Avalon » Publicystyka » Artykuł

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część I

Wydarzenie tego roku. Tak zostało nazwane, na długo przed ukazaniem się pierwszego numeru. Rozrosło się w ilości tie-inów oraz rozciągnęło w czasie, dlatego przedstawiamy małe podsumowanie. W jednym miejscu znajdziecie wszystkie recenzje odnośnie tego eventu. Oto "Avengers Versus X-Men".

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część I

MAIN EVENT



avalonpulse241e%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs. X-Men #0
Hotaru: Mam nadzieję, że ten zeszyt nie będzie wskaźnikiem tego, jaka będzie jakość tego eventu. Bo zawiodłem się na tym komiksie, zarówno na jego stronie graficznej, jak i - a może przede wszystkim - na scenariuszu. Wanda wypadła jakby nie była weteranką, ale naiwnym młokosem. Carol, która w The Children's Crusade była ostro cięta na Wandę, tutaj nagle chce zostać jej BFF, a Vision obrócił się o 180 stopni w stosunku do Avengers #24.1 i jest bucem nad buce. Druga część, o Hope i Cyclopsie, była nudna jak flaki z olejem i nie sprawiła, żebym spojrzał na te postaci jakoś inaczej. Nie nazwę tego stratą papieru, ale jest to zdecydowanie niższy rejon średniawki.
Undercik: Ok, teraz już wiem, po co Bendis wyciągnął Visiona z szafy. Mam tylko nadzieję, że oprócz tego miał na niego jakiś inny pomysł. Nie mniej jeśli to jedyny powód, to cóż... przełknę to. Jeszcze tylko jeden mankament - komitet powitalny. Ok, rozumiem zarys, że Vision nie chce wpuścić Wandy do środka, ale żeby ustawiać za nim z dupy Thora, Beasta, Wolverine'a i Iron Mana tylko aby zrobili groźne miny? Co zresztą nie udało im się zrobić. Poza tym: "Zapraszamy do Avengers Mansion, tutaj zawsze ktoś będzie na Ciebie czekał. Nie ważne, czy zapowiesz wizytę czy nie, będziemy na Ciebie czekać pod drzwiami". Jednak mimo tych małych wad, prolog Mścicieli nawet mi się podobał. Tylko teraz, po tym jak już na 90% wiadomo, że Scarlet Witch nie stanie po stronie Avengers, nie wiem, co by musieli wymyślić scenarzyści abym zaakceptował wygraną Mścicieli w tym evencie. Historia z Hope natomiast mnie średnio obeszła. Aaron napisał ją tylko po to, aby pokazać, że Hope może przegrać wewnętrzną walkę z Phoenixem, a także ją wygrać. Tak, żeby czytelnicy wiedzieli, że wszystko może się zdarzyć. Co do strony graficznej - jak zwykle podobają mi się prace Franka Cho, mam tylko wrażenie, że kolorysta je trochę popsuł, przez co nie miałem aż takiej przyjemności z oglądania jak zazwyczaj.
Podsumowując - prolog, nic więcej, nic mniej. Czy przekona on osoby niezdecydowane co do AvX? Śmiem wątpić. Jednak kasę zarobić, zarobi. Mam nadzieję, że już od numeru 1 będzie lepiej.
Krzycer: Nigdy nie rozumiałem numerów zerowych. Czemu po prostu nie są jedynkami? Ale w tym wypadku to zrozumiałe. Akcja AvX nie zaczyna się tutaj, tu mamy tylko wprowadzenie dwóch głównych bohaterek eventu. A przynajmniej po tym numerze oczekuję, że Scarlet Witch będzie równie ważna, co Hope. Jeśli nie, to naprawdę nie wiem po co był ten numer.
Z kuriozów: Vision który tak dramatycznie szuka Wandy w Avengers #24.1, tu stoi na czele Avenjerks. Swoją drogą buce z tych Mścicieli (tak, uważają, że Vision przesadził... co nie zmienia tego, że przywitali Wandę z minami mówiącymi "wyp*#$(@laj").
Poza tym - Hope ma tylko 15 lat? Wydawało mi się, że wcześniej był podawany trochę wyższy wiek.
I ok, fajnie, że Hope nie jest w ciemię bita i wie, co się dzieje... tylko chciałbym zobaczyć, np. w Generation Hope, jak dowiaduje się o Feniksie, swoim podobieństwie do Jean i tak dalej, a nie po prostu nagle dowiedzieć się, że wie.
Mr. M.: Można narzekać, że numer jest niepotrzebny, ale jest to idealne wprowadzenie dla ludzi, którzy nie znają Uniwersum Marvela i nie wiedzą, że Hope kłóci się z Cyclopsem, a Scarlet Witch ma pogmatwaną przeszłość i niepoukładane relacje z Avengers. Ja sam, który nie śledzę tytułów z rodziny X, nie znam dobrze Hope i jej związków z resztą mutantów, więc część pisana przez Aarona była dla mnie dobrym wprowadzeniem. Niestety Bendis popełnił kilka potknięć. Przede wszystkim Vision, który z uporem maniaka szukał Wandy w Avengers #24.1, tutaj, gdy ją spotyka, to wyrzuca byłą żonę i nie chce nawet z nią rozmawiać. Reszta Mścicieli też niezbyt miła i nijaka, a sama Szkarłatna Mutantka jest irytująco łzawa. Ponadto jej nagłe pojawienie się również wygląda na pretekstowe i nie jest odpowiednio przygotowane. Z drugiej strony, numer nie jest wielki objętościowo, więc przedstawiono najważniejsze informacje, jakie są potrzebne głównie nowym czytelnikom. Liczę, że powrót Wandy zostanie lepiej wyjaśniony w przyszłości. Podsumowując: wstęp do eventu jest udanym przypomnieniem kilku faktów i wskazaniem na centralne, jak się wydaje, postaci. I jako taki wypada bardzo dobrze.
wolvie111: Nie mogę w sumie powiedzieć zbyt wiele poza tym, że numer na pewno spełnia swoje zadanie. Pozostawił we mnie ogromną ciekawość i tego co nadejdzie i po prostu nie mogę się doczekać, kiedy akcja ruszy z miejsca.
W historii Avengers mamy przedstawioną mniej więcej obecną pozycję Scarlet Witch w uniwersum Marvela. No cóż... widzimy, że na tę chwilę raczej nie prędko wróci do Mścicieli... Vision nieźle po niej pojechał. Historia mi się podobała, bo była taka... prawdziwa. Dobrze, że nie zapomniano nagle o tym co się działo, a na powrót Wanda pewnie będzie musiała sobie zasłużyć.
Druga historia to już Hope. Rozmowa ze Scottem wyszła całkiem fajnie. Hope pokazuje, że nie da sobą sterować i tak naprawdę wie więcej, niż Cyclops myśli lub niż by chciał. Dobra była scena walki w banku i walka z tą "drużyną". Sam nie pamiętam jak się nazywa, ale to chyba nie istotne, bo powstała i tak tylko po to, by po kolei każdy mógł ich pobić. Nawet 15-letnia dziewczynka. Końcówka z jej zakrwawionymi rękoma wskazuje, że być może Hope wcale nie będzie się tak bardzo różniła od Jean i nie do końca będzie mogła zapanować nad mocą Phoenix. Graficznie wypada bardzo przyzwoicie, numer daje fundament pod wielką historię i na pewno do niej zachęca. Jak dla mnie ok.
avalonpulse241c%20%5B1600x1200%5D.JPGGil: Jedno słowo: exposition. Lub bardziej swojsko: łopatologia. Numer zerowy nie służy niczemu ponad przypomnienie lub wprowadzenie dla nowych czytelników, żeby wszyscy wiedzieli, na czym stoją. W dodatku jest to raczej kiepska ekspozycja. Część pierwsza jest właściwie z czapki wyjęta. Ot, Wanda wyskakuje zza krzaka, żeby pobić się z MODOKiem, po czym zostaje zaciągnięta do reszty Avengers, gdzie Vision spławia ją w stylu Bogusia Lindy. Why is it stupid? Bo jakkolwiek nijakie było zakończenie Children’s Crusade, to Wandzia zdecydowała tam, że potrzebuje wakacji. Cóż, mogło jej się znudzić, ale mógłbym wymyślić na poczekaniu kilka lepszych come-backów niż "hyc zza krzaka". Dwa: Carol zachowuje się jakby miała do czynienia z dzieckiem specjalnej troski, a parę stron później sama Wanda dodaje jej argumentów myśląc, że załatwi wszystko dziecinna minką i soraskiem. Mój miernik naiwności wyszedł poza skalę i złamał wskazówkę. Część druga, to w większości powtórka z rozrywki, czyli Cyclops kłóci się z Hope, a ta stawia na swoim. Why is it stupid then? Po pierwsze, jest do bólu wtórne. Po drugie, Hope powala Cyka jego własnymi promieniami, podczas, gdy powinien być na nie całkowicie niewrażliwy. Trzy: to jak rozwala jetpack jest szczytem kretynizmu i odbiera wszystkie argumenty na temat jej rzekomej dojrzałości. Cztery: po raz setny w tym miesiącu Serpent Society jako chłopcy (i dziewczynki) do bicia. Jeszcze chyba tylko D-Man im nie nastukał... Podsumowując: dwie historyjki, które zupełnie nic nie wnoszą, a dla kogoś kto jest na bieżąco, są wręcz nudne. Wyglądają za to całkiem nieźle (zwłaszcza, jak ma się w perspektywie Romitę). Wystawię więc 5/10, które w tym przypadku znaczy tyle, co: zupełnie zbędne.
Arachnid: Numer zerowy miał za zadanie pokazać, które bohaterki będą grały pierwsze skrzypce podczas AvX. I chyba tylko tyle, bo nie był to ani wstęp, ani podwaliny pod właściwą historię. Może faktycznie dedykowany był osobom, które dopiero zaczynają przygodę z Marvelem, a może po prostu wydany dla kasy. Co otrzymujemy w tym zerowym numerze? Pierwsza historia pokazuje, że Mściciele nie wybaczają tak łatwo (oczywiście nie wszyscy). Zachowanie Visiona może dziwić, zwłaszcza po lekturze Avengers #24.1, ale z drugiej strony nie zrobiono czegoś o wiele gorszego. Mianowicie mogło to się skończyć bardzo mdłą i cukierkowatą sceną, w której wszyscy Mściciele przebaczają Wandzie, puszczają w niepamięć to co zrobiła i z otwartymi ramionami przyjmują ją z powrotem do zespołu. Na szczęście dostaliśmy inną, znacznie ciekawszą i pełną emocji scenę. Druga historia zaciekawiła mnie mniej, gdyż nie specjalnie przepadam za Hope. W tej części najlepiej wypadła rozmowa Cyclopsa z wyżej wspomnianą Hope, choć powalenie Scotta jego własną mocą... Może przemilczmy tę kwestię. O jetpacku też lepiej nie wspominać. Mimo wszystko numer ten nawet mi się podobał, zwłaszcza część 1. Nie powiem, że było to świetne wprowadzenie do AvX, ale całkiem przyzwoita lektura, z bardzo dobrą oprawą graficzną.

avalonpulse242c%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs. X-Men #1
Hotaru: Oto on, początek "eventu roku". Jak wypadł? Z jednej strony lepiej, niż się spodziewałem, a z drugiej... Tą pierwszą stroną jest oprawa graficzna. Romita wprawdzie nadal rysuje zezy i ma wyraźną awersję do łuków, przez co wszystko wydaje się kanciaste, ale jednak te rysunki stoją kilka klas wyżej od tych, jakie prezentował w Avengers. Drugą stroną jest fabuła, która - delikatnie mówiąc - nie rzuca na kolana. Działania zarówno Cyclopsa, jak i Kapitana Ameryka, noszą znamiona przemożnego wpływu siły wyższej. A dokładniej, "redakcyjnym nakazem". Bo nie oszukujmy się, kompromis jest możliwy, jest elegancki i jest totalnie przemilczany, bo z nim nie byłoby eventu. Bendis zwykle dobrze zaczyna i fatalnie kończy. Może z AvX będzie inaczej...?
Krzycer: Sekwencja z ratowaniem samolotu wyszła głupawo (od pikniku Avengers na dachu, przez ludzi wysypujących się z czubka Empire State Building po Thora owijającego samolot tornadem <to ostatnie może mi nie pasować, bo nie przepadam za JRJR>). Ale od znalezienia Novy robi się lepiej, dużo lepiej. Trening Cyclopsa z Hope - Scott sadystyczny do przesady, ale poza tym (i poza tym, że Hope jest zdziwiona swoim ognistym ptaszkiem, choć nie powinna) wszystko jest w porządku. Podobnie scena w Białym Domu.
Za to potem pojawia się Wolverine. Wiem, że to jest niezamierzone, ale w tym ujęciu Logan wypada tak, jakby celowo chciał napuścić Rogersa na Utopię.
Podobnie - moim zdaniem - niezamierzenie spartaczona jest rozmowa Rogersa z Cyclopsem. Jakim cudem czytelnik ma przyznać mu rację, jeśli zaczyna się od kwestii "przyszliśmy po Hope"? Nie "słuchaj, mamy problem", nie "chcemy z wami współpracować", nie "przyślemy na Utopię naszych specjalistów" - zamiast tego zaczyna się od "bierzemy Hope". Jeśli w evencie chodzi o to, że obaj mają swoje racje, i żaden z nich nie ma moralnej przewagi... to zostało to spartaczone.
Sama końcówka robi wrażenie. Ogólnie: jest dobrze. Szczegóły zgrzytają, ale wiadomo o co chodzi.
Szczepi: Ciekawe rozpoczęcie historii - check. Pokazanie obu stron tuż przed konfliktem - check. Rozmowa Rogersa z Loganem, który po "Schism" zachowuje się jak ostatni buc (chyba mu ta wycieczka do piekła nieco zaszkodziła ;) ) - check. Trening Cyclopsa z Hope - check. Bardzo fajne rysunki (o dziwo) autorstwa Johna Romity Młodszego - check. Spotkanie przywódców obu stron, które wypada, moim zdaniem, na korzyść Cyke'a - check. Początek wojny między Mścicielami a mutantami - check. Cóż mogę więcej dodać, wszystko to, co chciałem przekazać zrobili to z mnie moi przedmówcy. Mogę mieć tylko nadzieję, że wszystkie tie-iny do tego eventu, jak i główna mini nie zostaną po drodze zepsute, jako to miało miejsce w przypadku "Fear Itself". Amen.
Xavier83: Czytałem ten komiks 3 razy od otrzymania go w piątek. Muszę przyznać jedno: Marvel stopniowo buduje napięcie w tej historii. To jest, według mnie, bardzo dobre posunięcie. Przypominają mi się czasy, gdy wyczekiwałem na kolejne części "Fatalnych Oddziaływań" wydawanych przez TM-SEMIC. Tak jak w tamtym przypadku, tak i w tym stawka jest wysoka i trudno przewidzieć kto wygra, a wiemy, że będzie jeden zwycięzca. Sama fabuła jest w mojej opinii dobrze prowadzona, jak na pierwszy rozdział. Sama podróż Phoenix widoczna od 2 strony jest zachęcająca i zarazem złowieszcza. Ratowanie samolotu choć trochę naiwne to bardzo ładnie poprowadzone. Avengers jak chcą to potrafią. Morderczy trening Hope przez Summersa i demonstracja ognistego ptaszka przez dziewczynę uważam za świetny manewr. Wysłanie zespołu Avengers na spotkanie Phoenix jest ze strategicznego punku widzenia logiczne, choć mimo składu tego zespołu, misja to samobójcza dla większości. Rozmowa Jamesa i Kapitana, choć logiczna, to jednak czegoś mi zabrakło, mimo słusznych motywów. Solidną porcję tego komiksu "kradnie" rozmowa Cyclopsa i Kapitana. I jest dobrze poprowadzona. Obie strony mają swoje racje, ale to w mojej opinii Cyclops logiczniej gada. Cytatem, który najlepiej obrazuje zagęszczającą się atmosferę, jest zdanie Summersa: "Respectfully, get the hell off my island". A komentarz Namora jest bezcenny. Atak Cyclopsa na Rogersa pięknie przedstawiony. A pojawienie się zamaskowanego Helicarriera S.H.I.E.L.D. z 15 Avengers na pokładzie zapowiada fajne starcie. Odnośnie tych dziwnych rzeczy trzymanych przez herosów to gdzieś już to widziałem, tylko nie wiem gdzie. Ognisty ptaszek w oczach Hope na końcu naprawdę zachęca, by sięgnąć po następny numer. Jeżeli chodzi o rysunki, to nie przeszkadzały w czytaniu. Jedyny panel, który mnie trochę rozczarował, to ten podczas składania raportu przed prezydentem, gdy pokazana jest częściowo odsłonięta twarz Starka. Jakoś tak nienaturalnie to wygląda. Jeśli chodzi o okładkę, to mam to szczęście, że zamawiając pakietami, dostaję numery głównej serii podwójnie: ze zwykłą okładką oraz okładką opowiadającą się po stronie mutantów. Muszę przyznać, że ładnej prezentuje się ta alternatywna. Oceniając ten komiks mogę z czystym sumieniem wystawić 8/10, ponieważ sprawia, że człowiek czuje się jak młody dzieciak czekający na kolejny numer solidnego komiksu, bez czytania spoilerów w internecie.
czarny_samael: Czytało się to szybko i mocno. Przez cały komiks czułem napięcie, mimo iż wiadomo było o co pójdzie - i poszło. Cap chciał zabrać Hope, a ta pierwszy raz poczuła jaka jest stawka. To nie jest pójście na pewną misję z której wszyscy wrócą. To dzień przed którym ją ostrzegano.
Widać też - przynajmniej początkowo - złą rolę Wolverine'a. Po tym co przeczytałem dotarło do mnie, iż to, że osłabi Cyke'a zabierając młodzież, nie musi oznaczać pełnego poparcia dla którejkolwiek ze stron. Idzie na tę walkę z bólem, ale to jego wina, że do starcia doszło. To na nim ciążyła odpowiedzialność właściwego przedstawienia konfliktu Steve'owi. Zrobił to źle, pokazał Cyke'a jako człowieka, który się kompletnie myli, co tylko udowadnia, że mimo wydarzeń z X-Men: Legacy (które całkowicie mnie zdobyło historią z Exodusem) nie wyciąga wniosków. Ale wracając do meritum - Wolverine nie ma racji w sporze ze Scottem - to jest oczywiste. Lecz tym razem nie ma też racji w sposobie postępowania z nim.
avalonpulse242d%20%5B1600x1200%5D.JPGOczywistym musiało być, że Cyke nie odda Hope, jednak jakim cudem może on myśleć, że Cyclops nie poradzi sobie z jej kontrolą lepiej niż Avengers? Przecież oni nie mają doświadczenia z mutantami jako rasą. Nie znają jej, a zabranie od "rodziny" (Utopia) i rodziny (Cable) tylko może postawić ją przeciw nim.
To już dwa powody, ale trzeci jest znacznie ważniejszy:
Avengers nie poradzili sobie z Hulkiem. Nie poradzili sobie z Thorem, gdy ten zaczął się rządzić na Ziemi. Nie poradzili sobie z Sentry'm, ani Wonder Manem. I przede wszystkim - nie poradzili sobie z Wandą, mutantką o podobnym potencjale, która przecież jest powodem obecnego stanowiska Cyke'a.
Nie ma w Avengers postaci, która naprawdę by zyskała na kontroli nad swoimi umiejętnościami dzięki Mścicielom, są tylko takie które dostawały szału (Hulk, Sentry, Wanda) albo rozumiejąc, że Avengers to siedlisko problemów postanowili to w jakiś sposób ukrócić (Wonder Man, Thor).
I teraz to oni mają decydować o Hope? I to radzi im Wolverine, który widział jak dzięki przyjaciołom przez lata Jean radziła sobie z problemem? Jak Utopia pomogła Legionowi, opanowując go ostatecznie, a przy tym ratując świat? Różnica między Sentry'm a Legionem jest taka, że ten pierwszy zginął, a ten drugi nie. X-Men opanowali Magneto, pomogli radzić sobie z mocą X-Manowi (już dawniej), czy tym wszystkim dzieciakom, które przez lata do nich dołączały. To, że Wolverine ma ze sobą Rouge, wcale nie oznacza, że na Utopii już nie myśli się o kontrolowaniu mocy. Lecz nie, lepiej wywołać wojnę w której się nie ma racji. Capa nawet rozumiem. Miał człowieka w środku i ten powiedział mu, że lider Utopii jest niezrównoważony, też bym podjął działania.
Jeszcze co do Kapitana, to jednak wygląda na to, że popełnił błąd taktyczny. Pomijam już, że tylko Strange może próbować swoich sił z Emmą na planie astralnym, ale... Spider-Man, Venom, Daredevil, Black Widow i Hawkeye będący połową teamu? Cage, Wolvie, Iron Fist, Mockingbird, Spider-Woman i Pym też łbów nie urywają. Thing, Rulk i Iron Man to jedyni, którzy mogą się naprawdę liczyć, reszta pada na pysk przed samym Magneto. Mam nadzieję, że mają jakąś konkretną technologię ze sobą.
I na szczęście wygląda to tak, jakby Avengers byli przygotowani i mieli wygrać pierwsze starcie, co powinno zaowocować końcowym zwycięstwem X-Men.
Rysunki były... dobre! I jestem tu cokolwiek zaskoczony. Wejście Avengers, robiło wrażenie, mimo iż postacie tam będące nie. Twarze nie były kwadratowe! I to mnie najbardziej zadziwiło. Dam 8,5/10. A za scenariusz - 8/10, bo przecież Wolverine naprawdę jest idiotą, więc takie przedstawienie go jest ok, jednak nic wyżej, bo prawie o wszystkim wiadomo było wcześniej. Jednak samych spoilerów się nie ocenia, więc nie powinienem tu za dużo obniżać. Ogólnie 8/10.
_____: Jak na razie bez rewelacji. Pierwsze sceny z Avengers to typowy casual Bendis, a katastrofa lotnicza to stek bzdur na poziomie kreskówkowym (ludzie dosłownie wysypujący się z budynku? O co chodzi?!). Na szczęście dalej jest lepiej. Rozmowa Rogersa i Summersa... była tylko po to, żeby być. Przydałaby się przynajmniej jakaś próba znalezienia wspólnego gruntu ze strony Kapitana.
Rysunki: Rysunkom Romity służą lepsi koloryści. Niestety cały czas mam przed oczami pierwszy kadr z pajęczakiem, na którym wygląda on tragicznie. A Spidey zawsze był raczej mocną stroną Romity.
Ogólnie chętnie poczytam ciąg dalszy, ale bez specjalnego oczekiwania.
wolvie111: No i zaczęło się. Numer robi spore wrażenie. Zaraz po skończeniu czuje się, jak ogromne wydarzenie się rozgrywa. Scenarzyści się nie patyczkują. Wstępu jest niewiele. Akcja zazębia się szybko i tak samo szybko czyta się ten numer. Pokazuje to, że pomysł z numerem zerowym był właściwy. Nie obeszło się jednak bez minusów.
Wiem, że Romita ma uznanie wśród wielu osób i że się stara nad tą serią, bo to rzeczywiście widać, ale to nie zmienia faktu, że nie trawię jego stylu. W sumie w całej tej epickiej oprawie tylko on mi nie pasuje. Za każdym razem, gdy patrzę na Spider-Mana w jego wykonaniu to aż mnie skręca. Już poza rysownikiem to strasznie rozśmieszyła mnie jedna scena, a mianowicie trening Hope. Rozumiem, że dziewczyna ma się hartować, bo wielka moc to wielka odpowiedzialność, ale skąd nagle tak zmienne nastawienie Cyclopsa, który kopie piętnastolatkę. Patrzyłem na to przez chwilę i po prostu się śmiałem. No jak widać, dało to efekty i w sumie zastanawia mnie czy tego właśnie chciał Scott, żeby Hope "oddała" mu "ognistego kopniaka".
Jak na razie widzimy, że Wolverine czynnie bierze stronę Avengers. Mam nadzieję, że coś szybko to zmieni, bo na tę chwilę, dla mnie jako zagorzałego fana Mutantów, Wolvie zachowuje się jak totalny dupek. No to oczywiście tylko moje zdanie, ale to po prostu nie pasuje mi on po stronie Captaina w takiej sytuacji, a całe to "Schizm" mało mnie obchodzi, bo w porównaniu z tym czego dotyczy ten event, kłótnia Logana i Scotta to błahostka. Zostawił tam w sumie sporą część swoich przyjaciół, a teraz razem z nowymi kolegami będzie walczył przeciw nim? Może przesadzam, ale trochę to tak wygląda.
Rozmowa między liderami to w sumie dobry moment, by ci jeszcze niezdecydowani podjęli decyzję. Do mnie bardziej przemawia Scott. To oczywiście jak najbardziej subiektywny punkt widzenia, ale uważam, że Phoenix to zdecydowanie interes X-Men i to oni powinni się tym zająć. Avengers mięliby przejąć Hope?
Rozpoczęcie walki wywołało u mnie delikatny dreszczyk. Patrząc na ogromną w tej chwili przewagę Mścicieli ciekawi mnie, jak poradzą sobie X-Men. W sumie ciekawi mnie też reakcja Hope na to wszystko. Na to będziemy musieli poczekać do następnego numeru. Jak zawsze, już nie mogę się doczekać. Oceniłbym na jakieś 7/10, mam nadzieję, że z czasem będzie wyżej.
Lotar: Jestem pozytywnie zaskoczony. Czytając ten numer byłem podjarany jak dzieciak. Przypomniały się najlepsze lata TM-Semic. Rysunki całkiem całkiem i co najważniejsze, w odróżnieniu od X-Sanction, darowano nam masę bełkotu. O ile w ostatnich latach Summers udowadniał, że ma jaja ze stali, to w tym numerze pokazał, że ma je z adamantium.
Niestety na coraz większego dupka wychodzi Wolverine. To, że za sobą nie przepadają to jedno, ale robienie z Logana palanta i idiotę, to dla mnie za wiele. Zastanawia mnie, co miał zamiar ugrać Rogers, który katastrofalnie rozegrał rozmowę z Cyclopsem biorąc pod uwagę ekipę, którą zabrał na wyspę.
Marvel potrafi świetnie rozpoczynać swoje historie. Niestety jeszcze lepiej wychodzi im ich partaczenie. Mam nadzieję, że tym razem tak się nie stanie.avalonpulse242e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Łukasz: Event uważam za rozpoczęty. Kadry otwierające tę 12-sto odcinkową historię, przypominają mi strony, z archiwalnych numerów X-Men, z "Dark Phoenix Saga", gdzie nieokiełznana potęga Ognistego Ptaka przyczyniła się do zagłady miliardów istnień i światów. Nie mogę wyjść z podziwu, że Romita potrafi wspiąć się na wyżyny swojego talentu i sprezentować czytelnikowi, bardzo dobre rysunki (tak dobrych kadrów w wykonaniu tego rysownika, nie widziałem od czasu jego runu w TASM). A sama historia, to wstęp do konfliktu między Mścicielami a Dziećmi Atomu. W numerze tym dochodzi do kilku ważnych wydarzeń. Novie przed tym nim stracił przytomność, udaje się ostrzec ziemskich superbohaterów o zagrożeniu które nadchodzi z przestrzeni kosmicznej. Dzięki technologii Starka bardzo szybko dowiadujemy się, co miał na myśl. Na Utopii Scott próbuje dzięki treningowi, przygotować Hope na to, by ta mogła obronić się bez używania mocy, w wyniku czego dochodzi do przebudzenia w niej cząstki Phoenix. Nie uchodzi to uwadze Avengers, którzy w tym czasie wpadli z wizytą do Białego Domu, by omówić zagrożenie, jakim jest Feniks. Mocne rozpoczęcie tytułowej historii, bardzo dobre rysunki, dają nadzieję na to, że kolejne części przyniosą ze sobą dużą dawkę wyśmienitej akcji.
Gil: Moje pierwsze wrażenie było iście szekspirowskie: wiele hałasu o nic. No dobra – żeby sprawiedliwości stało się zadość, pierwsze było nawet pozytywne (to znaczy już po tym, jak minąłem paradę rozdziawionych gęb). Spodziewałem się, że od razu dostanę w pysk jakimś paskudztwem w wykonaniu Romity i dalej będę już tylko czytał dymki, a tu niespodzianka: pierwsze 3 strony podobały mi się najbardziej z całego zeszytu. Potem Romita znów poleciał w swoje bryły nieforemne, ale o dziwo zdarzyło się kilka paneli na których kobiety wyglądają całkiem ładnie i kobieco (a może ktoś mu pomagał?). Nawet dopisałem sobie taką małą historyjkę do dziwnego zachowania Miss Marvel: "Czy ja ogoliłam pachy? O nie! Mam meszek! Muszę trzymać ręce tak blisko ciała, jak tylko się da, bo jeszcze ktoś zauważy!" (Swoją drogą: to wyjaśnia zmianę kostiumu z bliskiej przyszłości :P ). Ale nie o to, nie o to…
Fabuła, tak… Ee… Przez 8 stron Avengers próbują złapać spadający samolot i oczywiście coś musi przywalić w Chrysler Building (tylko czekać aż jacyś terroryści podchwycą, zaraz będzie nowa teoria spiskowa). Potem znajdują Novę, który spadł na budkę z hot-dogami i poplamił się ketchupem, a to wygląda złowieszczo. Przeskakujemy na Utopię, gdzie Cyclops znęca się... ehm, znaczy się – trenuje Hope. I nagina przy tym prawa perspektywy w iście Liefeldowskim stylu. W końcu Hope się wkurza i pokazuje mu ognistego ptaszka. Tymczasem Steve i Tosiek wpadli do Białego Domu, by pochwalić się prezentacją w PowerPointcie. Nagle przepala im się rzutnik i coś błyska, więc uznają, że wiadomo co wylądowało wiadomo gdzie. Zanim polecą na miejsce, wpadną jeszcze do Logana, zapytać, co o tym sądzi. I znów hop na Utopię, gdzie Cap pojawia się znienacka, groźnie stojąc na plaży. O dziwo, nawet próbuje pogadać z Summersem, ale dzięki poprzednim scenom wiemy już, że tutaj jest on ostatecznym dupkiem, więc na taką prowokację odpowiada strzałem z oka. Nagle, znikąd pojawia się nad nimi Helicarrier, a niektórzy Avengers są uzbrojeni w części od kombajnu, więc zapowiada się ostra jazda. Hope już pali się do akcji!
A teraz poważniej: Rysunki może i są lepsze niż się spodziewałem, ale zawiązanie fabuły jest tak uproszczone i naiwne, że tylko śmiechem mogę je skomentować. O ile jeszcze można przyjąć z przymrużeniem oka rację Capa, jeśli założy się, że jest harcerzykiem, który chce bronić wszystkich przed wszystkim, to już patrząc na Cyclopsa, widzimy tylko buca i tyrana. Sprawiedliwe przedstawienie stron my ass! Gdyby zamiast marnować prawie połowę zeszytu na pierdoły wypełniono go konstruktywną kreacją zagrożenia, drugą połowę można by poświęcić na wiarygodne zawiązanie konfliktu, ale tak? Jest to równie wiarygodne jak te inscenizowane kłótnie przed walkami wrestlingowymi. I tak szczerze mówiąc, pierwszy numer jest tylko oczko wyżej od prowadzącego do eventu X-Sanction. Dlatego dostanie tylko 4/10.
Volf: Szok. Rysunki Romity mi nie przeszkadzały. Chyba się starzeję. Co się tyczy warstwy scenariuszowej, jest okej. Ale mam w pamięci jak dobrze się zaczynało Secret Invasion, więc to akurat żaden wyznacznik. Przynajmniej ładnie wyłożono racje obu stron, na tyle bezstronnie, że faktycznie można sympatyzować z każdą ze stron - coś, co się nie do końca udało przy Civil War. Zobaczymy, co z tego będzie dalej, cudów się nie spodziewam. W tygodniu w którym wychodzi nowy Invincible od Image i tak czego by Marvel nie przygotował, tytułu numeru tygodnia ode mnie nie zgarnie.
Eric Lehnsherr: Od zawsze byłem/jestem/będę fanem X-Manów. Widząc ten event najarałem się strasznie. Pomyślałem, że w końcu mutanci zostaną docenieni, będzie fajna bijatyka i ogólnie będzie super. Jednak, do cholery jasnej, cały nastrój psuje myśl, która sprawdzi się w 99%, że Mściciele wygrają, a Cap będzie znowu na pantałyku (jak ja nie cierpię tej postaci). Jak na razie, cała sytuacja kierowana jest tak, że X-Men są źli, a tamci dobrzy. Przecież Cap i jego drużyna, która współpracuje z prezydentem USA, nie może przegrać z bandą anarchistów i nieludzi, którzy w dodatku nie chcą dobrowolnie oddać dziecka/nastolatki na śmierć.
Walki bądź co bądź będą widowiskowe. Dużo wybuchów, krwi itp. Jednak jakim sposobem Avengers mogą wygrać z X-Meni!? A szczególnie Iron Man z Magneto!!! Jak człowiek żelazko (lubię go, ale...) może wygrać z kolesiem, który samodzielnie walczył z obydwu grupami i nie raz wygrywał. Może kontrolować żelazo we krwi i zmieniać pole magnetyczne Ziemi. Otwierać portale między-wymiarowe (kojarzę z jakiegoś komiksu). Mutant mający nieograniczone zdolności ma przegrać z Człowiekiem Żelazem!! Dobra może i Tony jest geniuszem, ma super gadżety, wymyślił coś co powstrzyma telepatię Emmy, Psylocke czy Kukułek, ale jak on może wygrać z Panem Magnetyzmu. Tego nie rozumiem i to mi psuje częściowo radość z AvX.
To co najechało Utopię może budzić respekt: Iron Man, Dr. Strange, Rulk, Wolvie (zdrajca!) czy Giant Man, ale na litość boską co tam robi Black Panther? On przeciwko Storm? DD? Mockingbird? Oni są tak naprawdę na jeden strzał. Wiem, że jestem stronniczy i nie obiektywny, ale na nich wystarczy jakiegoś telekinetyka i już nie żyją, albo Cyklop się wkurzy i rąbnie taką wiązką energii, że niewiele z nich zostanie. W ogóle pary do walki są w niektórych przypadkach dziwnie dobrane. Emma przeciw Hulkowi?
Ciekawi mnie najbardziej jak zachowa się Xavier. Mam nadzieję, że mimo wszystko stanie po stronie mutantów. Wątpię w to, że stanie po stronie Avengers i będzie ochraniać ich przed atakami telepatycznymi. Nawet on jako najpotężniejszy telepata na Ziemi (tak mi zostało z kreskówki) nie da rady Emmie, Psylocke i Kukułkom naraz, musząc bronić taka ilość osób. Mam nadzieję, że stanie po stronie mutantów.
Zdaję sobie sprawe, że X-Men przegrają, bo Avengers są dobrzy, mają Capa i w maju film. Jest mi żal, że mutantami znowu się będzie pomiatać mimo ładnych walk. Czekam jednak i zamierzam się cieszyć jak małe dziecko, tak samo jak Lotar.
PS. Thor i reszta przeciw PF - HA HA HA!

Avengers Vs. X-Men #2
Hotaru: Teraz rozumiem, po co temu eventowi taki tie-in, jak Versus. Bo w tej miniserii, historia oparta na konflikcie między dwoma superdrużynami, zdegradowała ten konflikt do sparringu na plaży. Poza fastball specialem z Colossusem, nie ma tu ŻADNEGO fajnego pojedynku. Bitwa wygląda jak zabawa w piaskownicy. Promienie Cyclopsa, które "mogą kruszyć góry" tutaj nie dają sobie rady z jednym superżołnierzem zasłaniającym się tarczą, bo Scott nie wpadł chociażby na to, by mu strzelić pod nogi. Storm, jedna z większych heavy-hitterów, nie zrobiła NIC poza pogaduszką z mężem. Twórcy zupełnie zignorowali fakt, że Emma nie jest jedynym telepatą na wyspie, a Psylocke powinna zmieść Spider-Woman z powierzchni ziemi w ułamku sekundy, zamiast bawić się w odbijanie jej ataków mieczykiem. Thing i Cage nie powinni mieć w wodzie żadnych szans z Namorem. Gdybym miał wymieniać, ile okazji zostało tu zaprzepaszczonych, to nie wyrobiłbym się do czasu wydania kolejnego numeru. Za to Romita narysował ładną Storm. Na dwóch kadrach. To też coś...
Krzycer: Walka w planie ogólnym jest straszna. Na pięści, niemal zero wykorzystywania mocy - żenada. Ale na zbliżeniach jest już lepiej - zarówno jeśli chodzi o dosłowne starcia jak i konflikty interpersonalne. Emma kontra Iron Man, Storm i Black Panther... nawet Cap i Cyclops wypadają nieźle (mniejsza o to, jak działają blasty Cyke'a).
Redaktor powinien zwrócić na to uwagę... może. (Marvelowa fizyka to i tak czarna magia). Może to kwestia tego, że Aaron wyrwał Bendisowi długopis przy tym numerze. A jak Fraction się dorwie to dopiero będzie.
Swoją drogą ciekaw jestem, czy tylko Aaron będzie stosował narrację w ramkach, bo jeśli tak, to rozdźwięk między kolejnymi numerami będzie jeszcze większy.
Poza tym są tutaj zagrania i manewry które miło pobudzają moje czułe, fanowskie organy. Hope paląca Wolverine'a - fantastyczne. Magnetyczny fastball special - słowo daję, czekałem na to odkąd Eric przeprowadził się na Utopię.
Te wszystkie fajne detale sprawiają, że miałem frajdę z tej lektury - pomimo ogólnie marnej walki, drętwej podstawy konfliktu i wpychania mutantów w role tych złych. Te elementy mogą pogrążyć event, ale ten numer się broni.
avalonpulse244c%20%5B1600x1200%5D.JPGUndercik: Trochę przemyśleń świeżo po lekturze:
- Aaron jest po prostu przeciętnym scenarzystą. Owszem zdarzają mu się dobre, ale zdarzają się też złe, no i cała masa średnich.
- Bawiłem się dobrze w czasie czytania, jeśli w danym momencie nie wgłębiałem się w szczegóły.
- Po co korzystać z mocy skoro można się tłuc na pięści? Spokojnie Wanda "no more superpowers" powiedziała tylko w jakimś What Ifie.
- Lubię relacje Spider-Mana z Wolverine'em i w tym numerze także wypadają fajnie...
- ... ale, że Parker nie miał żadnej reakcji, jak Logan wyskoczył z pazurami na Hope?
- Redaktorzy w Marvelu są jacy są, ale mogli by przynajmniej postarać się, aby w głównej serii wszystko było spójne, bo na tie-iny nigdy nie liczyłem.
- Nie podoba mi się fakt, że każdy numer pisze ktoś inny, bo o ile teraz jeszcze tak nie będzie rzucać się w oczy, to jak ktoś się zabierze za całą historię od razu np. w wydaniu zbiorczym, to raczej przyjemności w związku ze zmianą stylów mieć nie będzie.
- Romita Młodszy w formie, co prawda nie w tej z czasów w TASM, ale miło wreszcie popatrzeć na jego rysunki. Z drugiej strony, może to winna kolorystów?
- Nie lubię Wolverine'a jeszcze bardziej. A, że w tym tygodniu nadrobiłem numery Legacy z Exodusem, to Logan już kompletnie mi działa na nerwy.
- Numer sponsoruje hipokryzja.
- Tekst o faszyzmie Capa - bezcenny.
- Jestem po stronie X-Men i chyba nic już tego nie zmieni. Szczególnie, po tym, jak Cyke wyłożył swoje argumenty, a Cap i tak uważa, że ma racje.
- Namor ma problemy w wodzie, really? Poza tym, jak wgłębiać się w szczegóły, to naprawdę coraz mniej ten numer mi się podoba
- Po co były te słupy w AvX #1?
- Hope w ogniu udała się Romicie Juniorowi.
- Mimo wszystko czytając naprawdę czułem emocje i generalnie nawet mi się podobało, ale im głębiej w szczegóły, tym gorzej.
czarny_samael: Wolverine to... No, daruję szerszej publiczności swoje obecne odczucia do tej postaci. Nie dość że napuścił Capa (który swoją drogą znów pokazał, że jest typowym zaślepionym wojskowym) na Cyke'a, to jeszcze oszukał wszystkich Avengers i poszedł zabić Hope. Co za buc. A z zabiciem dzieciaka-Apocalypse'a to miał problem, mimo iż ten na 100% musi stać się kimś złym, a Hope wcale taką być nie musi. Nie mówiąc o tym, że - jak to dobrze ujął Cyclops - oni nie mają pojęcia o Phoenix Force. Przecież jeśli nie Hope, to ktoś inny. A czy ktoś z nich pomyślał o tym, że jeśli idiotycznym cudem zniszczono by Phoenix Force, to mamy koniec multiwersalnego balansu, bo Phoenix to uosobienie życia we Wszechświecie? I że - zakładając że mamy do czynienia tylko z uniwersalną wersją ptaka - wszelkie istniejące przeciwwagi dla tej siły, niezależnie od tego czy to będzie The Fallen, czy Hunger, czy inne Goblin Force, to mamy koniec wszechświata? Nie? A czy ktoś z nich zdaje sobie sprawę, że to PF stworzyło ten wszechświat i jest odpowiedzialne za stworzenie kolejnego? Ja się pytam jakim cudem Strange i Britain o tym nie wspominają?
A skoro już jesteśmy przy błędach, co raz ciężej mi się wierzy, że można z niektórych bohaterów zrobić takich kretynów (przecież, argumentem Logana było dobro dzieci, przecież on wie, że PF i tak znajdzie nosiciela, przecież normalnie gada z Xavierem i nie każe mu zabić Legiona), więc to kwestia błędów.
Ja się pytam, jakim cudem 30 tonner (Cage) jest wstanie zranić Namora? I to w wodzie, gdzie koleś okładał i Hulka, i Rulka. W ogóle to Thing rzeczywiście szybko pływa...
Z czego nagle jest zrobiona głowa Cyke'a, skoro Osborn w stroju Iron Patriota miał problem, by przetrwać jej cios? Jakim cudem Cage obrywa strzałem Cyke'a w New Avengers atakując X-Men, skoro tu mamy pokazane, że to Kolos rozwala HC i Avengers tak naprawdę spadają? Dlaczego wszyscy walczą na pięści? Magma naparzająca się Loganem? SERIOUSLY?! Poza tym, Avengers nie wyglądali na zwyciężających, a X-Men niby tak po prostu pozwolili na ucieczkę Loganowi i Peterowi? Nie mówię już, że oznacza to że na polu "głównej walki" nie ma Rulka, Cage'a, Thinga, Iron Mana, Strange'a i Capa. I chciałbym wiedzieć dlaczego Jeffries po prostu nie wyłączy wszystkiego co mechaniczne po stronie Avengers?
Jak to jest, że Magneto ma podniesione tarcze, Iron Man nie może go trafić, a Pietro po prostu przez nie przebiega? Jak to jest, że Wolverine jest silniejszy od Sunspota? I to w dzień? W ogóle nikt nie używa swoich mocy, bo jeszcze by się okazało, że Avengers padają przy pierwszym zmasowanym ataku Kolosa, Storm, Jeffriesa i Magneto? Po co było przyciągać X-Club do walki skoro nie zrobili nic, by pomóc tę walkę wygrać? Aha, no i wszyscy po prostu przyjmują strzały Cyke'a jak miłe łaskotki.
Nie mówiąc, już o braku konsekwencji w kontekście tarczy Capa. Wiadomo, że vibranium absorbuje energię. Ale tarczę można przesuwać, więc nie było to niczym dziwnym, że blast Cyke'a który działa na zasadzie TK, czyli nie jest promieniami cieplnymi (jak u Supermana), tylko zmasowaną ciągłą siłą kinetyczną, wywalił Capa do wody. Więc jak Steve dał radę podejść do lidera mutantów w tym numerze? Jeśli już chciało się zapomnieć o tym, jak działają promienie Cyke'a - a dało by się to jakoś wytłumaczyć zapewne - to trzeba było tak postępować od początku historii, a nie już w tej samej walce pojechać z hipokryzją.
I co jest równie "zabawne"... Teraz gdy Hope uciekła, a Spider i Wolvie wyglądają na poważnie rannych, X-Men i Avengers po prostu wrócą do naparzanki, zamiast rzeczowo pogadać o tym co jest grane? Brawo dla Steve'a. Po prostu brawo.
Aha, kolejnym potworkiem na mój gust jest transmisja dziennikarzy. Po jaką cholerę Cap brał ich ze sobą? By pokazać swój idiotyzm?
Rysunki nie przeszkadzały mi w odbiorze "scenariusza" (gdzie poza walką, widzimy tylko scenę z odejściem Wandy, paniką Hope i wstępem do konfrontacji PF i Avengers), więc nad ich oceną mógłbym pomyśleć. Ale po co, skoro każdy pozostały element, czyli powód walki, kretynizm bohaterów podczas walki, chęć zabicia Hope przez Wolvie'ego, ślepa wiara Emmy (!) w to że Hope pozwoli się kontrolować tamtej grupce, czy STRASZNIE pokazana walka nadają się tylko do wrzucenia do równie dobrych komiksów W&X-M? Oczywiście 0/10.
avalonpulse244d%20%5B1600x1200%5D.JPGwolvie111: No cóż. Jest mocno, a nawet ostro, każdy kadr i każdą stronę, mimo że rysowaną przez Romitę ogląda się z zaciekawieniem, napięciem ale czasem - niestety - z lekkim zawodem. No to może od Romity zacznę. Nie jestem jego fanem i tak jak uważam, że tak ważne wydarzenie powinien narysować ktoś inny, o tyle nie mam do niego większych zarzutów przy tym numerze. W sumie to w każdym ważniejszym momencie widać, że się stara, np. Hope w płomieniach wyglądała świetnie. Jednak nie było bez problemów, proporcje momentami były fatalne.
Teraz czas już omówić samą akcję. Zgadzam się z przedmówcą. Wolverine to totalny dupek. Jestem strasznie wnerwiony za każdym razem, gdy czytam, jaki to ze Scotta wariat, jak to Logan próbuje tylko pomóc, a reszta X-Men nie ma racji, gdyż jest w Cyclopsa ślepo wpatrzona. Bullshit! Już widzę, jak wszystko po kolei przekręcane jest na stronę Avengers i aż mnie skręca, a tak szczerze mówiąc, to oni nie mają argumentów. Iron Man wspominał coś w potyczce z Emmą, że "chcą tylko pomóc", że nie chcą aresztować Hope. Hello? Jakoś nie usłyszałem tego w rozmowie Cyclopsa i Kapitana we wcześniejszym numerze. Najgorsze jest to, że takie przeświadczenie wprowadził sam Wolverine. Nagle Luke Cage przeraził się, że na wyspie są przecież dzieci. Tak jakby młodzież z Avengers Academy nie brała udziału w wojnie podczas "Fear Itself".
Ogólnie to podoba mi się, że tak dużo się dzieje. Pełno pojedynków i potyczek. Chciałbym zobaczyć rozwinięcie Magik vs Doctor Strange. Osłabiono X-Men, bo Iron Man znalazł sposób na telepatię Emmy. Ciekawie przedstawia się sytuacja pod wodą. Namor stawia opór dwójce, choć będąc pod wodą ma pewną przewagę (szczerze mówiąc, to na tyle dużą, że normalnie powinien ich rozwalić w chwilę). Na walczące postacie w tle wolę nie patrzeć zbyt szczegółowo. Zarówno ze względu na brzydką kreskę, jak i głupie połączenie. Po kolei widzę Daredevila z Thunderbirdem, z Jeffriesem, a nawet z Magik... denerwuje mnie niewykorzystywanie do końca umiejętności niektórych bohaterów. Na przykład, jak taka super szybka i supersilna Jubilee może na równi pojedynkować się z Black Widow? Jest jeszcze parę głupich błędów. Magma i Sunspot nie dają rady Loganowi, który jeszcze stara się na nich wymusić odpowiedź, gdzie jest Hope?
W końcu widzimy Hope, w płomieniach i z ogromną mocą. Tu kolejny argument dla Mścicieli... pokazanie, że Hope może sobie z Phoenixem nie poradzić, że może ją przerosnąć.
Podsumowując jestem trochę usatysfakcjonowany i trochę zawiedziony. Na pewno zawodzi sama walka obu stron. Mam nadzieję, że to zrekompensują mi w AvX: Versus. Więcej racjonalnego spojrzenia w kolejnym numerze i będzie dobrze.
Dam z 6/10, bo ciężko jest mi dać mniej, skoro tak długo na te wydarzenia czekałem. Niestety większego sensu w tym wszystkim nie ma, mimo to jestem całym sercem za Cyclopsem.
Gamer2002: Trend się utrzymuje i Cyclops jest dupkiem kierującym się mglistą fanatyczną logiką. To najbardziej widać w scenie, w której Cyke pluje jak to Mściciele zawsze mieli ich gdzieś i chcą im mesjasza zabierać, podczas gdy Mściciele komentują, że on szaleńczo naraża dzieci. I Wolvie jeszcze wrzeszczy, że powinni się go słuchać że Summers to wariat.
Cap zaś jest dupkiem pomimo tego, że jest pisany na tego który ma racje. Nawet jeżeli jedynie in continuity jest jedynie Dark Phoenix Saga, kukułki i Emma nigdy nie miały Phoenixa, Rachel nie istnieje i Hope jest jedynym możliwym gospodarzem... Cap marnuje czas, Phoenix bez Hope już w poprzednim numerze rozwalił planetę, a ja nie wiem, co on chce zrobić z Hope.
Ale to on jest dobry i jeszcze proponuje rozejm, a Iron Man zapewnia zaś, że chcą chronić Hope... Dlaczego w poprzednim numerze tego nie powiedzieli? Dlaczego od razu nie przyznał, że on o Phoenix Force nic nie wie? Dlaczego, skoro chce dobra Hope, w pierwszych słowach powiedział by im ją dali i to już, a nie zaproponował wspólnych starań by ją ochronić? Jak Summers jest tępy z wykorzystaniem Phoenixa, to też bym się wkurzył, że Cap chce przejąć sprawę, z którą wcześniej nie miał nic wspólnego.
Walka. Najpierw to co było awesome: MAGNETIC FASTBALL SPECIAL. Ale to by było tyle.
Jeżeli ktoś chce czytać jak młócą się A'vy i X'y, to (co najwyżej) niech sięga po te oddzielne komiksy dedykowane pojedynkom. Strategicznie był tylko rzut Collosusem, to że Tony pomyślał o Frost, a Magik wciągnęła doktora w pułapkę, plus Wolvie wykorzystujący zamieszanie. A ogólnie to dwie drużyny na siebie się rzucają, pojedynki się zaczynają na bokach i już Danger mówi, że upadek Utopi to kwestia czasu. I taki Namor nie pomoże, bo w wodzie Luke Cage to nie jest dla niego problem na jedną chwilę.
Ale jest gorsza rzecz niż power-levele siłaczy. Mamy Storm, która skupia się wyłącznie na mężu, Magneto na Tonym i Pietro, a Cyclops na Capie. Dlaczego? Przecież Magneto może rzucić Helicarrier na Mścicieli, Storm może zabrać ich tornadem, a Cyclops zdjąć wizjer i wszystko sprzątnąć. Tylko jedynie Frost myślała, by wykorzystać moc na szeroką skalę, bo na nią Tony miał kontrę.
A na końcu Wolvie chcący zabić Hope. Zrozumiała reakcja na to co zobaczył, ale nie jeżeli od początku to planował (w końcu ponoć jego misją jest chronienie dzieci) i Cap powinien mu to wygarnąć.
3/10, jeden dobry moment, można czytać by widzieć czemu to od początku było głupie.
Dzizys: Drugi numer kontynuuje absurdy i nielogiczności z pierwszego, a nawet bije je na głowę. Jestem strasznie zawiedziony, bo póki co ten cross prezentuje poziom zerowy. Skala idiotyzmów w dialogach, scenach i narracji sięga zenitu. Moim faworytem na ten numer są głosy zdziwienia Avengers, na czekające ich starcie, a Iron Fist jedzie po krawędzi. "W budynku są dzieci, co czym ten Summers myśli?" Ekhem, a kto przed chwilą zjawił się tam uzbrojony po zęby? Czytając miałem wrażenie, że obcuję z komiksem z lat 60-tych, lub jakąś fanowską robotą. Gdzieś tam przez to wszytko przebija się w dialogach miedzy Capem a Scottem zdrowy rozsądek, ale młócki nie przerwą. W sumie ubawiłem się przy lekturze, ale nie była to rozrywka jakiej oczekiwałem od takiego głośnego eventu. Fakt, że Hope poleciała w siną dal, daje nadzieję na przystopowanie, obgadanie problemu i może jakoś sensownie się to wszystko rozkręci. Nadal mam wiarę.avalonpulse244e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Gil: Hooooooo boy! Od czego by tu zacząć? Już na pierwszej stronie widzimy, że Romita zużył swoje miałkie zapasy talentu na numer poprzedni. Panel na samym dole jest wręcz obrzydliwy i wyznacza średnią całego numeru. Starałem się więc odłączyć rejestrację obrazu i skupić na tekście... i już sam nie wiem, co było gorsze. Spróbujmy więc po kolei, od myślników:
- New Mutants mieszkają w San Francisco, więc skąd nagle wzięli się na adhocowej zbiórce?
- Magnetic fastball special to całkiem niezły pomysł, trzeba to przyznać. Gorzej z wykonaniem.
- Narracja w tym komiksie jest KOSZ-MAR-NA!
- Prawie wszyscy mają głowy większe niż biodra.
- Hepzibah out of friggin’ nowhere.
- Black Panther out of even frigginer nowhere! Przecież on nie przyjął zaproszenia do Avengers, tylko w zamian sprzedał im Storm.
- Loa ma największy łeb ze wszystkich. Surge nie jest już Azjatką.
- Dlaczego, ach dlaczego Emma nie może użyć telepatii na odległość? Nie żeby to 'tele' w nazwie oznaczało 'na odległość'... A potem najgorszy dialog w historii.
- Telewizja nadaje to wszystko na żywo… TELE-%#@&%-WIZJA NADAJE TO WSZYSTKO NA ŻYWO?!?
- Wanda ma wszystko w dupie. Chyba powinienem wziąć przykład.
- Domino się opaliła, Psylocke ma bliznę jak Harry Potter, Wolverine nie używa pazurów bo po co, Daredevil załatwił Magik?
- Storm: "you should’ve told me this was happening". To trzeba było kurde nie wychodzić na samym początku zebrania, durna babo! I że niby co teraz jest między nimi? Gdzie i kiedy to się niby stało?
- Hope to durna gówniara jest. Ale to już wszyscy wiemy.
- Trochę argumentacji: znów Steve wychodzi na tego rozsądnego, a Cyke na buca.
- Cage i Thing walczą z Namorem pod wodą od początku numeru – mi przeczytanie tego zajęło 15 minut, od kiedy oni potrafią oddychać pod wodą?
- Perspektywa ssie aż mlaska.
- Wolvie & Spidey – the new Abbot & Costello. Ale ich pierwszy gag niestety spalony. I ta mina Wolvieka… Buahahahaha!!!
- Hope jest durną gówniarą. Avengers mieli rację, Koniec historii, idźcie do domu.
- W pokoju są jedne drzwi – na jednym panelu są otwarte, na drugim wyważają je Avengers, na trzecim otwierają je X-Men, na czwartym wiszą na jednym zawiasie.
- Beast znów zmienił wygląd. Bez najmniejszego wyjaśnienia od jakiegoś czasu wszyscy rysują go, jakby nie był już kotowaty. Nie wiedziałem, że Valkyrie może sobie latać w kosmosie i nie myślałem, że Carol potrzebuje do tego skafandra?
Podsumowując: brzydkie, gorsze od poprzedniego numeru, dużo gorsze, dialogi są żenujące, narracja przerażająco denna, fabuły tyle co kot wys... napłakał. Przypomina mi wręcz pewien "komiks", który kiedyś pojawił się na naszym forum. O ten. Tym razem 1/10.
Lotar: I co tu napisać? Obiektywnie rzecz ujmując ten numer obnażył wszystkie głupoty, które legły u fundamentów tego eventu. Nie mam już żadnych wątpliwości. Wymyślili ten event na piętnastominutowej posiadówie, po tym jak DC ich zdetronizowało. Kompletnie nic nie trzyma się kupy, a bijatyka na plaży przerodziła się w jakąś dziwaczną groteskę. Za co ci redaktorzy biorą kasę? Jak w jednym komiksie Avengers mogą atakować wyspę, a w drugim znaleźć się tam przez atak Colossusa? I gdzie podziały się te magiczne urządzonka, którymi straszyli w 1 numerze? Mam nadzieję, że tendencja co do spadku jakości rysunków nie utrzyma się, bo boję się pomyśleć jak będą wyglądały w ostatnim numerze.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przeczytałem ten numer bez grymasu obrzydzenia na twarzy, co nie najlepiej o mnie świadczy. Ba, nie zraziłem się i czekam na dalsze numery. Wybaczę Marvelowi wiele, jeśli X-Men wygrają. Wiem, naiwniaczek ze mnie.
Wilsonon: Żenujące. Odkąd z Marvela odszedł Quesada wszyscy zaczynają idiocieć.
Idota 1: Pan Flaga - Phoenix Force widział tylko na obrazkach, siłą próbuje odebrać przyszłego hosta, nawet nie próbuje uzyskać pomocy od sporej grupy doświadczonych osób żyjących lata z poprzednim gospodarzem. Plan ma dobry: wysłać przyszłego hosta w kosmos i niech tam się z nim połączy, ale zamiast wysłać z nią bandę pseudospecjalistów niech wyśle X-Men.
Idiota 2: Cyklop - świetny taktyk, a pozwala latać z metalową tarczą głównemu dowodzącemu armii przeciwnej, jego łączność telepatyczna biega sobie po polu bitwy, mając po swojej stronie ludzi walczących na długi, średni i bliski zasięg rzuca ich wszystkich w jednej kupie do walki na pięści!
Idiota 3: Magnes - czemu nie pozbawił na wstępie wszystkich przeciwników metalowych elementów? Nawet wyrwanie klamry od paska czy metalowego zamka błyskawicznego lub guzików spowoduje, że dana osoba będzie musiała trzymać swoje gacie i będzie miała zajęte ręce. Och! I nie wspomnę o latającej nad Utopią kupie żelastwa, z której wyskakują Mściciele.
Idioci 4: Cała reszta - "Mam supermoce, ale trzepnę go z piąchy!".
Idiota 5: Aaron - zero logiki!
Romita jak to Romita, aby jego rysunki się podobały to musi on byc w wysokiej formie, inaczej są brzydkie.
Nie mogę się doczekać Hickmana, on jedyny piszę z jakimkolwiek sensem.
Łukasz: Poszatkowanie akcji to główny mankament tego numeru. Wydawnictwo doszło do przekonania, że warto wydoić z fanów każdą sumę jaką się tylko da. Czytaj: w głównej serii eventu pokazać tylko początek danego starcia, a po coś więcej, czyli dokładniejsze pokazanie pojedynków między dwoma stronami konfliktu, odesłać do kilku innych serii. A sam numer to w większości przeskakiwanie z jednego wątku do drugiego, tu sobie pogadali, tu sobie dali w twarz. Działo się sporo, ale nic z tego w sumie nie wynikło. Postacie, które powinny zaprezentować swoją ogromną potęgę w walce, zamiast pokazać, na co je stać, wolały podjąć walkę wręcz. Na jednym z kadrów tego numeru, ujrzałem coś co tylko potwierdziło moje wcześniejsze przypuszczenia odnośnie zakończenia całego eventu. Widać ogromną różnicę między tym a poprzednim numerem. Aaron zabrał klawiaturę Bendisowi i zaczął tworzyć swój kawałek tej historii. Kawałek, który nie jest zbyt wysokich lotów. Jedynym momentem, który mi się naprawdę podobał, to była ostatnia strona, na której bohaterowie stanęli przed głównym zagrożeniem, którego potęga jest na ostatnim kadrze wręcz odczuwalna.
Xavier83: Widzę, że komiks ten wywołał prawdziwą burzę wśród forumowiczów.
Ja dalej czuję się jak w szkole średniej czekając na następny miesiąc przygód mutantów, a w tym przypadku i Avengers. Odkładam na bok wszystko co bez sensu i muszę przyznać, że dalej sprawia mi to frajdę. Magnetic Fastball Special - bezcenne, sojusz niczym w Fatalnych Oddziaływaniach, ale po słusznej stronie. "Take the beach" versus "Drive them back into the sea": urocze. Emma versus przewidujący Stark: bardzo mnie ucieszyło. Samo starcie Magneto z Iron Manem, okraszone pokazaniem w telewizji jest tym, czego mi brakowało. Ciekawe, po której stronie media będą w kolejnych rozdziałach. Trochę zdziwiła mnie postawa Pietro, bo po Krucjacie nie wiedziałem, że aż tak od tatusia chce się odciąć. Sennik Wandy był fajnym urozmaiceniem i wskazówką na przyszłość. Większość pozostałych walk nie była czymś co bardzo mnie zniechęca do czytania kolejnych odsłon. Kapitan Ameryka Faszystą - Cyclops zapunktował u mnie bardzo, a Kapitanek dalej nie potrafi pojąć, że nie ma racji. Tekst o zdrajcy Loganie od Sunspota przejdzie do historii. Zgadzam się też z Gilem (po przeczytaniu tego komiksu 3 razy), że Wolverine nie miał raczej w pierwszej wersji egzekucji Hope, dopiero gdy zobaczył co zrobiła uznał, że nie ma wyjścia. Logan dostał to, na co zasłużył, a ucieczka Hope jest ciekawym zwrotem akcji. Natomiast ostatnia strona jest tym, co zachęca jeszcze bardziej, by sięgnąć po następny numer, a zdanie "Stand fast, my friends... today is as good a day as any to die" na tle Ognistego Ptaka fajnie wyszło, choć dalej jest to misja samobójcza dla mnie. Pomijając wszystkie mankamenty wymienione przez forumowiczów daję solidne 6/10 za radość i powrót do przeszłości, z zachowaniem obecnych realiów Marvel Universe.
BTW:. czekam tylko na powrót Bishopa by zaczął się chwalić, jak to on miał rację.

avalonpulse0246b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs. X-Men #3
Hotaru: Nie spodziewałem się, że to powiem, ale jestem pozytywnie zaskoczony tym numerem. Sam nie wiem, jak to się stało. W mojej pamięci Ed Brubaker nigdy nie popisał się podczas pisania historii zespołowych, a John Romita Jr. jest... no wiecie - sobą. Pierwsza połowa numeru jest tak dobra, że kiepska druga część nie zdołała jej zepsuć. Cieszę się, że Magik wytarła Strange'em podłogę, i że Rachel jest jednak lojalna wobec ojca. Najbardziej kiepską sceną jest starcie pewnego blond buca z pewnym bucem brunetem, ale - jak wspomniałem - nie dominuje to nad zeszytem. Aha, i Romita nie zepsuł tyle, ile by mógł. Następny numer pisze Hickman - czy to oznacza, że będzie jeszcze lepiej?
Krzycer: Początek - do ucieczki X-Men - wypadł dobrze. Podobała mi się też podwójna gra Rachel (to logiczne, że padło akurat na nią). Podział Avengers na zespoły wydaje mi się dziwny... Spider-Man i Spider-Woman sami w Latverii? Idiotyczne - jak wpadną na Dooma to po nich, poza tym żadne z nich nie ma umiejętności, które mogłyby pomóc znaleźć Hope (niby Jessica była kiedyś prywatnym detektywem, ale jakoś nie widzę, żeby te poszukiwania miały z tego skorzystać).
Potem konfrontacja Capa z Wolverine'em. Wypada nieźle i kończy się - znowu padnie słowo klucz - logicznie (poza detalem z przecinaniem pasków bez muśnięcia ręki). Ale samo to, jak została wywołana... Rogers ni z tego ni z owego rąbie Logana w twarz? To do niego niepodobne. A jeśli to wszystko były elementy genialnego planu to wystarczyłoby go wypchnąć na samym początku i oszczędzić sobie wysiłku.
Ale poza tym to faktycznie najlepszy jak dotąd numer. Najmniej rzeczy do czepiania się. I do tego albo ja się zaczynam przyzwyczajać, albo JRJR się poprawia - niektóre kadry mi się spodobały (głównie te z Hope).
Wilsonon: Uf! Dobrze, że zbyt dużo walki nie było, przez co uniknięto nielogicznych sytuacji. Bałem się, że skoro pisał to Brubaker, to kiepsko będzie wyglądała praca zespołowa poszczególnych teamów, ale na szczęście do tego nie doszło. Cyclops w końcu zaczyna myśleć i zyskuje na czasie w pościgu za Hope. Cap dalej szerzy swoją hegemonie i nieomylność, co jest strasznie wkurzające. Mam nadzieję, że go ktoś zabije czy coś.
Jedyne, co w walce Wolvie vs. Cap mi się nie podobało, to sytuacja z przecięciem pasków tarczy. Powinien przy okazji rozorać mu rękę.
Hah, Cap ma opory przed zabiciem nastolatki będącej zagrożeniem dla wszechświata, ale wywalenie gościa z samolotu lecącego z prędkością kilku machów już nie. Ach, ci hipokryci. Widać spotkanie z Annihilators niczego nie nauczyło tego starego capa.
Lotar: Ed wziął się za pisanie i od razu dostaliśmy najlepszy numer. Dodatkowo ekipa odpowiedzialna za rysunki postanowiła nie być gorsza i dorównała poziomem grafiki. Cyclops fajnie wyrolował buca, który musiał wszystko odreagować na Loganie, który w tym numerze już mnie tak nie wnerwiał i ma u mnie plusa za obicie gęby Rogersowi. Rosomak działający na własną rękę, mający przeciwko sobie wszystkich, to o wiele ciekawsza postać niż Rosomak na pasku Kapitan Ameryki. Ciekawe, kto z jego własnej ekipy go jeszcze wystawi.
wolvie111: No już nie mogłem się doczekać, kiedy Wolverine odłączy się od Capa, bo tylko to może uratować tę postać. Teraz będzie podążał samotnie, a co z tego będzie to zobaczymy. Było mało walki w tym numerze, a jak na razie mniej walki oznacza lepszy numer. Podobało mi się to, że Magik skopała tyłek Doctora Strange'a... przynajmniej ona nie dała ciała, ale z drugiej strony może oznaczać to jego ostateczny triumf przy drugim spotkaniu. Brakowało mi jakiegokolwiek pociągnięcia sprawy małżeństwa Storm i Black Panthera. Zostaje to całkiem ominięte. Trochę zbyt łatwo dali się wykiwać Mściciele z tą ucieczką X-Men i w sumie to czemu Magik zabrała tak małą grupę ze sobą. Wiem, że dzieciaki trafiły do Avengers Academy, ale co z takimi New Mutants albo Psylocke, czy Dazzler, która ma na Utopii rolę ich mentorki?
Bardzo na plus wypada podwójna gra Rachel. Widzę, że będzie miała w tym evencie ważniejszą rolę, niż tylko nieprzytomnej, byłej nosicielki Phoenix Force. Mam nadzieję, że reszta szkoły wreszcie się dołączy do akcji. Scena walki Wolverine'a i Kapitana Ameryki wygląda średnio, za to sam jej rezultat całkiem zadowalający.
Graficznie w sumie niby nie najgorzej i wiem, że to co oglądam to Romita u szczytów możliwości, ale i tak odliczam czas kiedy rysunkami do AvX zajmie się ktoś inny. Po prostu nie mogę do niego przywyknąć i choć czasem coś mu wyjdzie, to przez większość numeru psuje mi odbiór... Ogólnie to chyba najlepszy numer z AvX, ale mimo to nie dam więcej niż 7/10.avalonpulse0246c%20%5B1600x1200%5D.JPG
EndrjuSzopen: Podszedłem do tego eventu jako człowiek, który z Marvela orientuje się tylko w Spider-Manie i tylko z nim komiksy czyta (abstrahując już od poziomu jaki reprezentuje taki TASM). Miałem nadzieję, że wprowadzi mnie trochę w Avengers i X-Men, żeby po nim zapoznać się szerzej z uniwersum Marvela i póki co wiem trochę więcej, niż wiedziałem - i to daję jako plus tej serii.
Może też dlatego, iż nie znałem się prawie w ogóle na obu stronach konfliktu, daje mi inne spojrzenie na cały event, który bardzo mi się podoba. Tzn. nie ma szału macicy i póki co niczego za bardzo nie urywa; ten numer nawet trochę zgasił moje zaangażowanie w tą serię, ale rozwija ciekawie różne wątki mogące mieć duży wpływ na całość - np. najbardziej wyeksponowany dotyczący Wolverine'a. Czekajmy na ciąg dalszy, jeszcze tyle numerów do końca, jeszcze tyle może się zdarzyć...
Gil: Zadziwiające, ile może zdziałać wymiana scenarzysty. Wiem, że nie raz narzekałem na Brubakera, zwłaszcza w tytułach drużynowych, ale zawsze doceniałem jego warsztat. I tutaj właśnie on ratuje sytuację. Pierwszy numer był efekciarski, drugi debilny, a trzeci wreszcie dało się czytać bez chęci sięgnięcia po mocniejszy środek przeciwbólowy. Owszem, niektóre zagrania są mierne, ale za to odpowiada już twórczy kolektyw – Ed musiał sobie poradzić z tym jednym numerem i dał radę. W końcu dali sobie spokój z tą bezsensowną bijatyką i już to jest wielkim plusem. Podejrzewam, że jednak ten stan rzeczy długo się nie utrzyma, zwłaszcza gdy fabuła zmierza w stronę konsolowej bijatyki tag team z użyciem najbardziej oczywistych lokalizacji. Mam wrażenie, że jest to pisane nie tylko pod miniserię VS, ale też z myślą o jakiejś grze, która pewnie pojawi się po zamknięciu eventu. Druga głupota, jaka uderzyła mnie w tym numerze, to wyrzucenie Logana z samolotu. Każdy przecież wie, że to go z gry nie wyeliminuje, więc przewiduję jakiś niezwykle istotny dla fabuły zbieg okoliczności w najbliższej przyszłości. Rzecz trzecia: właściwie wszystkie sceny z X-Men. Cyclops jest już przekozaczony do przesady z tą gotowością na wszystko, a ten przystanek w magazynie był po prostu durny i niepotrzebny. Poza wspomnianymi elementami jestem w stanie przełknąć resztę bez większego bólu. I nawet muszę przyznać, że Romita znów miał parę lepszych momentów, chociaż większość numeru to jego standard, a i parę wyjątkowych brzydactw się znalazło. Zaczynam podejrzewać, że mu inker pomaga miejscami. Innymi słowy, jest to najlepszy z trzech dotychczasowych numerów serii i da się go przyswoić, ale nadal nie znalazłem ani jednego punktu fabuły, który mógłbym pochwalić – jest po prostu mniej minusów, ale plusów nadal brakuje. Dlatego ocenię go na 3/10.
Gamer2002: Lepszy od 2 poprzednich numerów, choć urok crossovera taki, że muszę sięgnąć po jakiś komiks, by zobaczyć, co Cyclops powiedział światu, że związał ręce Capa.
Podoba mi się ucieczka X-Men, to że Iron Man zaczyna wypominać Capowi, że ten zachowuje się jak on w Civil War, oraz że Cap wkurzył się na Logana, który w miarę wyjaśnił swoje pobudki. Choć to, jak Cap z ni gruchy ni pietruchy go walnął - to było głupie. No, ale Wolvie dostał to na co zasłużył, za nasyłanie dwóch drużyn na siebie. Taka karma.
O, scenarzyści jednak pamiętają o Rachel. Tylko dlaczego wcześniej z nią się nie skonsultowano w sprawie Phoenix Force?
Choć w sumie jest to 23 stron "musimy coś zrobić!" i takiej sobie młócki pomiędzy Capem i Wolvie'em. Nie dziwota, że potrzebują 12 zeszytów + multum innych, by opowiedzieć tą jedną historię. 5/10, może być.
Łukasz: Połowa pierwszego aktu nowego eventu za nami, akcji było w nim sporo. Zmiana scenarzysty to ogromny skok jakościowy względem poprzedniego numeru. Ba, nawet rysownikowi to się udzieliło, dzięki temu ujrzeliśmy pełne emocji, wypełnione bardzo dynamicznymi i przepełnionymi emocjami kadry, które pokazują pojedynek między pierwszym harcerzykiem USA a mutantem wychowanym w dzikich ostępach, który wybuchł ni z gruchy ni z pietruchy. Bo nadal nie rozumiem motywacji Rogersa by zaatakować Logana, nie mając do tego żadnych konkretnych powodów. Reszta numeru to rozstawienie pionków na szachownicy wydarzeń, czyli ruchy taktyczne tak ze strony Mścicieli, jak i X-Men. Mamy także wgląd na to, co porabiał Mesjasz Mutantów po tym jak ostatnio opuścił Utopię. Najbardziej (nie tylko mnie, sądząc po wypowiedziach innych forumowiczów) denerwuje zachowanie Logana. Nie wiem, czemu tak usilnie pragnie śmierci rudowłosej nastolatki. Chyba jedyny słuszny powód, to ten by nie została ona kolejną po Jean Grey osobą, której moc Feniksa zniszczyła życie oraz zagroziła jej bliskim oraz planecie na której żyje. Ale dlaczego robi to w pojedynkę? Przecież wie, że nie ma szans w starciu z tak ogromną potęgą, która w ciągu kilku sekund potrafi unicestwić miliardy istnień. Zachowanie tego bohatera uważam za idiotyczne pod każdym względem, zapewne za kilka numerów wyskoczy w najmniej spodziewanym momencie niczym diabeł z pudełka i zrobi spore zamieszanie. Denerwuje mnie, że w tym numerze nie ujrzeliśmy kluczowego momentu fabuły, czyli sytuacji w której doszło do poddania się jednej ze stron konfliktu, tylko dowiedzieliśmy się, co zaszło z ust m.in Spider-Mana. Wydawca pewnie uraczy nas szerszym pokazaniem owego momentu w jednym z nadchodzących tie-inów. Numer o wiele ciekawszy niż poprzedni, akcja bardzo posunęła się do przodu. Sądziłem, że nadal będziemy świadkami bijatyki między superbohaterami a ludźmi obdarzonymi genem X, a tu niespodzianka. Akcja w pierwszej połowie nieco zwalnia, przychodzi czas podejmowania decyzji, oraz ucieczki z placu boju. Mamy też podwójnego agenta, którego takie zachowanie mogę w pełni przyjąć do wiadomości, skoro zależy mu na obu stronach konfliktu. Jak na razie ten cały pojedynkowy event to sinusoida pod względem scenariusza i rysunków. Pierwszy numer był dobry, drugi słaby, a obecny znów dobry. Mam nadzieję, że kolejne odsłony bardzo szeroko rozreklamowanego przez Marvel wydarzenia będą tylko lepsze. Panie Hickman liczę na pana, a może nawet Fraction mnie zaskoczy? Kto wie... Ocena to zawyżone nieco 7/10.

Avengers Vs. X-Men #4
Hotaru: Mam dziwne uczucie, że ten event się strasznie ślamazarzy. Zastanawiam się, co istotnego wydarzyło się w tych czterech numerach i dochodzę do wniosku, że - poza samym zawiązaniem akcji - kompletnie nic. Avengers i X-Men obijają sobie pyski. Miały stać za tym jakieś emocje, a tymczasem walki są równie puste, jak w tie-inie AvX: Versus, reklamowanym hasłem "0% fabuły, 100% rozwałki". Brak jest emocjonalnego szkieletu, jądra historii, osobistych tragedii. Kiedy operujemy na poziomie przetrwania planety lub przetrwania gatunku, powiedzenie przypisywane Stalinowi zaczyna obowiązywać: "Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka". Niestety, na razie ten event to czysta statystyka, coś, co w ogóle mnie nie porywa.
Krzycer: Pierwsze co mi się nie spodobało, to Logan w futrze po zagrożonym niedźwiadku. Pal sześć, że to nie ten biegun (choć chciałbym zobaczyć Wolverine'a w kostiumie z wypatroszonych pingwinów) - Logan może sobie mordować ludzi setkami, ale od niedźwiadków wara!
Drugie co mi się nie spodobało - choć to bardziej zarzut do konstrukcji eventu - to pokazanie, że te wycieczki po świecie nie mają sensu. Bo przeczytawszy to wiem już, że sięganie po tie-iny nie ma sensu, bo będą się tam tylko okładać po mordach i nic z tego nie wyniknie.
Trzecie co mi się nie spodobało to bucowaty Wolverine. Mam nadzieję, że przed końcem eventu Hope go jeszcze raz przysmaży.
A co mi się w takim razie spodobało? Dialogi Hickmana czyta się lepiej niż te pozostałych autorów pracujących przy tej miniserii. Polowanie na Logana przy pomocy piwa - strasznie to naiwne, ale ubawiło mnie. No i to, co się dzieje na Księżycu też było w porządku.
Tylko... Błękitną strefę na Księżycu zrobili Skrullowie? Byłem przekonany, że w innym komiksie czytałem na ten temat co innego, ale już nie pamiętam co.
Ogólnie: nieźle, choć cały event jak dotąd w dalszym ciągu oceniam na wymuszoną trójkę z minusem.
avalonpulse0248c%20%5B1600x1200%5D.JPGVolf: To, że Wolverine dał się przekonać rudzielcowi wydało mi się cholernie naiwne, więc dobrze, że ostatecznie okazało się, że miał on plan - przy okazji którego notabene znowu wyszedł na buca. A poza tym numer zapchany był scenami walk wypełniającymi miejsce przed przewidywalną kulminacją pierwszego aktu. Fabularnie jest więc bez szału. Romita wciąż w świetnej formie, czyli daje radę rysować tak, żeby nie odrzucało od komiksu.
Lotar: Chyba najsłabszy z dotychczasowych numerów. Wypchany tym co się dzieje w innych seriach i mało ekscytujący. Logan z Rogersem dopiero co lali się po pyskach, a tu już sobie jedzą z pyszczków. Wolverine nie mógł załatwić Hope jak spała? Nagle mu przeszło? Najlepiej czytało mi się teksty Eda. Powinien pisać cały event. Szkoda miśka. Wywalić redaktorów i obniżyć cenę komiksu.
Gil: Nie mogę zrozumieć dwóch rzeczy: Po pierwsze – Romita Junior. Na kilku panelach w tym zeszycie pokazał, że potrafi narysować bardzo ładną kobiecą twarz, z dbałością o szczegóły i w ogóle, aż chce się chwalić. Mimo tego 80% pozostałych paneli to kaszanka tym większa, im więcej akcji powinno się na panelu znaleźć. Poziom kaszany po prostu rośnie drastycznie w scenach walk i zbiorówkach. Skoro więc potrafi rysować, dlaczego bazgrze? Po drugie: Hickman. Angażują w pracę nad eventem jednego z najzdolniejszych scenarzystów i dają mu do napisania numer, w którym praktycznie nie ma treści, tylko zlepianie w całość wydarzeń z tie-inów w wielki skrót. Nie ma tu pola do popisu, a jednak udało mu się przemycić parę drobnych smaczków, które traktuję jako przymrużenie oka. Fabuła niby skacze naprzód, ale tak naprawdę nic się nie dzieje. Po prostu hop-siup. Nie ma właściwie czego oceniać, bo tylko na początku i na końcu dzieje się co nieco, a reszta to scenki rodzajowe plus narracja. Plus, kolejny raz widać, że scenarzyści nie rozmawiają ze sobą, bo ekipy obecne w poszczególnych lokacjach tutaj i w innych tie-inach znacznie się różnią. Ale niech będzie, że za te kilka małych plusów i brak wielkich minusów wycisnę 3/10.
EndrjuSzopen: Wolverine nagle zmienił zdanie, Tony Stark jest w stanie budować mechaniczne coś, żeby zniszczyć Phoenix, Hope złapana w pułapkę... Kolejny numer eventu i coraz bardziej uderza mnie to, że niewiele się podczas niego dzieje - owszem, próbuje zrobić się zwroty akcji, ale nie emocjonują one tak jak na duży event przystało. Nie uważam jednak, że jest źle - może dlatego, iż nie byłem wcześniej czytelnikiem żadnej serii związanej z obiema grupami, a może też dlatego, że czytam komiksy na bieżąco ledwo od roku i jestem nastawiony do nich zbyt pozytywnie. Czekam na dalszy ciąg.
Łukasz: Zacznę od stwierdzenia faktu, że fabuła ostatniej części pierwszego aktu jest tak dziurawa jak przetak u mnie w stodole. Akcja przeskakuje od jednej lokacji do drugiej, a cały event coraz mniej mnie interesuje, bo cała przyjemność z jego lektury znika gdzieś po drodze, w sporym gąszczu tie-inów, których połowa jest jedynie zapychaczami. Jedynym jasnym punktem jaki znalazłem, jest duży skok jakości rysunków Johna Romity Juniora!
Gamer2002: Piwna pułapka, dobre. Właściwie rozmowa Wolvie'ego z Hope i spotkanie na Księżycu to jedyne, co tu się dzieje. Poza tym, bezcelowe zapowiedzi bezcelowych walk w bezcelowych tie-inach bezcelowego eventu.
I oni sobie za to około 15 złotych sobie liczą? Za te pieniądze swego czasu można było kupić sobie 3 komiksy Mandragory zawierające po 2 takie numery.
Podwalina tego eventu, House of M, nie było może najlepszą historią z możliwych, ale w jednym numerze jasno postawiono problem, w jednym wprowadono w świat HoM, a w dwóch kolejnych zebrano już skład do bitki. Po tym był jeden numer na utłuczenie Magneto, a po tym Quicksilvera, i jeden na konsekwencje zdarzeń. Wszystko było jasne po przeczytaniu głównej serii, a jeśli chciałeś zobaczyć jak radzi sobie Spider-Man w HoM, czytałeś po to Spider-Man HoM (nawet jeżeli continuity nieco szwankowało, ale mniejsza o to).
Ten cross jest okropnie zrealizowany. Zabawa Team A vs Team X w bezpolotowego tłuczonego to nie historia na 12 zeszytów, nie powinniśmy być dalej niż w drugim numerze. Tym bardziej, że jeżeli chcę wiedzieć, co planował Beast na Phoenix Force, co powiedział Cyclops światu, czemu ludzie z X-Men Wolverine'a dołączają do Cyke'a i jak wyglądają starcia w tym całym crossie, czyli w sumie z połowę wydarzeń eventu, muszę sięgać po jeszcze inne zeszyty.
3/10, może zeszyty aż taki tragiczny nie jest, ale niewiele się dzieje...avalonpulse0251b%20%5B1600x1200%5D.JPG

Avengers Vs. X-Men #5
Hotaru: Muszę oddać Marvelowi sprawiedliwość - zakończenie pierwszego aktu eventu było szokujące. Już teraz chciałbym doprecyzować, że szokująco głupiutkie, ale tego nie zrobię. Istnieje minimalne prawdopodobieństwo, że stoi za tym jakiś sensowny pomysł, którego jeszcze nie widać, więc poczekam jeszcze numer. Rysować zacznie Coipel, więc chociaż oprawa graficzna w końcu będzie reprezentować jakiś poziom... no, może poza czerwonymi stringami Cyclopsa, które widzieliśmy w zwiastunach.
Krzycer: No co tu jeszcze można dodać? W tym numerze event z marnej namiastki "Civil War" zamienił się w namiastkę "Fear Itself". Jest aż tak źle. Sytuacja jest do odratowania - każde rozwiązanie poza "wszyscy jednoczą się, by powstrzymać opętanych X-Men" będzie lepsze - ale w tym momencie wyzbywam się wszelkich oczekiwań, bo to chyba jedyny sposób, by nie walić głową w mur przy lekturze kolejnego numeru. Źle się dzieje.
Ok, jak już ochłonąłem po tym, że X-Men mają teraz ptaszka, to wypada przyznać, że skupienie numeru na Hope i jej perspektywie pozwala przejąć się jej losem. Biorąc pod uwagę, jak bardzo po łebkach główna seria traktowała dotąd wszystkie postaci - to zaleta. Ale i tak mam same złe przeczucia co do kolejnych numerów.
Gamer2002: <śmiech zdechłej kaczuchy> Everybody is Phoenix!
... Co mogę jeszcze napisać? Iron Man lata w mechu zaprojektowanym przez doktora Eggmana. Wolvie jak już miał zabić Hope, na jej prośbę, idiotycznie rzucił się na Summersa, po tym jak on go raz postrzelił. Nie mógł dać reszcie się nim zająć? Cyclops teraz to kosmiczny hipokryta, bo wbrew życzeniu Hope, chciał by połączyła się z Phoenixem. Dowiadujemy się, że Charles nagle bierze w tym udział, ale i tak jest w jednej z zepchniętych na boki świata walce. Wanda, która ponoć miała być obok Hope główną postacią eventu otrzymuje kolejny panel, chyba to już czwarty. Rysunki nadal brzydkie.
A na temat głównego twistu numeru... Obstawiam, że Mściciele staną się teraz Iron Fistami, bo on też ma gdzieś być ważny. Emma już wcześniej była połączona z Phoenix Force, po kij projektowali jej taki kretyński kostium? Ale ogólnie potwierdziło się, że w Marvelu pracują sami idioci. Doskonale wiedzą o żartach "everybody is", a raczej powinni o tym wiedzieć by nie wystawiać się na pośmiewisko. Mam gdzieś grobowy patos w narracji Hope, nie biorę tego na poważnie.
Bzdurna młócka, by na końcu nastąpił plot-twist, którym Marvel sam sobie strzela w stopę. 2/10.
wolvie111: Czyli to już raczej pewne: X-Men są tymi złymi w tej rozgrywce, a Avengers prędzej, czy później wyjdą z tego obronną ręką. Bardzo przykra sprawa dla takiego fana Mutantów jak ja. Słowa Cyclopsa: "Nie ma jutra... Nie możecie nawet próbować nas powstrzymać" mówią same za siebie. I co, teraz Phoenix weszła w tą piątkę? Błagam, czyj to pomysł? Niech to się jakoś ciekawie rozwinie, bo inaczej ten "najważniejszy event w świecie Marvela" okaże się klapą. Zrobiono X-Men tak złymi, jak to tylko możliwe.
Osobna kwestia to strona graficzna. Oczywiście, że będę się czepiał, bo całe te wydarzenia wyglądają po prostu okropnie. Robot Iron Mana - jak zabawka Transformers dla dzieci (mega nowoczesna technologia), te bijatyki (oni wciąż biegną na siebie, łeb w łeb, a Hope wybucha energią w tej samej pozie). Może dla niektórych to nieistotne, ale naprawdę uważam, że jakość rysunków Romity obniża wartość tego komiksu... i to bardzo. Wszystko to, narysowane choć trochę inaczej mogłoby mnie przekonać. Już, gdy zobaczyłem zapowiedź okładki na następny numer (X-Men jako awatary Phoenix Force) uwierzyłem, że to może nie będzie aż tak głupi pomysł, bo chociaż wyglądało w miarę poważnie.
Swoją drogą, nie wiem do czego to wszystko zmierza. Pokazano zbliżających się do Ziemi X-Men jako zagrożenie, więc pewnie zaraz na scenę wkroczy Wandzia, skopie im tyłki i odkupi grzechy za "House of M", ratując świat. Będzie przynajmniej podobnie, sorry ale do mnie to nie przemawia i liczyłem na coś więcej od tej "wielkiej" historii.
Zaraz nawet Hope poczuje się jak zakładniczka X-Men i stanie po stronie Mścicieli. A na to, że Emma powiedziała coś jak: "Ten świat może być ocalony", wielki Kapitan Ameryka nawet nie zwrócił uwagi. Co tam, ważne, że "straszne głosy nic nie zmienią, a Hope i tak idzie z nami".
EndrjuSzopen: OK, to nie było najlepsze. Tzn. miał to być teoretycznie wstrząsający koniec pierwszego aktu, a tak naprawdę zrobiło się trochę dziwnie i nie do końca logicznie. Tak jak wiadomo, że świat komiksów trzeba brać z przymrużeniem oka, to często zdarzenia w nich przedstawione są w miarę logiczne biorąc pod uwagę otoczkę w jakiej te historie się obracają. Natomiast tutaj... Iron Man zbudował coś czym zmusił Phoenix Force do połączenia się z kilkoma X-Manami naraz...? Ale że niby jak on tego dokonał i czemu i o co w ogóle chodzi? Tak samo ten cliffhanger, że wszyscy X-Men to Phoenix... Jak dla mnie to po prostu nie trzyma się kupy i nie wiem, co to miałoby oznaczać dla tej całej historii. Zostało jeszcze siedem numerów i jeszcze niejedną taką rzecz scenarzyści mogą nam zaserwować...
Volf: Numer sam w sobie nie jest taki zły (albo inaczej - nie jest gorszy od poprzednich), tylko jego finał pozostawia autentyczny niesmak i zażenowanie. Kilka lat temu, gdy wchodziłem w świat Marvela przy okazji "Civil War", tym, co zrobiło na mnie wtedy wrażenie, była dorosłość tych komiksów - to były naprawdę poważne historie osadzone w niezwykłym świecie. Gdybym teraz spróbował wejść w świat komiksów, to prawdopodobnie dzięki AvX odbiłbym się od niego z hukiem.
zedicus: A mnie tam się podobało. Cały event jest od początku durny, a walki żenujące, więc do tej pory raczej wszystko kartkowałem, jednak takiego obrotu spraw się nie spodziewałem. Jak na razie jest fajnie, nowe stroje są ciekawe, Colossus znów ma włosy, jestem bardzo ciekawy co będzie dalej. Spodziewam się elseworlda a'la HoM, a potem wszystko wróci do normy. Kto wie, może tym razem mutanci powrócą i Marvel zatoczy koło? Nie mam żadnych oczekiwań co do tego eventu, ale zapowiada się, że drugi akt będzie przyjemną, odmóżdżającą lekturą. I chyba o to chodzi?
avalonpulse0251c%20%5B1600x1200%5D.JPGGil: Nie spodziewałem się takiego rozwoju wypadków. I bardzo dobrze się z tym czuję, bo gdybym to przewidział, oznaczałoby to, że wpadłem na ten sam skrajnie durny pomysł, co twórcy tego czegoś. No, ale po kolei. Początek wygląda nawet nieźle i potwierdza, że wszystkie obawy Logana były uzasadnione. To plus. Przynajmniej on w tej historii zachowywał się jakby był sobą i ufając instynktom zmierzał do najprostszego rozwiązania. Potem znów się tłuką i bełkoczą, Tosiek próbuje zamknąć ptaszka w klatce, ale tylko go wkurza. I tu dochodzimy do najgłupszego pomysłu eventu. Jak mówi stare przysłowie komiksowych twórców: jeśli nie możesz do tego dołożyć cycków, sklonuj to. Tak więc kończymy rewelacją, że Phoenix się połączyła z całą bandą Cyclopsa i teraz jest jedna w pięciu osobach. A kiedy świecące typy ogłaszają ponurym głosem, że lecą zbawiać świat, tutaj właśnie rysuję granicę. Bo widzicie, cała idea X-Men zaczęła się od tego, że będąc mniejszością, bronili świata, który bał się ich i nienawidził. W tym momencie dają mu wszelkie ku temu powody i z obrońców zmieniają się w agresorów – stają się swoją własną antytezą i ostatecznie przestają być X-Men. Od tej pory, naśladowców Cyclopsa będę więc tytułował per Cyc-Men. Albo, jak dotąd: bandą bełkoczących maniaków. Podejrzewam, że w niedalekim czasie coś pójdzie nie tak, potem się ockną i będą próbowali zrehabilitować, ale jak dla mnie nic z tego. Summers i jego Cyc-Men mogą stanąć w szeregu maniaków obok Strykera i jego Purifires. W dodatku Piotr jest teraz Collophoenixnautem? Overkill much, anyone? Natomiast z innych wydarzeń (nie)godnych uwagi: kosmiczni Avengers pojawiają się bez Noh-Varra (zakłady, kto odwali kitę uważam za zamknięte), pojawia się też Xavier i Wandzia (oboje po jednym panelu), a dynamika walk jest tak kiepska, że już mój kaktus ma większą. Ale dobra, za w miarę przyzwoity początek zdobędę się na ocenę 3/10.
Arachnid: Muszę przyznać, że zakończenie numeru było dla mnie bardzo zaskakujące. Niestety nie jest to zaleta tego numeru, gdyż moje zaskoczenie wiąże się z silnym zażenowaniem. Zamiast jednej nosicielki Phoenix Force mamy teraz całą piątkę w kretyńskich wdziankach. Strach pomyśleć, jaka będzie odpowiedź Avengers. Wszyscy otrzymają moc Iron Fista lub moc Scarlet Witch? A skoro już o niej mowa, to jak na kogoś kto miał być jedną z głównych postaci tego eventu, to strasznie jej mało. Pewnie później odegra jakąś konkretniejszą rolę. Strach pomyśleć jaką, ale o to będziemy martwić się później. Nowej zabawki Iron Mana wolałbym nie komentować. Ogólnie jest słabiutko, ale mam nadzieję, że da radę to poprawić.
Łukasz: Co tu można dobrego napisać o tym numerze? Będzie trudno, ale spróbujmy. Najlepszą częścią (obok wątpliwej jakości scenariusza) jest warstwa graficzna, gdzie Romita pokazuje, że jak chce to potrafi. Jedyne, co mu nie wyszło, to kadr z nowym składem Phoenix Rangers. Scenariusz przypomina mi jeden z odcinków właśnie tego serialu, którego to oglądanie w niedzielne poranki - choć dawno temu - dobrze jeszcze pamiętam.

avalonpulse0253c%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs. X-Men #6
Hotaru: Sprytne. Pierwszy Akt był tak kiepski, zarówno od strony fabularnej, jak i graficznej, że teraz, kiedy rozpoczął się Akt Drugi i jest jedynie "porządny", czytelnicy i tak wyśpiewują psalmy na jego cześć. Bo spójrzmy na to od tej strony: Cyclops nadal nosi stringi, Captain America na niektórych kadrach jest niemal szerszy, niż wyższy, a Hope nagle zaczęła wyglądać jak dzieciak, a nie nastolatka. Ale to i tak niebo, w stosunku do bazgrołów Romity. Co się tyczy fabuły, to nagle Cyclops zrezygnował z moralnej przewagi i popadł w schemat, którym ostatnio szastał na prawo i lewo Wonder Man, a Wanda, która w Children's Crusade utraciła Life Force, a w AvX #0 pokazała, jak bardzo jest bez niej osłabiona, nagle znów jest siłą, z którą trzeba się liczyć. Ale i tak, jest o niebo lepiej, niż w pierwszym akcie. Bo jest średnio.
Krzycer: Pozytywne zaskoczenie tygodnia. Po końcówce poprzedniego numeru spodziewałem się samych najgorszych rzeczy, a jest... nieźle. Jest ciekawie. Na pewno dobrze się stało, że ten numer przypadł Hickmanowi.
To, co jest dobre, wymienili poprzedni forumowicze. Ale nie wszystko jest tip-top. Przede wszystkim nie podoba mi się prowadzenie X-Men. Tak, robią dobre rzeczy... Ale widać, że są ustawiani pod nadchodzącą katastrofę. Raz, że w swojej dobroci przymusowo rozbrajają świat. Bo nic tak nie buduje pokoju na świecie, jak pozostawianie za sobą dziesiątków wkurzonych rządów, prezydentów i dyktatorów. Dwa, że ogłaszają to w błyskach płomieni na forum ONZ. Bo to zawsze domena bohaterów, prawda? A nie, to chyba coś, co regularnie robi Doom. Fantastycznie.
Trzy... z trójką mam problem, bo dotyczy sceny, która mi się bardzo podoba - aż do ostatnich kadrów. Cyclops oferuje Hope moc Feniksa - nie wiem, czy Hickman i Coipel zrobili to świadomie, ale kojarzy mi się to z odwróceniem sytuacji z "Władcy Pierścieni", gdy Frodo oferował Pierścień Gandalfowi i Galadrieli. To była próba ich charakterów, z której wychodzili zwycięsko. Hope się nie udaje... (a skojarzenia z WP są tu najsilniejsze przez kadry, na których Summersówna wyciąga dłoń po Feniksa - i sama wygląda nieco hobbicio ręką Coipela rysowana, i jeszcze kompozycja jest jak kadr z filmowego Władcy)... i tu scena się załamuje. Bo zamiast wytłumaczyć Hope, czemu właściwie przegrała tę próbę, czemu nie zasługuje na Phoenix Force, Cyclops obcesowo a nawet arogancko ją zbywa. "Czy byle dziecko potrafiłoby..." Nasz bohater tak mówi?
No więc, jeśli miałem jakieś wątpliwości, że mutanci ten event przegrają, to już ich (prawie) nie mam. W tej chwili liczę tylko, że ostatecznie to będzie coś w rodzaju "Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia" i Avengers przynajmniej zostaną pokazani jako zbyt nieufni, by dać światu szansę, jaką mógł być Feniks.
A wracając do komiksu - powyższe to mój główny zarzut. Do tego wprowadzenie Xaviera do niczego nie prowadzi - ot, wymówka dla scenarzysty by wprowadzić trochę ekspozycji. No i to nie są najlepsze rysunki Coipela.
Ale poza tym... jest tu sporo dobrego. Jeśli następne numery utrzymają ten poziom, to kto wie? Może jest jeszcze nadzieja dla AvX?
A tak zupełnie na koniec - jakoś w poprzednim numerze nie zarejestrowałem, że Cyclops uzupełnił kostium Nightwinga o czerwone stringi. To... to naprawdę odważna decyzja.
wolvie111: No więc X-Men posiedli moc. Pytanie tylko, po której stronie Mocy są: ciemnej, czy jasnej? Dzieje się dużo, a Phoenix Five robi dużo dobrego, ale coś czuję, że autorzy wciąż starają się zrobić z Mutantów tych złych. O tym, że to X-Men przegrają ten pojedynek upewniłem się już dawno, a ten numer tylko mnie w tym utwierdza. Myślałem, że jednak autorzy postarają się nas potrzymać w niepewności nieco dłużej.
Może coś o samych X-Men. Nowa wersja Utopii wygląda świetnie. Wraz z nowym rysownikiem od razu podniosła się i jakość komiksu, więc nawet do strojów Piątki można się przekonać. Image Emmy w wykonaniu tego rysownika zrobił na mnie wrażenie. Poza tym, całe szczęście, wraz z mocą X-Men nie stracili swojego człowieczeństwa. Dzieciaki grają sobie na konsolach, a Scott nawet nie używa patetycznych słów przez cały numer. Ogólnie, jak na razie Phoenix Five robi z Ziemi idyllę, ale nie trudno się domyśleć, że tak jak Phoenix jest Narodzeniem i Śmiercią, tak przyjdzie i czas na tę wspomnianą ciemną stronę.
Co do Avengers. Pewnie jestem uprzedzony i to moja subiektywna opinia, ale momentami wydaje mi się, że dla Steve'a Rogersa jedynym argumentem przeciw X-Men jest to, że to nie Mściciele budują ten raj na ziemi, który próbują robić X-Men. Wiadomo, że wielka moc to wielka odpowiedzialność i niebezpieczeństwo, szczególnie jeżeli nie jest to kontrolowane przez samego Kapitana Amerykę. Cały pomysł odbicia Hope jest bezsensowny. Nie ma to jak znowu najechać na Utopię. Dobrze, że chociaż Wanda się pojawiła. To pewnie pociągnie ten wątek w jakimś dobrym kierunku i pewnie połączy siły z Hope. No właśnie... jej kompletnie tu zabrakło. Chyba jej rola nie ograniczy się do niedoszłej nosicielki Phoenix. W końcu od pół roku reklamowano jej wizerunek z Ognistym Ptakiem. Poza tym Avengers mają kolejnego asa w rękawie - Iron Fista. Widać, że będzie miał ważną rolę w tym evencie, może nawet przechyli szalę zwycięstwa.
To chyba tyle tak świeżo po lekturze. I już mówiłem, ale powtórzę. Uwielbiam tę różnicę jakościową jeśli chodzi o rysunki. Od razu wszystko wygląda jak powinno i nawet cały event wydaje się nie być taki głupi jak wydawało się dwa tygodnie temu. Czekam teraz na "No more Avengers". Oceniam na 8/10.
avalonpulse0253d%20%5B1600x1200%5D.JPGczarny_samael: Ciężko mi cokolwiek spokojnie napisać, bo... ten komiks mnie poruszył. I to na wielu poziomach. Może więc zacznę od rysunków, które po prostu skoczyły o całe poziomy w górę. Wprost świetnie mi się odczytywało zamiary jakie mieli wszyscy związani z tworzeniem komiksu, te drobne uśmiechy, widoczne konsternacji, znudzenie... Widziałem te wszystkie rzeczy, zanim jeszcze przeczytałem wypowiadane przez tych bohaterów słowa.
Ważną rzeczą, którą należy tu podkreślić do wszystkich hejterów Cyclopsa: MIAŁ RACJĘ. MIAŁ TOTALNĄ RACJĘ W AKCIE I. Phoenix nie rozwalił planety, mutanci opanowali moc, celem Feniksa od początku było znaleźć nosiciela, a nie zniszczyć Ziemię (wiedza! Strange powinien ją mieć, w końcu wie o Neksusie rzeczywistości), nie było szans powstrzymać Phoenix Force od samego początku, bynajmniej w ogóle nie tymi metodami. Avengers nie mieli rację w niczym. Kompletnie w niczym, żałosne mi się wydają teraz wszystkie te głosy o szaleństwie Scotta. On wiedział, że nie ma innego sposobu na utrzymanie Feniksa, bynajmniej nie dlatego, że był tak ufny wobec tej mocy, ale właśnie dlatego, że jest to to podstawowa moc w universum. To jak walczyć z nieuchronnością śmierci, z cyklem życia. Feniksa można próbować odegnać na pewien czas, można go zamykać itd, ale nie można go zniszczyć. Avengers w ogóle tego nie przyjmowali do wiadomości... I Feniks nie zniszczył Ziemi. Cyke zrobił, co w jego mocy, by dać światu jak najwięcej mógł i szczerze mówiąc tak jak z jednej strony przypomina mi King Thora, tak z drugiej Franklina Richardsa, który przecież zrobił w przyszłości dokładnie to samo, w końcu jak powiedział Black Panther - czy każą Thora za to że jest potężny? Nie, i ten brak zrozumienia znowu skopał tyłek Tony'emu, Capowi i Loganowi. Przecież to co oni robią jest nie tylko bzdurą ale i wielkim niebezpieczeństwem.
I teraz dochodzimy do kolejnej kwestii. Akt 1 się skończył, mamy akt 2 i co może będzie zaskakujące, ale nie wiem po czyjej stronie będę dalej. Nie dlatego, że jakoś wycofuję się z ostrzejszych opinii o akcie 1. Nie - tam kwestia była w tym czy Phoenix przybywa na Ziemię by ją zniszczyć. I nie, nie po to przybył. Avengers mylili się we wszystkim, Cyke miał pełnię racji (Delirium, mam nadzieję że się do tego odniesiesz swoją drogą). Teraz jednak mamy kolejny zupełnie inny problem na tapecie. Co widać, to to że Avengers znów są dupkami. To już chyba taka ich rola, co w ogóle jest fatalnym przesłaniem, biorąc pod uwagę, że na 100% zwyciężą, bo scenarzyści na pewno nie pomyślą o tym, by Phoenix spełnił swoją rolę i tak jak Franklin u Hickmana ruszył w kosmos naprawiać Wszechświat i obcować na wyższym poziomie egzystencji z bogami Uniwersum. Tak ta historia powinna się skończyć, bo Phoenix Five powinni to zrozumieć w ciągu kilku chwil. Jednak to jest komiks i za poczynania scenarzystów odpowiadają postacie, tym samym jeśli Cyke tego nie zrozumie - w moich oczach przegra. I to przegra zdecydowanie. King Thor jest jedyną wersją Thora którą naprawdę mocno lubię, tak samo Phoenix Five będą kimś takim dla Magik, czy Namora za którymi szczególnie nie przepadam, choć bardzo lubię komiksy z ich udziałem (takie postacie są po prostu potrzebne). Avengers w kontekście moralnym już nie mogą tego Aktu wygrać, jednak to wcale nie oznacza, że X-Men muszą to zrobić, choć to zrobili w części pierwszej. Wg mnie to przegrają, zostaną na Ziemi i codzienne problemy ich załamią. Szkoda.
To tyle, jeśli chodzi o część moralizatorską.
Zupełnie inną kwestią jest to, że czułem ciary, gdy dwaj tytani - Thor i Cyke - stanęli naprzeciw siebie i jak Cyke Odinsona ośmieszył. To było epickie. Teraz za najbardziej pozytywną stronę konfliktu uchodzi Wanda. Pokazała ludzkie, ważne dla takiej historii oblicze. Podobało mi się też, że pokazano pewien konflikt wewnętrzny w priorytetach Scotta. Nie da się pogodzić pełnej wolności i idealnego utopijnego świata. I on jako lider to rozumie, co powinno być ukazane jako spór jego własnych poglądów - taktyka vs. wolność. Zrobiło na mnie pozytywne wrażenie to jak rozmawiał ze Scarlett Witch, jednak gdyby nie poruszający epilog i jego rozmowa z Jean, nie mógłbym zaakceptować tego, że zabronił Hope odejść z Avengers. Choć oczywiście Hope źle to rozegrała. Bardzo przypadł mi do gustu sposób wprowadzania Iron Fista jako ważnego gracza na tej scenie, choćby dlatego, że tie-iny nabierają większego wpływu na historię.
Po raz kolejny trzeba podkreślić przeskok poziomów między oboma aktami - tam mieliśmy słaby wstęp, bzdurne pojedynki i nieracjonalne rozwiązania. Tu mamy zrozumiały ludzki strach i zazdrość Rogersa, głos rozsądku i wątpliwości wśród Avengers i co najważniejsze - fabuła konkretnie idzie do przodu. To widać jak na dłoni i należy to podkreślać. Za rysunki: 9/10. Za fabułę 8,5/10.
Wilsonon: Majestatyczne. Takim przymiotnikiem należy określić rysunki w tym numerze. Świetne są do podkreślenia wagi wydarzeń z jakimi mamy styczność. Uwielbiam Coipela. Z rysowników Marvela on najlepiej dobiera perspektywę, a jego wyczucie przy kadrowaniu wprowadza mnie w zdumienie. Przepych, monumentalizm wylewają się ze stronic tego zeszytu obmywając mój mózg kojącym strumieniem, który leczy rany zadane przez ciemiężcę Romitę.
Jeżeli chodzi o treść to zgadzam sie z Samuelem. Dodałbym od siebie coś odnośnie Avengers. Zachowują się, jak członkowie sekty apokaliptycznej. Kilku gości powiedziało im, że będzie koniec świata o tej i o tej godzinie. Czekali na ten dzień, dokonali wyborów, które w większości były błędne i teraz gdy okazało się, że nie mieli racji, nie potrafią się do tego przyznać. Nie potrafią porzucić tego w co wierzyli. Za dużo poświęcili aby się poddać. Dlatego, mimo logicznego rozumowania, brną w to dalej wymyślając kolejną datę apokalipsy i aby mieć pewność wpychają garść chrzanu w tyłek śpiącemu nosorożcowi. Widać to w rozmowie przed dokonaniem nalotu, w której uczestniczył Beast.
Dodajmy jeszcze zazdrość (Cap po rozmowie z Iron Fistem) o dokonania mutantów, o to że znalazły się inne metody radzenia sobie z problemami niż danie w pysk. Od zakończenia "Dark Angel Saga" w Uncanny X-Force nie czułem dreszczu oczekiwania na kolejny numer jakiejkolwiek serii Marvela. Dziś się to zmieniło.
avalonpulse0253e%20%5B1600x1200%5D.JPGVolf: Mam problem z tym numerem. Bo nie jestem pewien, czy fabuła zrobiła się lepsza, czy po prostu po tym jak rysunki wystrzeliły z poziomu totalnego dna do niższych stanów wysokich człowiek staje się bardziej pobłażliwy na głupoty. Bo idealnie na pewno nie jest - nadal próbuje się wmówić czytelnikowi, że X-Men są tymi złymi mimo że to Avengers zachowują się jak totalne buce i sami proszą się o spopielenie. Ale z drugiej strony - akcja w końcu posunęła się mocno do przodu. Dostaliśmy udział postaci, które obiecano, że będą ważnymi graczami, a wcześniej pojawiały się raptem na kilku kadrach. Nawet na głupotkę z Phoenix Five jest jakiś pomysł. Kto wie, może jednak jest jakaś nadzieja dla tego eventu?
EndrjuSzopen: Nie rozumiem aż tak dużego zadowolenia nad tym zeszytem. Może rzeczywiście nie dostajemy tutaj takich niesamowitych niespodzianek jak Phoenix Five w poprzednim numerze, ale w sumie... No mamy tutaj jakby na siłę kontynuowanie konfliktu pomiędzy dwoma grupami poprzez beznadziejnie głupią i wziętą z ciemnych zakamarków debilizmu decyzję o treści: 'Hej, Avengers! To chodźcie, może odbijemy sobie Hope? Nie mamy szans, ona nie ma Phoenix, ale czemu by nie...!'. Tak więc na półmetku eventu jest mocno średnio, jedynie zastanawia mnie rola Scarlet Witch, bo w końcu pokazała się szerzej po #0...
Gamer2002: Z serii głównej AvX jest to najlepszy zeszyt. Ma on wciąż bolączki, ale przede wszystkim w końcu mogę powiedzieć, że nie jest to rozwlekanie niczego na pół zeszytu. Oraz że ten event ma teraz jakiś sens, nawet jeżeli pierwsze 5 zeszytów powinno być co najwyżej dwoma.
Zacznę od rzeczy dobrych. Jak już mówiłem, w tym zeszycie dzieją się  istotne rzeczy. Co prawda teraz nieco za pośpiesznie, bo taki Xavier pojawia się wstępie, a później go nie ma. Ale widzimy działania Phoenix Five, dowiadujemy się w końcu o roli Iron Fista i o Hope, a Wanda wykonuje swój ruch.
Poczułem wielką ulgę, że nie poszliśmy w stronę powstrzymywania Phoenix Five przed niszczeniem świata, tylko Cyclops i reszta wzięli się za zbawianie świata za pomocą Phoenix Force. To otwiera pole do filozofowania na temat tego, co powinni robić superbohaterowie rzeczywiście zdolni zbawić świat i tym podobne. Skończy się to pewnie jak zawsze, ale zastanawiają mnie co będzie po evencie. Usunięcie w tydzień zniszczeń dokonanych przez Serpenta to jedno, przywrócenie z powrotem problemu głodu na świecie to drugie. Optymistycznie zakładam, że nie skończy się to Wandą anulującą wszystko. Dziwię się jednak, że Spider-Man jest nagle nieobecny w takiej sytuacji.
Z tego co mi się nie podoba, Scott za szybko ma boskie kompleksy, a poza tym zmarnowano okazje by on i Cap ze sobą porozmawiali. Wiem, że Cap ma powody by nie ufać nosicielem Phoenix Force, ale za szybko przeszedł do fazy "Dżentelmeni, jak zabijemy X-Men?" i tylko Beast i Black Panther mają wątpliwości. W sumie nawet popieram Scotta, gdy się wkurzył na Capa, ale nie z tak banalnego powodu chciałem wybierać swą stronę.
Poza tym, mamy pięć gospodarzy Phoenix Force, Mściciele potrzebują Hope by w końcu dowiedzieć się, co jest z tym Phoenixem. A gdzie znowu w tym wszystkim jest Rachel? Wiem że jest ona mało popularną postacią, której origin zawiera frazę "alternatywna rzeczywistość", ale udawanie, że jest ale jej nie ma, jest zauważalne. 7/10.
Xavier83: Właśnie skończyłem czytać ten komiks oraz kilka tie-inów AvX. Nasuwa mi się tylko jedno: mind blowing stuff!
Scenariusz 9,8 na 10, same rysunki 9,9/10. Widać i czuć różnicę w rysunkach. O ile #4 i połowa #5 trochę spowolniły konstruowanie historii, o tyle tu wszystko wraca na właściwe tory. Dodając do tego tie-iny z udziałem Unita i Mr. Sinistera śmiało mogę powiedzieć, że dlatego właśnie rozpocząłem swoją przygodę z komiksami.

Avengers Vs. X-Men #7
Hotaru: Jeśli rozpatrywać poszczególne sceny, to komiks ten jest bardzo dobry: unieszkodliwienie Hawkeye'a, walka Wandy z Magik, Emmą i Namorem, Black Panther uderzający Tony'ego, namiętny moment między Emmą a Sub-Marinerem. Niestety, pojedyncze elementy układanki nie układają się w równie dobrą całość. Równowaga nie została zachowana, zabrakło subtelności i szarej strefy między dwoma stronami konfliktu. Poziom rysunków też nieznaczenie spadł, ale nadal Coipel jest kilka klas wyżej nad Romitą.avalonpulse0255b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Undercik: Za bardzo nie chce mi się pisać co mi się podobało a co nie, dlatego jeden plus. Bałem się, że scenarzyści zdecydują się na to, że Scott straci kontrolę nad Phoenixem, zapominając kompletnie o tym, jak Summers radził już sobie z Apo w głowie i bez problemu zamknął Voida głęboko w umyśle, tak aby się nie wydostał. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że Cyclops jako jedyny będzie potrafił tłumić Feniksa.
Krzycer: Szału nie ma, ale mogło być gorzej. Przynajmniej dostaliśmy Black Panthera policzkującego Starka. Chciałbym zobaczyć ten przekształcony świat, bo w tym momencie nadal nie wiemy, czy słowa Phoenix Five o tym, że świat ich ubóstwia i nie ufa Avengers to opis sytuacji, czy są tak oderwani od rzeczywistości.
Poza tym znowu - Black Panther ramię w ramię z Avengers, daje im schronienie w Wakandzie, podczas gdy przed chwilą chciał pozostać neutralny... Mutanci rzucający się na Avengers, bo Phoenix Five tak mówią... Łopatologiczne unaocznianie tego, że Phoenix Five stają się źli... Ale i tak - mogło być gorzej, a do poziomu "Fear Itself" jeszcze daleko.
Volf: No tak. Numer Fractionowy. Koniec nawet z próbowaniem udawania, że X-Men nie są w tej historii złoczyńcami. Spopielają biednego Hawkeye'a, wyłapują Avengers jak zwierzynę, zdradzają się nawzajem, bawią się w wojnę. I panicznie boją się Wandy. Do tego wciąż bucowaty Cap, Black Panther kij wie kiedy zmienił nastawienie do Phoenix Five i jeden tylko Scott zdaje się wiedzieć, jak panować nad posiadaną mocą - tylko co z tego, skoro reszta go nie zamierza słuchać. Przynajmniej rysunki są okej.
wolvie111: Już nawet nie będę rozmyślał nad tym, że X-Men są pokazani jako złoczyńcy i na pewno przegrają cały event. Mniejsza z tym, do tej myśli już przywykłem. Numer jest po prostu epicki. Naprawdę świetny, jak dla mnie. Rysownik Coipel i pani kolorystka dostarczyli mi pięknych wrażeń estetycznych. Uwielbiam tę nieco Emo-wersje Magik, uwielbiam tę seksowną Emmę, uwielbiam te przestrzenne, pełne mocy i monumentalne sceny, które nam zaserwowano. Nawet z najgorszym scenariuszem numer wypadłby przyzwoicie, a tu nie jest z nim najgorzej. Dawno nie widziałem Avengers w takich tarapatach i choć wiem, że niebawem wyjdą z nich cało, to podoba mi się ta sytuacja. Phoenix Five też wypada dobrze (poza tym, że są łotrami). Magik i Emma pochłonięte mocą - świetne. Podoba mi się to, że choć ta piątka posiada ogromną moc, to nie zmieniła się zbytnio. Pozostały w nich te ludzkie pierwiastki. I tak mamy znowu dumnego i nieokiełznanego Namora i intrygantkę Emmę. Nie za bardzo podoba mi się to, jakie dziecko zrobili z Hope. Niech już zacznie grać ważniejszą rolę w evencie, bo na razie wypada kiepsko i mało wiarygodnie. Dobrze, że Wanda stoi po stronie Mścicieli. Chyba tylko ona może się równać z Phoenix Five, a bez niej nie mieliby szans.
Co mi się jeszcze nie podobało? Avengers chcą wygrać za pomocą hologramów Wandy; spalony żywcem Clint (trochę zbyt brutalnie i znowu padło na niego); Wanda mówiąca do Namora "Forgive me"... to jest w końcu wojna, nie?
Co mi się jeszcze podobało? "Namor, Go Away", Namor się wychyla i w bardzo imponujący sposób atakuje Wakandę (taka wojna w wojnie), seksowna Emma (tak wiem, powtarzam się), Havok i Polaris rozwalający Visiona (tak wiem, jestem stronniczy, ale nigdy za nim nie przepadałem).
Ogólnie jest nieźle. Jak dla mnie ten event, który w pierwszym akcie był żałosny, odrodził się na nowo, niczym feniks (mimo, że na końcu i tak X-Men przegrają). Dam 9/10.
LeGoL: Ciężko ten komiks ocenić, więc pójdę na łatwiznę i zacznę od rzeczy pewnych i oczywistych: Coipel rządzi! Rysunki w tym numerze są wyśmienite. Styl tego artysty idealnie przekazuje epickość scen, jak i ogrom starć pomiędzy Wandą i Phoenixami.
I tu zaczynają się zgrzyty. Fabularne twisty? Do przewidzenia było, że ognista piątka zacznie tracić kontrolę. Również do przewidzenia było to, że głosem rozsądku pośród nich będzie Cyke, zważywszy na dalszą lub bliższą przeszłość jak i charaktery pozostałych. Do tego, czy przypadkiem Witch nie straciła "tej" mocy w Children's Crusade? Dialogi Fractiona... Dialogi Fractiona są pełne napięcia niczym rozgrywki trzeciej ligi hokeja w Polsce i tylko wyżej wspomniane rysunki nadają ton opowieści. Może dzięki temu ta część eventu ogólnie wypada na plus?
Tu jest właśnie ta "ciężkość oceny". Bo kurczę no... Podobało mi się to! Pomimo tego, że główna seria to tak naprawdę tylko introdukcje do tie-inów i jest tu tona absurdów kompletnie nie trzymających sięwątków przyczynowo-skutkowych... Obawiam się, że możemy tylko dywagować, który scenarzysta coś opisał, a jak rysownik narysował coś innego, a na prawdziwą ocenę AvX przyjdzie nam poczekać na koniec tej serii i wszystkich tie-inów. Bo na chwilę obecną, to tak naprawdę mogę tylko Marvelowi zarzucić nierówną formę i niepotrzebne rozciąganie historii.
avalonpulse0255c%20%5B1600x1200%5D.JPGMuminek: Jest coraz gorzej i nie ratują tego nawet rysunki. Już dawno przestałem zaprzątać sobie głowę problemem bohaterów, którzy w większych crossach Marvela chcą wyłącznie prać się po mordach i jest mi się trudniej z nimi zżyć, którzy okazują na kartkach coraz mniej innych uczuć, w czym współgrają żenujące, bezuczuciowe dialogi. Wiem, wiem - ktoś powie: czytanie między wierszami, wychwytywanie smaczków, komunikacja niewerbalna... Rany boskie! Przecież nie siedzę z kobietą, tylko nad kilkoma kartkami papieru.
Akcja skacze z miejsca na miejsce, a ja totalnie tego nie czuję. Ukraina to pola, zabudowa pamiętająca wiele przeszłych dziesięcioleci, Ocean to mnóstwo wody, Koło podbiegunowe to lód, lód, lód, wieeele drzew, drewniane domki i jeszcze więcej drzew i lodu. Nie to, co pokazują w komiksie, czyli wielu bohaterów na marnych tłach, z których każdy dostaje jedną marną kwestię.
Nic w tym komiksie nie jest takie, jakie się spodziewałem i jestem już pewny, że Wanda nie padnie trupem, a tylko to mogłoby mnie uszczęśliwić. To taka wojna, nie wojna, z jednym wyjątkiem: Clintem, którego akurat lubię. Dlaczego (znowu) on? Policzek wymierzony Tony'emu, Iron Fist i jego zabawny kolega Lei Kung Tu Tunk Sunk DoonT (ponosi mnie...). W końcu mniej "boska" Phoenix Five, której moce i dostojność maleją z każdym kolejnym panelem. Może i od początku nie mieli być Jean a.k.a. Dark Phoenix, której opętańczy wzrok i uśmiech straszył mnie wiele lat temu, ale nie tak sobie ich wyobrażałem. Jakim cudem nie mogą poradzić sobie z bucowatym Rogersem i resztą jego bandy z cyrkowymi sztuczkami? Po co Namorowi jego armia śmiertelników? I dlaczego Hope znowu ma 9-10 lat?
Gamer2002: Dzieje się, ale jest w sumie chaotycznie i wszystko sprowadza się do tego, że wkurzone Phoenix Five jest jeszcze bardziej wkurzone. Dobrze jednak, że Cyclops posiada samokontrolę. A Fraction nie miał miejsca, by w panelach wcisnąć narratora, już wystarczą mi jego dialogi. Rysunki niezłe, jedynie Hope jest za młoda.
Generalnie potencjał sytuacji superbohaterów z boskimi mocami znowu został zmarnowany do młócki niedojrzałych primadonn. Jeszcze tylko Cyclops zostawia nadzieję, ale pewnie i tak to schrzanią. 5/10, przynajmniej dobrze wygląda.
EndrjuSzopen: Ochów i achów na temat tego oraz poprzedniego numeru kompletnie nie rozumiem - jest coraz gorzej, zasadniczo toto nie ma żadnej mocnej historii, bohaterowie cały czas tylko szukają pretekstu do naparzania się po facjatach, bo trzeba wypełnić dwanaście numerów... Serio, moja cierpliwość się powoli kończy, mimo iż dawałem spory kredyt zaufania temu eventowi, to jest on prowadzony w sposób co najmniej nieudolny i, tak jak w przypadku TASM, zbyt wiele rzeczy jest tutaj robionych na siłę. No more Avengers vs. X-Men!
Xavier83: Jestem właśnie po lekturze Avengers Vs. X-Men #7 i kilku tie-inów. Przerażenie Piątki PF na spotkania ze Scarlet Witch coraz bardziej skłania mnie do przekonania, że Life Force nie wróciła do miejsca swojego pochodzenia, tylko została podzielona między Wandę a jej synka Wiccana, gdy pozbawiali tej mocy Dr. Dooma w Dziecięcej Krucjacie. Inaczej nie widzę wyjaśnienia "bólu", gdy ktoś z Piątki ma kontakt z jej ciałem, albo chociaż to, że Wanda ot tak odesłała dotykiem Namora na Utopię. Jeśli dobrze pamiętam, aż takiej mocy to nie miała.

Avengers Vs. X-Men #8
Hotaru: Nie jest źle. Adam Kubert może nie tworzy tak estetycznych rysunków, jak Oliver Coipel, ale jednak ma klasę i niektóre stronice i kadry reprezentują naprawdę wysoki poziom. Chciałby się, żeby poziom fabuły był wyższy, ale zaczynam powoli dochodzić do wniosku, że w tym evencie się tego nie doczekam. To kolejny numer, który jedynie przygotowuje grunt pod przyszłe "mocne uderzenia", ale nie jestem pewien, czy zostaną ode zadane we właściwy sposób i we właściwym momencie. Pożyjemy, zobaczymy.avalonpulse0257b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Kiedy Avengers napadają na czyjeś państewko, to jest to słuszne. Kiedy robią to mutanci to jest to samo zło.
Jasne, jest różnica między intencjami jednych i drugich, ale obiektywnie... Ech.
Przynajmniej rysunki są niezłe, poza paroma babolami (telepatyczne wejście Charlesa jest świetne! Mniejsza o to, że Chuck jest nieco ogłupiony przez scenarzystę), dostajemy też parę fajnych momentów (Namor rozwalający Rulka).
Ogólnie: nie jest tragicznie, powodów do zachwytu też nie ma. Czytadło.
Wilsonon: Co tam do jasnej cholery robił Beast? Czy Thor nie został już pojmany? Czy da sie X-Men pokazać z jeszcze gorszej strony? Czy aktem wojny nie było wpadnięcie Helicarrierem na Utopię i późniejszy atak w celu odbicia (Tfu! Porwania) Hope, gdzie na poczatek znokautowano samych nastolatków? Czy Cap może być jeszcze większym hipokrytą? Czemu wszystkie winy spadają na Scotta? Czemu Xavier zachowuje się jak idiota czerpiący informację tylko z jednego źródła danych? Czemu to jest taki gówniany event?
Co do rysownika to od razu widać różnicę. Niektóre kadry są świetne, ale najbardziej boli dysproporcja i nienaturalne pozycję ludzkich ciał. Szczególnie jest to widoczne przy walce Namora z Rulkiem gdzie oprócz złamania kości ma się wrażenie, że wyrwał Namor czerwonemu jeszcze żuchwę. Słaby komiks. Słaba ocena 2/10.
EndrjuSzopen: Ech. Są komiksy, które są dobrze poprowadzone i są dobrze robione od początku; wtedy denerwuje mnie, jeśli się narzeka na fabułę, że jest nie tak jak czytelnicy tego chcą... Jeśli komiks prowadzony jest dobrze, to fabułę trzeba przyjąć na klatę jak życie - nie zawsze ma się wszystko jak chce (przykład - ostatni Batman i jedynie szczątkowe wytłumaczenie, wtf?). Event AvX nie jest jednym z tych komiksów. Szczerze powiedziawszy, ten event jest prowadzony przerażająco źle jak na wydarzenie tej skali. Korzystając z metafory Bilbo Bagginsa - to wszystko jest jak kawałek masła rozsmarowany po zbyt wielu kromkach chleba. A do tego dzieje się tyle wymyślonych na siłę rzeczy, że aż trudno to wszystko przyjąć do wiadomości... Ludzie chwalili poprzednie numery za coś, czego ja nie dostrzegłem, ale być może ten numer znowu ich nawróci i zobaczą, że to nie ma głębszego sensu. Jedyne, na co teraz trzeba czekać to to, co ten event przyniesie na końcu - bo to co się dzieje w jego trakcie można śmiało odłożyć na bok.
wolvie111: Tak jak byłem zadowolony dwa tygodnie temu, tak mam całkiem inne odczucia teraz. Chyba nie było tak powierzchownie sklejonego numeru tej miniserii, jak ten. Dialogi beznadziejne, logika... jaka logika? Nic tu nie jest logiczne. Tak np. Namor dostaje po kolei po pysku od każdego z Avengers, podchodzi Rulk i nagle Namor wyłamuje mu łapę. Nie łatwiej było wcześniej wyłamać w pół Valkyrie albo Visiona? Poza tym, czy atak Namora serio jest takim zaskoczeniem? To chyba pierwszy taki wjazd na chatę ze strony X-Men. Jak już ktoś wspomniał, przecież to wszystko się zaczęło od Utopii... i to dwa razy. Poza tym mamy Profesora X. Jestem otwarcie po stronie X-Men, więc naturalnie jego wejście na scenę wydaje się żałosne i niezrozumiałe.
Mamy też nowy wątek u Phoenix Five. Jak widzimy, gdy jeden polegnie to jego moc przechodzi na resztę i powiększa ich zasoby. Patrząc na minę Emmy po upadku Namora podejrzewam, że to właśnie może być przyczyną konfliktu między nią, a Scottem. Może będzie chciała więcej i więcej...
Od strony graficznej jest nie najlepiej. Różnica między ostatnimi numerami jest ogromna. W scenach walki pozy niektórych bohaterów są masakryczne. Jedyne, co wygląda dobrze, to rysunki plenerowe, rozłożone na dwie strony.
Ocena ogólna niska, bo ostatni numer, który dał mi trochę nadziei sprawił, że ten jest jednym wielkim zawodem... 4/10.
Muminek: Wow! Mówiąc szczerze całkowicie zapomniałem o tym komiksie (wgłębiając się w New 52 z DC), a spotkało mnie tutaj spore zaskoczenie. To mi się podoba! Wyładowałem całą swoją złość na poprzednim numerze, a ten jest naprawdę fajny. Minusy? Od zawsze śmieszą mnie te portale uruchamiane z zegarków. Plusy? Wszystko inne! Naprawdę wkręciłem się widząc panel, na którym poddani Namora ścigają przerażonych mieszkańców Wakandy. Namor okazał się kawałem twardego skur&^#% i aż miło było patrzeć jak się z nim męczą, co pięknie skwitował T'Challa mówiąc, że żeby skopać mu dupę musieli dać z siebie wszystko, a było ich tam ponad dziesięciu. Fajnie widzieć jest też Capa, do którego w końcu dociera jak wielkie kłopoty mają. Wisienką na torcie jest dialog Tony'ego o energii, Emma podsumowująca swoją zdradę stwierdzeniem, że przyspieszyła nieuchronną furię Namora, w końcu Cap krzyczący "Avengers Assemble!" na widok twarzy Namora, na której maluje się obłęd. Uff, dużo tych wisienek. Hope jest super. Nie mogę doczekać się kolejnego numeru i tego, co zrobi Xavier. Pal licho wszystkie nieścisłości. Przymykam na nie oko, jeżeli komiks obfituje w tyle emocji.
Arachnid: Było Phoenix Five, teraz jest już Phoenix Four. Jeżeli twórcy podążają w myśl zasady z filmu "Nieśmiertelny", czyli "There can be only one", to wkrótce pozostanie tylko jeden mega przekozaczony nosiciel Phoenix Force. Ale wracając do tego numeru, to nie jest tak najgorzej. Nie jest to może jakieś rewelacyjne arcydzieło, ale całkiem przyzwoita lektura. Nadal nie podoba mi się przedstawianie X-Men jako tych złych. Poza tym obecność niektórych postaci jest sporym błędem. Chyba, że schwytanie Thora nastąpi dopiero po tym numerze. Cały atak na Wakandę i walka z Namorem bardzo mi się podobały. Rysunki też całkiem niezłe, choć znalazłoby się kilka niedociągnięć. Ogólnie tragedii nie ma.
Gamer2002: Dupkowatość Namora jest in character, więc okay z tą inwazją. Cap nakręcający się, że w końcu udało mu się sprowokować Phoenix Five to jedno. Xavier, który dopiero po tym jak Namor zrobił coś kretyńskiego postanowił ruszyć się i pogrozić łysinką, zamiast wcześniej próbować mediować pomiędzy X'ami a A'mi, to drugie.
Ogólnie pada jeden z Phoenix Five i w sumie był to dobry wybór. Tylko że jak w grach, gdy pokonujesz jednego z opcjonalnych bossów, resztę czyni to silniejszą. Bywa. 5/10.avalonpulse0259b%20%5B1600x1200%5D.JPG

Avengers Vs. X-Men #9
Hotaru: Nie mam nic do Spider-Mana, ale nie oszukujmy się, jego "bohaterskie poświęcenie" i sposób walki z Magik i jej bratem to durnota pierwszego sortu. Redaktorzy Marvela lubią przekonywać, że żadne z ich historii nie są pisane wbrew charakterom postaci, ale w niedawnym wywiadzie Jason Aaron przyznał, że to Tom Brevoort powiedział, że "fajnie by było, gdybyśmy wykorzystali tu Spider-Mana". I wykorzystali, nie ważne jak bardzo bez sensu to było. Poleceniem służbowym było też zamieszczenie tu sceny z T'Challą i Ororo, ale to akurat scenarzyście wyszło całkiem dobrze. Jeśli Storm albo Black Panther nie będą bohaterami AvX: Consequences to bardzo się zdziwię. Jeszcze bardziej się zdziwię jednak, jeśli pozostałe 3 numery tej miniserii będą miały więcej sensu.
Krzycer: Czy mi się przyśniło, czy w tym komiksie Charles Xavier ciął demony dwoma "telepatycznymi mieczami" (a skoro ciął, to chyba nawet telekinetycznymi...)?
Kiedy myślałem, że ten event już niczym mnie nie zaskoczy... Do tego Spider-Man wyłączający z gry Colossusa i Magik. Aj waj.
Punkty za wątpliwości (i późniejszą akcję) Emmy oraz za niektóre rysunki. No i... przynajmniej reszta X-Men nie jest idiotami i wreszcie orientuje się, że wrzucanie Avengerów do piekła nie jest do końca fajne. Hurra.
Wilsonon: Jasne. Najlepiej jest zrobić z Rasputinów debilów o niskim ilorazie inteligencji i rodzeństwo o patologicznych uzdolnieniach. (-Wieloryby mają nogi. Ghy, hy, hy. -Bracie, wiedzieliśmy, że przyjdą, ale dajmy im dojść do więźniów i w ogóle.)
Reszta X-Men zapomniała już, kto ich ostatno napadł i obił im bebechy za nic.
Walki Spider-Mana z Ruskami nawet nie będę komentował. Postępowanie Emmy jakoś mnie nie zaskakuje i szczerze mówiąc dziwię się, czemu ma problemy z tą telepatią.
Rysunki nie poprawiły mi odbioru komiksu, ani go nie utrudniły.
Ten event jedzie na bardzo stromej równi pochyłej i nie widzę dla niego już żadnych szans.
wolvie111: Szkoda, że tak stacza się ten event. Z rozgrywki wypadło rodzeństwo Rasputinów i właśnie to jest największym minusem tego numeru i chyba jeden z najpoważniejszych błędłów AvX. Pokonani przez Pająka i to na dodatek przez jego głupią gadkę?! To było w stylu żałosnych filmów familijnych dla dzieci, gdzie "źli kolesie" to przygłupy (sytuacja z waleniami niezapomniana), a dobrzy nie rozwiązują problemów za pomocą pięści. Żeby chociaż wcześniej były między nimi jakieś nieporozumienia, które by to usprawiedliwiły, albo jakiś dobry pojedynek, który podsumowałby ich udział, a zamiast tego dostaliśmy tylko wielkiego ptaka nad wulkanem. Ano pojedynek był, ze Spider-Manem, gdzie po raz kolejny obniżono rzeczywisty potencjał Phoenix, bo tak naprawdę powinien on się skończyć z pierwszym ciosem Rasputinów. Dodając kiepskie rysunki, po prostu to wszystko było bez dynamiki i większego polotu.
Na plus dla mnie wypadła sytuacja Emmy. Teraz, gdy jej moc się zwiększy może być naprawdę ciekawie. Dobrze, że dostaliśmy pozostałych X-Men. Mimo, że jestem po stronie X w całym AvX, to trudno dziwić się ich decyzji... skoro już uparto się, że Phoenix Four ma kompletnie odbić to trudno, żeby za nimi podążali. Po trochu sam tytuł traci już sens. Można by go teraz nazwać Avengers vs Cyclops & Emma.
Rysunki były gorsze niż ostatnio, a ich poziom skutecznie obniżyły wszelkiej maści potwory, wyglądające jak dzieło Romity Jr. Tak na koniec to totalnie nie ogarniam, czemu Xavier ciął potwory jakąś dziwną energią z rąk... tu mnie zatkało. A i jeszcze rozwaliła mnie Scarlet Witch w łapciach i z kroplówką... hahaha.
Arachnid: No i z potężnej Phoenix Five ostał się tylko potężny duecik. Czy mnie to dziwi? Absolutnie nie. Jedyne, co mnie zaskoczyło to to, że stało się to w tak idiotyczny sposób. Myślałem, że poprzedni tydzień nie był przychylny dla rodzeństwa Rasputinów, ale tutaj osiągnięto szczyt. Głupoty, niestety. Wcześniej Avengers mieli problem, by powstrzymać jednego z nosicieli Phoenix Force, działając w grupie. Tutaj wystarcza jeden Spider-Man by załatwić Colossusa i Magik, czyli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Fabułę ratuje tylko motyw z Emmą i reakcja pozostałych X-Men na działania Phoenix Four, choć to akurat nie dziwi, po tym jak ostatnio nosiciele Phoenix Force są przedstawiani. Co do rysunków, to niektóre są bardzo dobre, a niektóre wręcz przeciwnie. Ogólnie nie jest za dobrze.
Gamer2002: Pamiętacie, kiedy mówiłem o potencjale na wielką filozoficzną dysputę o bohaterach zdolnych naprawdę zbawić świat? "Dyyy siostrzyczko, chciałem dać wielorybom nóżki, ale zapomniałem, że nie oddychają poza wodą dyyyy" Ha. Ha. Ha.
I tak, Spider-Man jest w stanie przeżyć starcie dwóch silniejszych wersji jednego przeciwnika, na którego byli potrzebni wszyscy Mściciele. Nawet pomimo tego, że Colossus się wstrzymywał, Magik powinna była zabić go mrugnięciem oka. Przecież nawet bez Phoenix Force położyła Stefcia. I gdzie jest Legion? 3/10.
avalonpulse0261b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Avengers Vs. X-Men #10
Hotaru: Cóż, nie jest to dobry komiks. Ale nie oszukujmy się, najgorszy też nie. Nie do końca rozumiem falę krytyki, która spadła na ten zeszyt - czy naprawdę po poprzednich dziewięciu numerach ktoś spodziewał się czegoś więcej? Podczas lektury kilka razy pomyślałem wprawdzie "bez sensu, nie podoba mi się to", lecz zaraz potem dodawałem "tak jak większość poprzednich zeszytów". Fabuła stoi na stałym średnio-niskim poziomie. Jeśli ktoś już musi narzekać, niech narzeka na rysunki. Są tak niestaranne, że zaczynam podejrzewać, że Kubert musiał rysować cały zeszyt od nowa, bo coś się zmieniło w scenariuszu. Co jeszcze gorzej wróży ostatnim dwóm numerom.
Krzycer: Po Xavierze siekącym demony psionicznymi mieczami (nawet w latach 90. nie robił takich rzeczy!) myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy. Aż do nagłego i niespodziewanego ataku smoka.
Scena z Chaos Fist niczego sobie, odkrycie, że Hope przyswaja dowolne moce, a nie tylko mutantów - też ciekawe. Moc Wandy, Feniksa i Shou-Lao - absurdalnie potężne. Na czysto teoretyczno-nerdowskim poziomie to jest fajne. Nie przesłania idiotycznego prowadzenia prawie wszystkich postaci, z najważniejszymi - Cyclopsem i Hope - na czele.
Emma-domina razi mnie mniej, bo akurat jej wątek był poruszony w poprzednim numerze. Choć dziwi, że żadni iksmani poza Magneto się jej nie stawiają... słowa Erica sugerują, że nie odebrała im wolnej woli, więc... No nic. Staram się skupić na pozytywach. Bo wady są oczywiste, i jest ich dużo.
Mam tylko nadzieję, że jak już wskrzeszą Xaviera (jego zgon/odesłanie do innego wymiaru/wydarcie Feniksa i zespolenie się z nim celem ratowania Cyclopsa wydaje się oczywiste...) to nie poślą go z powrotem na wózek, chodzący jest ciekawszy.
Gamer2002: Kolejny zeszyt który mógł być połową - Cyc wpada, daje łupnia, obrywa i wypada. Czy Hope pożycza moce każdego czy tylko mutantów? Bo rozumiem, że na Cyclopa użyła mocy smoka i Wandy.
Xavier, skończ chrzanić o mutantach podążających za niewłaściwymi ludźmi, przez cały konflikt miałeś okazje by robić to, co powinieneś był zrobić, czyli mediować pomiędzy stronami. W sumie zdałem sobie sprawę, że Cap powinien od razu w kwestii Phoenix Force zwołać Illuminati i poradzić się Xaviera, a nie iść do Logana, który wiadomo że jest jest konfliktogenny. Chyba że o czymś nie wiem i dopiero od niedawna Xavier jest dostępny, ale to wciąż nie zmienia powyższego.
Szalejąca Emma to nie była zła rzecz, już wcześniej wiadomo, że świrowała, a po ostatnim power-upie poszło to dalej. Przynajmniej miała dobry argument na Magneto.
Liczę, że scenarzyści nie są takimi kretynami i Scott po prostu leci po Emmę by razem zabrali Hope, a nie z zamiarem pobicia jej i zdobycia mocy. Choć zapewne zobaczy, co wyprawia na Utopii i się wkurzy na nią, co wszyscy inni źle odczytają, bo robienie z każdego idioty to jedyny sposób na pchanie fabuły w tym evencie.
I jak fajnie, w rozpisce Watcher jest po stronie Mścicieli. 3/10.
Volf: Kontynuujemy festiwal głupoty. Spróbowałem uznać za fakt że X-Men to złoczyńcy i mimo to cieszyć się komiksem. Nic z tego, bo o ile Emma faktycznie zachowuje się jak rasowa przestępczyni z dolnej półki, tak argumenty Summersa wciąż do mnie trafiają i Avengers nadal wychodzą na buców. Plus za Emmę jadącą po Magneto - chociaż robią z niej idiotkę niemal tak dużą, jak z rodzeństwa Rasputinów w poprzednim numerze, to przynajmniej wciąż ma gadane. Dobrze, że jeszcze tylko dwa numery tej chały.
wolvie111: Wielkie nieporozumienie na każdej płaszczyźnie. Co event to coraz gorzej... z Marvelem nie najlepiej i czuję, że żadne Marvel Now! tego nie zmieni.
Numer to porażka od strony graficznej i od strony scenariusza. Nie chodzi o to, że strona, której kibicowałem się stacza. Jeżeli Cyclops ma być tym złym, to chociaż mógłby polec w jakiejś porządnej, epickiej walce, a tu mamy wielką miernotę. Rysownik totalnie nie daje rady. Tak wielki event jak AvX to praca nie dla niego. Poza tym numerowi brak tempa. Jeden wielki chaos wokół Hope, którą bez sensu atakuje Cyke, a ta znowu nie wiedząc co i jak pokonuje go... mam dosyć tego jej wielkiego zaskoczenia. Jak widać po woli staje się bohaterką Avengers, ale to chyba nie tak miało być, prawda? Mesjasz mutantów?
Po rozmowie Capa i Profesora jestem prawie pewny, że ofiarą następnego numeru nie będzie Emma jak przypuszczałem, a właśnie biedy Xavier. Łza Steve'a po dennym tekście Xaviera tak jakby wskazuje na niego. W skrócie: znowu się zawiodłem.
avalonpulse0261c%20%5B1600x1200%5D%281%29.jpgFloreK: Jestem zdruzgotany poziomem tego eventu... najlepszy numer - ostatnie New Avengers - kompletnie nie ma odzwierciedlenia w innych seriach i odwrotnie. Łza na policzku Cap'a była z tyłka, scena kompletnie nie sugerowała jakiejś dramaturgii, a tekst Xaviera nie wycisnąłby łzy nawet z osoby o ogromnej empatii. Cyclops ganiający za Hope... ona sama przestraszona jak pięciolatka, chociaż szkołę życia przeszła niemałą, potrafiąca wykorzystywać moc mutantów znajdujących się w pobliżu nie wie co robić i tylko kiedy dostaje szału atakuje sama nie wiedząc, co się stało. Naprawdę, czym my wszyscy na to zasłużyliśmy? Czy zwieńczenie historii Mesjasza musi stać na tak marnym poziomie? Czy potencjał zapoczątkowany przez House of M i Messiah Complex, kontynuowany w X-Force, Cable, Second Coming itd. musi zostać rozmieniony na drobne? Nie uważacie, że pisanie tak ważnej miniserii przez kilku scenarzystów, rysowanie przez kilku artystów, to jedna wielka porażka? Mam wrażenie, że rok temu jeden z drugim nakreślili sobie z grubsza szkic, a teraz nie mają czasu przedzwonić do siebie żeby dogadać szczegóły, nakreślić profil postaci itd. Nie jestem jakimś wielkim znawcą rynku komiksowego, ale ostatnio sporo o mutantach czytam i jestem załamany tym, co nam teraz sprezentowano... tylko i aż dwa numery do końca. Nie wiem jak przetrwam przez kolejne strony...
Avengers: Mi się Avengers vs. X-Men #10 bardzo podobało. Scenarzyści tego crossovera zaplanowali na ten numer dużo atrakcji. Hope pokazuje swe nowe możliwości, Cyclops przygotowuje się do zebrania całej mocy Feniksa, Magneto wzywa Profesora do broni, Iron Man dokonuje odkrycia na temat PF. I CHAOS FIST. Podobało mi  się. Mam nadzieję, że kolejne odcinki przyniosą co najmniej taką samą dawkę atrakcji.
EndrjuSzopen: Poziomy teoretycznie flagowych pozycji komiksowych Marvela wprowadziły mnie już w taki stan otępienia, tak mnie znieczuliły, że po prostu łykam co kolejne wyjdzie i nawet tego wszystkiego nie analizuję. No co tutaj mamy? No tak, mamy dalsze ciągnięcie bezsensowności i naciągania tego eventu, także trudno jest powiedzieć cokolwiek sensownego o samym zeszycie. Nagle mutanci klęczą przed Emmą? Hope nagle, ot tak, jest w stanie kontrolować Phoenixa będącego w Cyclopsie? Nie, no, idę przez ten event z myślą, jaka pojawiła mi się już wcześniej - przebrnąć przez głupoty w trakcie i poczekać na to, jakie zmiany ten event przyniesie, bo jego środek jest niewiele wart.
LeGoL: Ja serio patrzę przychylnym okiem na ten event. Wiek i czas nie pozwalają mi już na dogłębne analizowanie każdej serii i historii. Jak można sobie sprawdzić, kilkukrotnie chwaliłem wydarzenia z tej mini. ALE TERAZ NI CH*&A! WHAT THE FCUK!? To chyba jedyna sensowna wypowiedz jaka ciśnie mi się na usta, no ale spróbujmy... Hope, biedna Hope, mała... Ty naprawdę miałaś potencjał. Nie wiem jak można było tak to schrzanić... Nasza rudowłosa ucieka, znowu. Ujeżdża smoka, a to jest nowość. Wybucha pieron wie jaką energią, ale to już chyba było? A na koniec odsyła Cyke'a, w stylu który też już był zastosowany w tej historii (Wanda vs. Namor). Profesorze... oj Profesorze... Jak mi przykro, że odwalisz kitę w następnym numerze... Robią z ciebie barana, kliszowato tragicznego, w dodatku twój synek będzię centralną postacią innej serii, bo tu dziwnie o nim zapomnieli, tak samo jak o tobie w zapowiedziach... Wniosek jest jeden. Twój drugi, przyszywany, syn to chyba jedyna jakaś przemawiająca do mnie postać w tym numerze. No chyba że (jak już ktoś wspomniał) leci odebrać Emmie moc, zamiast działać we dwójkę, a do bójki dojdzie, bo zobaczy, co ta wyprawia na Utopii. Jeśli tak będzie, to już możecie brać moją wypowiedź do następnej Spoilerowni, w której będzie AvX #11. Ta wypowiedz będzie brzmieć: "WHAT THE FCUK!?". Reszta z tego numeru? Wolę już przemilczeć, bo jest tak bezsensowna, że nawet mój komentarz zaczyna tym zalatywać...

Avengers Vs. X-Men #11
Hotaru: Coipelowi należą się brawa. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki rysował niektóre z postaci. Rogue i Psylocke wyszły mu bardzo a'la Jim Lee, a ponieważ darzą ogromnym sentymentem tamten okres w historii mutantów, to byłem bardziej, niż zadowolony. Rysownik też zapewnił naprawdę dużą ucztę dla oczu. Wiele pojedynczych kadrów miało w sobie wręcz obrazkową lirykę. Niestety, całościowy efekt końcowy mnie nie przekonał. Decyzja o zdradzeniu Emmy została o wiele lepiej rozegrana w Uncanny X-Men, a samej scenie śmierci zabrakło "tego czegoś". Scarlet Witch nie odegrała znaczącej roli, nie wspominając o Hope, która była bezużytecznym tłem - a przecież te dwie postaci miały być na pierwszym planie. Podsumowując - bez większych zaskoczeń, porządnie poprowadzony numer. Ale potencjału było więcej, nawet pamiętając o poziomie dotychczasowych odsłon tego eventu.
avalonpulse0265b%20%5B1600x1200%5D.JPGUndercik: Kurdę, ten numer był naprawdę fajny. Jest tylko jedno ALE. Ten numer był dobry, jeżeli czytając go zapominamy o historii (nawet tej z początku eventu, jak Cap najechał Utopie) i charakterach postaci tam występujących, bo jeżeli bierzemy to pod uwagę, to ten numer to jeden wielki bullshit. Żałuję, że mam zamówiony ten numer.
Krzycer: No tak. Jak się zapomni o pierwszych 2/3 eventu, to ten numer robi wrażenie. Jak się o nich pamięta, to jest równie głupi co reszta (choć nieźle narysowany <są babole - zwłaszcza twarze Coipelowi nie wychodzą> i - przede wszystkim - rewelacyjnie pokolorowany).
Śmierć Xaviera... W ramach tej historii - ma sens. A jednak nie podoba mi się - bo wydaje się podyktowana przede wszystkim tym, że od lat nikt poza Carey'em nie miał pomysłu na tę postać. Nie podoba mi się również dlatego, że wydaje się odgrzewanym kotletem ("Messiah Complex"?). Nie podoba mi się wreszcie dlatego, że zabito mnóstwo potencjału - wracamy do tego, że nikt nie miał pomysłu na Xaviera. Wiadomo, że jego śmierć będzie napędzać mutantów, ale sądząc po tym numerze i ogromnym "Noooooo!!!" ma być również impulsem dla Hope. Która rozmawiała z nim może dwa razy od "Second Coming"...
A propos Hope - stoi przez cały numer i nic nie robi. Głupie. Bardzo głupie. Dopiero co pokazała sekretną siłę i zraniła Cyclopsa, w następnym numerze znowu ma być na pierwszym planie - a w tym nic nie robi. Co świadczy o tym, że panowie architekci nie potrafili wymyślić, jak uwzględnić ją w tym numerze.
Ogółem: duży, głupi film akcji. Można popatrzeć, może nawet się wzruszyć, ale na litość boską, nie można o nim myśleć, bo to popsuje całą zabawę.
Gamer2002: Kontynuacja durnego eventu. Marvel wybrał najgorszą opcje i zamiast dać szansę Scottowi by był choć trochę sympatyczny i spróbował powstrzymać Emmę, odbiera jej moce dla mocy a z Emmy robi się zdradzoną biedaczkę.
No i jak cudownie, wszyscy X-men kajają się przed Capem widząc, że nigdy nie mieli racji, nawet gdy ten najechał Utopię. Cała idea równoważnego konfliktu pomiędzy dwoma bohaterskimi drużynami... Nigdy nie miała miejsca bo od początku wszystko krążyło wokół niszczycielskiej Phoenix Force i bezpodstawnego fanatyzmu Scotta, bo scenarzystom nie chciało się nikomu przypomnieć, że Cable ostrzegał go przed konfliktem i mówił po co potrzebują Phoenix Force i Hope. Aha, mamy pierwszego trupa. 2/10.
colossus28: A mi się podobało. Abstrahując od zarzutów stawianych przez forumowiczów jakoby postaci zachowywały się out-of-character ten komiks był naprawdę dobry. Świetnie pokazane walki, mnóstwo dramatyzmu i pierwsza śmierć w evencie. Poprzednie części prezentowały różny poziom, ten po raz pierwszy od pierwszego numeru przyprawił mnie o pozytywne emocje. No i ostatnia strona z Phoenix-Cyclopsem naprawdę niesamowita.
wolvie111: Nie będę ukrywał, że jak dla mnie wspaniałość tego numeru opiera się przede wszystkim na rysunkach. Olivier Coipel odwalił znowu kawał dobrej roboty. Mimo, iż nie da się zapomnieć o żałosnym poziomie poprzednich numerów i absurdach jakie nam tam serwowano, to zdecydowanie podobał mi się podobało. Było na pewno EPICKO!
Do tego, że X-men są na skreślonej pozycji już przywykłem dawno temu. Tak samo przywykłem do tego, że ze Scotta, który tak świetnie prowadził X-men przez wiele lat zrobiono żałosnego fanatyka. Dzięki temu mogłem spokojnie delektować się jego obłędem i genialnymi walkami. Było tu bardzo dużo drobnych akcentów. Sam pojedynek jego i Emmy...brutalny, dramatyczny- świetny. Emma kontra Hulk- całkiem zabawny tak jak jej wymiana ciosów ze Storm. Sama śmierć Xaviera nie zaskakuje, ale mimo to trochę porusza.
Poza tym twórcą przypomniało się o dwóch ważnych postaciach, których nie widzieliśmy jeszcze w głównej mini-serii, czyli o Rogue i Hulku. Dobrze, że pojawił się zielony wielkolud, a Rogue to moja ulubienica, więc wiadomo. Sam jej monolog o zachowaniu X-men trochę niepotrzebny. Przecież X-men dobrze wiedzieli co robili i robili bardzo dobrze stając po stronie Cyclopsa i swojej rasy. Jeszcze wtedy Scott był daleki od obłęsu a Phoenix Five robiła bardzo wiele dobrego na świecie.
Już co do końcówki. No cóż mimo, że Scott to ten zły w evencie to poczułem wspaniałe uczucie jak go zobaczyłem jako Dark Phoenix. Przypomniała się Jean, przypomniały mi się stare, najlepsze komiksy.
Mam nadzieję, że to Coipel zilustruje finał. Numer świetny właściwie dzięki jego majestatycznym i dynamicznym rysunkom. Dam 9/10.
EndrjuSzopen:Ten numer był tym, czym powinien być cały ten event, a co poczułem podczas czytania może tylko raz i to w bardzo małej dawce, teoretycznie jako zajawkę przyszłych emocji. Było to chyba pod koniec #2, kiedy to Phoenix Force zbliżało się do Ziemii, a Avengersi wysłani w kosmos patrzyli się ze spokojem w nadciągającą potęgę. Jednak od tamtego momentu stało się wiele rzeczy, które były po prostu głupie, albo nie do końca przemyślane, a już na pewno opowiedziane źle. I nagle przychodzi #11 - numer, w którym możemy odczuć poczucie beznadziejności i zwątpienia wśród Mutantów; konieczność mobilizacji wśród Avengersów; no i to, że to event na dużą skalę, gdzie powinny się dziać rzeczy epickie, czego do tej pory nie dało się odczuć. A został już tylko #12. Tak czy siak, sam numer czytało się bardzo dobrze, były emocje. Jednak jest to część eventu, któremu sporo można zarzucić, ale w tym momencie oceniamy pojedynczy zeszyt - i on jest wzorcem. Za późnym. Ocena: 7,5/10.
avalonpulse0265c%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers: Unikanie trollów jest trudne. Wydaje się, że każdy chce być pierwszy. Media współdziałające z Marvelem, inny czytelnik, inna czytelniczka. Wiele osób uwielbia spoilować. Jeszcze do tego dołóż sobie tygodnie oczekiwania na dostawę papierowej makulatury od pośrednika sprowadzającego amerykańskie wydania zza wielkiej wody. Ciężko jest. I jak tu nie skorzystać z elektronicznej wersji dostępnej na Komiksologii. Dziękuję ci Marvelu za podpisanie umowy z Iconology i sprzedawanie w internecie tego samego dnia co ceglane i drewniane sklepy. I dziękuję ci, że udostępniasz swoje produkty bez ograniczeń regionalnych. Ja jestem zadowolony, ty masz moje pieniądze, które możesz przeznaczyć na produkję następnych komiksów. Jest ok. A co tam w środku w Avengers vs. X-Men #11? Dużo emocji, dużo akcji. Takie crossovery lubię. Niezmiernie miło mi było śledzić drogę przebytą przez Cyclopsa od obrońcy swoich kompanów do badassa rozstawiającego po kątach wszystkich herosów w uniwersum Marvela. Wydawca dostarcza mi więcej niż oczekiwałem. TAKIE KOMIKSY CHCĘ CZYTAĆ! DZIĘKUJĘ CI MARVELU!
Gil: Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że będzie znacznie gorzej… A tymczasem jest tylko kiepskawo. Nawet rzekłbym, że są momenty zasługujące, by nazwać je przyzwoitymi. Początek, kiedy Avengers przychodzą do Hulka wypadł całkiem nieźle. Fragmenty dialogów, mówiące o relacji między Xavierem a Summersem też są w większości przyzwoite i dopiero w tych najbardziej kluczowych momentach uderzają w klisze (bo wiadomo, że jak ktoś mówi „I love you all”, to już długo nie pozipie). Mam wrażenie, że dotarliśmy do kulminacyjnego momentu całego wydarzenia i przyznam się, że trochę mnie ruszyło. Gdyby cała reszta została poprowadzona inaczej, gdyby poprawnie zbudowano napięcie prowadzące do tej sceny, mogłaby ona być fenomenalna. Ale wszyscy wiemy, jak jest. Ta budowla nie miała fundamentów, tylko kupę błota, a zamiast fabuły dostaliśmy zlepek nieskładnych pomysłów, więc nawet najlepszy scenarzysta nie miałby szans zbudować na tym czegoś lepszego. Czytam więc i słyszę jęki zmarnowanego potencjału, a zamiast skupiać się na tym, co jest źle, wolę myśleć, jak można by to zrobić lepiej. O tym i nadziei, która wciąż tli się pod tą kupą g...ruzu. Bo w końcu po nędznej Secret Invasion przyszedł całkiem dobry Dark Reign. Tego więc się trzymajmy i jakoś przebrniemy jeszcze przez ten jeden numer. A skoro znacznie gorszym fragmentom tego crossa wystawiałem trochę zbyt pobłażliwe oceny, to dla ukazania różnicy, temu numerowi powinienem dać 5/10.
jdtennesse: Według mnie nie jest tragicznie. Są po pierwsze przyzwoite rysunki. Po drugie historia zbliża się do końca, a to przecież też jest plus. Po trzecie dobrze się czyta. Ale gorzej się o nim myśli. Czytając ten numer miałem wrażenie, że już gdzieś to widziałem/czytałem. I pomijam tu ostatnią scenę z cytatem z oryginalnej i niepowtarzalnej historii Dark Phoenix Saga. Na przykład scena, w której Scott atakuje profesora (zabija?) - żywcem wyjęta z X-Men The Last Stand. Ogólnie to fragmenty historii są niezrozumiałe, a właściwie decyzje scenarzysty - poszli po Hulka i po co? Jak im niby pomógł? Wykonał fastball special zamiast Colossusa z Loganem? To grzech. No i trzasnął Emmę. Aha, szkoda, że nie usłyszeliśmy co Storm powiedziała do Emmy. A to że "power corrupts, absolute power corrupts absolutely" chyba wiedzieliśmy. Wiadomo było że Phoenix w końcu będzie zły/a. Scott rzeczywiście był fanatyczny od początku pojawienia się Hope. I jak skończy? Jestem ciekawy. Ogólnie myślę, że ocena będzie fifty-fifty. 5/10.
czarny_samael: Rogue znów jest użyta do małego monologu (przedtem o Sentrym, teraz o Cyku).
Bohater, któremu tyle zawdzięczają, staje się największym problemem i jednowymiarowym złem wcielonym. Kiedyś Osborn z ekipą atakowali Asgard, teraz Cap z ekipą atakuję Utopię. Nawet w obu historiach Cap zbierał tę swoją ekipkę.
Pamiętam jak narzekałem na ostatnie numery Siege, z uwagi na to jak łatwo Void poszedł na dno, ale dzięki bardzo inteligentnie napisanemu What if-owi cokolwiek zretconowano tę zabawę. Mam nadzieję, że tu cała zabawa jednak skończy się jakąś formą obwinienia Capa za to wszystko, bo to była i jest jego wina. Phoenixy powinny cały czas stać ramię w ramię z innymi bohaterami Ziemi, by kontrolować Feniksy i pozbyć się np. Kamienia Cyttoraka z ciała Colosa, ale do tego Avengers nie mogliby 2 razy wypowiedzieć im wojny.
Aha, no i biorąc pod uwagę przyszłość Legacy nie mam wątpliwości - Legion ma w sobie pewną formę jaźni Xaviera. Co swoją drogą w ogóle mnie nie zdziwi, w końcu Xavier jest jednym z najmocniejszych telepatów na Ziemi.

avalonpulse0268b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs. X-Men #12
Hotaru: Zabawne. W tej miniserii maczało palce tylu artystów, a koniec końców najważniejszy, finałowy numer narysowany jest na kolanie, niestarannie i często brzydko. Kolejny dowód na to, że w trakcie trwania eventu Marvel drastycznie zmieniał fabułę, a rysownik musiał czekać do ostatniej chwili na finalną wersję skryptu. Tak być musiało, bo Adam Kubert potrafi rysować ładnie i estetycznie. Jak ma czas. To, że skrypt był pisany w pośpiechu na ostatnią chwilę też jest odczuwalne. Wiele rzeczy nie trzyma się kupy, wiele scen mogłoby być lepszych, gdyby je dopracowano i umiejętniej rozłożono akcenty. To mogło być porządne zakończenie, stojące poziomem odrobinę wyżej od wcześniejszych numerów. Mogło, ale nie jest. I chociaż finał otwiera wiele kompletnie nowych ścieżek dla uniwersum Marvela, to nie jest to organiczne i śmierdzi zarządzeniem edytorskim. Znowu. Szkoda.
S_O: Chcę, żeby wszyscy to wiedzieli i żeby nie było żadnych nieporozumień. Za wszystkie zniszczenia i śmierci w finale tej historii winię Spider-Mana.
Event dobiega końca, i coś czuję, że nic więcej nie zostało do powiedzenia. Inni z lubością będą wymieniać wszystkie niedociągnięcia tego numeru i całej historii, ja więc skupię się na tym, co wyszło z tego eventu dobrego: świetne dowcipy w Internecie. Mój ulubiony to ten, podczas którego "nowi mutanci" dziękują Cyclopsowi za mutacje, które zniszczyły im życie.
Krzycer: Ewidentne wady - chaotyczne rysunki, zwłaszcza początek walki z Dark Cyclopsem. Rozumiem jeszcze, że Scott rzuca Hulkami i Thorem przez pół planety i dlatego biją się w Sydeny i w Himalajach, ale jak Gambit teleportuje się z Utopii (która w ogóle wygląda jak wulkan na księżycu, "bo Feniks") do Paryża? I nie on jeden. Skąd Pająk w Chinach? (Swoją drogą rozwalił mnie obrazek z mostem w górach podpisany "Pekin").
Dalej - Dark Cyclops zostaje pokonany pięścią w twarz. So epic!!!!!, aż żal dupę ściska. Już wolałbym, żeby wyraźnie pokazali, że to wpływ Jean nadającej z White Hot Room (już i tak mają deus ex machinę w postaci Novy, czemu nie jeszcze jedną?) i Scott przynajmniej częściowo z własnej woli odpuszcza, niż to.
A potem mamy Cyke'a w durnym kasku w pierdlu. I jeszcze durniejszą rozmowę, bo jak w soczewce skupia wszystkie debilizmy eventu i jeszcze raz podkreśla, jak ślepy/zakłamany jest w tym wszystkim Captain America. Cyclops swoją drogą też nie wypada w niej dobrze.
Ale, pozytywy. Potrafię je znaleźć w choćby w zagrzybionym kiblu (bliżej natury!), znajdą się i tutaj. "No more Phoenix" to ładne hasło na koniec eventu, choć trochę nieświeże, bo kopiuje HoM. Z drugiej strony, jako klamra domykająca wszystko, co HoM zapoczątkował - sprawdza się.
(Tu otwieramy nawias: Phoenix miało być jedną z sił wszechświata, niekończącym się cyklem śmierci i odrodzenia, et cetera; w takiej sytuacji byłoby miło, gdyby któryś z bohaterów w miarę szybko zauważył, że wyeliminowanie Phoenix narusza porządek wszechświata i prędzej czy później różne potężne byty zaczną się interesować tym, co ci głupi Ziemianie zrobili rzeczywistości.)
Dalej, wciąż pozytywy: powrót mutantów. Wszyscyśmy zgadywali, że tym to się skończy. I dobrze. Wątek zagrożonego gatunku został mocno wyeksploatowany - lepiej (X-Factor, X-Force, New X-Men, "Messiah CompleX"), gorzej (Fraction), w każdym razie nie mam poczucia, że ten rozdział zostaje zamknięty przedwcześnie.
I wreszcie, sama końcówka. Zrujnowana, zamknięta Utopia - symbol militarystycznego oddzielenia mutantów - i odlatująca Hope. Ten running joke z jetpackiem Cyclopsa dotąd mnie irytował, ale tym razem naprawdę się uśmiechnąłem.
Podsumowując: dużo zmarnowanego potencjału i głupio prowadzone postaci, ale było tu parę fajnych scen i fajnych pomysłów, nawet, jeśli niewykorzystanych. Na pewno nie był to "Fear Itself"... ale porównanie z "Shadowlandem" mogłoby być uzasadnione.
Gamer2002: Eh. Przy poprzednim numerze odzywały się głosy, że jakby zapomnieć o wszystkim, co zdarzyło się w evencie to był dobry, z czym się nie zgadzam (trzeba był zapomnieć, że bohaterowie walczyli już z złoczyńcami tysiąckrotnie gorszymi niż Scott i nie chcieli ich koniecznie zabić). Tutaj to się sprawdza: Rysunki dobre, akcja też i (dla zamkniętej historii) w miarę satysfakcjonujące zakończenie. A teraz przypomnijmy sobie dlaczego ten event jest kiepski.
O tym, że ten event jest porażką na całej linii w swym założeniu "Bohaterowie vs Bohaterowie" pisałem i już "Civil War" było o niebo lepsze. W tym ujęciu głównym bohaterem był Cyc (w roli durnego fanatyka) oraz Cap (w roli durnego buca). Dobrze że Cap przynajmniej przyznał, że zawsze olewał mutanty oraz napomknięto na koniec motywacje Scotta. Ale to była tak naprawdę historia o Mścicielach ratujących świat.
Jako finał wątków HoM i "Disassembled" było też kiepsko. Wandy nie było przez cały pierwszy akt i nie czuć w niej było tego poszukiwania odkupienia poza ostatnim numerem. Mściciele nawet nie zająknęli się, że korzystają z pomocy osoby potencjalnie równie groźnej co Phoenix Force. Rozwiązanie problemu wymierających mutantów to było "a cofnijmy to, czemu nie?" i choć to silnie związana kwestia z X-Men, to jedynie widzimy jak reaguje na to Scott.
Rozwiązanie kwestii Phoenix Force to było też "a mogą to tak zrobić, czemu nie? Tony wierzył!" i jako event skupiający się na tej sile też było do bani. Zróbmy to co scenarzyści chcą od nas i zapomnijmy już o wszystkim poza "Dark Phoenix Sagą". Tamta historia była o tryumfie człowieczeństwa - pomimo wszystkich prób oszczędzenia jej, Jean poświęciła się by uratować wszystkich przed destruktywną mocą jaką posiadła. Tutaj, gdy Summers i reszta zyskali Phoenix Force Mściciele ich z miejsca skreślili i bili dalej Scotta po głowie półki ten dostatecznie się nie wściekł, przez co musieli bić go jeszcze mocniej aż nie padł. A był tu dobry koncept na początku aktu 2, gdy Phoenix Five wzięło się za tworzenie utopi. Tu był potencjał na wielką historię, można było zapytać: owszem człowieczeństwo powinno się było przeciwstawić destruktywnej sile, ale co z siłą zbawczą? Ale cała filozofia skończyła się, gdy odezwał się niepodważalny autorytet w postaci pewnego znanego afroamerykańskiego noblisty i wszyscy chrzanili zadawanie tego pytania. Jedynie na koniec do tego jeszcze powrócono, gdy Hope stała się White Phoenix, ale Wanda powiedziała "bycie Bogiem nie jest dobre, moc cię wybrała byś ją porzuciła" i tyle.
Podsumowując: Event niepotrzebnie się ciągnął w pierwszej części, zmarnował potencjał drugiej i był kiepski w trzeciej. I choć Cap przyznał się do błędu a Cyc poniósł konsekwencje, to odpowiedzialny za cały burdel Wolverine wychodzi czysty. 6/10 dla zeszytu, 3/10 dla historii. Gillen ma po czym sprzątać.
avalonpulse0268c%20%5B1600x1200%5D.JPGWilsonon:Wkurzony. W ten sposób delikatnie mogę określić swoje odczucia po tym komiksie. Aarona powinno się wywalić na zbity pysk. To że jest negatywnie nastawiony do Summersa czuło się w każdym pisanym przez niego numerze dotykającym X-Menów. A tu otrzymujemy tego konkluzję. Wszystkie "zbrodnie" z rąk P5 trafiają na niego, całe paskudztwo Dark Phoenix też jest podpisane "Cyclops". Każdą rzecz zarzucaną przez Capa można by odrzucić salwą argumentów i dodatkowo mieć prawo kopnięcia go w ten przepełniony amerykańskim brakiem odpowiedzialności oraz hipokryzją ryj.
Durnota tego numeru nie pozwala mi w jakikolwiek sposób ocenić rysownika.
Ok. Teraz możemy przejść do oceny eventu: ścierwo. Od początku byliśmy doświadczani kiepskimi scenariuszami, brakiem logiki w działaniach bohaterów, konfliktów sprowadzanych do walki na gołe pięści, przywódców pozbawionych zmysłów taktycznych, postaci zapominających o swoich mocach i umiejętnościach i... Ech. Zbyt długo można jeszcze wymieniać.
AvX to pierwszy event Avengersowy (znany mi), który był pisany przez wielu scenarzystów. Coś w stylu X-Menowych crossoverów z trylogii mesjasza. Jest wiele różnic pomiędzy nimi. W przypadku mutantów, gdy pojawił się gówniany scenarzysta (Fraction) to jego niski poziom był redukowany przez resztę świetnych pisarzy. Niestety w najnowszym evencie dostajemy tylko jeden dobrze napisany numer na 12! Dostajemy jednego genialnego Hickmana i kilku kiepskich pismaków.
Proporcje są również odwrócone w doborze rysowników. Coipel otoczony zostaje przez Romitę i gościa, którego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć.
Podsumowując: trzeba natychmiast zapomnieć o tej historii.
wolvie111:Beznadziejnie. Po ostatnim numerze była możliwość na ciekawy temat, ale przyszedł beznadziejny rysownik i do tego upchnięto wszystkie największe śmieci tego eventu w ostatni numer. I wyszło jak wyszło. So many think to tell!
To może najpierw sam finał. Miałem nadzieję, że znajdą jakiś ciekawy sposób na połączenie mocy Wandy i Hope, a tu Mesjasz Mutantów po prostu kopiuje to co robi Wandzia, z tym, że dodaje ułamek Kung-Fu od siebie. Seriously?! Tylko na to było ich stać? Tylko w ten sposób mogli podsumować tyle lat budowania podwalin pod to wielkie wydarzenie?
Scott nagle zostaje zmiażdżony kilkoma ciosami pięści. Boże! To może geniusz Stark mógł na to wpaść chwilę wcześniej? Tak trudno było się domyśleć, że te dwie będą kluczem do sukcesu? Nie mogły tego zrobić zanim Scott kropnął Xaviera? Żenada. Jedyny dobry finałowy moment to sylwetka Jean, która się pojawiła. Potem już pojawił się kung-fu szał i Scott poległ. Esencja Phoenix z niego ucieka i oczywiście przejmuje ją Hope. Tu będzie chwila na pojechanie po Kubercie. Naprawdę liczyłem na trochę więcej epickości i monumentalności w tym ostatnim numerze. Z tylu rysowników naprawdę nikt nie miał wolnych terminów? Chciałem zobaczyć pięknie narysowaną Hope jako Phoenixa, jej pojedynek ze Scottem, to on upada, to jak inni bohaterowie walczą! A dostałem płonącą Hope wystrzeloną z torpedy, krzywe i nieproporcjonalne ciała! Masakra...
A teraz to co dzieje się już po zażegnaniu problemów. Hope odsyła Phoenixa for ever w kosmos? (Ale jak Jean wróci?) Miałem nadzieję, że ustabilizuje moc i będzie ją dzierżyła. Ale z tego co widzę to jej rola jako Mesjasza już się właściwie wypełniła. Mutanci się odradzają. Ona może być więc dziewczynką w odrzutowym plecakiem na plecach...idealnie wykorzystany potencjał postaci.
Kolejna kwestia. Scott w więzieniu. Jeżeli rzeczywiście nie był sobą to moje odczucia są mieszane. Oczywiście musi odpowiedzieć, ale przecież wiadomo, że te najbardziej radykalne decyzje podejmował już pochłonięty przez moc. Jakby na to nie patrzeć samą wojnę zaczął Captain America. A teraz wypluwa Cyclopsowi, że wywołał wojnę przeciwko Avengers. A już nóż w kieszeni się otwiera, gdy widzę za nim stojącego Wolverine'a! (muszę zmienić avatar). Ciekawy jestem kwestii Emmy i reszty z avatarów mocy Phoenixa. Widać było wyraźnie chowającego się pod kapturem Magneto i plakaty poszukujące Phoenix Five. Ich rozumiem, ale czemu Erik? Chyba coś ominąłem.
Co do dobrych stron tego numeru to jakoś sobie nie przypominam. Musiałbym znowu przejrzeć, ale na to muszę nabrać sił. Pamiętam płonącą twarz Hope. To chyba jedyne co jeszcze przychodzi mi do głowy. To na co czekałem przez tyle czasu. Szkoda, że trwało to tak krótko. Czekam teraz na Uncanny Avengers i bardzo ciekawią mnie dalsze losy Phoenix Five.
Podsumowując jestem numerem i całym eventem bardzo zawiedziony. Marvel ma sporo do przemyślenia jak dla mnie, bo to już kolejny gniot z ich zapowiadanych wielkich wydarzeń.
Numer na jakieś 2/10, a cały event za pare dobrych momentów, gdy rysował Coipel i dreszcze emocji na początku 4/10.
MadMarty:Cap jest bucem absolutnym. Jest jak strażak co podpala i pierwszy gasi. Próbował porywać dzieci, zbrojnie wtargnął na niezależne terytorium, a potem wydał wyrok skazujący. Bo to zawsze on decyduje czy ktoś jest winny, czy był pod czyimś wpływem.
Poza tym - tak szarpanej narracji już dawno nie widziałem w żadnym komiksie. Niby jest więcej stron a tak naprawdę to straszne marnotrawstwo. Panele z rundą dookoła świata i Hulkiem i Thorem latającymi po ciosach Phoenixa to jakiś żart, ale jak zobaczyłem jak Hope odwraca zniszczenia i tekst wyjaśniający, że "oni GASI pożary" na chwilę przestałem czytać.
EndrjuSzopen:Podstawowym błędem jaki popełniono przy planowaniu wielkiego eventu w Marvelu, który miał wstrząsnąć światkiem Mścicieli oraz Mutantów była decyzja o tym, by ten event rozciągnąć na dwanaście zeszytów. Spowodowało to, iż obiecujący początek zamienił się w środkowe bagno stworzone po to, żeby w tym środku coś było i Hope i Wanda (główne postacie eventu jedynie na papierze) mogły wyjść bardziej bohatersko na końcu w porównaniu do tego jak inni mutanci zachowywali się pod wpływem Pheonix Force. No właśnie - przez to dostaliśmy debilne i niezrozumiałe rozdzielenie się Phoenix Force na pięć osób przez na szybko zbudowaną maszynkę Iron Mana; przez to Hope i Wanda nie miały nic do powiedzenia podczas eventu, w którym powinny mieć główną rolę; Mutanci i Mściciele naparzali się wszędzie gdzie się dało, żeby zapełnić kolejne strony zeszytów tego eventu, a także na siłę podkreślić "versus" znajdujące się w tytule, mimo iż te walki nie miały większego sensu ani podłoża motywacyjnego; dostaliśmy idiotyczne decyzje podejmowanie przez poniekąd poważnych bohaterów... A wszystko to dlatego, bo chciano zrobić na siłę coś, co nie miało logicznego wytłumaczenia w takiej formie w jakiej to ostatecznie pokazano. Bo wystarczyłoby na pewno sześć comiesięcznych numerów i nie zrobiłby się taki beznadziejny bałagan, którym chciano zaskoczyć czytelników. Bo wiecie, zaskakujący może być też gaz puszczony w restauracji. Ale nie nazwałbym tego zaskoczeniem pozytywnym.
Archie:Absolutnie najgorszy event w Marvelu jaki czytałem dobiegł końca. Pomysł na pojawienie się nowych mutantów na +, ale podczas przebiegu całości było tak DUŻO IDIOTYZMÓW, a całość była tak ŹLE ZREALIZOWANA, że aż głowa boli. Po przeczytaniu ostatniego numeru najbardziej rozkłada mnie to: Wanda oszalała i spowodowała całe "Dissasembled", a do tego pozbawiła mutantów mocy przez co masa z nich zginęła - z miejsca dostaje wybaczenie i Cap oferuje jej członkostwo w Avengers. Cyclops używał mocy Phoenixa dla dobra świata i przez działania Avengers stał się Dark Phoenixem - trafia do więzienia.
Gil: Ale kapiszon. Po tylu latach nie było ich stać na coś innego? Cokolwiek nowego? Znów herosi tłuką się między sobą. Znów cały potencjał zagrożenia zostaje zmarnowany. Znów wszystko jest rozwiązywane w pięć minut za pomocą deus ex machina. I na litość boską… No more Phoenix?!?
No ale dobrze, bądźmy bardziej konkretni. Oto, co jest nie tak z tym finałem:
- Pięć zdań, tyle to trwało zanim cały sens tego numeru poszedł się… gzić. Czereda stojąca za tym eventem olała sikiem koszącym wszystkie wyjaśnienia, jakie pojawiły się w Children's Crusade, cały temat Life Force i powracając do tematu chaos magic, nie tylko znów uczynili Wandę wszechpotężną, ale też całkowicie winną wszystkiego co się stało. Nie ma to jak napluć sobie do kaszy na samym początku obiadu.
- Summers jest teraz Dark Phoenix, tak? Oryginalnej Dark Phoenix wystarczyła myśl, żeby zniszczyć gwiazdę i jej układ planetarny. Dlaczego więc ten tutaj Dark Debil używa pięści i swojej wrodzonej mutacji, zamiast jedną myślą posłać wszystkich przeciwników w diabły? Powiem Wam, dlaczego. Dlatego, że twórcy całej tej absurdalnej historii nie wzięli pod uwagę takiego drobnego szczegółu jak konsekwencja i nie tylko strzelili sobie w stopę, ale wręcz urżnęli nogi przy samej dupie. Tak jak nie zabija się komara atomówą, tak samo nie bierze się istoty teoretycznie wszechpotężnej do bójki na pięści. I jeśli raz pokazuje się, że Phoenix może ot tak sobie wysadzać gwiazdy, a potem się próbuje to zamieść pod dywan i udaje głupa, to nic więcej niż głupota wyjść z tego nie może.
- Dark Debil lata sobie po całej planecie i podpala co popadnie. Już to samo w sobie jest głupie. A co jest jeszcze głupsze? To, że wszędzie gdzie się pojawia, czekają już na niego inni herosi. I nawet nie chodzi mi o to, że taki Spider-Man, czy Hawkeye mogą mu naskoczyć, ani o to, że jakimś cudem znajdują się dokładnie we właściwych miejscach, choć są one czysto przypadkowe, ani nawet jak dobrane są te pary. Chodzi mi o to, że latają za nim Quinjetami. Jest to jedyny pokazany środek transportu i chociaż plącze się tam też dwójka teleporterów, oni też są zajęci czymś innym, więc w praktyce nie ma żadnego wyjaśnienia, ani sensu w tym randomowym rajdzie po planecie.
- Nova out of friggin' nowhere! Czyli kolejny nie uzasadniony niczym random. Koleś pojawił się na trzech stronach w pierwszym numerze, potem wyparował i nagle wyskakuje zza krzaka w ostatnim zeszycie. Również na trzy strony. I robi dokładnie to samo, co w poprzednim swoim występie: przypieprza o glebę. Jeśli tak bardzo chcieli nam uświadomić, że on jest, trzeba było dać mu jakąś małą rolę, albo chociaż rysować w tle przez cały czas, a nie odwalać takie durnoty.
- Hope przegania Phoenix z Summersa… ciosem w szczękę. Doprawdy, chyba nie doceniłem potencjału, jaki niesie ta metoda. Może warto by ją zastosować także w innych obszarach? Ktoś pamięta odcinek South Parku, w którym Russel Crowe walczył z rakiem? A tak poważnie, to mamy tutaj efekt tego, o czym wspomniałem w punkcie pierwszym. Autorzy osiodłali osła, więc teraz o szarży trudno mówić. Złe scenariusze lubią się mścić.
avalonpulse0268d%20%5B1600x1200%5D.JPG- No ale dobra, jak już mu zabrała tego ptaszka, to co robi? Powiela te same głupoty i lata po całym świecie, zamiast pstryknąć palcami i wszystko naprawić. Nosz kurde, Jean nawet była w stanie zresetować linię czasową kilkadziesiąt lat wstecz samą tylko myślą w finale Here Comes Tomorrow. Po co ta szopka?
- Wielki finał, czyli No more Phoenix. Ciężko mi nawet opisać, jak silny odruch sprzeciwu wywołał u mnie ten pomysł. Ktokolwiek wpadł na taką durnotę, najwyraźniej nie wiedział nic o Phoenix, albo nie rozumiał tego, co czytał. No bo Phoenix jest w końcu abstraktem, nawet jeśli pomniejszym. Jest jedną z sił natury, jednym z elementów, które trzymają do kupy całą tę rzeczywistość, linkiem między życiem a śmiercią. To nie jest chwast, który się wyrywa, ani szpak, którego można ustrzelić, jak ci się dobiera do czereśni. Nie eliminuje się tak elementarnej siły natury. Nie wyrywa się serca, kiedy komuś skacze ciśnienie. To rozwiązanie jest złe! Ale paradoksalnie powinniśmy dziękować za nieudolność scenarzystów, bo tak długo jak nie będą w stanie ogarnąć tego, jak bardzo spieprzyli sprawę, nie będą też babrać się w konsekwencjach. Bo gorsze od choroby mogą być komplikacje po niej.
- Jaki jest właściwie związek między likwidacją Phoenix, a pojawieniem się nowych mutantów? Wcześniej ustalili, że odkształcenie rzeczywistości przez Wandę praktycznie usunęło mutacyjny gen z większej części populacji. Jak to się przekłada no to, co wydarzyło się teraz? Chyba jedyna prawidłowa odpowiedź to: plot convinience. Paradoksalnie, miałoby to sens, gdyby na samym początku zeszytu nie wykosili wątku Life Force, bo tutaj mielibyśmy logiczne i naturalne połączenie Phoenix-Life.
- No ale dobra, próbują nam wmówić, że Phoenix Force nie została zniszczona, tylko poszatkowana i rozrzucona po planecie. Ehm… Bullshit! Elementarna logika i semantyka się kłania: no more oznacza, że nie powinna istnieć. Wcale! W przypadku no more mutants miało to sens o tyle, że gen mutacyjny został wymazany z istnienia, Logika jest zachowana. Tutaj mamy absolutną bzdurę. Tym bardziej, że idąc za logiką natury Phoenix po pierwsze nic dobrego z jej dzielenia nie wynika, a po drugie, każda żyjąca istota już jest z nią w jakimś sensie połączona. Chcą nam powiedzieć, że teraz każdy człowiek na planecie ma w sobie dwie siły życiowe? A jeśli wziąć pod uwagę to, co pokazała ta seria, to istnieje milion sposobów, by ta cząstka Phoenix przeszła z jednej osoby na inną. Czyli co? Rozwiązali problem, tworząc globalne zagrożenie? Bo teoretycznie, w ciągu miesiąca mogą się pojawić setki albo i tysiące ludzi, dysponujących większą mocą. Albo ktoś wpadnie na pomysł, żeby zabijać przypadkowych ludków i przejmować od nich tę moc. Jak to do cholery rozwiązuje cokolwiek?
- I właściwie ostatni z większych zarzutów: nagle Magneto jest poszukiwanym uciekinierem. DLACZEGO?!? Praktycznie nie brał udziału w większych akcjach i nie zrobił nic nagannego, więc o co tu chodzi do diabła? Znów ktoś uznał, że trzeba go cofnąć do roli monomaniakalnego badguya?
Znalazłoby się też więcej zarzutów, ale już nie chce mi się pastwić nad każdym szczegółem. A skoro, jak twierdzi AIC, wydawnictwo jest z siebie dumne, to mogę tylko pogratulować zapatrzenia w siebie. Miałem pewne nadzieje po poprzednim numerze, ale ten je zamordował, więc pozostała mi tylko nadzieja, że efekt będzie lepszy niż samo wydarzenie. Tymczasem, za ten zeszyt i całokształt wystawiam 1/10.

Korekta: Hotaru
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.