Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #245 (01.05.2012)

avalonpulse0.png
Wtorek, 1 maja 2012Numer 18/2012 (245)



Dla większości z nas obecny tydzień to jeden długi weekend, dlatego też zapewne zrozumiecie to niewielkie opóźnienie. A skoro poza harmonogramem więc bez długich wstępów. Cztery pozycje powiązane z AvX, zakończenie trzech serii, Hickman w wersji na wesoło oraz wiele innych. Zapraszam i życzę przyjemnej majówki.



Astonishing X-Men vol. 3 #49
Hotaru: Nie jest źle, ale mam wrażenie, że mogłoby być o wiele lepiej. Mike Perkins to świetny rysownik, ale bardziej widziałbym go w historiach street-levelowych, albo jeszcze lepiej psychologicznych. Superhero to niekoniecznie jego broszka, co widać i w Astonishing, gdzie najlepiej wychodzą mu sceny z Northstarem i Kylem. Mam też pewne wątpliwości co do skryptu Marjorie Liu - wydał mi się trochę zbyt chaotyczny i niezbilansowany. Niektóre sceny są o wiele za długie, a przy innych aż chciałby się trochę więcej, by wgryźć się w fabułę. Można przeczytać, ale na razie nie wróżę temu tytułowi sukcesów.
Krzycer: Marauders okazali się zmyłką, tak naprawdę głównym przeciwnikiem jest... Nie mam pojęcia kim ta babka jest.
Mniejsza z tym. W numerze dominuje nienajgorsza akcja i trochę przydługa sekwencja z Northstarem i Kyle'em. Oraz kolejne flashforwardy. Mam nadzieję, że jak już dotrzemy do tego punktu to zostanie jeszcze parę niespodzianek, na razie zapowiada się ciekawie. Nadal mam spore nadzieje co do pracy Liu nad tym tytułem. Tylko niech daje członkom zespołu po równo czasu ekranowego...
Gil: Hm… coś jakby zaczyna się klarować, ale tak właściwie to nic nie jest jaśniejsze. Ktoś przejmuje kontrolę nad wrogami i nasyła ich na X-Men. Ale kto? Chociaż pojawia się na ostatniej stronie, to sądząc po reakcji Internetu, nie tylko ja mam problem z rozpoznaniem. Ale biorąc pod uwagę udział Marauders, to chyba wypada postawić na Klaudynkę Sinisterównę. Poza tym, najciekawszymi postaciami wydaja się te najmniej wyeksponowane: Cecelia i Warbird. No i dobra, nauczyłem się już, że Marjorie Liu potrafi rozwinąć pozbawione osobowości kobiece postaci w coś ciekawego, więc czekam na ciąg dalszy. Wątek Northstar/Kyle ani mnie ziębi, ani grzeje, więc nie widzę powodu, by poświęcać mu aż tyle miejsca. Cała reszta zeszytu jest niestety bardzo średnia i nie wciąga specjalnie, a rysunki trochę się wahają. Chyba do poważnego kroku naprzód zdecyduję się na ocenę 5/10.

avalonpulse0245b%20%28Kopiowanie%29.JPGAvX: Vs #1
Hotaru: To komiks, w którym miało nie być fabuły. Pasowało mi to. Nie myślałem jednak, że "zero fabuły" równoważne jest z "zero sensu". Obydwa przedstawione tu pojedynki MUSIAŁY zakończyć się inaczej. Sposób, w jaki scenarzyści tupnęli nóżką, żeby doprowadzić do innych wyników, wybitnie mi się nie spodobał. O ile po Aaronie mogłem się tego spodziewać, o tyle Kathryn Immonen zaskoczyła mnie wybitnie negatywnie. I wiem, że to komiks superhero i zasady fizyki się go nie imają, ale aż mnie szlag trafia na motyw z ogniskowaniem grawitacji Jowisza. W najbardziej dogodnym momencie, odległość między Ziemią a Jowiszem wynosi 37 świetlnych minut, a to znaczy, że tak długo należałoby czekać na wysłaną stamtąd energię, gdyby ta podróżowała z prędkością światła. Nawet w szachach nie czeka się długo na ruch przeciwnika!
Krzycer: Zero fabuły! Sama walka! I o ile starcie Iron Mana z Magneto parę razy zaskakuje i ogólnie oceniam je pozytywnie (...choć Eric w pancerzu z satelit okładający IM pięściami to nie moja bajka), o tyle podwodny pojedynek Thinga z Namorem jest dużo słabszy, a zaskakuje tylko tym, jak to wszystko się splata na korzyść Thinga.
A wracając do pierwszego starcia - końcówka mi nie podeszła. Magneto "przegrał" bo poczuł zakłócenie w Mocy i się zagapił. Słabe toto. Ale szczerze mówiąc narracja Erica ze zdaniem o sercu wykutym w ogniu warszawskiego getta sprawiła, że wyłączył mi się krytycyzm.
Gil: Myślę, że możemy to już uznać za prawo: "Jason Aaron + anything science related = disaster". Usłyszał coś o neodymowych magnesach, to od razu musiał wcisnąć, chociaż do niczego to nie służy. Ściąganie magnetycznej energii z Jowisza przez satelity? Moje serce fizyka krwawi od takich bzdur! Nie będę pisał elaboratu, więc musicie mi zaufać – to większy bullshit niż niedawne hasanie w próżni i bijatyki w macicy. Kathryn Immonen przynajmniej starała się wybrnąć z sytuacji, uderzając w farsę i wspominając o jakiś podwodnych bąblach powietrza, które dały Thingowi szansę przesadnie długiego wytrzymywania pod wodą. Niestety AvX jest farsą samo w sobie, więc ciężko uznać rezultat za coś powyżej przeciętnej. W obu przypadkach natomiast irytowała mnie ta sama rzecz: "AvX FUN Facts". O ile FUN nie jest skrótem od "Frustraiting & Utterly Nonsensical", to nie rozumiem sensu ich istnienia. A jeśli wszystkie te pojedynki mają tak wyglądać, to sensu istnienia serii też nie widzę. Tosiek wykorzystał fakt, że Mags się zamyślił, przywalił mu i zwiał – zwycięzca. Ben przygwoździł Namora na 2 minuty, żeby wyjść z wody – zwycięzca. Przy takim rozstrzyganiu to Spidey sam wszystkich rozwali. Natomiast jeśli chodzi o szatę graficzną, to jestem na tak w obu odsłonach. Może rewelacji nie było, ale i tak jest kilka poziomów ponad Romitą. Żeby było sprawiedliwie, ocenię osobno te cztery elementy. W części pierwszej: rysunki 7/10, scenariusz 1/10 i w części drugiej: rysunki 7/10, scenariusz 5/10. Średnia arytmetyczna wskazywałaby na końcową piątkę, ale ponieważ przykładam większą wagę do treści, skończy się na 4/10.
Łukasz: Dwie walki, które mieliśmy okazję śledzić a które sprezentował nam Marvel, w powstałej specjalnie na tę okazje mini serii, budzą moje rozczarowanie. Może dlatego, że zwycięscy obu pojedynków nie wygrali ich ostatecznie. Można powiedzieć, że była to dopiero pierwsza runda. Liczyłem na więcej, stroną zwycięską okazali się przedstawiciele Mścicieli. Drugi pojedynek był dla mnie najciekawszy, ponieważ tworzył go duet państwa Immonenów, zaś akcja została przeniesiona pod wodę , gdzie jak się wydawało większe szanse na zwycięstwo ma władca mórz. Jak się jednak okazało nic bardziej mylnego, bo zwycięzcą przynajmniej pierwszej rundy okazał się być członek Pierwszej Rodziny Marvela, którego morze nie jest środowiskiem naturalnym.

Battle Scars #6
Hotaru: Wyszło trochę zabawnie. Zabawnie, bo nieporadności, z jaką "czarny Fury" został wprowadzony do uniwersum 616, nie można określić inaczej. Pewnie, gdyby to pisał ktoś mniej zdolny, niż Yost, to wyszłoby to jeszcze gorzej, a tak tylko uśmiecham się na myśl o finale tej miniserii. Trzeba jednak przyznać, że Scot Eaton nigdy nie rysował tak dobrze. Mam nadzieję, że to nie jest jednorazowa zwyżka formy.
Krzycer: To była fajna mini. Miała mocny początek, zbudowała tajemnicę wokół głównego bohatera i nawet nieźle ją rozwiązała. W tym numerze dostajemy jej zwieńczenie, głównie niezłą akcję. I ostatnie strony.
Te koszmarne, koszmarne ostatnie strony. Nie mam nic przeciwko wprowadzaniu czarnego Fury'ego do 616. I nawet się uśmiechnąłem, kiedy okazało się, że jego łysina jest częścią secret originu.
Ale czy naprawdę ta transformacja musiała być wciśnięta na ostatnich dwóch stronach? Nie można było poświęcić kolejnej historii temu, jak Marcus odnajduje się w nowej roli, w nowym dla niego świecie? Trzeba go było wciskać w ciuch z którego Rogers niedawno wyrósł?
I czy naprawdę trzeba go było ochrzcić "Nick Fury Jr."? I czy naprawdę mamy uwierzyć, że jego matka, była agentka CIA ukrywająca się przed światem dla bezpieczeństwa swojego dziecka, nazwałaby go "Nick Fury Jr."?
I czy przynajmniej nie mogłoby się okazać, że Coulson był agentem SHIELD który na polecenie Fury'ego opiekował się jego synkiem, zamiast... Nawet nie wiem jak to nazwać. Wojak Cheese w żaden sposób filmowego Coulsona nie przypomina i tyle.
Gil: No i proszę! Miałem rację? Miałem. Od samego początku. I nawet okazało się, że to nie żaden Marcus, tylko Nick Fury junior. I na Samuela się zrobił. A żeby było zabawniej, to nawet wyszło, że Cheese to agent Coulson. Tego akurat się nie spodziewałem. No to skoro nieśmiertelność starego Nicka się zepsuła, pozostaje nam tylko czekać, aż go ubiją, żeby nowe zwyciężyło nad starym. Jedno trzeba w tej sytuacji przyznać – Marvel potrafi zresetować swoje stare pomysły z większą finezją niż DC. Problem w tym, że ja jednak wolę tego starego skurczybyka, więc jakoś ciężko mi przyklasnąć tym wygibasom. Kierując się tym odczuciem, wystawiam 6/10.
bastek66: To była strasznie chaotyczna i naciągana seria. Od początku było wiadome że Marcus to syn Nicka, Chesse zupełnie nie jest podobny do Clarka Gregga. Zabrakło mi w tym zeszycie strony w której młody Fury jest ukąszony przez radioaktywnego Sama L. Jacksona.

Captain America vol. 6 #10
Gil: Nuuuda, panie… Właściwie cały ten numer opiera się na dekonstrukcji wszystkich przesłanek, jakie wcześniej się pojawiły. Krócej: nic nie jest tak, jak się zdawało. Wszystkie problemy rozwiązują się właściwie same, gdy już wiadomo, o co chodzi. Pozostałym trzeba przywalić. I żeby było bardziej kliszowo, wszędzie pełno Hydry, a jej agenci noszą bod ubraniami zielone piżamy, żeby łatwiej było ich rozpoznać. I w końcu nie wiedziałem, czy mam się zaśmiać, gdy w krytycznym momencie, główny zły odebrał telefon i odszedł, zamiast wykończyć Capa. Rysunki natomiast to typowy Davis, ale musze przyznać, że wyjątkowo wiarygodnie wyszedł mu szalony Falcon. Może być najwyżej 5/10 z małym plusem.

Captain America And Hawkeye #629
Gil: Zmiana towarzystwa w tytule, nowa historia… a jednak stara nuda. Duet Cap & Hawkeye już od lat sześćdziesiątych opiera się na tej samej dynamice, którą mamy w tym numerze. Historia też nie jest szczególnie oryginalna, bo jest kolejnym wariantem Wyspy Doktora Moreau z odchyłami w kierunku Jurassic Park. I już podejrzewam, jaki zwrot dostaniemy w połowie historii. Ale może jeszcze dadzą radę czymś zaskoczyć? Moooże… Póki co jednak, dam 5/10 i poczekam, jak to się rozwinie.

Daredevil vol. 3 #11
Krzycer: Końcówka crossovera przynosi parę zaskoczeń. Frank dotrzymuje słowa - nie spodziewałem się. Punisherka też zaskakuje i chętnie poczytam, co się z nią dalej stanie - najlepiej pisane ręką Rucki w "Punisherze".
Ogólnie: zaskoczeń mogłoby być trochę więcej, ale cross spełnił nadzieje, jakie w nim pokładałem. Dużo kopania ludzi w jednakowo koszmarnych mundurkach, hulanie po ulicach NYC i fajne interakcje między trójką głównych bohaterów. I wystarczy.
Gil: Jak ja lubię takie crossovery, które absolutnie do niczego nie prowadzą… Na początku dowiadujemy się, że poprzedni plan spalił na panewce, a potem cały ciężar fabuły przenosi się na Cole, by znów w końcówce DD oświadczył, że ma nowy plan i wszyscy się rozeszli. Nie zrozumcie mnie źle – numer jest całkiem dobry i mimo, że zupełnie nie rusza mnie wątek Cole, to doceniam jego porządne wykonanie. Ba, lektorat, jaki daje jej Matt postawiłbym w czołówce najbardziej sensownych przemów w komiksach. Ale jednak nie to obiecywano w zapowiedziach crossa i tu leży pies pogrzebany. Historia się skończyła, a jesteśmy w punkcie wyjścia. Mimo wszystko należy się porządne 7/10.

FF #17
Gil: Przy całym szacunku, jaki mam do pracy Jonathana Hickmana i jego wkładu w Fantastycznych muszę powiedzieć to szczerze: akurat ten numer mógł sobie darować. Panie i panowie, oto nasi bohaterowie: sfrustrowany nerd i leniwy półgłówek. Całymi dniami uprzykrzają sobie wzajemnie życie, a wieczorami piją kosmiczną gorzałę i rozbijają się po całym mieście w towarzystwie konia z innej planety. Wzorce, jak w mordę strzelił. I tak naprawdę jest tylko jeden powód, który sprawia, że nie zmieszam tego zeszytu z błotem – ostatnia strona, która rzuciła mną o podłogę. Okay, za taki widok mogę wybaczyć nawet poprzednie 22 strony irytacji. I ostatecznie zdecyduję się na neutralne 5/10.

Mighty Thor #13
Gil: Właściwie, to nic się w tym numerze nie wydarzyło. Thor wrócił i przypomina o sobie, po czym schodzi do skarbca Gringotta i znajduje tam jakiś koszmarek. W drugim wątku, Donald Blake użala się nad swoim życiem/nie-życiem, po czym okazuje się, że rozmawia z Enchantress. Co pewnie byłoby zaskakujące, gdyby nie preview następnej okładki i parę mało subtelnych hintów w samym numerze. Generalnie, raczej nudne to było, a na plus mogę zaliczyć najwyżej design stworów. Dlatego dam 5/10 z lekkim plusikiem.

Moon Knight vol. 6 #12
Krzycer: ...co się stało z tymi wszystkimi mocami Nefarii? Ok, wali promieniami z oczu, ale powinien położyć Moon Knighta w trymiga a i Avengers sprawić problem.
Poza tym Echo pozostała martwa. Do kitu taki komiks ;-) .
A poważnie - to było porządne 12 numerów, choć można w nie było wcisnąć więcej treści. Bo jak się to wszystko zsumuje, to wydarzyło się tu bardzo niewiele. Ale czytało się przyjemnie i wyglądało bardzo ładnie.
Gil: Z jednej strony, to co dostaliśmy jest najbardziej logicznym rozwiązaniem sytuacji. Z drugiej… nie spodziewałem się, że Bendis sięgnie po najbardziej logiczne rozwiązanie. Wyszło na to, że całość jest prologiem do zapowiadanego nie pierwszy już raz Age of Ultron. Cóż, nie mam nic przeciwko, byle poziom nie spadł poniżej tego – bo tutaj było całkiem przyzwoicie. Plus, w ostatnim numerze autor mógł sobie trochę pofolgować, stąd żarty na temat cancelacji tytułu i motyw z "Jean". Myślę, że mogę z czystym sumieniem zakwalifikować ten numer i całą serię pod 7/10, choć raczej w jej dolnych rejonach.
avalonpulse0245c%20%28Kopiowanie%29.JPG
New Avengers vol. 2 #25
Hotaru: Bardzo przyjemnie mi się to czytało i oglądało. Nie wiem jeszcze co myśleć na temat retconu o związku Phoenix Force i Iron Fist, ale na razie mnie nie uwierał, a to już coś. Za to Mike Deodato chyba wraca do formy. Wreszcie widzę przebłyski wielkoformatowej wizji, która jakoś ulotniła się z jego stronic po Dark Avengers. Will Conrad też świetnie się spisał, emulując styl Deodato tak, że przejście między rysownikami jest praktycznie niewyczuwalne. Brawo.
Krzycer: Zupełnie nie tego się spodziewałem po tym numerze. Ale to nawet dobrze, bo od początku obawiałem się "sekretnego związku Iron Fista z Feniksem". Poświęcenie całego komiksu na budowanie fundamentów pod ww. objawienie może zaprocentować kiedy już do tego dojdzie.
Tylko nie rozumiem sceny otwierającej numer... czy to wizja Yu Ti? A jeśli tak, to czy dotyczy Hope a nie rudej z tego numeru? Bo ta farma jakaś taka zupełnie współczesna się wydaje.
Gil: Z tego numeru Immortal Iron Fist dowiadujemy się, że… Chwila-moment! Dlaczego na moim numerze Iron Fista jest logo New Avengers i jeszcze jakieś inne bullshity? Przecież w środku nie ma żadnych Avengers. Jest za to coś o Phoenix, ale jakoś ciężko mi to dopasować do fistologicznej wiedzy nabytej. To w końcu co ja pacze? New Uncanny Iron Fist? Chaos, chaos, chaos… Wygląda nawet nieźle, ale jakoś ciężko mi przyswoić pomysł związku między tymi dwoma opowieściami. Aha, jeszcze jedno – jest genetycznie niemożliwe, żeby czystej krwi Azjatka urodziła rude dziecko, choćby nawet ojciec miał żywy ogień na głowie ;) . Chyba dam 4/10, bo nie trafia do mnie.
Łukasz: Jakie powiązania z historią Kun Lun ma kosmiczna potęga jaką jest Phoenix, dowiadujemy się nieco o tym z tego numeru. Okazuje się, że obie potęgi mają wspólny mianownik, o którym wspominają starodawne księgi. Wiedza w nich zawarta może pomóc w ocaleniu świata superbohaterów . Numer, w którym pojawiają się lokacje, postacie znane z łam niewychodzącej już serii Immortal Iron Fist. Co tajemnicza "ona" może mieć wspólnego z historią ukrytego wśród gór miasta? Zeszyt, w którym typowej akcji jest jak na lekarstwo, głównie dominują w nim dialogi oraz nieme kadry, z których powoli wyłania się ciekawy wątek.

Secret Avengers #26
Hotaru: Nawet podobało mi się, jak Renato Guedes ilustrował ten numer. To jest, dopóki nie dotarłem do sceny konfrontacji Secret Avengers z Phoenix Force. Moc o kosmicznej skali, niszcząca planety i gwiazdy, została zredukowana do wysmarkanego przez Pyro ptaszka. Rozumiem jednak, że rysownikowi zabrakło talentu, by oddać skalę zagrożenia i jestem gotów mu to wybaczyć. Tym bardziej, że końcówka mnie zaintrygowała.
Krzycer: Fajny numer. W pierwszej części zabawnie poprowadzeni bohaterowie, w środkowej - beznadziejne starcie z Feniksem (w sensie że nie było nadziei na zwycięstwo... choć samo starcie nie było szczególnie ciekawe; winię rysownika), w końcowej... No, w końcowej jedziemy po bandzie. Ms Marvel chce zabić Avengers? Zobaczymy co z tego wyniknie.
No i zobaczymy ile pożyje wskrzeszony Mar-Vell. Ups! Spojler!
Gil: No to już wiemy, że wielka kosmiczna misja skończyła się równie wielką kosmiczną klapą. Nie ma się co dziwić, skoro do boju ruszają na kacu, a co niektórzy wybierają właśnie ten moment, by pokazać jakie z nich dupki. I czyżby drugi tydzień z rzędu ubijali Rhodesa? Troszkę się ucieszyłem na wspomnienie White Hot Room, ale mina mi zrzedła, jak wyciągnęli z czapki Mar-Vella. Tym bardziej, że wygląda to tak, jakby wszystko, co stało się z Kree do Realm Of Kings zostało wsadzone ad rectum. Nie rozumiem też nagłej zmiany punktu widzenia Karolki i Noh-Varra. Rysunki są całkiem oryginalne, ale tutaj zupełnie nie na miejscu – brakuje im kosmicznego rozmachu od stylu aż po kolor. Tutaj będzie 3/10.
Łukasz: Kosmiczna wyprawa przeciw nieokiełznanej potędze, o tym właśnie jest ten tie-in. Czy ta samobójcza misja była z góry skazana na porażkę? Porywanie się z motyką na słońce, nie może skończyć się dobrze. Ciekaw jestem czy bohater, który zmartwychwstał na łamach tego komiksu będzie cieszył się długo z życia? Warstwa graficzna nie prezentuje się ciekawie. Jedyną rzeczą, którą w miarę dobrze udało się przedstawić rysownikowi była Phoenix Force. Najbardziej muszę przyczepić się do tego jak narysował on postać Ms. Marvel, która prezentuje się okropnie, inne postacie też nie wyglądają zbyt imponująco. Zeszyt pokazuje starcie, którego początek miał miejsce w AvX #2, a którego warstwa emocjonalna jest niezbyt ciekawa, już o samym przebiegu pojedynku nie wspominając. Widać było, że ziemscy herosi nie mają zbytnich szans z ogromną potęgą ognistego ptaszka.

Twelve #12
Krzycer: Epilog całej historii, służy głównie pokazaniu, gdzie obecnie znajdują się bohaterowie, którzy przeżyli. Czyta się to fajnie, miło zobaczyć, że w sumie doczekali się happy endu. Szkoda tylko, że coś mi mówi, że nie zobaczymy ich przez kolejne 50+ lat.
Ale przynajmniej doczekaliśmy się zakończenia tej maxiserii. Co przecież długo pozostawało pod znakiem zapytania.
Gil: Epilog do Ekscytującej Powieści Jutra nie jest już może tak ekscytujący, ale przynajmniej w bardzo fajny sposób domyka większość wątków. Laughing Mask plus Electro to chyba największe zaskoczenie, ale konkurencję tworzy duet Witness plus Nick Fury. Captain Wonder dla odmiany wyszedł z tego prawie nie zmieniony. A szkoda, bo miałem nadzieje, że zainwestuje w spodnie ;) . Wygląda na to, że Rockman i Excello znaleźli swoje właściwe miejsce. No i najważniejsze: Black Widow i Fiery Reporter (bo chyba tak powinienem go teraz nazywać?) – nowy dynamic duo, któremu zdecydowanie przysłużył się odświeżony design. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze gdzieś zobaczę kogokolwiek z tej czeredy, chociaż doświadczenie mówi mi, że marne szanse. Mimo wszystko, wystawiam mocne 7/10 i w tym zestawieniu oznacza to numer tygodnia...

Ultimate Comics: The Ultimates #9
Krzycer: Ultimate Obama spowiada się przed Senatem i... ojej. Naprawdę? Ciekawe rzeczy się w tym Ultimate dzieją. Zdaje się, że scenarzyście, który przyjdzie po Hickmanie, zostanie bardzo mały kawałek planety.
Najciekawszy pozostaje wątek przewrotu w SHIELD.
Wilsonon: Zdecydowany nr tygodnia! Reed pokazuje Hulkowi, jak to amerykańce chcieli załatwić dwie pieczenie na jednym ogniu i ubić przy okazji zielonego. Walka poza miastem z mutantami Zorna i jej końcówka robią gigantyczne wrażenie. Na koniec dostajemy anihilację głównodowodzących USA,która pokazuje kto w najbliższych latach będzie czołowym światowym imperium.
Stany niezłych wrogów sobie nazbierały. Z Europy Dzieci, z Azji Xorn, na swoim podwórku jeszcze mutanci i zaatakowani superbohaterowie. Ribicowi świetnie wychodziły wszelkie eksplozje, a jego Zorn jest mega.
W następnym odcinku: Hulk Smash America! Ocena: 10/10.

avalonpulse0245d%20%28Kopiowanie%29.JPGUncanny X-Men vol. 2 #11
Hotaru: Średnio to wyszło. O wiele lepiej, niż główna miniseria eventu, ale i tak średnio. Greg Land powinien mieć ustawowy zakaz rysowania kobiet. I mężczyzn. Niech specjalizuje się w kosmicznych kreaturach, bo te - przyznaję - wychodzą mu wcale nieźle. Gillen poradził sobie o wiele lepiej z pojedynkiem Colossus vs. Rulk, niż Aaron z Magneto vs. Iron Man. Ale spalił ten numer ostatnią zagrywką Scotta. Mam wrażenie, że chybił nią cel o całe kilometry. "This is how the world ends"? Litości...
Krzycer: Można psioczyć na Landa (i często to robię), ale scyttoraczony Colossus mu wyszedł, że hej! Jego starcie z Rulkiem to zdecydowanie gwóźdź programu. Poza tym fajnie wypada fragment z perspektywy Namora. Natomiast końcówka... intryguje... ale samo obwieszczenie wystosowane przez Cyclopsa do świata... Krajst. Kim Dżong Il był zręczniejszym dyplomatą. Jeśli okaże się, że sprawdzą się przypuszczenia niektórych użytkowników, i ostatecznie opinia publiczna zwróci się przeciw Avengers w tym konflikcie - i ta odezwa będzie częścią tego, co wpłynęło na ludzi - to popłaczę się ze śmiechu.
Wilsonon: Jak na razie najlepszy tie-in. Nie wiem czy Rulk specjalnie wciągnął Juggerlossusa pod wodę, ale przeniesienie walki w okolicę fundamentów utopii było wybornym zagraniem. Tylko czekać, aż Piotr dostanie szansę rewanżu w innym miejscu (Hickman liczę na Ciebie!). Ktoś w końcu pokazał jak niezwykle inteligentnym strategiem jest Scott. Myślącym i przygotowanym na wszystko. Liczę że Unit rozegra jakąś większą rolę i przechyli zwycięstwo na stronę mutantów lub zrobi cos niezwykle nieoczekiwanego.
Land nie przeszkadzał zbytnio w odbiorze, ale to pewnie przez małą liczbę kobiet w tym odcinku. Ocena: 8/10.
Gil: I znów ten AvX… ledwie się zaczął, a ja już mam go serdecznie dość. W tej odsłonie głównie powtarza elementy dwóch pierwszych numerów głównej serii, trochę przynudza przemyśleniami, rzuca nieco nowego światła na okoliczności ucieczki Hope. No i ma jeden mocny punkt: Cythorakossus vs. Rulk. Właściwie to walka, jak walka, ale design Kolosa tutaj jest imponujący. Nie wiem, skąd Land go przerysował, ale zrobił wystarczająco duże wrażenie, by podnieść ocenę. Natomiast ten manewr z listem z końcówki? Co to ma niby zmienić? Ostatecznie dam 6/10, ale ocena jest podciągnięta.
Łukasz: Śmiem twierdzić, że to chyba najlepszy tie-in do obecnego eventu Domu Pomysłów, ba nawet lepszy od numeru AvX #2. Bardzo dobrze przedstawiona warstwa emocjonalna, która odgrywa większą rolę, niż akcja. Choć tej drugiej w tym numerze nie brakuje. Podział akcji na przemyślenia bohaterów podczas konfliktu Avengers/X-Men to strzał w dziesiątkę. Pojedynek Rasputina z gen. Czerwonym Hulkiem Rossem aż kipi z emocji. Rysunki Grega Landa dobrze prezentują wszystkie strony konfliktu, zaś narysowana przez niego walką pod Utopią między dwoma najsilniejszymi przedstawicielami wrogich obozów, prezentuje się bardzo dobrze.

Wolverine #305
Krzycer: Nowy scenarzysta w pierwszej historii sięga po jednego z najaaronowszych z aaronowych złoczyńców. Zobaczymy co z tego będzie, ale nie nastawiam się na wiele.
Na razie podoba mi się wątek policyjnego śledztwa i odwiedziny detektywów w Instytucie i tyle.
Gil: Zmiana scenarzysty moim zdaniem na plus, z jednego zasadniczego powodu – teraz da się to czytać… na tyle, na ile da się czytać solowe przygody Wolverine’a. Jak zwykle większa część to sieczka, a reszta to bawełna, w którą ta sieczka została owinięta. Cóż, przynajmniej tym razem wiadomo, o co chodzi i głowa nie boli po lekturze. Plusem są tez rysunki Pelletiera, tylko chyba ktoś zapomniał mu powiedzieć, żeby nie umieszczał w szkole nowych mutantów. Żeby zaakcentować zmianę na plus, dam nawet 6/10.

X-Men: Legacy #265
Hotaru: Christos Gage nadal uderza w tą samą ograną strunę. Nadal nie szczędzi nam łopatologicznych monologów i przynudnych protekcjonalnych frazesów. Rafa Sandoval dwoi się i troi, by chociaż warstwa graficzna nie obrażała inteligencji czytelnika. I nawet mu to wychodzi. Stosuje ciekawe i niestandardowe ujęcia, nie zawala większych kadrów, a niektóre sceny niosą całkiem duży ładunek emocji, jeśli już ktoś zdecyduje się nie wgryzać w dymki dialogowe. Proponuję, by zachować rysownika, i zmienić scenarzystę. Do skutku.
Krzycer: Ile razy wspominałem już, że Legacy Gage'a jest przegadane? Bo muszę to powtórzyć. Przykro mi, ale pożegnanie Mimica z Omegą jest... komiczne. Tzn. zaczyna się poważnie i nawet troszkę porusza, ciągnie się aż staje się śmieszne, potem zaczyna brzmieć jakby ci dwaj byli kochankami a w końcu po prostu irytuje i nadal nie chce się skończyć.
I do pewnego stopnia cały ten numer taki jest. Nie podoba mi się.
Gil: Druga część historii, która prawdopodobnie nikogo nie obchodziła. I prawdę mówiąc, już nie bardzo pamiętam, co tam się wydarzyło poza tym, że Joey zrobił Chandlerowi lobotomię. Coś tam gawędzili, coś kombinowali, a mój wzrok prześlizgiwał się po tekście, nie zahaczając o treść. Nawet nie jestem pewien, czy Mimic w końcu został w drużynie, czy nie. Pamiętam za to, że Beast miał dłonie szersze niż miednicę. Cóż, numer do zapomnienia, czyli 4/10.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse0245a.jpgX-Men: Legacy #265
Autor: Mark Brooks

Hotaru: Brooks jest jednym z tych rysowników, których pracom przyglądam się bardzo uważnie. Lubię jego kreskówkowy, ale jednocześnie staranny i przemyślany styl. Do tego, kiedy okładka jest bardzo wymowna i świetnie współgra z zamysłem scenariusza (nie z samym scenariuszem, bo ten stoi kilka poziomów niżej), to nie mogę wytypować innego covera.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.04.25


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.