Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #247 (14.05.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 14 maja 2012Numer 20/2012 (247)


Nie oszukujmy się, w poprzednim tygodniu najważniejsze wydarzenie to premiera "The Avengers" w Polsce. A ponieważ samemu jestem krótko po seansie, to w głowie nadal przeżywam film, dlatego po prostu napiszę: przyjemnej lektury.

Avengers Assemble #3
Gil: Powiedzmy sobie szczerze, 90% tego numeru to wielkie meh. Biją się. To wszystko. Nie jest to ani specjalnie ciekawe, bo z Zodiaców więcej niż kolejnych klisz wycisnąć się nie da. Nie jest też specjalnie interesujące z graficznego punktu widzenia, bo przypomina raczej wczesne numery Thunderboltsów. A na ostatniej stronie: THANOS out of friggin' nowhere! No dobra, wiem, że wcześniej tak samo wyciągnęli Novę z kapelusza i już to spuściło w toalecie finał Imperative, ale sprawę pogarsza fakt, że nikłe są szanse, abyśmy w tej serii otrzymali jakiekolwiek wyjaśnienie. Powiem więcej: zważywszy na przesłanki, że tytuł jest robiony pod ludzi, którzy zainteresują się Avengers po obejrzeniu filmu śmiem twierdzić, że Thanos pojawił się tu jako odpowiedź na pytanie: "a kto to był ten typ na końcu?" Cóż, ostatecznie zaskoczenie to nie było pozytywne, więc w połączeniu z nijakością całej reszty, nie mogę wystawić więcej niż 5/10.

Avenging Spider-Man #7
EndrjuSzopen: Cóż, powyżej napisałem, że ta seria jest lepsza od głównego TASM, jeśli chodzi o Pająka... No jak widać, w sumie to zależy kto akurat bierze się za pisanie numeru. Tym razem otrzymaliśmy lekką, potencjalnie śmieszną historyjkę ze Spider-Manem i She-Hulk w roli głównej, która nastawiona była na zabawę, pokazanie tej zabawnej strony Pająka... Ot, taki przerywnik od ratowania świata, taki milusi. Z racji przeznaczenia tego komiksu do bycia lekkim i zabawnym trudno jest mi go ocenić, ale raczej wątpię, żebym kiedykolwiek do niego wrócił, skoro tak mniej więcej w 1/3 zacząłem przerzucać kolejne strony pobieżnie czytając dymki, bo mało toto mnie zainteresowało. Z drugiej strony jest to dobry numer dla lubiących lekkie historyjki... Ach, gusta i guściki!
Gil: Scenarzyści przypomnieli sobie o istnieniu Shulkie – to miło z ich strony, bo już miałem wrażenie, że te hulkowe perypetie rodzinne pogrzebały postać całkowicie. Tutaj Jen zalicza lepszy ze swoich występów w tym tygodniu. Nadal nie jest to Shulkie na takim poziomie, jak w jej ostatniej solowej serii, ale jednak jest to ten lepszy występ. Jest całkiem zabawnie, ale też trochę abstrakcyjnie – bardziej w stylu pani Kasi, którą znamy z Hellcat. Nie do końca pasuje mi ten rodzaj humoru do tych postaci, ale i tak bawiłem się dobrze. Jak to w caturday ;) . Będzie z tego mocne 6/10.

Captain America vol. 6 #11
Gil: Nowa historia zaczyna się całkiem ciekawie i już na wstępie ma dwa bonusy: Pierwszym są rysunki Patrica Zirchera, który od dłuższego czasu jest w czołówce moich ulubieńców. Drugi to Diamondback, bo ją również lubię. Szkoda, że do obu łyżkę dziegciu dodał kiepski kolorysta. Natomiast jeśli o samą intrygę chodzi, to jest ona o tyle interesująca, że Scourge'ów było już kilku i ni czorta nie mamy pewności, kto to jest tym razem. Podobno ktoś znajomy… Może wskrzeszony Jack Monroe? Poczekamy, zobaczymy, a na razie 7/10 wystawimy.

Captain America And Hawkeye #630
Gil: Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, gdy przy poprzednim numerze wspomniałem o przewidywanych zwrotach akcji? Otóż właśnie dwie rzeczy, których się spodziewałem wydarzyły się w tym numerze: okazało się, że pani doktor ma niecne zamiary, a jeden z naszych bohaterów został opętany przez paskudztwo. Czego nie przewidziałem, to obecności Stegrona, który nadal robi za przekozaczoną wersję Lizarda dla ubogich. W dodatku połowę zeszytu zajmuje chaotyczna bitka, w której ciężko się czegoś dopatrzeć przez kiepskie rysunki. Natomiast szalę przechyliło zmienianie ludzi w dinozaury i ostatecznie skończy się na ocenie 4/10.

Hulk vol. 2 #51
Gil: Dlaczego? Dlaczego ktokolwiek przy zdrowych zmysłach chciałby do swojej historii importować ghischlerowe wampiry? Liczyłem, że historia, w której Ross będzie musiał stawić czoła duchom ludzi, do których śmierci się przyczynił będzie interesująca i głębsza, a tu dostajemy bitkę z sierotami po Draculi. W dodatku nudną i niewiele wnoszącą do samej historii. Jestem rozczarowany i dlatego dam 3/10.

Hulk Smash Avengers #2
Gil: Skok w czasie do lat (chyba) siedemdziesiątych i próba wbicia się w continuity, która jest tym łatwiejsza, że komiks absolutnie nic nie wnosi do niczego. Kolejna bitka i tyle. Prawdę mówiąc, raczej prześlizgnąłem się po treści w poszukiwaniu jakiegoś sensu, bo rysunki skutecznie zniechęciły mnie do zawieszenia oka na dłużej. Są kiepskie, a momentami wręcz paskudne. Poprzedni numer przynajmniej starał się dopasować do epoki, więc miał dodatkowe punkty za starania, ale ten nie ma już absolutnie żadnych plusów i dlatego dostanie 2/10.

Journey Into Mystery #637
Hotaru: Nie zostałem rzucony na kolana. Ale co z tego, to i tak najlepszy numer New Mutants, jaki przeczytałem od dłuższego czasu. Że co? Że to nie jest New Mutants, tylko Journey into Mystery? A, to trochę zmienia postać rzeczy. Bo o ile ten numer byłby zwyżką formy dla serii o mutantach mieszkających w San Francisco, o tyle jest zniżką dla serii o młodym bogu matactwa. Zabrakło mi tego klimatu, który tylko Gillen potrafi zbudować. Jest tylko w porządku, a od tej serii oczekują więcej.
Gil: Tu również jestem trochę rozczarowany, bo liczyłem na bardziej wciągająca fabułę niż "Age of Sigurd", w której wszyscy Asgardczycy zostali zresetowani do roli szarych obywateli San Francisco. Owszem, momentami te przeniesienia wypadają fajnie i wykluwa się z nich jakiś wątek przewodni, ale miałem nadzieje na coś… no nie wiem… bardziej epickiego. Poza tym nadal doskwiera mi dobór rysownika i stylizacja postaci. Nie zrozumcie mnie źle – nadal może z tego być dobra historia, a i ten numer ma swoje momenty, ale wyszedł poniżej oczekiwań. Dlatego mimo wstępnego entuzjazmu będzie tylko 6/10.

Marvel Zombies: Destroy #1
Gil: Czy ktoś w ogóle pamięta jeszcze marvelowe zombiaki? Formuła już mocno się wytarła, więc w każdej kolejnej iteracji wydawnictwo próbuje uzupełnić ją o coś nowego. Tym razem mamy nazi-viking zombies vs. golden age rejects. I wystarczy jeden rzut oka na to zbiorowisko zapomnianych bohaterów, by przewidzieć, że będzie to rzeź niewiniątek. Pozostaje tylko pytanie: po co? Pewnie ktoś w Marvelu pomyślał: mamy jakieś zakurzone postacie, które dawno wypadły z continuity, więc pozbądźmy się ich w walce z zombiakami. Z drugiej strony trzeba przyznać, że rysunki są miejscami zaskakująco dobre, więc może jeszcze coś z tego będzie. Tymczasem pokuszę się o wystawienie słabej 6/10.

avalonpulse0247b%20%28Kopiowanie%29.JPG New Avengers vol. 2 #26
Hotaru: Z jednej strony podoba mi się, że Bendis skorzystał z wątków, jakie Jonathan Hickman wyłożył w S.H.I.E.L.D., ale z drugiej... z drugiej strony, to przecież seria New Avengers, a nowych Mścicieli tu nie uświadczymy. Jest to do przyjęcia, ale mam wrażenie, ze Bendis poszedł na łatwiznę i można było tą retrospekcję przedstawić wplecioną w teraźniejsze wątki. Wtedy też wyprane z nasycenia kolory dałoby się usprawiedliwić, a tak ten zabieg jest dla mnie niezrozumiały, bo brak saturacji nie służy wyróżnieniu flashbacku z reszty, bo tej reszty po prostu nie ma. Jestem ciekaw, w którym kierunku to pójdzie dalej.
Krzycer: Wciąż nie wiem, do jakiej właściwie wielkiej rewelacji ma prowadzić ta historia. Na początku obawiałem się, że moc Iron Fista okaże się kolejną manifestacją Feniksa, ale źródłem ich mocy ewidentnie dalej jest smok, więc to nie to. A poza tym - Bendis mnie przekonał. Historia wpisuje się w to, co wiemy o K'un Lun (a przynajmniej w to, co kojarzę z "Immortal Iron Fist") a wykorzystanie Leonarda po "S.H.I.E.L.D." wydaje się naturalne (choć może jeszcze naturalniej byłoby sięgnąć po tego Chińczyka który pojawił się w tamtej miniserii... kto to był, Zhang Heng?).
Podsumowując: jestem ciekaw, do czego to prowadzi, więc historia spełnia swoje zadanie.
Gil: W tym numerze Immortal… ah, screw it! To już nie jest zabawne. Ale poważnie mówiąc, zaczyna mnie to już drażnić. Skoro chcieli opowiedzieć historię o związku między K'un L'un a Phoenix Force, to mogli zrobić z tego miniserię. Ale nie, bo w Marvelu siedzą jednak różne mądre głowy, które zdają sobie sprawę, że więcej ludzi kupi kolejne zeszyty New Avengers niż mini serię, która jest tie-inem do eventu. Dostajemy więc okładkę, która nas okłamuje, a kolejne numery serii są zapychane watą tak, jak robiono to przy paru ostatnich eventach. I nie ważne, że historia jest całkiem interesująca, a nawet Leonardo występuje gościnnie – kiedy sięgam po New Avengers, chcę czytać o New Avengers. Swoją drogą, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że X-owa część eventu jest znacznie lepiej rozwinięta, a wszystkie tie-iny z Avengers traktowane po macoszemu. Jak już napisałem, ten numer jest całkiem niezły, ale za brak związku z kontekstem i tytułem wystawię mu ocenę 4/10, która oznacza: nietrafiony.

Punisher vol. 5 #11
EndrjuSzopen: Romans mój z Punisherem rozpoczęty! Po Omega Effect zaintrygowała mnie jego postać, a także (a może głównie...?) pani Cole, czyli jego pomocnica, która trochę narozrabiała z Omegą i dała nogę. Cóż, mimo iż nie znam kompletnie Punishera ni jego otoczki, ten zeszyt czytało się bardzo przyjemnie i mi osobiście się podobał. Obawiałem się, że rzucam się na głęboką wodę chcąc czytać o czymś z czym styczności nigdy nie miałem, ale efekt jest taki, że w sumie jeszcze bardziej jestem przekonany do stałego czytana tej serii.

Scarlet Spider vol. 2 #5
EndrjuSzopen: No cóż. Kontynuacja historii Kaine'a Parkera i... I w sumie nie wydarzyło się w tym numerze nic wielkiego co mogłoby odcisnąć piętno na tej postaci. Ot, Kaine zadomawia się w Houston jako tamtejszy superbohater, który ma własne sposoby (poniekąd brutalne) na zwalczanie przestępczości. Kaine współpracuje z jednym z policjantów, tworzą dynamiczny duet, który ratuje miasto przed ogromną katastrofą, hurrey! Sumując - krótki przerywnik najwidoczniej przygotowujący Scarlet Spidera do kolejnej historii, chyba większej, patrząc na okładkę kolejnego numeru... Zapowiada się interesująco, a tymczasem jest spokojnie i porządnie. Szału nie było.
Gil: Piąty numer i tytuł podąża niemal dokładnie takim torem, jaki przewidywałem. Z początku próbował zaszokować i podkreślać, że rożni się od oryginału, potem próbował zbudować własną bazę i supporting cast, a teraz wszedł w etap udowadniania, że nie ma nic do zaoferowania poza naśladownictwem. Ten numer jest nudny. Mimo, że opowiada o wyścigu z czasem w poszukiwaniu ukrytej w mieście atomówy, to nudzi niemiłosiernie. Gadają, kombinują, leją wodę, a w końcu rozwiązują problem fuksem w ostatnich sekundach. Do tego zupełnie bezsensowne cameo Iron Mana i przaśne rysunki, więc w ostateczności dam 3/10.

Ultimate Comics: The Ultimates #10
Hotaru: Po szokującym wydarzeniu z poprzedniego numeru, te wątki nie mogły się rozwinąć. Nie mogłem oprzeć się skojarzeniom z Y: The Last Man, ale w końcu uznałem, że lepiej nie porównywać tych 2 serii. Podoba mi się oprawa graficzna Luke'a Rossa. Postarał się bardziej niż w Dark Tower. Jest estetycznie, dynamicznie i nowocześnie - tak, jak być powinno. Po kulminacji z zeszłego numeru mamy tutaj dość chaotyczne miotanie się postaci próbujących dopasować się do nowej rzeczywistości. Liczę, że to tylko preludium do tego, co ma nastąpić w kolejnym numerze.

Ultimate Comics: X-Men #11
Hotaru: Wyjątkowo mało wydarzyło się w tym komiksie. Storm zeszła do tuneli, Val postała z założonymi rękami, prezydent walnął przemówionko, Kitty zrobiła zakupy a Nimrody oddały się radosnej twórczości. To mało, bardzo mało. Wraz z treścią zniknęło też napięcie budowane w poprzednich numerach, przez co zeszyt sprawia wrażenie niepotrzebnej zapchaj-dziury. Chociaż jest ładnie pokolorowany...

Uncanny X-Force #25
Hotaru: Ta fabuła ma potencjał. Remender nie zdecydował się jednak go wykorzystać. Na razie. Nowe Omegi to moim zdaniem bardziej akcent humorystyczny, niż jakikolwiek inny. Rozbawili mnie bardziej, niż Wade. Bardziej ciekawi mnie za to wątek Genesisa. Oprawa graficzna jest spoko, choć bardziej dzięki Deanowi White, niż Mike'owi McKone, który rysuje naprawdę szkaradnego Beasta.
Gil: Mały jubileusz serii przynosi nam trochę porządków, pewne przetasowania w składzie i jeszcze mgliste przebłyski planów na przyszłość. No i początek nowej historii. Każda z tych rzeczy wypada na swój sposób fajnie, coś wnosi, dokądś zmierza. I daje jakieś nadzieje na przyszłość. Na przykład oczekiwanie, kto dołączy do teamu, jak długo Kurt w nim zostanie i kto stoi za całą nową intrygą. Tylko wolałbym, żeby wrócił Opena, bo McKone od dłuższego czasu do mnie nie trafia. Chociaż w tym momencie muszę dodać, że design Omega Clanu mi się podoba (aczkolwiek nie jestem pewien, kto jest jego autorem). W każdym razie, należy się tu solidne 7/10.

Wolverine #306
Gil: Nie lubię, kiedy Aaron odpływa w te swoje aaroniczne klimaty i nawet nie chcę wiedzieć, jakie specyfiki wciąga, żeby się tam dostać. Ale jeszcze bardziej nie lubię, kiedy ktoś próbuje to naśladować. Bunn pokazał już przy Fearless, czego można się po nim spodziewać i nie są to odjechane wycieczki do krainy socjopatycznych nerdów. W przypadku Aarona jestem w stanie uwierzyć, że on taki jest – w tym przypadku, to tylko nieudolne naśladownictwo. W dodatku coś niedobrego dzieje się ze stylem Pelletiera, który do niedawna rysował rewelacyjnie, a tutaj co najwyżej dobrze. Jeszcze jedno nietrafione 4/10.

Wolverine And The X-Men #10
Hotaru: Dwa wątki poboczne zainteresowały mnie o wiele mocniej, niż główny wątek, którego - prawdę mówiąc - nie rozumiem. Po co Cyclops wpadł w odwiedziny? Wymyśliłbym o wiele lepsze i pewniejsze sposoby na odebranie Loganowi zwolenników. Po co poświęcać temu cały komiks? Za to nadal rozwój Genesisa mnie intryguje i nadal nie mogę się doczekać, aż Death Commando wkroczą do akcji. A, i byłoby super, gdyby nie ilustrował tego Bachalo.
Krzycer: Event zdecydowanie służy temu tytułowi. Na dodatek jeśli dotąd miałem jeszcze jakieś wątpliwości, który bohater ma w tej historii rację (Cap, Logan, Scott) to po tym numerze jestem zdecydowanie za Cyclopsem. Aaron dał się wygadać i Scottowi, i Loganowi - a przy okazji wreszcie znalazło się miejsce dla Rachel, która powiedziała to, co na forum padało już wielokrotnie - z Feniksem można sobie poradzić. Również wywód Icemana miał sens. I to chyba słowo klucz - nie dość, że wszystkie te deklaracje były zgodne z charakterami wypowiadających je bohaterów, to jeszcze nie było to gadanie dla samego gadania. Cyclops dał okazję Loganowi, by ten zmienił zdanie, a przy okazji podebrał mu kilku popleczników. I fajnie, i cieszę się, że znalazło się na to miejsce tutaj, bo w głównej mini pewnie na żadne subtelności miejsca nie będzie między kolejnymi uderzeniami pięści.
avalonpulse0247c%20%28Kopiowanie%29.JPGDo tego kontynuowany jest wątek Angela i Genesisa, i nadal podoba mi się ich relacja. Wciąż nie jestem fanem "nowego" Angela ale przynajmniej to wszystko wyraźnie do czegoś dąży, więc poczekam na rezultaty.
Jak dotąd - chyba najlepszy tie-in. I sprawił mi zdecydowanie więcej frajdy niż którykolwiek z dotychczasowych trzech numerów głównej mini.
Tylko coś mi mówi, że układanie chronologii tego wszystkiego będzie nie lada wyzwaniem. Innymi słowy, mam wrażenie, że kolejne komiksy za nic do siebie nie pasują. Kiedy Cap wyrzucił Logana z samolotu? Kiedy Logan wrócił do Instytutu? Kiedy był w Avengers Academy? Aj waj.
Gamer2002: Że Cyc odwiedza Wolviego postanowiłem po ten tie-in sięgnąć.
I ten zeszyt jest o ligę lepszy niż cokolwiek co z AvX czytałem. Cyclops igra z ogniem ale brzmi sensownie. Wolverine wyraźnie określa swoje ideały i cel oraz przez co przechodzi.
Mamy nawet związany z serią wątek rozwijający 2 postaci, który też jest zgrabnie zrealizowany i chyba dla niego może nawet sięgnę po tą serie. Była jeszcze odrobina skakania na siebie i wyraźne konsekwencje wydarzeń. W zmieszczeniu tego wszystkiego z pewnością pomaga w tym użycie dużej ilości paneli na 2 stronach. Brawa dla scenarzysty, który w jeden zeszyt wsadził tyle fabuły co AvX w trzech.
Wyraźnie jednak widać, że tie-in swoją, a główna seria swoją. Wolverine teraz powinien chodzić po biegunie, Cap by go nie wzywał chyba że naprawdę by się waliło, a Reachel już zdradziła go i nie musiała przysłuchiwać się rozmowie by zdecydować po której jest stronie. W AvX Summers i Logan dalej będą wzajemnie się nazywać maniakami, a postacie które się przyłączyły do Scotta pewnie będą miały jakieś inne motywy. Obstawiam że Angel będzie zachowywał się po staremu.
Ale obwiniam za to edytorial i twórców głównej linii, to ten zeszyt jest dobry. 8/10.
Gil: O dziwo, to było dobre. Przynajmniej w ogólnym rozrachunku, bo niektóre fragmenty były jednak słabe. Ale przynajmniej raz – i po raz pierwszy w tym evencie – znalazło się miejsce na rzeczową wymianę zdań. Trochę przydługą, to prawda, ale jakże potrzebną. Co prawda, nie zmieniła ona ani mojej opinii o całym evencie, ani o stanowiskach, jakie wykreowano dla obu panów, ale muszę przyznać, że był w tym jakiś sens i nawet podobało mi się to, co czytałem. Oprócz tego, fajny był motyw z Angelem i Genesisem. Chris Bachalo również dobrze się spisał, a zwłaszcza Rachel wyszła mu bardzo fajnie. Tak więc tym razem z czystym sumieniem mogę dać 7/10.

X-Men: Legacy #266
Hotaru: Ech, gdyby tylko Gage mniej skupiał się na Rogue. Widać, że strzela tym sobie w stopę, bo wystarczyło, by na pierwszy plan wystąpiła Frenzy, a już czytało się lepiej i komiks dostarczył mi więcej frajdy. Ne zawodzi mnie za to Rafa Sandoval. Jedyne, co mnie irytuje w jego pracy nad Legacy, to fryzura Rogue.
Krzycer: Zacznijmy od tego, co mi się w tym numerze podobało:
Frenzy. Od tekstu o tym, że podążanie za mesjaszami jej nie służy, przez "kontrobserwację" Avengers po sprowokowanie Moon Knighta do walki.
(Choć już to, że Moon Knight daje się tak idiotycznie sprowokować jest na granicy głupoty).
A teraz to, co mi się nie podobało: She-Hulk. Przede wszystkim She-Hulk. Niby nie ma jej tu dużo, ale to jej działania są punktem zapalnym. I choć w walce wypadki się zdarzają, i ten thunderclap jest w porządku, to teksty, które Gage wkłada jej w usta są straszne. I ten o tym, że miejsce mutantów jest w więzieniu (to może być tylko do Frenzy, ale diabli wiedzą), i - zwłaszcza - ten o potworach. Myślałby kto, że prawniczka umie ważyć słowa.
A teraz to, czym Gage zarzyna każdy numer odkąd przejął tytuł. To już nie jest łopatologia, to jest... nie wiem jak to nazwać. Lubię, kiedy bohaterowie w komiksach gadają (patrz: uwielbienie, którym darzę X-Factor). Ale u Gage'a nie robią nic innego. Gage nie potrafi wyrazić uczuć, motywacji - właściwie żadnych cech postaci - inaczej, niż każąc im o nich opowiadać. Nie chcę krakać, ale zaczyna mi to przypominać "New Warriors" Grievousa.
Osobnym przypadkiem jest Rogue jako obiekt fanboizmu. Carey ją strasznie lubił. Przejawiało się to tym, że najpierw przepuścił ją przez młynek, potem pozwolił się pozbierać i dawał jej okazję do kozaczenia na mnóstwo sposobów.
Gage też ją strasznie lubi. Przejawia się to tym, że to kolejny numer z rzędu w którym ktoś mówi Rogue jaka jest wspaniała. Rany boskie, kiedy to się skończy? I czy to się w ogóle skończy?
Gil: Wyobraźcie sobie plaskający odgłos mojej dłoni uderzającej o czoło. Kto, mając chociażby pół mózgu, wysłałby do pilnowania szkoły pełnej mutantów trzy osoby, z których dwie praktycznie nie mają żadnych nadludzkich zdolności? Z drugiej strony: jak do cholery oni chcą chronić te dzieciaki, skoro sami prowokują bijatyki na własnym progu? Stąd zasadnicze pytanie: o czym myślał Gage, pisząc te bzdury? A boli mnie to tym bardziej, że pamiętam jego świetny tie-in do World War Hulk, w którym pokazał dokładnie to, o co chodzi w X-Men. A tutaj nie pokazał nic poza gorszym z dwóch występów Shulkie w tym tygodniu. I najwyraźniej seria nie ma szczęścia również do rysowników, bo ten wszystkim kobietom rysuje hełmy z włosów i wklęsłe profile. To niestety jest kiepskie i głupie w dodatku. Takie na 3/10.

Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0247a.jpgDeadpool vol. 2 #54
Autor:
Dave Johnson

Hotaru: Cisza, spokój, dobra książka i telewizor z ulubionymi serialami, do którego pilot mamy na wyciągnięcie ręki. Wygodna poduszka, ulubiony napój... żyć nie umierać. No, dopóki nie zachce się do toalety.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.05.09

Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.