Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #248 (21.05.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 21 maja 2012Numer 21/2012 (248)


"Avengers Versus X-Men" idą pełną parą. Aż pięć pozycji powiązanych z tym wydarzeniem. To dużo. A jak sprawa ma się z ich poziomem? Zapraszam do lektury, by każdy przekonał się sam.

Amazing Spider-Man: Ends Of Earth
Krzycer: Po paru stronach odechciało mi się czytać dialogi, więc tylko przekartkowałem resztę. Zapamiętałem Lady Deathstrike zabijającą Kangaroo i Crossbonesa strzelającego do Sabry. Nie ma to jak odstrzelić postaci, które nie pojawiały się nigdzie od lat, żeby podkreślić znaczenie idiotycznego eventu.
Gil: Nie ma to jak podłączony do rozdmuchanego wydarzenia na siłę 1-shot, który absolutnie nic nie wnosi i nie jest ani zabawny, ani interesujący, ani nawet dobrze narysowany… Wymarzona pozycja dla komiksowych masochistów, którzy z pewnością aż pocą się na samą myśl o komiksie, w którym marginalni bohaterowie tłuką się w losowych lokacjach z prawie nieznanymi łotrzykami. Ale hej – w tytule jest Spider-Man! Łap za portfel! A potem narzekają, że wyniki słabe i trzeba zamykać serie… Za takie pomysły i takie wykonanie tylko 1/10 jest odpowiednią oceną.

avalonpulse0248b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers vol. 4 #26
Hotaru: Nie powinienem się dziwić. Od dłuższego czasu narzekam, że - poza kilkoma wyjątkami - Brian Bendis dobrze zaczyna, ale kończy tragicznie. Wygląda na to, że jego run w Avengers wyjątkiem nie będzie, i jego ostatnia historia dla tej serii będzie jedną z tych gorszych. Nie chodzi nawet o to, że dubluje wydarzenia, które są już ukazane w Secret Avengers. Po prostu jest tak mało wciągająca, że chyba bardziej się nie da. Chociaż poziom rysunków jest spójny z warstwą tekstową. Nie chce mi się nawet zgadywać, kto do kogo równał w dół - scenarzysta do rysownika, czy vice versa.
Krzycer: Ojej, jakie brzydkie rysunki. Ja wiem, że Simonson to legenda i w ogóle, ale... jakie brzydkie rysunki. Ale przynajmniej drugie starcie Thora z Feniksem było trochę bardziej efektowne od pierwszego.
Tylko jak to wszystko będzie się miało do "we must kill the Avengers" z Secret Avengers?
Volf: Sympatyczna scenka z Protectorem i jego dziewczyną na dachu. Tylko jak ona biedna ma teraz stamtąd zejść? Druga połowa numeru okazała się mniej ciekawa, próby przechwycenia PF lepiej przedstawił Remender w Secret Avengers. Przynajmniej cliffhanger ciekawy.
Gil: Oto komiks, który doskonale udowadnia, że twórcy eventu AVX w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Tutaj Bendis opisuje swoją historię wypadu w kosmos, a w Secret Avengers Remender opisuje swoją. Obie różnią się od siebie jak osioł od zebry. Która lepsza? Prawdę mówiąc, żadna – ale tutaj zajmiemy się obecną. W połowie jest wypchana watą, otaczającą Protectora. Nie wiem, czy w ogóle jest ktoś, kogo to obchodzi? Druga połowa to starcie z ptaszkiem, które wypada przynajmniej mniej żałośnie niż w drugim tytule i łączy się z tym, co pokazano w głównej mini. Udało im się chociaż osłabić Phoenix, zanim… no i właśnie tu zaczynają się największe różnice. Poza tym, niepotrzebnie ściągnęli Simonsona z emerytury, bo ciężko nazwać jego rysunki ozdobą numeru. Zwłaszcza Thor wygląda jak Ozzy Osborne w klipach z lat '80. Tutaj można wycisnąć ocenę 3/10.
Łukasz: Tie-in do AvX, który bardziej przypomina mi lata 90 - te poprzedniego wieku, oraz run Simonsona w FF, niż serie ukazującą się w XXI wieku. Człowiek, który zasiada do lektury odnosi wręcz wrażenie, że fabuła tego numeru została napisana na kolanie, tylko po to by zapełnić jakoś kolejny numer, który musi się ukazać. Szkoda kasy, lepiej zaopatrzyć się w numery Batmana z konkurencyjnego DC!

Avengers Academy #30
Hotaru: Nie podoba mi się to, co Gage robi z Shawem. Mam wprawdzie nadzieję, że w kolejnym numerze okaże się, że to tylko fortel, jakiś rodzaj zasłony dymnej, ale nie mogę zapomnieć, że subtelność nie jest mocną stroną tego scenarzysty (co widać chociażby po wątki X-23 i jej gadce motywacyjnej). Boli mnie, że tak szybko powrócił Shawa do jego starej wersji, chociaż jego amnezja otwierała dla tej postaci kompletnie nowe i niezbadana ścieżki. Avengers Acadamy pozostaje średnim tytułem. Wyczuwaj jednak trend spadkowy.
Krzycer: A skoro o idiotycznych eventach mowa... Komiks nie byłby taki zły, gdyby Gage nie robił z X-23 maszyny do zabijania, która nie pojmuje czym jest ta "miłość" o której tyle słyszy... Koszmar.
A motywacje grona pedagogicznego biorą się z kwestii wepchniętej w usta Kavity - "musimy założyć, że Shaw chce zabić studentów". A w następnym numerze pan scenarzysta będzie chciał sprzedać jako wielkie zaskoczenie to, że Shaw chce pomóc Hope, ależ to będzie zaskoczenie!
A przecież Gage pisał kiedyś całkiem niezłe rzeczy. Nawet w tym tytule. Co się stało?

Avengers Vs X-Men #4
Hotaru: Mam dziwne uczucie, że ten event się strasznie ślamazarzy. Zastanawiam się, co istotnego wydarzyło się w tych czterech numerach i dochodzę do wniosku, że - poza samym zawiązaniem akcji - kompletnie nic. Avengers i X-Men obijają sobie pyski. Miały stać za tym jakieś emocje, a tymczasem walki są równie puste, jak w tie-inie AvX: Versus, reklamowanym hasłem "0% fabuły, 100% rozwałki". Brak jest emocjonalnego szkieletu, jądra historii, osobistych tragedii. Kiedy operujemy na poziomie przetrwania planety lub przetrwania gatunku, powiedzenie przypisywane Stalinowi zaczyna obowiązywać: "Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka". Niestety, na razie ten event to czysta statystyka, coś, co w ogóle mnie nie porywa.
Krzycer: Pierwsze co mi się nie spodobało, to Logan w futrze po zagrożonym niedźwiadku. Pal sześć, że to nie ten biegun (choć chciałbym zobaczyć Wolverine'a w kostiumie z wypatroszonych pingwinów) - Logan może sobie mordować ludzi setkami, ale od niedźwiadków wara!
Drugie co mi się nie spodobało - choć to bardziej zarzut do konstrukcji eventu - to pokazanie, że te wycieczki po świecie nie mają sensu. Bo przeczytawszy to wiem już, że sięganie po tie-iny nie ma sensu, bo będą się tam tylko okładać po mordach i nic z tego nie wyniknie.
Trzecie co mi się nie spodobało to bucowaty Wolverine. Mam nadzieję, że przed końcem eventu Hope go jeszcze raz przysmaży.
A co mi się w takim razie spodobało? Dialogi Hickmana czyta się lepiej niż te pozostałych autorów pracujących przy tej miniserii. Polowanie na Logana przy pomocy piwa - strasznie to naiwne, ale ubawiło mnie. No i to, co się dzieje na Księżycu też było w porządku.
Tylko... Błękitną strefę na Księżycu zrobili Skrullowie? Byłem przekonany, że w innym komiksie czytałem na ten temat co innego, ale już nie pamiętam co.
Ogólnie: nieźle, choć cały event jak dotąd w dalszym ciągu oceniam na wymuszoną trójkę z minusem.
avalonpulse0248c%20%5B1600x1200%5D.JPGVolf: To, że Wolverine dał się przekonać rudzielcowi wydało mi się cholernie naiwne, więc dobrze, że ostatecznie okazało się, że miał on plan - przy okazji którego notabene znowu wyszedł na buca. A poza tym numer zapchany był scenami walk wypełniającymi miejsce przed przewidywalną kulminacją pierwszego aktu. Fabularnie jest więc bez szału. Romita wciąż w świetnej formie, czyli daje radę rysować tak, żeby nie odrzucało od komiksu.
Lotar: Chyba najsłabszy z dotychczasowych numerów. Wypchany tym co się dzieje w innych seriach i mało ekscytujący. Logan z Rogersem dopiero co lali się po pyskach, a tu już sobie jedzą z pyszczków. Wolverine nie mógł załatwić Hope jak spała? Nagle mu przeszło? Najlepiej czytało mi się teksty Eda. Powinien pisać cały event. Szkoda miśka. Wywalić redaktorów i obniżyć cenę komiksu.
Gil: Nie mogę zrozumieć dwóch rzeczy: Po pierwsze – Romita junior. Na kilku panelach w tym zeszycie pokazał, że potrafi narysować bardzo ładną kobiecą twarz, z dbałością o szczegóły i w ogóle, aż chce się chwalić. Mimo tego 80% pozostałych paneli to kaszanka tym większa im więcej akcji powinno się na panelu znaleźć. Poziom kaszany po prostu rośnie drastycznie w scenach walk i zbiorówkach. Skoro więc potrafi rysować, dlaczego bazgrze? Po drugie: Hickman. Angażują w pracę nad eventem jednego z najzdolniejszych scenarzystów i dają mu do napisania numer, w którym praktycznie nie ma treści, tylko zlepianie w całość wydarzeń z tie-inów w wielki skrót. Nie ma tu pola do popisu, a jednak udało mu się przemycić parę drobnych smaczków, które traktuję jako przymrużenie oka. Fabuła niby skacze naprzód, ale tak naprawdę nic się nie dzieje. Po prostu hop-siup. Nie ma właściwie czego oceniać, bo tylko na początku i na końcu dzieje się co nieco, a reszta to scenki rodzajowe plus narracja. Plus, kolejny raz widać, że scenarzyści nie rozmawiają ze sobą, bo ekipy obecne w poszczególnych lokacjach tutaj i w innych tie-inach znacznie się różnią. Ale niech będzie, że za te kilka małych plusów i brak wielkich minusów wycisnę 3/10.
EndrjuSzopen: Wolverine nagle zmienił zdanie, Tony Stark jest w stanie budować mechaniczne coś, żeby zniszczyć Phoenix, Hope złapana w pułapkę... Kolejny numer eventu i coraz bardziej uderza mnie to, że niewiele się podczas niego dzieje - owszem, próbuje zrobić się zwroty akcji, ale nie emocjonują one tak jak na duży event przystało. Nie uważam jednak, że jest źle - może dlatego, iż nie byłem wcześniej czytelnikiem żadnej serii związanej z obiema grupami, a może też dlatego, że czytam komiksy na bieżąco ledwo od roku i jestem nastawiony do nich zbyt pozytywnie. Czekam na dalszy ciąg.
Łukasz: Zacznę od stwierdzenia faktu, że fabuła ostatniej części pierwszego aktu jest tak dziurawa jak przetak u mnie w stodole. Akcja przeskakuje od jednej lokacji do drugiej, a cały event coraz mniej mnie interesuje, bo cała przyjemność z jego lektury znika gdzieś po drodze, w sporym gąszczu tie-inów, których połowa jest jedynie zapychaczami. Jedynym jasnym puntem jaki znalazłem, jest tak duży skok jakości rysunków Johna Romity Juniora, że własnym oczom wprost nie wierzę!

AvX: Vs #2
Hotaru: Pierwsza historia podobała mi się ze względu na kreskę McNivena. Nie dlatego, ze ta była jakoś szczególnie dobra, ale przypomniała mi Civil War, gdzie stała na wysokim poziomie. No i walka miała jasny rezultat, co też się zalicza na plus. Marvel zapewniał, że każda z potyczek będzie zakończona wynikiem jednoznacznie wskazującym na wygranego i przegranego, ale okazało się to kolejną bujdą na kółkach. Co widać na przykładzie drugiej historii, gdzie walka (podobnie jak Namor vs. Thing w #1) w ogóle nie dobiega końca, a strony walczące po prostu się rozchodzą. Larocca chociaż wprawnie to narysował, ale kolory są po prostu brzydkie i psują odbiór.
Krzycer: Po pierwsze - w przeciwieństwie do poprzedniego numeru, tutaj obie walki mają sensowny przebieg i wynik.
Po drugie - rysowanie Gambita fajnie wychodzi McNivenowi.
Po trzecie - starcie Colossusa z Pająkiem było fajniejsze. I jest tam rewelacyjny kadr gdy Rasputin odbija rzuconego w niego robota (ten z podpisem "Fun Fact: Ouch").avalonpulse0248d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Gil: Okay, tym razem jest o niebo lepiej niż poprzednio, aczkolwiek nadal jest parę irytujących elementów. Ale po kolei. Pojedynek pierwszy Captain America vs. Gambit: Jest dobrze narysowany i całkiem przyzwoicie poprowadzony. Fragment, w którym Gambit ładuje tarczę Capa, by użyć jej przeciwko niemu nazwałbym wręcz esencją całego tego pomysłu. Pomysł z wysadzeniem zbroi tez niezły. Minusem jest natomiast fakt, że całe otoczenie wyparowało, a Gambit padł po jednym ciosie. Pojedynek drugi: Spider-Man vs. Colossus: Jest przynajmniej zabawny i odwołuje się do klasycznych już starć Pajęczaka z Juggernautem, dlatego traktuję go luźniej i dostrzegam przymrożenie oka. Samo starcie poprowadzone jest całkiem dobrze, tylko rozstrzygnięcie trochę rozczarowuje. No, ale trzeba przyznać, że ciężko byłoby rozegrać to inaczej. Natomiast ponownie największym minusem i najbardziej wkurzającym elementem są tak zwane "FUN facts". Cytując z komiksu: "This isn't fun at all." Ale mogę dać 6/10.
EndrjuSzopen: Ten komiks sam sobą pokazuje - np. początkowymi tekstami w formie Q&A - że nie jest pozycją obowiązkową ani w jakimkolwiek stopniu poważną; ot, nawalanka postaci z Marvela bez fabularnych przeszkadzajek. Ładnie narysowana, ale naprawdę nie ma potrzeby czytania. Zwłaszcza gdy czyta się też główny komiks eventu, bo tutaj nagle otrzymujemy Captaina Americę z obdartym strojem po walce z Gambitem, czego w AvX #4 nie było.
Łukasz: Numer, który spełnia założenia tej głównie dla zysków wydawanej serii, czyli 2 pojedynki, bez żadnych zaskoczeń, jeśli chodzi o zwycięzców. Zaskakuje jedynie Steve McNiven w roli nie tylko rysownika, ale także scenarzysty, o którym ostatnio było cicho. Drugim zaskoczeniem jest zmiana kreski na bardziej czytelną rysownika Sallvadora Larocci.

Daredevil vol. 3 #13
Gil: Trochę mieszane mam uczucia. Matt próbuje zakończyć bieganinę za Omega Drive wielką rozpierduchą w centrum miasta. Bijatyka jest mocno ryzykowna dla osób postronnych i miejscami przekozaczona, ale największy problem mam z faktem, że na końcu okazuje się, że to wszystko było wyreżyserowane. Mark Waid strzelił sobie w kolano, bo przez pół numeru wewnętrzne monologi Daredevila wyglądają tak, jakby nie wiedział nic na ten temat, a w końcówce i rozmowie z Avengers okazuje się, że o wszystkim wiedział od początku. To znaczy, że co? Sam siebie oszukiwał w myślowych monologach? Klasyczny błąd przy prowadzeniu narratora w pierwszej osobie. Natomiast na plus muszę zaliczyć tła i napisy parodiujące znane tytuły – były nawet ciekawsze od samej bitki. Fabuła posuwa się dość znacznie, ale tak poważnego błędu nie można puścić płazem tak doświadczonemu scenarzyście, więc będzie 4/10.
EndrjuSzopen: Dość dziwny ten numer, bo Daredevil jakby nie wiedział o planie, który on sam ułożył... A planem było dać się prawie zabić, żeby sprawić pozory utraty Omega Drive, żeby pewnie nie miał na karku wszystkich tych organizacji... No cóż, nie wiem szczerze powiedziawszy co o tym myśleć.

Fantastic Four #605.1
Krzycer: Nie ma to jak Point One, by nowy czytelnik mógł od razu wskoczyć w środek akcji i... jasne.
Nie wiem, czemu sprzedają toto jako Point One. Ale jest to bardzo dobry numer. Nawet jako What If by się sprawdzał (strasznie podoba mi się wygląd alter-Thinga), ale potem mamy całkiem zaskakującą końcówkę, wpisującą wszystko w wydarzenia z runu Hickmana. Dobra rzecz.
Gil: Rzadko się zdarza, żeby w tygodniu gdy wychodzi X-Factor, cokolwiek mogło sprzątnąć mu sprzed nosa tytuł numeru tygodnia, ale tym razem tak właśnie będzie. Spojrzawszy na okładkę, pomyślałem sobie: "no świetnie, kolejny odgrzewany kotlet". Jakże się myliłem! Co prawda, alternatywne rzeczywistości nie są również żadną nowością, ale za to mają z definicji duży potencjał. I ta historia wykorzystuje go w każdym calu. Zmienia praktycznie wszystko w tej dobrze znanej historii, buduje ją od początku, a później jeszcze przekształca w punkt wyjściowy innej historii, z którą obcujemy od dłuższego czasu. Co prawda, design postaci lekko szwankuje w retrospekcjach z pojedynków, ale na to można przymknąć oko. Cała reszta zdecydowanie zasługuje na 8/10.
Łukasz: Moim zdaniem numer tego tygodnia, historia z tych co by było gdyby. Bardzo tragiczna, mroczna, mocna. Bardzo dobrze wpasowująca się szczególnie w wątek Rady Richardsów. Choć odbiór popsuła mi nieco kreska Choia, ale jeśli przyjmiemy do wiadomości fakt, że akcja została osadzona na alternatywnej nazistowskiej Ziemi, to jego rysunki współgrają do niej idealnie.

Hulk Smash Avengers #3
Gil: No i na tym zakończę chyba przygodę z tą serią. W tym numerze nie ma praktycznie żadnej historii. Mam wrażenie, że 80% całości poświęcone jest na przypominanie, kto jest kim i kiedy to się dzieje oraz żarty z gatunku ni przypiął ni przyłatał, a reszta to szybka i raczej bezsensowna bitka. Nie wiem, komu to do szczęścia potrzebne? Mnie na pewno nie. 3/10 i do nie-widzenia.

Incredible Hulk vol. 4 #7.1
Krzycer: W tym numerze Hulk jeździ na triceratopsie i wygrzewa się w wulkanie jak w jacuzzi. A łotr, który wyrywa gałki oczne swoim ofiarom występuje w roli comic relief. Dostajemy też scenę erotyczną z Hulkiem i Srulkie.
I wszystko to mi się podobało. To był Aaron, jakiego lubię, bliski temu, co prezentował w Astonishing Spider-Man/Wolverine.

Invincible Iron Man #517
Gil: A mówiłem, że to Rhodes będzie czarnym (tym razem dosłownie) Iron Manem? Zapowiada się także jakiś upgrade u Antosia, ale to akurat nie nowość, bo od dłuższego czasu zdarza się co kilkanaście lub maksymalnie kilkadziesiąt numerów. Zmiany wydają się interesujące? No niestety – komiks jest nudny jak flaki w oleju. Przegadany, skaczący między wieloma nieistotnymi wątkami, a istotne elementy upychający na kilku stronach. Jest też okraszony randomowymi retrospekcjami, które wyglądają wyjątkowo paskudnie. Nie wiem, co Larroca próbował tam osiągnąć, ale nie wyszło zupełnie. Czyli ponownie nudne 3/10.

New Mutants vol. 3 #42
Hotaru: Powoli ta historia zaczyna mnie nużyć. Niby stawka jest wysoka, ale jakoś coraz bardziej zaczyna mi na niej nie zależeć. Wszystko jest takie losowe, niespójne i - chociaż czyta się szybko i bezproblemowo - to w trakcie zanika haczyk, na który w pierwszej kolejności dałem się złapać. Rysunki Di Giandomenico pozostawiają trochę do życzenia - niektóre kadry są zbyt chaotyczne, bo źle zaplanowane, a inne po prostu narysowane na kolanie. Nawet pomimo tego, jest to jeden z lepiej wyglądających numerów New Mutants i lękam się chwili, kiedy do rysowania powróci Fernandez.
Gil: No, w końcu coś tu się zaczyna dziać. Aczkolwiek rozkręca się to trochę niemrawo, bo pierwszą połowę numeru wypełniają na wpół slapstickowe scenki, które - jak się okazuje – tak naprawdę do niczego nie prowadzą. Na szczęście, równolegle i trochę nieśmiało rozwinął się drugi wątek, który zapewnił przypływ emocji w końcówce. Tu było zdecydowanie lepiej i ten wątek naprawdę mi się podobał. Podejrzewam już, do czego to będzie teraz zmierzało: Loki zawinił, Loki naprawi, a New Mutants będą robić za barykadę. Mimo wszystko, jest tu progres i można się dobrze bawić, więc nawet przy słabowitej grafice można dać 6/10.

Thunderbolts #174
Gil: O, a to było nieoczekiwane. Zupełnie nie spodziewałem się takiego rozwiązania. Prawdą mówiąc, po ostatnim numerze ciężko było cokolwiek przewidywać, więc Parker mógł sobie pojechać trochę po bandzie. Praktyczna wariacja na temat słynnego paradoksu dziadka przynosi nam rozstrzygnięcie oryginalne i całkiem ekscytujące. Ale jak to z paradoksami bywa, nie ustrzegło się nieścisłości: teoretycznie to wszystko już się wydarzyło, więc tak naprawdę spójność czasoprzestrzeni wcale nie była zagrożona – skąd więc tak drastyczna reakcja środowiska? Natomiast zdecydowanie słabym punktem zeszytu były rysunki, które skutecznie zniechęciłyby mnie do dalszego obcowania, gdybym nie był już mocno przekonany co do wartości serii. Ale nawet z obniżką za grafikę, numer załapie się na ocenę 7/10.

Uncanny X-Men vol. 2 #12
Hotaru: Co za mało imponujący numer. Jedyny dobry element to występ gościnny Apex, który wypadł naprawdę zabawnie. Greg Land nie rysował tu Colossusa w trybie Cytto, a to jedyne, co mu ostatnio wychodzi. Hepzibah chyba jest po jakimś praniu mózgu, nie kojarzę, żeby była nimfomanką. I czy przypadkiem She-Hulk nie powinna być w Westchester i obijać sobie twarzy o pięści Rogue?
Krzycer: Najpierw ponarzekam na Landa. Jak zwykle rysuje jedną kobietę, którą koloryści muszą potem farbować, żeby mogła być i Hepzibah, i Emmą Frost i Shulkie i kim tam jeszcze.
Poza tym Hepzibah dotąd mówiła jakimś kaleczonym angielskim, Gillen zapomniał o tej stylizacji.
Ale wszystko mu wybaczam za końcówkę, w której wnioski Apexa świetnie odzwierciedlają mój stosunek do "fabuły" AvX.
Gil: Ja już sam nie wiem, czy to, co tu widzę powinienem traktować jako autoparodię ze strony Gillena, czy powyrywać kartki z tego zeszytu i przeżuć je z wściekłością. Znowu głównym bohaterem numeru zostały chucie Namora! Jeden epizod z mackowatą królową podwodnej rasy jeszcze byłem w stanie wybaczyć (choć nie zapomnieć), ale już podchody do kotopodobnej kosmitki zaczynają mi pachnieć mokrym snem pryszczatego otaku. Co za dużo to niezdrowo. W dodatku, pointą numeru jest niezręczna sytuacja również o podtekście erotycznym. Aż się dziwię, że to w ogóle przeszło przez ratingi w purytańskiej Hameryce. No i kurcze, naprawdę nie wiem, czy on celowo to przerysowuje do granic absurdu, czy naprawdę myśli, że to jest zabawne? Aha, jeszcze jedno: w kontekście AvX bardzo rozczarowuje mnie taktyczny dobór drużyn. Postacie o podobnych zdolnościach są grupowane razem, podczas gdy strategia nakazywałaby maksymalnie urozmaicić każdy skład. Tutaj na przykład mamy samych heavy hitterów w jednym miejscu. I już nie wspomnę, że Shulkie powinna być gdzie indziej. Ostatecznie, ze względu na mocno mieszane odczucia, zdecyduje się na ocenę 4/10.

Venom vol. 2 #18
Gil: Liczyłem, że punktem kulminacyjnym tego numeru będzie pojedynek miedzy Thompsonem a Brockiem, a tu niestety – całe 3 strony to zajęło i było absolutnie nie ekscytujące. A reszta? Trochę się szukają, trochę zdecydowanie za dużo gadają, nieco wewnętrznych monologów i wreszcie na końcu wielka mała rewelacja, do której w końcu musiało dojść. Mam wrażenie, że Remenderowi już skończyły się pomysły na serię, albo zabrakło czegoś innego i po prostu zmierza jak najszybciej do końca. A może to już udziela się coś, co zaczynam nazywać syndromem nijakości Bunna? W każdym razie, więcej niż 5/10 stąd nie wycisnę.
EndrjuSzopen: Numer dość nierówny, ponieważ ostatnio atmosfera została mocno podgrzana, początek tego numeru też podbudował atmosferę, a potem... Toxin pokonany tak szybko i łatwo, a Flash podczas tego krótkiego pojedynku utrzymał symbiota w ryzach...? No zobaczymy, dopiero pierwsza część tej historii, pewnie ma to jakiś cel, a i koniec komiksu daje w perspektywie bardzo dobrą zabawę.

Winter Soldier #5
Krzycer: W tym numerze Doctor Doom bije się z małpami, krzycząc "wreszcie wyzwanie godne Dooma".
W tym momencie naprawdę nie wiem, co jeszcze mogę napisać. Brubaker pisze to wszystko tak, zwykle, to znaczy lokuje tytuł gdzieś na styku akcji/thrillera, ale... Red Ghost i jego małpy odrobinę do tego nie pasują.
"Odrobinę do tego nie pasują" to szyfr. Należy go odczytać jako "miejscami wychodzi z tego coś, co mógłby napisać Aaron".
Gil: Całkiem dobre zakończenie całkiem dobrej historii. Mimo sugestii z okładki, w środku na szczęście nie ma zbyt wielu małp ze spluwami. Jest za to Doom, który mimo pewnych wątpliwości chronologicznych, zachowuje się jak na Dooma przystało, czyli nie patyczkuje się. I jak to często u Brubakera bywa, zamknięcie jednego wątku otwiera nam kolejny. Jeśli czegoś mi zabrakło w tym zeszycie, to zapierających dech w piersi kadrów. Rysunki nadal są bardzo dobre, ale wśród całej tej akcji nie znalazło się miejsce dla perełek, jakimi wcześniej raczył nas Guice. Tak czy inaczej, oceniam na 7/10.

X-Factor #236
Hotaru: Popatrzcie, scenarzyści pchający się do AvX: tak pisze się komiksy całkowicie poświęcone pojedynkom, nie zapominając o drobnym detalu zwanym "fabułą". Na tym przykładzie widać, że te dwa elementy potrafią współgrać, a nie wzajemnie wykluczać. Chciałby się wyciągnąć wniosek, że Peter David powinien przejąć kontrolę nad tym eventem, ale dochodzę jednak do wniosku, że jest na to za dobry.
avalonpulse0248e%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: '90s! Na okładce i w środku. Wraz z komentarzem o tym, że Mojo odnalazłby się we współczesnym showbiznesie. Nie jest to szczególnie odkrywcze, ale czyta się dobrze... Poza tym, kiedy ostatnio PAD poświęcił cały numer X-Factor na jakąś walkę?
Do tego duch-przyszłego-Bożego-Narodzenia-Tryp robi... coś. Po coś.
Szczerze mówiąc przydałyby się jakieś konkrety. To już druga historia w której pojawia się na trzecim planie nie wiadomo w jakim celu.
Edyta: Byłbym zapomniał - dawno nie widziałem tak prawdomównej okładki. Może poza tym, że Shatterstar zgubił swój "hełm" w poprzednim numerze i w tym już go nie nosi.
Natomiast zapowiedź kłamała jak z nut - co jak co, ale Scattershot nijak nie "wygląda zupełnie, jak jeden z członków X-Factor!"
Gil: Na pewno wiecie już, jaka będzie moja opinia. Tak, oto kolejny znakomity numer X-Factor. Wątek z poprzedniego numeru prowadzi do bez mała epickiego starcia miedzy Shatterstarem, a osobnikiem, który okazuje się być wysłannikiem Mojo. Jak nic, jest to wstęp do zapowiadanego przez autora rozwinięcia postaci Stara i Longshota. Pojedynek jest fajny, ale nadal to tło punktuje bardziej, bo przynosi nam więcej powodów do śmiechu, prezentując ulicznych bohaterskich wannabies i pojawia się tu pewien ciekawy twist. Czyli raz jeszcze mocne 7/10, ale tym razem bez tytułu numeru tygodnia.
Łukasz: Bum bum, ciach, ciach, kolejny film akcji z Jackie Chanem, nie to tylko kolejny numer serii o detektywach mutantach, w którym dominuje akcja. Główne skrzypce gra tu Shatterstar, który pokazuje co potrafi a i okazuje się, że w tym całym zamieszaniu na chwilę pojawił się Tryp. Niestety akcja zbytnio moim zdaniem zdominowała numer, więc traci on tytuł numeru jeden obecnego tygodnia wydawniczego na rzecz Fantastic Four, ale zabrakło bardzo niewiele.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0248a.jpgIncredible Hulk vol. 4 #7.1
Autor:
Michael Komarck

Hotaru: Kolejne graficzne przedstawienie dysonansu między Bruce'em Bannerem a jego zielonym alter-ego. I chociaż można się spierać, że nie ma w nim nic odkrywczego, to sama kompozycja okładki, sposób operowania dwa źródłami światła i przywiązanie dużej uwagi do detali sprawia, że wyróżnienie tej okładki jest całkiem naturalne.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.05.16


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.