mój głos okazał się decydującym w tym pojedynku.
Swoją drogą, zgodnie ze słowami nieomylnego Adiego, trzydziestu jeden marvelowskich rysowników straciło podczas tego turnieju dusze... Czyżby nadszedł czas, by Marvel pokusił się o kolejną falę młodej krwi?

 

Iron Man The Game
Foxdie: Tak jak nie ocenia się książki po okładce tak nie można, a wręcz zakazanym jest, oceniać grę po zaledwie siedmiu nieopisanych screenach. Aczkolwiek znając moc 360-siątki, jestem prawie pewien, że przynajmniej cztery z zaprezentowanej siódemki są screenami z grywalnej części tytuły i jestem pod wrażeniem. Nie wiem, na jakim etapie jest gra w tej chwili, ale jest szansa, że pod względem graficznym znajdzie się w czołówce next-genowych gier, tak gdzieś w okolicach Halo 3 (nie zdziwiłbym się, gdyby gra bazowała na tym samym silniku). Rok 2008 może okazać się rokiem Iron Mana.

 

Lowe Friday
Foxdie: Co prawda pan Lowe nie potwierdził, ale też nie zaprzeczył informacji, jakoby tytułowym Mesjaszem miała być Jean Grey! Minęło już ponad 50 numerów bezprzymiotnikowych od czasu jej śmierci, więc najwyższa pora, żeby przywrócić ją do życia. Oczywiście to nic pewnego, ale osobiście trzymam kciuki za takim właśnie rozwiązaniem, chociaż wiem, że rzesze fanów potępiają pomysł powrotu rudowłosej iksmenki. Za trzy miesiące przekonamy się, o czyim odrodzeniu mówił Lowe.

Gil: Kiedy przeczytałem sam wywiad, nie zwróciłem na to większej uwagi, ale teraz, kiedy Foxdie podkreślił możliwość powrotu Jean Grey, zastanowiłem się nad tym i... Brzmi to niebezpiecznie prawdopodobnie. Mike Carey zdradził wcześniej kilka szczegółów odnoście X-Men Legacy, do których powrót Jean pasowałby aż nazbyt dobrze, a ponadto wydaje się, że jej rezurekcja zamiast narodzin pierwszego nowego mutanta byłaby dużym zaskoczeniem i jednocześnie nie zagrażałaby bezpośrednio postwandowemu status quo. Zupełnie inna sprawa, czy to dobry pomysł... Mi się nie podoba, bo zwłaszcza Jean lepiej spełnia swoją rolę jako droga nieboszczka, niż jako aktywna postać. Już bardziej spodobała mi się sugestia wskrzeszenia X-Mana, bo ta postać nie została jeszcze wyeksploatowana. Ale miejmy nadzieję, że jednak tym razem oszczędzone zostanie nam kolejne zmartwychwstanie, a twórcy spróbują zbudować coś nowego od podstaw.

Hotaru: Aż mi ciarki po karku przeszły. Zgoda, że Jean Grey można wpasować we wszystko, co do tej pory ujawniono na temat całego Messiah CompleX. Tłumaczyłoby to zainteresowanie Sinistera (ot, taki gray-owy fetysz), fakt, że "nowy" mutant nie byłby wcale taki nowy, więc zaklęcie Wandy nadal byłoby w mocy, przecieki co do X-Men Legacy... ale proszę, to nie może być prawda! Kolejna rezurekcja to przegięcie, scenarzyści mają do dyspozycji jeszcze jednego awatara Phoenix, Rachel (nie wspominając o znajdującym się w stazie Quentinie), więc jeśli tak im tęskno do ognistego przypakowanego ptaszka, niech skorzystają z tej drogi, a nie ponownie wygrzebują Jean. Ani razu nie zatęskniłem do byłej Scotta i mam wielką nadzieję, że największe wydarzenie w świecie x-ów od dziesięciu lat nie będzie dotyczyło trzeciego (czy to byłby już czwarty?) powrotu Marvel Girl Pierwszej.


 

 

Anihilation Conquest: Quasar #4 avalonpulse0016e.jpg
Gil: Kolejne dobre zakończenie dobrej serii. Zaskoczyli mnie trochę osobą wybawiciela, bo Warlock był ostatnią postacią, jaką spodziewałbym się tu zobaczyć, ale może się okazać, że główna seria dużo na tym zyska. Trochę dziwne jest natomiast pojawienie się Supremora... no, chyba że przemawiał z wnętrza Wraitha, albo działoby się to trochę wcześniej - tak czy inaczej, wypadałoby to wyjaśnić. Dodatkowym plusem są rysunki, a zwłaszcza bardzo interesujący sposób kadrowania paneli. Kolejny punkt dla Conquestu.

S_O: Skromna armia rzucająca się na przeważające siły wroga stwierdzając, że "lepiej umrzeć wolnym, niż żyć w niewoli" jest może kliszą, ale mam do tej kliszy słabość i dlatego pierwsza połowa numeru bardzo mi się podobała. Ciekawy, choć trącący pójściem na łatwiznę, pomysł pokonania Super-Adaptoida, pojawienie się orginalnego Quasara walczącego z wpływem Annihilusa na bransolety, a na koniec ujawnienie się Supremora (znowu...) i pojawienie się Adama Warlocka... Działo się dużo, a zapewne będzie się działo jeszcze więcej na kartach głównej miniserii. Nie mogę się doczekać.

Jaro: Z numeru na numer tej mini rósł poziom patosu dialogów, w #4 osiągając szczyt. To chyba jedyne, do czego mogę się przyczepić, więc nie jest źle. Adam Warlock jako mesjasz? Może być, chociaż miałem tu nadzieję, że w jakiś sposób będzie nim Genis-Vell. Dobrze, że głosem prowadzącym Quasar okazał się Supremor - daje to ładne połączenie z mini-serią Wraitha. Ogólnie - numer taki, jak i cała mini, czyli po prostu poprawny, bez większych odchyłów ani w stronę "buuu", ani w stronę "łaaaał". A, i jeszcze rysunki są ładne.
Ocena: 6/10; soundtrack: Isis - Weight.

Daredevil Annual #1
Gil: Wbrew moim obawom, ten Annual nie ssał, a wręcz przeciwnie - okazał się całkiem dobry. Rysunki może nie sięgnęły poziomu Larka, ale zrobiły swoje i momentami były nawet dość klimatyczne. Historia natomiast na pierwszy rzut oka ociera się o występujący w innych Annualach schemat: "jest jakiś gościu, a bohater tylko w tle", ale dzięki sprytnym zmianom narracji i przeskokom akcji, wyrównuje "stan posiadania", dzięki czemu możemy obu bohaterów traktować jako równorzędnych. No i okazało się, że Black Tarantulla to ciekawa postać z potencjałem. Ciekawe, czy dostanie własną serię? ;)

Foxdie: Po pierwszych stronach już myślałem, że Bru sięgnął po jeden z najlepszych daredevilowskich motywów Bendisa, czyli Yakuzę. Niestety okazało się, że to tylko zapychacz fabuły. Mimo wszystko całość jest niezła. Większość akcji obserwujemy z punktu widzenia Tarantulli, który nie jest aż taki zły, jak go malują. Ciekawi mnie tylko, czy Brubaker skorzysta jeszcze z Tarantulli w regularnej serii, bo mógłby stanowić ciekawy element niejednej historii. Rysunki mogłyby być lepsze, ale powiedzmy, że okładka Djurdjevica przyćmiewa wszelkie niedociągnięcia Fernandeza. Komiks na czwórkę.

avalonpulse0016f.jpg Iron Man vol. 4 #23
Gil: Kurcze, ale fajnie jest popatrzeć, jak Antonio obrywa z każdej strony! :> Wujek Tem okazuje się naprawdę potężnym sznurkopociągaczem i dyskretnie doprowadza do wywiezienia Antosia na taczkach z S.H.I.E.L.D. Może to i tymczasowe, ale jakie fajne! Gravitonowi mózg stanął w poprzek, Len Samson znowu pozamiatał, a Osborn miał szansę się odgryźć. Aha, okazało się też, że Antoś się nie myje w tej zbroi. Teraz już wiemy, co śmierdziało w S.H.I.E.L.D. ;P Nie podobał mi się tylko motyw z magiczną bransoletką, podobno od Xaviera. Jakiś taki... na poziomie lat osiemdziesiątych.

Gamart: Naprawdę dobrze rozwija się cała historia. Nowa wersja Mandarina z pierścieniami zespolonymi z kręgosłupem też jest niezłym pomysłem. Zresztą przestał w końcu być podróbą Fu Manchu i stał się przeciwnikiem, który podchodzi Tony'ego inteligencją, a nie dziwnymi magicznymi sztuczkami. Do tego sprawa zaobrączkowania i ostatnia strona nieźle rokuje na dalsze numery, już w Execute Program pomysł z zaszczutym Tonym spełnił zadanie, więc teraz, gdy jeszcze ma zablokowane wszystkie swoje moce, to dopiero będzie jazda bez trzymanki. O, i parę pytań się nasuwa w związku ze sprawą tygodniowego siedzenia w zbroi.

S_O: Naprawdę ciekawy numer. Mandarin wysyłający Paragona na pewną smierć, a potem bez mrugnięcia wciskający kit o "komputerowych symulacjach" naprawdę zaczyna mnie przerażać. A tymczasem przeciw Tony'emu zostaje obrócony jego własny Akt Rejestracji Superludzi. No cóż, nie od dziś wiadomo, że detektyw rozwiąże sprawę dopiero wtedy, gdy zostanie od niej odsunięty. A że ma do pomocy duchy przeszłości...

Mythos: Fantastic Four
Gil: Początki Fantastycznych były już odtwarzane tyle razy, że mają prawo się znudzić. A jednak, Paul Jenkins znalazł sposób, by pokazać je w nieco inny sposób i sprawić, że czyta się o nich po raz wtóry jeśli nie z zainteresowaniem, to chociaż z przyjemnością. Scenariusz wygląda trochę jak krzyżówka oryginału Stana Lee z filmowym originem grupy, dostosowana do realiów epoki (chociaż nie obyło się bez błędów), a dobrym pomysłem wydaje się przedstawienie wydarzeń oczami bohaterów przed komisją senacką. Plusem są też całkiem dobre ilustracje - to słowo pasuje tu lepiej niż "rysunki", bo Paolo Rivera wymalował wszystko farbami. Jedynym ich minusem są zbliżenia, które wyglądają plastelinowo.

New X-Men vol. 2 #43 avalonpulse0016g.jpg
Gil: Coraz lepiej! Jest tu tyle fajnych momentów, że trudno się skupić na konkretach, więc powiem krótko - jest śmiesznie, jest klimatycznie, jest dobrze! I jest najbardziej bezpośrednie wskazanie w kierunku Messiah Complex w końcówce. W warstwie graficznej znowu zapachniało Sienkiewiczem, ale niestety okazało się, że Surge Youngowi kompletnie nie wychodzi. Dodam też, że wyjątkowo dobrze wpasował się ten numer w halołynowy klimat.

Gamart: Fabuła mi się średnio podoba, ale w warstwie dialogowej i pojedynczych scen to jest komiks tygodnia. Santo, Wolverine, Colossus, większość tych rzeczy rozbawia do łez. Niestety, paskudne rysunki kopią trochę ten numer. Younga zawsze średnio lubiłem, ale teraz z każdym numerem chyba się uparł, żeby pokazać, że może zrobić to gorzej niż popszednio. Sceny przy rozmowie starszych X-Men to esencja okropnych bazgrołów, mam nadzieję, że szybko go ktoś zmieni, bo tylko to blokuje New X-Men wejście do czołówki komiksowej.

S_O: Nie wiem, czemu musieliśmy czekać dodatkowe dwa tygodnie - czy to duet K&Y musiał wymyśleć wystarczającą ilość żartów, żeby zapełnić cały numer, czy to Young musiał jeszcze trochę spaskudzić swoją kreskę, ale w końcu jest. Fabuły tutaj nadzwyczaj niewiele, bo większość stron zapełniają wspomniane już dowcipy (dobre swoją drogą). Te kilka pozostałych stron wypełniają emo tnąca się X-23, emo płaczący na Sentinelu Hellion, już nie tak emo Elixir i powrót wiedzy u Prodigy'ego, który po tym, jak przeżyje MC, założy własną grupę składającą się z byłych mutantów. Ale przynajmniej dowiadujemy się, czemu na mesjaszowych okładkach Młodzi paradują w odpicowanej wersji klasycznych black&yellow.
No i mamy jeszcze pin-up autorstwa Hitcha, który zapewne będzie ulubionym gadżetem wszystkich amerykańskich pedofili.

Jaro: Połączenie klimatu "komiksu o nastolatkach" z całą otoczką związaną z "Messiah Complex" zdało egzamin. Wcześniej jakoś mnie do New X-Men nie ciągnęło, ale po zapoznaniu się z ostatnią historią chyba kiedyś sobie poczytam to, co było wcześniej. Co ciekawego w tym numerze? Primo: dobre i proste rozwiązanie fabularnego problemu pt. "Prodigy jest depowered, ale jest też cool i chcemy go mieć w drużynie". Secundo: fajnie pokazane emocje wzajemnie nakręcających się na strach nastolatków, świadomych tego, że są ostatnią generacją mutantów na Ziemi i równie dobrze przedstawione ich próby radzenia sobie z tym obciążeniem. Pozytywne wrażenie potęgują pasujące tutaj rysunki Younga, chociaż starsi mutanci wychodzą mu dużo gorzej niż dzieciaki.
Ocena: 7/10; soundtrack: Peeping Tom - Mojo.

MrG: Miód! Genialne dialogi. "Let's start bonding" a zwłaszcza "how do you get a teenager to stop being all dark and twisty" :D Bezcenne. Nastrój w NX jest chyba najbardziej schizofreniczny ze wszystkich drużyn. Ogólnie wielkie brawa dla duetu Kyle & Yost, który trzyma klimat, tworzy wiarygodne charaktery i interakcję między nimi. Tylko szkoda, że Young pożegna się z serią najsłabszymi do tej pory rysunkami. I big LOL dla Hitcha za popełnienie tego pin-upa... tragedia. Ale i tak - najlepszy numer tygodnia.

Hotaru: Kolejny genialny, klimatyczny numer o młodzieży Instytutu. Obfitował w genialne momenty. Pomysł Surge na uchronienie Davida i rozmowa o tym z Cyclopsem, ochranianie Indry przez Santo, jednoznaczny coming-out Victora, nowy związek Elixira i wreszcie poruszenie postaci Davida. Jestem zadowolony, bo po utracie mocy nie pasował do drużyny, a tak Kukułki odmieniły sposób, w jaki na niego będę od teraz patrzył. Co się tyczy rysunków, to są jeszcze bardziej szkicowe, niż w poprzednim numerze. Rozumiem, że niekórym może się nie podobać, ale mi pasowały. Bardzo dobry numer!

avalonpulse0016h.jpg Sub-Mariner vol. 2 #5
Gil: Myśleliście, że jak pojawił się zaginiony syn Namora, to już wszystko poleci z górki? Nic z tego! Z wyjątkiem dwóch wypadków z udziałem ostro zakończonych przedmiotów, akcji jakoś nie widać i nie czuć, a za to jest dużo gadania i wyjaśniania. Wszystko to doprowadziło do punktu, w którym Namor junior został zamknięty tuż obok Nitro, co zupełnie przypadkiem może doprowadzić do... No właśnie. Aha, jest jeszcze ta okładka z masą nienaturalnie wyprężonych i nieistniejących mięśni. Fuj!

S_O: Syndrom przedostatniego numeru. Akcji nie ma tu wiele, oprócz tego, że Namor pokonał pomocników swego doretconowanego synalka, stłumił powstanie na Atlantydzie i dał gówniarzowi szlaban. Cóż, zobaczymy, co stanie się w ostatnim numerze.

Jaro: Pozycja, którą miałem sobie w tym tygodniu odpuścić, ale ostatecznie zwyciężyła ciekawość, o co chodzi z tym namorzym synem i jak się chłopak szkieletorem na tronie stał i co z Nitro będzie i w ogóle wydawało mi się, że to ostatni numer, a trzeba kończyć, co się zaczęło. I co? I było sobie jednak dać spokój. Na początku wszystko jest przewidywalne aż do bólu, motyw "niekochanego" synka żywcem przepisany z podręcznika "Jak napisać sztampowy scenariusz". Dalej - Namor wyrywający skrzydełka < Namor, któremu skrzydełka wyrywają. Dalej - jak do cholery oni rozmawiają pod tą wodą? Dalej - ultraarogancki i arcykrólewski Namor = Namor, jakiego chcemy oglądać. Dalej - Namor okazujący litość zdrajcom = Namor, jakiego nie chcemy oglądać. Dalej - Namor w swojej arcykrólewskości olewający wiernych poddanych = Namor, jakiego chcemy oglądać + 99% szansa na bunt olewanych. Dalej - to ci Amerykanie jeszcze tam są?
Opinia chaotyczna? Cóż, jaki komiks, taka opinia.
Ocena: 3/10; soundtrack: Cathedral - Sea Serpent.


Ultimate Power #8
Gil: Wbrew mitologicznej opowieści, tutaj chaos nie był na początku, ale pojawił się wraz z panem Loebem. Może i ten chaos jest uzasadniony, ale też sprawia, że nie zapamiętałem z tego numeru nic, poza przedrzeźniającymi się Supreme-klonami. Rysunki Landa też jakieś nie takie się wydają i całość wypada ogólnie kiepsko.
Ozz: W zasadzie drugi numer Loeba nie jest tak dobry, jak pierwszy. Połowę tamtego zajęły wyjaśnienia zakulisowych zdarzeń, które doprowadziły do międzywymiarowej wojny, tutaj generalnie mamy nawalankę. Ale nawet ładnie wyglądającą, z paroma dobrymi tekstami i bombą zrzuconą przez Fury'ego na koniec, która miała doprowadzić do zjednoczenia stron, a jak na ironię to zaczęło się dziać bez interwencji szefa S.H.I.E.L.D. Zaskoczył mnie obrót sprawy z Doomem: czekałem na wyjaśnienia, jak on się wydostał z planety opanowanej przez Marvel Zombies, a tu taki numer. Teraz pytanie, czy to zawsze był Doombot, czy prawdziwy Victor zaplanował całą akcję z Furym. A może Fury zrobił wszystko sam, a Doom miał być kozłem ofiarnym? Jest kilka potencjalnie dobrych dróg, którymi może się potoczyć ten wątek, mam nadzieję, że Loeb wybierze jedną z nich. Mały zgrzyt, jaki dostrzegłem: wydawało mi się, że oryginalny (czyli ten, który pojawił się na końcu poprzedniego numeru) Squadron Supreme to ten, który uformował się po ich powrocie z regularnego świata Marvela do ich własnego. Ale to by znaczyło, że ich Nighthawk to druga z kolei osoba, która się wciela w tę rolę, a ona o ile wiem, nie spotkała Avegners. Hrm.


X-Men: Messiah Complex one-shot avalonpulse0016i.jpg
Gil: Jak powiedzieli, tak zrobili: pojawił się nowy mutant, więc jak w ruskim filmie, wszyscy rzucają się na hurra i połowa ginie. Niespodzianki nie było, bo o wszystkim już wiedzieliśmy od dawna, ale jednak podczas czytania czuć było intensywność wydarzeń. Wielka rozwałka, kolejne odkrycia, niepewność i pośpiech - to wszystko zostało dość dobrze oddane w dialogach i zachowaniu bohaterów. Można powiedzieć, że cross od pierwszego momentu łapie klimat i życzyć sobie i twórcom, by zachował go do końca. Inna sprawa to rysunki, bo tutaj coś jest wyraźnie nie tak. Ogień i zgliszcza są w porządku, ale z jakiegoś powodu strasznie rażą mnie w oczy postacie. To dziwne, bo zazwyczaj podobały mi się rysunki Silvestriego, więc albo przeszedł sam siebie w złym kierunku, albo po prostu kompletnie tutaj nie pasuje.

MrG: Zdecydowanie słabe rysunki. Naprawdę mogli postarać się o lepszego rysownika do otwarcia. A fabuła... nic nowego, wszystko już niestety wiedzieliśmy. Urodziło się dziecko mutant, potężne. W grze pojawili się Purifiers, Marauders i Predator X. Czekamy na Acolytes. Niestety nie zapowiada się to dobrze... Bru nie umie się odnaleźć w Universum X. Zabawne że i David, i Carey i duet Kyle & Yost dają sobie w swoich tytułach radę świetnie, a MC powierzono własnie Bru, którego Uncanny jakoś nie zachwyca.

Demogorgon: Nie spodziewałem się po tym wstępniaku niczego bombowego, więc nie zawiodłem się ani trochę. Bur rzeczywiście radzi sobie najsłabiej ze scenarzystów MC, ale jest to jednak dobry poziom. Jak na preludium, to ten One-Shot spisuje się bardzo dobrze.

Foxdie: Zaczęło się, w końcu. Tylko jakoś tak... mizernie? Nie dowiedziałem się wiele więcej, niż ze wszelkich wcześniejszych zapowiedzi czy newsów, a największe wrażenie robią rysunki. Zwłaszcza akcja w spalonym szpitalu (bo matkę ze spaloną córką widziałem wcześniej). Rozumiem, że to początek największego wydarzenia w świecie mutantów od 10 lat, ale na przyszłość Marvel mógłby publikować mniej stron przed wydaniem samego komiksu. Nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na kolejne rozdziały tej rewolucyjnej historii i oby była na tyle "rewolucyjna", na ile ją zapowiadają. Całość na mocne 4. 

avalonpulse0016j.jpgS_O: Wreszcie, po kilku miesiącach (albo, jak wolicie, dziesięciu latach), nareszcie jest. Wielki, oldskulowy, mutanci crossover. Gdyby nie to, że zewsząd byliśmy obrzucani newsami, kolejnymi "pierwszymi spojrzeniami", wycinkami scenariusza i wszelkiego rodzaju innym crapem (ostatnio znalazłem w lodówce kilka promo artów), to bylibyśmy zaskoczeni tym, co się wydarzyło. Ale i tak bezwzględność Purifiers w czasie rzezi niewiniątek porusza, i to mocno.
Swoją drogą, Alaska ma ostatnio farta do mutantów, którzy powodują zniszczenie całego miasta - najpierw Collective, teraz to...
Aha - Ackbar... tfu, Angel i jego "It's a trap" - bezcenne dla każdego, kto wychował się na baśni dziejącej się dawno, dawno temu, ale z jakiegoś powodu w przyszłości...

Jaro: Przede wszystkim - udało się nie spieprzyć tego, co było budowane od kilku miesięcy. Ani przez moment nie czułem się zawiedziony przez fabułę, mimo że "wszystko" na jej temat wiedzieliśmy wcześniej. Celowo użyłem cudzysłowu w poprzednim zdaniu, gdyż najmocniejszym punktem one-shota było wymordowanie wszystkich dzieci w mieście, a to udało się ukryć przed naszym fanowskim wścibstwem (jeśli się mylę, to znaczy, że uszedł mojej uwadze jakiś spoiler). Bardzo podoba mi się nawiązanie do biblijnej rzezi niewiniątek - i od razu włącza się pewna obawa, czy nie będzie przegięcia z jakością i ilością religijnych odniesień (z drugiej strony, w Messiah Write Teamie mamy specjalistę od przenoszenia wątków biblijnych na komiksowy grunt, a jest nim oczywiście Mike "napisałem prawie-genialnego Lucifera" Carey). Co jeszcze? Bru całkiem nieźle przedstawił zdezorientowanie i bezradność X-Men w zaistniałej sytuacji, od strony technicznej sprawdza się też przeplatanie akcji retrospekcjami. Ogólne bardzo pozytywne wrażenie nieco psują raz świetne, raz marne rysunki, jednak mimo tego całość broni się bardzo dobrze.
Ocena: 8/10; soundtrack: Cult of Luna - White Cell.

Lex: Nie jestem na bieżąco z x-tytułami (delikatnie mówiąc), ale dałem szansę MC. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w one-shocie, to słabe rysunki. Z Silvestrim bywa różnie, raz mu coś wyjdzie, raz nie bardzo i teraz zdecydowanie mu nie wyszło. Drugie moje zastrzeżenie, to dziwne zachowanie X-Men, którzy sprawiają wrażenie bezradnych, zagubionych. Nie wiem, czy to celowy zabieg Bru, który chciał podkreślić wyjątkowość sytuacji, ale taki Wolverine nie wyglądał mi na gościa z wieloletnim doświadczeniem w przeróżnych sytuacjach. Momentami przeszkadzało mi też gadulstwo bohaterów - aż mi się skojarzyło z Claremontem, ale tylko na chwilę ;)
Mimo tych wad, nie ukrywam, że MC ma jedną wielką zaletę: wciąga. Może to efekt mojej długiej rozłąki z x-tytułami, ale chyba coś więcej. Wreszcie mamy szansę na sensowne wykorzystanie głównego efektu House of M: "No More Mutants!". Przez trzy lata, które minęły od HoM, nie było właściwie sensownego pomysłu, co zrobić z odchudzoną populacją mutantów. Marvel nawet specjalnie nie starał
się zająć tym tematem, a przecież miała to być główna oś wydarzeń w x-tytułach. Jak już próbowano, to ze słabym skutkiem (np. 198), może z wyjątkiem X-Factor vol. 3 PADa.avalonpulse0016k.jpg

CrissCross: Ciężko na razie ocenić treść, bo nie dostajemy nic, czego byśmy nie wiedzieli wcześniej. Wolę potraktować to jako wstęp do całości i czekam na rozwinięcie. Rysunki takie sobie. Momentami nieco płytkie i mało przekonujące. Z drugiej strony na pewno wolę zdecydowanie to niż bazgroły w New X-Men. Zastanawia mnie tylko jedna kwestia: skąd nagle w Instytucie wziął się Angel? Jakoś go ostatnio nie było widać.

Ororo: Wszystko było już wiadome. Rysunki nie najgorsze, ale Silvestri wpychał niektóre kadry na chama... Scena w szpitalu naprawdę chwyta za serce. Końcowa scena z Predatorem X świetnie pokazana. Tylko czy przypadkiem Xavier na obrazkach promocyjnych nie miał czerwonych oczu, a tu ma zwykłe... Pewnie zwalą to na błędy w kolorowaniu, a ja już myślałem, że Sinister namiesza w Instytucie od wewnątrz... Mam nadzieję, że będzie to najważniejsze wydarzenie dekady. Mogli przecież zrobić tego nowego mutanta dzieckiem z mutacją tylko zewnetrzną a'la Morclock, ale nie, przecież pierwszy mutant od nie-wiadomo-kiedy musi być superpotężny...

Hotaru: Niczego nowego w tym numerze się nie dowiedziałem. Jeśli ktoś śledził doniesienia o Messiah CompleX, wiedział wszystko zawczasu. Żadnego wrażenia na mnie ten numer nie zrobił, nawet pomimo tylu śmierci - ale po pracy Brubakera nad Uncanny można było się tego spodziewać. Ten autor powinien trzymać się z dala od x-tytułów. Rysunki Silvestriego mi nie podeszły, wydały mi się nieprzemyślane i sporządzone na kolanie. Mam nadzieję, że teraz czeka nas tendencja rosnąca i reszta crossa będzie coraz lepsza.
 



Okładki tygodnia

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się: 

 

Hity tygodnia: 

 

avalonpulse0016a.jpgNew X-Men vol. 2 #43

autor: Skott Young

Gil: Dobra, zbierzcie się do kupy. Bliżej. Jeszcze trochę... Nie, nie - Surge do środka... A ty, Pixie właź na Santo, bo cię nie widać. Właśnie tak... Albo nie. David siadaj, bo zasłaniasz Juliana. No, teraz lepiej! Na trzy, wszyscy strike-a-pose. Raz... Dwa... Ale nie - nie tak... Idzie Halloween - ustawcie się jakoś żeby wyglądać super-posępnie! Miednice do przodu! Nie ty, Rockslide, bo jej złamiesz kręgosłup! Dobra... Kto może, niech zaświeci oczami... Super! Patrzcie w kamerę... Anole! Masz być zły, rozumiesz? Wyobraź sobie, że chcą ci urwać drugą rękę. O! Właśnie tak! A teraz uwaga... Raz... Dwa... Ptaszek!
Jasne, można potraktować tę okładkę jako typowe prężenie się, ale wystarczy odrobina wyobraźni, by dopisać sobie do niej scenkę rodzajową i spojrzeć nieco inaczej. Chociaż nie jest to wcale konieczne, bo prezentuje się dobrze i bez tego. Można nie lubić stylu Skottie Younga, ale trzeba przyznać, że jego okładki mają to magiczne coś, co oprócz dynamiki i klimatu sprawia, że są po prostu świetne. Dzięki temu, nawet w typowym prężydle, każda z postaci przedstawia sobą coś unikalnego, a gra świateł i mocnych cieni nadaje całości głębi. Jest jednocześnie prosto i wyraziście - takie właśnie powinny być okładki.

 

avalonpulse0016c.jpgMessiax Complex one-shot Silvestri Cover

autor: Marc Silvestri

Foxdie: Chociaż znamy tę okładkę od dobrych kilku miesięcy (o ile dobrze pamiętam, to chyba pierwszy art zaprezentowany w ramach MC), to według mnie idealnie obrazuje ona przynajmniej sam początek tego crossa. Symbolika tego rysunku jest dobitna. Pięć postaci, które (prawdopodobnie) odegrają najważniejsze role w tej historii i wielki wybuch w okolicach Alaski (widać, że geografia nie była ulubionym przedmiotem Silvestriego) symbolizujący narodziny pierwszego od dawien dawna mutanta, może nawet tytułowego Mesjasza. Zawsze lubiłem, gdy okładki były integralną częścią komiksu i w jak największym stopniu oddawały charakter historii, która znajdowała się za nimi. Tak jest właśnie tutaj, nawet lepiej. Jak dla mnie, śmiało mogą jej użyć przy późniejszym wydaniu zbiorczym, gdyż jest ona świetnym zobrazowaniem "istotności" całego wydarzenia. Sam Silvestri jak zwykle w rewelacyjnej formie, chociaż wewnątrz komiksu prezentuje się już ciut gorzej, ale okładka daje radę! Gdy spoglądam na tę okładkę to myślę, że właśnie zaczyna się najważniejsza w tej dekadzie historia mutantów Marvela.

 

avalonpulse0016b.jpgDaredevil Annual #1

autor: Marko Djurdjevic
Duczmen: Annuale mają to do siebie, że są pisane dla kasy, gdy tytuł dobrze się sprzedaje. Zazwyczaj to jakieś prawie ambitne historie, z prawie dobrą kreską. Co przykuło moją uwagę mimo, że byłem negatywnie nastawiony? Okładka posiada świetne tło! Czarne koło, jakby zabrudzone, zniszczone lub poplamione, wpisane w biel. Na pierwszym planie główny bohater serii, okładający leżącą postać, wykrzywiony jakby grymasem bólu, lub gniewu. Okładka posiada intensywne kolory, światło pada na tors i twarz Daredevila, w ciekawy sposób oddzielając postać od tła. Za pomocą oszczędnych środków przekazano to, co zamierzał autor, nadając pozornie oczywistej okładce dodatkowe znaczenie, czyniąc ją nieco bardziej interesującą. Tydzień był średni, nie było niczego naprawdę okropnego, zabrakło też czegoś, co zapamiętał bym, ot taki nieszkodliwy tydzień.

 


 
Shit tygodnia

Spence: Słaby okładkowo tydzień.. Problem w tym, że raczej nie ma okładki, która byłaby niemożliwie irytująca, taka, którą aż ma się ochotę wyśmiać, obsmarować, zmiażdżyć (i tak dalej)...
Możnaby zbesztać oba warianty okładek do Messiah Complex, zwłaszcza ten Fincha, bo przesadził ze wszystkim - ogniem, cieniem, gruzem, złomem... O Sub-Marinerze w wykonaniu tego pana też nie wspomnę...
Mógłbym też opisać moją niechęć do sztampowych okładek fantasy, jaką prezentuje Annihilation Conquest: Quasar #4...
Na uwagę zasługiwałby też Laurell K. Hamilton's Anita Blake - Vampire Hunter: The First Death #2 w wariancie Zombie... Sami spójrzcie na te żywe trupy...
Nie ma o czym pisać, choć raz dam żyć twórcom okładek..

 


 
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2007.10.31
 


Redaktor prowadzący: Lex                                                                                          Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.