Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #244 (23.04.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 23 kwietnia 2012Numer 17/2012 (244)



Trzy pozycje powiązane z "Avengers Versus X-Men" zdominowały to wydanie Pulse'a. Niestety nie oznacza to, że były to recenzje przychylne. A numer tygodnia przypada w udziale komiksowi, który zgarnia te nagrodę praktycznie co numer, od bardzo już dawna.



Amazing Spider-Man #684
Krzycer: Nie czuję zagrożenia. Może to dlatego, że Doc Ock w dalszym cigu nie wyjawił swojego planu i wciąż nie wiadomo, czy przypadkiem naprawdę nie chce uratować świata. Może to dlatego, że pokonawszy Avengers pakuje ich do bagażnika bo "ma co do nich plany" zamiast ich zabić. Może to dlatego, że Sinister Six w dalszym ciągu sprawiają wrażenie, że pokonali Avengers wolą scenarzysty a nie dlatego, że są tacy groźni.
Wszystko to sprawia, że podczas czytania z rytmu wybijały mnie nawet takie drobiazgi, jak nieudolna ekspozycja, kiedy Sandman myśli do siebie "moja córka, Keemia".
Ogólnie - jak zwykle. Niektórzy pieją z zachwytu nad runem Slotta w tym tytule, dla mnie jest bardzo przeciętny.
Gil: Pojedynek z Sandmanem na Saharze? Pomysł jak najbardziej awesome! Wykonanie? Nooo, niestety już nie tak dobre. Okoliczności są mocno naciągane i ułożone specjalnie pod ten pomysł. Bijatyka początkowo niezła, dość efektowna, ale od pewnego momentu też naciągana. Nie do końca podoba mi się pomysł, że cała esencja Sandmana tkwi w jednym ziarenku piasku, choćby z tego względu, że jeśli tak łatwo je odnaleźć, już dawno ten fakt powinien być znany. Druga sprawa: czemu niby wyciagnięcie tego ziarna miałoby cokolwiek zmienić? Przecież i tak kontroluje piasek na odległość, bo to cudowne ziarno może się stykać tylko z paroma innymi. Oprócz tego mamy Silver Sable, która pojawia się znikąd, ma technologię lepszą niż Stark i wymiata bardziej niż Black Widow. I co to w ogóle za pomysł, żeby S6 posprzątali Avengers z placu boju i zabrali ze sobą? A tercet egzotyczny zamiast ich odbijać, rozbija się po świecie? Naiwność w tej historii sięga zenitu. A skoro ktoś podmienił Caselliego na Ramosa, bonusa za styl nie będzie. Tym razem 5/10.

Avengers vol. 4 #25
Hotaru: Nie powinienem nikogo zaskoczyć stwierdzając, że ten numer jest nudny. Ostatnia historia Briana Bendisa w tej serii nie zaczęła się od trzęsienia ziemi. Co więcej, początkowa i ostatnia scena wskazująca na tie-in do AvX okazała się zupełnie oderwana od reszty numeru. Rysunki Walta Simonsona, które miały być niewątpliwym atutem tej historii... atutem nie są. Rozumiem, że dla niektórych to legendarny artysta, ale w tym zeszycie się nie popisał. Nie chodzi mi nawet o old-schoolowy styl rysowania postaci, ale też o nienatchnione kadrowania i monotonny storytelling. Ale najgorsze jest dla mnie to, że twarz Thora kilka razy wygląda tak, jakby narysował ją Larry Stroman. A na myśl o tym "artyście" bierze mnie na wymioty.
Krzycer: Zaczyna się podczas inwazji na Utopię! A potem mamy retrospekcję, trochę ciszy i spokoju w Avengers Tower, niesamowicie nudny wypad by skopać AIM i doktor Rappacini i wreszcie epilog - nadal w ramach retrospekcji.
...to po co w ogóle zaczynać na Utopii? Nie wiem, sensu nie widzę.
Po lekturze tego numeru mam wrażenie, że w głowie Bendisa to wszystko działa - związek Hawkeye'a ze Spider-Woman się rozwija, Noh Varr odnajduje się jako Avenger ale przypominają o sobie jego obowiązki wobec Kree (...choć jeśli dobrze kojarzę to nie są jego Kree, bo on pochodzi z alternatywnej rzeczywistości?). Ale tak to przenosi na łamy komiksu, że to wszystko jest w najlepszych wypadku niezręczne. No bo - romans Hawkeye'a i Spider-Woman ostatnio sprowadza się do tego, że różni ludzie ich pytają, czy są razem, na co oni odpowiadają tak. Noh Varr nie miał praktycznie żadnych kwestii i żadnej znaczącej roli odkąd dołączył do zespołu, więc ten wątek to pełna porażka. Przynajmniej rysunki Simonsona są... no, oldskulowe.
Ok, szczerze mówiąc to nie do końca mój styl. Nic mi się w tym numerze nie podobało.
Gil: Avengers vs. X-Men my ass! Splash page i jeden panel na następnej stronie plus hint na ostatniej, to zdecydowanie za mało, żeby zasłużyć sobie na okładkowe logo. Niby ma to być wstęp z perspektywy Capa, ale w ciągu paru stron zmienia się w bitkę z AIM i zupełnie wypada z tematu. W porównaniu z niedawnym prologiem w New Avengers, ten jest zupełnie nietrafiony i mało interesujący. A i rysunki nie pomagają. Właściwie to myślałem, że twórcą jest Erik Larsen i dopiero po spojrzeniu na okładkę odkryłem, że jest nim Walter Simonson – równie znane nazwisko i równie toporny styl. No cóż, przynajmniej pod względem stylu event będzie zróżnicowany. Ale jak już mówiłem, tym razem nie ma tu nic ciekawego, więc dostanie 4/10.
Łukasz: Co ja patrze, to przygody Spider-Girl w wykonaniu Rona Marza? Nie, to Walter Simonson powrócił do Marvela. Strona graficzna to ukłon w stronę końca lat 80 i początku dziewięćdziesiątych XX wieku i powrót gwiazdy tamtym czasów po latach komiksowego limbo. Bardzo duża część numeru jest wypełniona przez typową, schematyczną do tego, akcje Mścicieli, w stylu zobaczyłem, zdobyłem, zwyciężyłem. Tym razem tymi pokonanymi okazali się członkowie organizacji których cechą rozpoznawczą są kombinezony w kolorze słońca. I tutaj podobnie jak poprzednio (czytaj moja opinia o AvX#2) najciekawszym momentem była ostatnia strona, gdzie dwaj przedstawiciele pewnej kosmicznej rasy ze sobą rozmawiają i gdzie jeden oznajmia drugiemu o pewnym istotnym fakcie. Sama historia z tego zeszytu, to typowy zapychacz, który prócz właściwie ostatniej strony nic nowego nie wnosi jako tie-in do crossa AvX. Ci co go kupili pewnie żałują teraz wydanej na niego kasy. Oj nie ładnie panie Bendis, numer bardzo przegadany, aż za bardzo.

Avengers Vs X-Men #2
Hotaru: Teraz rozumiem, po co temu eventowi taki tie-in, jak Versus. Bo w tej miniserii, historia oparta na konflikcie między dwoma superdrużynami, zdegradowała ten konflikt do sparringu na plaży. Poza fastball specialem z Colossusem, nie ma tu ŻADNEGO fajnego pojedynku. Bitwa wygląda jak zabawa w piaskownicy. Promienie Cyclopsa, które "mogą kruszyć góry" tutaj nie dają sobie rady z jednym superżołnierzem zasłaniającym się tarczą, bo Scott nie wpadł chociażby na to, by mu strzelić pod nogi. Storm, jedna z większych heavy-hitterów, nie zrobiła NIC poza pogaduszką z mężem. Twórcy zupełnie zignorowali fakt, że Emma nie jest jedynym telepatą na wyspie, a Psylocke powinna zmieść Spider-Woman z powierzchni ziemi w ułamku sekundy, zamiast bawić się w odbijanie jej ataków mieczykiem. Thing i Cage nie powinni mieć w wodzie żadnych szans z Namorem. Gdybym miał wymieniać, ile okazji zostało tu zaprzepaszczonych, to nie wyrobiłbym się do czasu wydania kolejnego numeru. Za to Romita narysował ładną Storm. Na dwóch kadrach. To też coś...
Krzycer: Walka w planie ogólnym jest straszna. Na pięści, niemal zero wykorzystywania mocy - żenada. Ale na zbliżeniach jest już lepiej - zarówno jeśli chodzi o dosłowne starcia jak i konflikty interpersonalne. Emma kontra Iron Man, Storm i Black Panther... nawet Cap i Cyclops wypadają nieźle (mniejsza o to, jak działają blasty Cyke'a).
Redaktor powinien zwrócić na to uwagę... może. (Marvelowa fizyka to i tak czarna magia). Może to kwestia tego, że Aaron wyrwał Bendisowi długopis przy tym numerze. A jak Fraction się dorwie to dopiero będzie.
Swoją drogą ciekaw jestem, czy tylko Aaron będzie stosował narrację w ramkach, bo jeśli tak, to rozdźwięk między kolejnymi numerami będzie jeszcze większy.)
Poza tym są tutaj zagrania i manewry które miło pobudzają moje czułe, fanowskie organy. Hope paląca Wolverine'a - fantastyczne. Magnetyczny fastball special - słowo daję, czekałem na to odkąd Eric przeprowadził się na Utopię.
Te wszystkie fajne detale sprawiają, że miałem frajdę z tej lektury - pomimo ogólnie marnej walki, drętwej podstawy konfliktu i wpychania mutantów w role tych złych. Te elementy mogą pogrążyć event, ale ten numer się broni.
avalonpulse244c%20%5B1600x1200%5D.JPGUndercik: Trochę przemyśleń świeżo po lekturze:
- Aaron jest po prostu przeciętnym scenarzystą. Owszem zdarzają mu się dobre, ale zdarzają się też złe, no i cała masa średnich.
- Bawiłem się dobrze w czasie czytania, jeśli w danym momencie nie wgłębiałem się w szczegóły.
- Po co korzystać z mocy skoro można się tłuc na pięści? Spokojnie Wanda "no more superpowers" powiedziała tylko w jakimś What Ifie.
- Lubie relacje Spider-Mana z Wolverinem i w tym numerze także wypada fajnie...
- ...ale, że nie Parker nie miał żadnej reakcji, jak Logan wyskoczył z pazurami na Hope?
- Edytorzy w Marvelu są jacy są, ale mogli by przynajmniej postarać się aby w głównej maxiserii wszystko było spójne, bo na tie-iny nigdy nie liczyłem.
- Nie podoba mi się fakt, że każdy numer pisze ktoś inny, bo o ile teraz jeszcze tak nie będzie rzucać się w oczy, to jak ktoś się zabierze za całą historię od razu np. w wydaniu zbiorczym, to raczej przyjemności w związku ze zmianą stylów nie będzie miał.
- Romita młodszy w formie, co prawda nie w tej z czasów w TASM, ale miło wreszcie można popatrzeć na jego rysunki. Z drugiej strony, może to winna kolorystów i takich tam?
- Nie lubię Wolverine'a jeszcze bardziej. A, że w tym tygodniu nadrobiłem numery Legacy z Exodusem, to Logan już kompletnie mi działa na nerwy.
- Numer sponsoruje hipokryzja.
- Tekst o faszyzmie Capa bezcenny.
- Jestem po stronie X-Men i chyba nic już tego nie zmieni. Szczególnie, po tym, jak Cyke wyłożył swoje argumenty, a Cap i tak uważa, że ma racje.
- Namor ma problemy w wodzie, realy? Poza tym, jak wgłębiać się w szczegóły, to naprawdę coraz mniej ten numer mi się podoba
- Po co były te słupy w AvX #1?
- Hope w ogniu udała się Romicie Juniorowi.
- Mimo wszystko czytając naprawdę czułem emocje i generalnie nawet mi się podobało, ale im głębiej w szczegóły, tym gorzej.
czarny_samael: Wolverine to... No, daruję szerszej publiczności swoje obecne odczucia do tej postaci. Nie dość że napuścił Capa (który swoją drogą znów pokazał, że jest typowym zaślepionym wojskowym) na Cyke'a, to jeszcze oszukał wszystkich Avengers i poszedł zabić Hope. Co za buc. A z zabiciem dzieciaka-Apocalypse'a to miał problem, mimo iż ten na 100% musi stać się kimś złym, a Hope wcale taką być nie musi. Nie mówiąc o tym, że jak to dobrze ujął Cyclops - oni nie mają pojęcia o PF. Przecież jeśli nie Hope, to ktoś inny. A czy ktoś z nich pomyślał o tym, że jeśli idiotycznym cudem zniszczono by Phoenix Force, to mamy koniec multiversalnego balansu, bo Phoenix to uosobienie życia we Wszechświecie? I że - zakładając że mamy do czynienia tylko z universalną wersją ptaka - wszelkie istniejące przeciwwagi dla tej siły, niezależnie od tego czy to będzie The Fallen, czy Hunger, czy inne Goblin Force, to mamy koniec wszechświata? Nie? A czy ktoś z nich zdaje sobie sprawę, że to PF stworzyło ten wszechświat i jest odpowiedzialne za stworzenie kolejnego?
Ja się pytam jakim cudem Strange i Britiain o tym nie wspominają.
A skoro już jesteśmy przy błędach, bo co raz ciężej mi się wierzy że można z niektórych bohaterów zrobić takich kretynów (przecież, argumentem Logana było dobro dzieci, przecież on wie, że PF i tak znajdzie nosiciela, przecież normalnie gada z Xavierem i nie każe mu zabić Legiona), więc to kwestia błędów.
Ja się pytam, jakim cudem 30 tonner (Cage) jest wstanie zranić Namora? I to w wodzie, gdzie koleś okładał i Hulka i Rulka. W ogóle to Thing rzeczywiście szybko pływa...
Z czego nagle jest zrobiona głowa Cyke'a, skoro Osborn w stroju Iron Patriota miał problem by przetrwać jej cios? Jakim cudem Cage obrywa strzałem Cyke'a w New Avengers atakując X-Men, skoro tu mamy pokazane, że to Kolos rozwala HC i Avengers tak naprawdę spadają? Dlaczego wszyscy walczą na pięści? Magma naparzająca się Loganem? SERIOUSLY?! Poza tym, Avengers nie wyglądali na zwyciężających, a X-Men niby tak po prostu pozwolili na ucieczkę Loganowi i Peterowi? Nie mówię już, że oznacza to że na polu "głównej walki" nie ma Rulka, Cage'a, Thinga, Iron Mana, Strange'a i Capa. I chciałbym wiedzieć dlaczego Jeffers po prostu nie wyłączy wszystkiego co mechaniczne po stronie Avengers?
Jak to jest, że Magneto ma podniesione tarcze, Iron Man nie może go trafić, a Pietro po prostu przez nie przebiega? Jak to jest, że Wolverine jest silniejszy od Sunspota?I to w dzień? W ogóle nikt nie używa swoich mocy, bo jeszcze by się okazało, że Avengers padają przy pierwszym zmasowanym ataku Colosa, Storm, Jeffersa i Magneto? Po co było przyciągać X-Club do walki skoro nie zrobili nic by pomóc tę walkę wygrać? Aha no i wszyscy po prostu przyjmują strzały Cyke'a jak miłe łaskotki.
Nie mówiąc, już o braku konsekwencji w kontekście tarczy Capa. Wiadomo że vibranium absorbuje energię. Ale tarczę można przesuwać, więc nie było to niczym dziwnym, że blast Cyke'a który działa na zasadzie TK, czyli nie jest promieniami cieplnymi (jak u Supermana), tylko zmasowaną ciągłą siłą kinetyczną, wywalił Capa do wody. Więc jak Steve dał radę podejść do lidera mutantów w tym numerze? Jeśli już chciało się zapomnieć o tym jak działają promienie Cyke'a - a dało by się to jakoś wytłumaczyć zapewne - to trzeba było tak postępować od początku historii, a nie już w tej samej walce pojechać hipokryzją.
I co jest równie "zabawne"... Teraz gdy Hope uciekła, a Spider i Wolvie wyglądają na poważnie rannych, X-Men i Avengers po prostu wrócą do naparzanki, zamiast rzeczowo pogadać o tym co jest grane? Brawo dla Steve'a. Po prostu brawo.
Aha, kolejnym potworkiem na mój gust jest transmisja dziennikarzy. Po jaką cholerę Cap brał ich ze sobą? By pokazać swój idiotyzm?
Rysunki nie przeszkadzały mi w odbiorze "scenariusza" (gdzie poza walką, widzimy tylko scenę z odejściem Wandy, paniką Hope i wstępem do konfrontacji PF i Avengers), więc nad ich oceną mógłbym pomyśleć. Ale po co skoro każdy pozostały element, czyli powód walki, kretynizm bohaterów podczas walki, chęć zabicia Hope przez Wolviego, ślepa wiara Emmy (!) w to że Hope pozwoli się kontrolować tamtej grupce, czy STRASZNIE pokazana walka nadają się tylko do wrzucenia do równie dobrych komiksów W&X-M? Oczywiście 0/10.
avalonpulse244d%20%5B1600x1200%5D.JPGwolvie111: No cóż. Jest mocno, a nawet ostro, każdy kadr i każdą stronę, mimo że rysowaną przez Romitę ogląda się z zaciekawieniem, napięciem ale czasem niestety z lekkim zawodem. No to może od Romity zacznę. Nie jestem jago fanem i tak jak uważam, że tak ważne wydarzenie powinien narysować ktoś inny, o tyle nie mam do niego większych zarzutów przy tym numerze. W sumie to w każdym ważniejszym momencie widać, że się stara, np. Hope w płomieniach wyglądała świetnie. Jednak nie było bez problemów, proporcje momentami były fatalne.
Teraz czas już omówić samą akcję. Zgadam się z przedmówcą. Wolverine to totalny dupek. Jestem strasznie wnerwiony za każdym razem, gdy czytam jaki to ze Scotta wariat, jak to Logan próbuje tylko pomóc, a reszta X-men nie ma racji, gdyż jest w Cyclopsa ślepo wpatrzona. Bullshit! Już widzę jak wszystko po kolei przekręcane jest na stronę Avengers i aż mnie skręca, a tak szczerze mówiąc to oni nie mają argumentów. Iron Man wspominał coś w potyczce z Emmą, że "chcą tylko pomóc", że nie chcą aresztować Hope. Hello? Jakoś nie usłyszałem tego w rozmowie Cyclopsa i Captaina we wcześniejszym numerze. Najgorsze jest to, że takie przeświadczenie wprowadził sam Wolverine. Nagle Luke Cage przeraził się, że na wyspie są przecież dzieci. Tak jakby młodzież z Avengers Academy nie brała udziału w wojnie podczas "Fear Itself".
Ogólnie to podoba mi się, że tak dużo się dzieje. Pełno pojedynków i potyczek. Chciałbym zobaczyć rozwinięcie Magik vs Doctor Strange. Osłabiono X-men, bo Iron Man znalazł sposób na telepatię Emmy. Ciekawie przedstawia się sytuacja pod wodą. Namor stawia opór dwójce, choć będąc pod wodą ma pewną przewagę (szczerze mówiąc to na tyle dużąm, że normalnie powinien ich rozwalić w chwilę). Na walczące postacie w tle wolę nie patrzeć zbyt szczegółowo. Zarówno ze względu na brzydką kreskę, jak i głupie połączenie. Po kolei widzę Daredevila z Thunderbirdem, z Jeffersem, a nawet z Magik...denerwuje mnie niewykorzystywanie do końca umiejętności niektórych bohaterów. Na przykład jak taka super szybka i supersilna Jubilee może na równi pojedynkować się z Black Widow. Jest jeszcze parę głupich błędów. Magma i Sunspot nie dają rady Loganowi, który jeszcze stara się na nich wymusić odpowiedź, gdzie jest Hope?
W końcu widzimy Hope, w płomieniach i z ogromną mocą. Tu kolejny argument dla Mścicieli... pokazanie, że Hope może sobie z Phoenixem nie poradzić, że może ją przerosnąć.
Podsumowując jestem trochę usatysfakcjonowany i trochę zawiedziony. Na pewno zawodzi trochę sama walka obu stron. Mam nadzieję, że to zrekompensują mi w AvX: Versus. Więcej racjonalnego spojrzenia w kolejnym numerze i będzie dobrze.
Dam z 6/10, bo ciężko jest mi dać mniej skoro tak długo na te wydarzenia czekałem. Niestety większego sensu w tym wszystkim nie ma, mimo to jestem całym sercem za Cyclopsem.
Gamer2002: Trend się utrzymuje i Cyclops jest dupkiem pisanym na dupkiem kierującym się mglistą fanatyczną logiką. To najbardziej widać w scenie, w której Cyc pluje jak to Mściciele zawsze mieli ich gdzieś i chcą mesjasza zabierać im, podczas gdy Mściciele komentują że on szaleńczo naraża dzieci. I Wolvi jeszcze wrzeszczy, że powinni się go słuchać że Summers to wariat.
Cap zaś jest dupkiem pomimo tego, że jest pisany na tego który ma racje. Nawet jeżeli jedynie in continuity jest jedynie Dark Phoenix Saga, kukułki i Emma nigdy nie miały Phoenixa, Rachel nie istnieje i Hope jest jedynym możliwym hostem... Cap marnuje czas, Phoenix bez Hope już w poprzednim numerze rozwalił planetę, a ja nie wiem co on chce zrobić z Hope.
Ale to on jest dobry i jeszcze proponuje rozejm, a Iron Man zapewnia zaś, że chcą chronić Hope... Dlaczego w zaszłym numerze tego nie powiedzieli? Dlaczego od razu nie przyznał, że on o Phoenix Force nic nie wie? Dlaczego, skoro chce dobra Hope, w pierwszych słowach powiedział by im ją dali i to już, a nie zaproponował wspólnych starań by uchronić ją? Jak Summers jest tępy z wykorzystaniem Phoenixa, to też bym się wkurzył, że Cap chce przejąć sprawę, z którą wcześniej nie miał nic wspólnego.
Walka. Najpierw to co było awesome: MAGNETIC FASTBALL SPECIAL. Ale to było tyle.
Jeżeli ktoś chce czytać jak młócą się A’vy i X’y, to (co najwyżej) niech sięga po te oddzielne komiksy dedykowane pojedynkom. Strategicznie był tylko rzut Collosusem, to że Tony pomyślał o Frost a Magik wciągnęła doktora w pułapkę, plus Wolvi wykorzystujący zamieszanie. A ogólnie to dwie drużyny na siebie się rzucają, pojedynki się zaczynają na bokach i już Danger mówi, że upadek Utopi to kwestia czasu. I taki Namor nie pomoże, bo w wodzie Luke Cage to nie jest dla niego problem na jedną chwilę.
Ale jest gorsza rzecz niż poverlevele siłaczy, mamy Storm skupia się wyłącznie na mężu, Magneto na Tonym i Pietro, a Cyclops na Capie. Dlaczego? Przecież Magneto może rzucić Hellicarier na Mścicieli, Storm może zabrać ich tornadem, a Cyclops zdjąć wizjer i wszystko sprzątnąć. Tylko jedynie Frost myślała, by wykorzystać moc na szeroką skalę, bo na nią Tony miał kontrę.
A na końcu Wolvi chcący zabić Hope. Zrozumiała reakcja na to co zobaczył, ale nie jeżeli od początku to planował (w końcu ponoć jego misją jest chronienie dzieci) i Cap powinien mu to wygarnąć.
3/10, jeden dobry moment, można czytać by widzieć czemu to od początku było głupie.
Dzizys: Drugi numer kontynuuje absurdy i nielogiczności z pierwszego, a nawet bije je na głowę. Jestem strasznie zawiedziony, bo póki co ten cross prezentuje poziom zerowy. Skala idiotyzmów w dialogach, scenach i narracji sięga zenitu. Moim faworytem na ten numer są głosy zdziwienia Avengers, na czekające ich starcie, a Iron Fist jedzie po krawędzi. "W budynku są dzieci, co czym ten Summers myśli?" Ekhem, a kto przed chwilą zjawił się tam uzbrojony po zęby? Czytając miałem wrażenie, że obcuję z komiksem z lat 60tych, lub jakąś fanowską robotą. Gdzieś tam przez to wszytko przebija się w dialogach miedzy Capem, a Scottem zdrowy rozsądek, ale młócki nie przerwą. W sumie ubawiłem się przy lekturze, ale nie była to rozrywka jakiej oczekiwałem od takiego głośnego eventu. Fakt, że Hope poleciała w siną dal, daje nadzieję na przystopowanie, obgadanie problemu i może jakoś sensownie się to wszystko rozkręci. Nadal mam wiarę.avalonpulse244e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Gil: Hooooooo boy! Od czego by tu zacząć? Już na pierwszej stronie widzimy, że Romita zużył swoje miałkie zapasy talentu na numer poprzedni. Panel na samym dole jest wręcz obrzydliwy i wyznacza średnią całego numeru. Starałem się więc odłączyć rejestrację obrazu i skupić na tekście… i już sam nie wiem, co było gorsze. Spróbujmy więc po kolei, od myślników:
- New Mutants mieszkają w San Francisco, więc skąd nagle wzięli się na adhocowej zbiórce?
- Magnetic fastball special to całkiem niezły pomysł, trzeba to przyznać. Gorzej z wykonaniem.
- Narracja w tym komiksie jest KO-SZMAR-NA!
- Prawie wszyscy mają głowy większe niż biodra.
- Hepzibah out of friggin’ nowhere.
- Black Panther out of even frigginer nowhere! Przecież on nie przyjął zaproszenia do Avengers, tylko w zamian sprzedał im Storm.
- Loa ma największy łeb ze wszystkich. Surge nie jest już Azjatką.
- Dlaczego, ach dlaczego Emma nie może użyć telepatii na odległość? Nie żeby to ‘tele’ w nazwie oznaczało ‘na odległość’… A potem najgorszy dialog w historii.
- Telewizja nadaje to wszystko na żywo… TELE-%#@&%-WIZJA NADAJE TO WSZYSTKO NA ŻYWO?!?
- Wanda ma wszystko w dupie. Chyba powinienem wziąć przykład.
- Domino się opaliła, Psylocka ma bliznę jak Harry Potter, Wolverine nie używa pazurów bo po co, Daredevil załatwił Magic?
- Storm: „you should’ve told me this was happening.” To trzeba było kurde nie wychodzić na samym początku zebrania, durna babo! I że niby co teraz jest między nimi? Gdzie i kiedy to się niby stało?
- Hope to durna gówniara jest. Ale to już wszyscy wiemy.
- Trochę argumentacji: znów Steve wychodzi na tego rozsądnego, a Cyke na buca.
- Cage i Thing walczą z Namorem pod wodą od początku numeru – mi przeczytanie tego zajęło 15 minut, od kiedy oni potrafią oddychać pod wodą?
- Perspektywa ssie aż mlaska.
- Wolvie & Spidey – the new Abbot & Costello. Ale ich pierwszy gag niestety spalony. I ta mina Wolvieka… Buahahahaha!!!
- Hope jest durną gówniarą. Avengers mieli rację, Koniec historii, idźcie do domu.
- W pokoju są jedne drzwi – na jednym panelu są otwarte, na drugim wyważają je Avengers, na trzecim otwierają je X-Men, na czwartym wiszą na jednym zawiasie.
- Beast znów zmienił wygląd. Bez najmniejszego wyjaśnienia od jakiegoś czasu wszyscy rysują go jakby nie był już kotowaty. Nie wiedziałem, że Valkyrie może sobie latać w kosmosie i nie myślałem, że Carol potrzebuje do tego skafandra?
Podsumowując: brzydkie, gorsze od poprzedniego numeru, dużo gorsze, dialogi są żenujące, narracja przerażająco denna, fabuły tyle co kot wys… napłakał. Przypomina mi wręcz pewien "komiks", który kiedyś pojawił się na naszym forum. O ten. Tym razem 1/10.
Lotar: I co tu napisać? Obiektywnie rzecz ujmując ten numer obnażył wszystkie głupoty, które legły u fundamentów tego eventu. Nie mam już żadnych wątpliwości. Wymyślili ten event na piętnastominutowej posiadówie po tym jak DC ich zdetronizowało. Kompletnie nic nie trzyma się kupy, a bijatyka na plaży przerodziła się w jakąś dziwaczną groteskę. Za co ci redaktorzy biorą kasę? Jak w jednym komiksie Avengers mogą atakować wyspę, a w drugim znaleźć się tam przez atak Colossusa? I gdzie podziały się te magiczne urządzonka, którymi straszyli w 1 numerze? Mam nadzieję, że tendencja co do spadku jakości rysunków nie otrzyma się, bo boję się pomyśleć jak będą wyglądały w ostatnim numerze.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przeczytałem ten numer bez grymasu obrzydzenia na twarzy, co nie najlepiej o mnie świadczy. Ba, nie zraziłem się i czekam na dalsze numery. Wybaczę Marvelovi wiele, jeśli X-Men wygrają. Wiem, naiwniaczek ze mnie.
Wilsonon: Żenujące. Odkąd z Marvela odszedł Quesada wszyscy zaczynają idiocieć.
Idota 1: Pan Flaga - Phoenix Force widział tylko na obrazkach, siłą próbuje odebrać przyszłego hosta, nawet nie próbuje uzyskać pomocy od sporej grupy doświadczonych osób żyjących lata z poprzednim hostem. Plan ma dobry: wysłać przyszłego hosta w kosmos i niech tam się z nim połączy, ale zamiast wysłać z nią bandę pseudospecjalistów niech wyśle X-Menów.
Idiota 2: Cyklop - świetny taktyk, a pozwala latac z metalową tarczą głównemu dowodzącemu armii przeciwnej, jego łączność telepatyczna biega sobie po polu bitwy, mając po swojej stronie ludzi walczących na długi, śledni i bliski zasięg rzuca ich wszystkich w jednej kupie do walki na pięści!
Idiota 3: Magnes - czemu nie pozbawił na wstępie wszystkich przeciwników z metalowych elementów? Nawet wyrwanie klamry od paska czy metalowego zamka błyskawicznego lub guzików spowoduje, że dana osoba będzie musiała trzymać swoje gacie i będzie miała zajęte ręce. Och! I nie wspomnę o latającej nad utopią kupie żelastwa, z której wyskakują Avengersi.
Idioci 4: Cała reszta - "Mam supermoce, ale trzepnę go z piąchy!".
Idiota 5: Aaron - zero logiki!
Romita jak to Romita, aby jego rysunki się podobały to musi on byc w wysokiej formie, inaczej są brzydkie.
Nie mogę się doczekać Hickmana, on jedyny piszę z jakąkolwiek logiką.
Łukasz: Poszatkowanie akcji to główny mankament tego numeru. Wydawnictwo doszło do przekonania, że warto wydoić z fanów każdą sumę jaką się tylko da, czytaj w głównej maxi serii eventu pokazać tylko początek danego starcia, a po coś więcej, czyli dokładniejsze pokazanie pojedynków między dwoma stronami konfliktu umieścić w kilku innych seriach. A sam numer to w większości przeskakiwanie z jednego wątku do drugiego, tu sobie pogadali, tu sobie dali w twarz. Działo się sporo, ale nic z tego w sumie nie wynikło. Postacie, które powinny zaprezentować swoją ogromną potęgę w walce, zamiast pokazać na co je stać, wolały podjąć walkę wręcz. Na jednym z kadrów tego numeru, ujrzałem coś co tylko potwierdziło moje wcześniejsze przypuszczenia odnośnie zakończenia całego eventu. Widać ogromną różnicę między tym a poprzednim numerem tej opowieści, Aaron zabrał klawiaturę Bendisowi i zaczął tworzyć swój kawałek tej historii. Kawałek, który nie jest zbyt wysokich lotów. Jedynym momentem, który mi się naprawdę podobał, to była ostatnia strona, na której bohaterowie stanęli przed głównym zagrożeniem, którego potęga jest na ostatnim kadrze wręcz odczuwalna.

Defenders vol. 4 #5
Gil: Dla mnie również było to pewnym zaskoczeniem, ale zaczyna mi się podobać ta historia. Fraction zaryzykował trochę i pojechał po bandzie, ale tym razem jestem na tak: po udanym wprowadzeniu do continuity Marvela postaci takich jak Da Vinci, Nostradamus czy Newton, również kapitan Nemo wpasował się w ten świat. Nie takie cuda już się zdarzały. Gdybym chciał się przyczepić, to bym znalazł powód, ale nie chcę, bo nawet mi to pasuje. Cóż, nawet panu Ułamkowi czasami się coś udaje i byłoby hipokryzją upierać się, że tak nie jest. Zwykle wszystko rozbija się o wykonanie, ale tym razem wyszło mu całkiem dobrze, mimo paru drobnych potknięć. No i przynajmniej Namor nie wyrymciał przy pierwszym spotkaniu tych 99 mackowatych cór. Aha i muszę podkreślić, że zniknięcie Dodsona wpłynęło znacznie na wzrost mojego zainteresowania. Dam 6/10.

Invincible Iron Man #515
Gil: A tutaj już nie mogę Ułamka pochwalić. Z prostej przyczyny: powtórzył niedawne zagranie z Buckym na Rhodesie. To teraz spróbujmy zgadnąć, kto wcieli się w rolę Winter… oj, sorry, skojarzenie – czarnego Iron Mana? Przez chwilę prawie dałem się nabrać, bo tak wszyscy dramatycznie biegli na ostatnią chwilę… A potem sobie pomyślałem: kto by śmiał ubić afroajronmana? No i miałem racje. Gupia poprawność polityczna. Poza tym mamy tu standard tej serii: nudne tło i nieciekawe rysunki, czyli 4/10.

New Mutants vol. 3 #41
Gil: Niedawno życzyłem sobie, żeby Blink dołączyła do drużyny na stałe. Po tym numerze, już tego nie chcę. Nie wiem dlaczego, ale Clarise została zredukowana do roli durnej nastolatki, której tylko paaaartayyy w głowie. Jeszcze niedawno ciężko przeżywała swój powrót do żywych, a tu nagle całkowity reset mózgu. Nie podobało mi się to. I nie tylko to zresztą. Autorzy nie mają żadnego pomysłu na serię i postacie, więc rozgrywają jedna kliszę za drugą, a gdy nie wypala, zmieniają zdanie i serwują coś zupełnie od czapy. W dodatku rysunki są brzydkie, a miejscami wręcz paskudne. Więcej jak 3/10 nie mogę dać.

Punisher vol. 5 #10
Krzycer: Kolejna część mikrocrossoveru, dalej jest fajnie. Jest klimat, są fajne interakcje między postaciami (panel z Pająkiem i odpowiadającym mu z kamienną twarzą Punisherem mnie rozłożył na łopatki). Do tego sierżant Cole-Alves założyła t-shirt z czaszką a pod koniec numeru doszło do złamania sojuszu. Co nie było zaskoczeniem, ale i tak - czego więcej chcieć? Na razie dostaję wszystko, czego się po tej historii spodziewałem.
Gil: Na wstępie postawmy sprawę jasno: Punishera nie lubię i nie czytam zwykle serii z nim. Chyba, że są uwikłane w crossa, jak w tym przypadku. Nie wiem, jak mają się te wydarzenia do innych przygód Karzącego Franka, ale ciągłość historii jest zachowana, flow również, a wygląda to trochę lepiej niż ostatnio (poza tymi nieszczęsnymi rogami DD). Zaskoczyła mnie wręcz ilość humoru w tym tercecie i jego całkiem dobry poziom, wyróżniający się ponad zwykły banter. I w ogóle wszystko byłoby fajnie, gdyby nie końcówka, która jest strasznie niejasna. No i nie widzę jakoś sensu sceny z porodem, ale była dość zabawna, więc nie będę tego uporczywie wytykał. Ale tak, to spokojnie 7/10 może dostać.

Thunderbolts #173
Krzycer: A to się rozwinęło w ciekawym kierunku. Walka szczęśliwie szybko się skończyła, wszystko co dzieje się później jest wielce intrygujące, a cliffhanger... Cóż, to i tak cud, że dotąd T-Boltom udało się niczego nie schrzanić dokumentnie.
Mam nadzieję, że pominięcie wątku Moonstone oznacza, że obie panie się jakoś dogadały i Parker nas zaskoczy w następnym numerze.
Natomiast Zemo nadal wypada blado. Po pierwsze - całkiem źle zabrzmiało to, co mówił Songbird w czasie walki. Citizen V utrzymywał taką pozę tylko przed kamerami.
Po drugie - wykorzystanie przyszłych T-Boltów tylko do złupienia Latverii? Jego plany zawsze miały więcej rozmachu. Ale znowu - może Parker nas zaskoczy w następnym numerze.
Chyba, że cliffhanger przekreśla wszystkie dotychczasowe plany. Nie powiem - ciekaw jestem tego, co dalej. Najprostsze byłoby wykorzystanie wehikułu czasu do cofnięcia cliffhangera, więc po raz trzeci - mam nadzieję, że Parker nas zaskoczy.
Gil: O, a jednak da się zrobić coś ciekawego z tego spotkania. Szkoda, że dopiero w końcówce, bo większości numeru brakuje polotu. Najpierw się biją, potem odkrywają, kto zacz, a potem razem piją. Chwilami dialogi są niezłe, innym razem jakiś fragment akcji, ale całość jakoś kiepsko się klei. Aż do cliffhangera, w którym Fixer psuje historię. Tutaj w końcu robi się ciekawie i mam nadzieje, że autora będzie stać na jakieś oryginalne rozwiązanie. How will they fix it? Tymczasem dam 6/10, a mogłoby być nawet więcej z innym rysownikiem.

Uncanny X-Force #24
Hotaru: Epilog kiepskiej historii nie mógł okazać się szczególnie dobry. I się taki nie okazał. Poświęcenie Betsy można było pokazać z trochę większym wyczuciem, a cały wątek AoA Kurta i AoA Bobby'ego wydał mi się kompletnie zbędny. Jeśli to po to Remender zdecydował się zostawić Nightcrawlera w X-Force, to tego nie rozumiem. Za to rysunki Noto okazały się całkiem strawne i o wiele bardziej pasujące do tej serii niż ostatnie bohomazy Tocciniego.
Krzycer: Fantastyczny numer, od wejścia Deadpoola, przez walkę z AoA Icemanem pełną ciekawych zagrań, po pogrzeb Jaimego Braddocka i kadr z Psylocke który może wyprzeć ze zbiorowej pamięci fanów ten autorstwa Jima Lee.
Tylko że... nie lubię tego Nightcrawlera i nie mogę się doczekać powrotu oryginału. Czy AoA X-Men mieszkali w rezydencji? Bo jedna ramka narracyjna nie daje mi spokoju.
Ale przede wszystkim... po wszystkim, co pokazywał AoA Iceman mamy przyjąć, że to, co zrobił mu Nightcrawler go zabiło? Przecież to nawet 616 Iceman by przeżył!
Gil: Zaczynamy od epilogu do poprzedniej historii, co jest o tyle dobre, że łata w niej kilka dziur, które wytknąłem przy ostatnim numerze. Stawia tez nowe pytania, ale to już inna bajka, która dopiero zaczyna się rozwijać. Osią numeru jest natomiast starcie z ywil Icemanem. I ono wypada świetnie! Nie jest to jakiś whatifowy bullshit, ale porządna konfrontacja, z jajami, mocnymi podstawami i dość ostrym zakończeniem. Aczkolwiek śmiem wątpić, czy ostatecznym. Cóż, innymi słowy: czyta się to tak, jakby X-Force wrócili na swoje właściwe miejsce. I koszmarny rysownik poprzedniej historii został zastąpiony przez Philipa Noto, którego styl coraz bardziej lubię, więc tu kolejny plus. I ostatecznie wyjdzie z tych plusów mocne 7/10.
Wilsonon: Załatwienie Sinisterka wyszło sprawnie i wściekle inteligentnie poza jednym małym szczegółem: Kurt składa sie w 70% z wody i w ostatnim etapie walki krew Elfa powinna zostać spowolniona a całe ciało zamarznąć. Niestety Iceman nie jest mną i nie przeżył tego starcia.
W ostatnich historiach Remender minimalizuje udział Wolverine'a: a tu granat, a tam traci pół ciała itd. Cieszy mnie ten zabieg, pozwalający na skupienie się na innych postaciach.
Zmiana rysownika rozmasowała moje umęczone oczy. Jedyna rzecz jaka mi się nie podobała to mała ilość szczegółów. Niektóre przestrzenie wydawały mi się... zbyt idealne, jakby nie miały racji bytu w świecie rzeczywistym.

Venom vol. 2 #16
Gil: Pytałem ostatnio przy okazji T-boltów, gdzie zniknął Kev Walker i oto odpowiedź. Cóż, moim zdaniem w tamtej serii był bardziej na miejscu i miał większe pole do popisu. Tutaj zafundował nam bardzo fajny redesign Human Fly i całkiem niezłego Hobgoblina, więc wygląda to obiecująco, ale sceneria trochę przytępiła efekt. Natomiast jeśli chodzi o fabułę, to jest ona o tyle udana, że w finale zaskakuje, chociaż przez większość numeru buduje zupełnie inną fasadę. No i dobra, wolę takie rozwiązanie niż kolejną kliszę. Plus także za fajne starcie Venoma z Hobgoblinem i brak egzystencjalnych wynurzeń. Tym razem załapie się nawet na 7/10.

Wolverine And The X-Men #9
Hotaru: Ciekawiło mnie, czy w tym tytule Wolverine okaże się mniejszym dupkiem, niż w głównej miniserii AvX. Nie okazał się. Już chce mi się ziewać na myśl o tym, jak biedny Logan będzie w przeciągu kilku numerów zmuszony zmienić front. Za to jestem zaintrygowany wątkiem Death Commandos Shi'Ar, bo pamiętam, jak wstrząsnęła mną historia "24 seconds" w Uncanny X-Men #467. Co dziwne, ją tez ilustrował Chris Bachalo. Wtedy, kiedy jeszcze storytelling był dla niego ważniejszy, niż chaotyczne śmieci wciśnięte gdzie się da.
Krzycer: To może być zaskoczenie tygodnia. Ok, mamy tu Danger Room na stołówce, przypadkowy egzamin Kapitana Ameryki i mikro-bamfy, i to wszystko jest głupawe. Ale mamy tu też trochę wnikliwsze spojrzenie na to, jak Wolverine podchodzi do całej sytuacji, mamy jego futrzaste sumienie w postaci Beasta, mamy wizje Rachel, Quentina i Blindfold. I nawet Toad mógł się wreszcie wykazać a Waribrd dostała imię. I to wszystko mi się podobało.
Nie jest idealnie - zabrakło mi reakcji grona pedagogicznego na deklarację Logana (ale na to przyjdzie pora, a miejsce pewnie znajdzie się w Legacy), wątek Paige jest prowadzony strasznie po macoszemu (i znowu - nie ma nikogo, kto potrafiłby się z nią porozumieć? Czy Cannonballowi nie zależy na tyle, by poszukać dla niej pomocy?), poza tym chciałbym, by Bachalo przypomniał sobie, że Toad przez ostatnie dziesięć lat wyglądał zupełnie inaczej. No i chciałbym mieć cały numer poświęcony kosmicznemu jednookiemu kogutowi, oraz więcej kadrów na których Bachalo rysuje Chambera.
Ale poza tym - naprawdę mi się podobało. A ponieważ tym razem numeru nie obciążało Przedszkole Hellfire ani jakieś szczególnie wyraźne idiotyzmy - jestem bardzo usatysfakcjonowany.
wolvie111: Numer nie jest zły, ale muszę przyznać, że tylko pogłębił moją złość na to jak w całej historii AvX prowadzony jest Wovlerine. Po raz kolejny mamy tu wypowiedź kiedy to mówi Steve'owi, że X-men na Utopii to banda religijnych fanatyków, więc niech tylko nie nastawia się na spokojne rozwiązanie problemu. Arrrg! Jego argumenty do udziału w wyprawie Mścicieli też nie mają niestety większego sensu. Lepiej niech jak najszybciej nadejdzie moment kiedy da sobie z Capem to ryju (tak wynika z zapowiedzi), bo jak na tę chwilę to każdy kolejny numer AvX, pogrąża go w moich oczach. Mam nadzieję, że nauczyciele ze szkoły zachowają swój rozum i staną prędzej, czy później do walki.
Poza tym ciekawi mnie wątek Gladiatora. Zapowiedzi prognozują walki Kid Gladiatora z Avengers, co wskazuje na to, że weźmie w konflikcie stronę X-men. Ciekawe co na to jego tatuś, bo po jego wypowiedzi widać, że Mutantów raczej nie wesprze.
Od strony graficznej średnio, ale z dwóch rysowników tej serii Bachalo i tak wydaje mi się tą lepszą opcją. Oceniam na 5/10.
Gil: I jeszcze jeden prolog do AVX. Ostatnio strasznie cięty jestem na tę serię, więc podchodziłem do niego z nożyczkami w ręku, ale tym razem obyło się bez bólu. Co prawda 90% tego numeru wypełnione jest niepotrzebnym bulbotaniem, przypominaniem kto jest kim, albo hintowaniem nowych wątków na przyszłość, ale pozostała część została sprzedana wystarczająco dobrze, bym uwierzył w tok rozumowania Logana. Nawet jeśli jest nieco naciągnięty, to i tak ma więcej sensu niż brednie Summersa. No i mamy jeszcze Chrisa Bachalo. Jego forma często się wacha, ale w tym numerze kupił mnie już pierwszym panelem z czeredą kosmicznych typów, a potem zdołał utrzymać dobre wrażenie. Tak więc, tym razem zamiast wiadra pomyj będzie 4/10. To i tak nieźle jak za 10% fabuły plus rysunki.

avalonpulse244b%20%5B1600x1200%5D.JPGX-Factor #234
Hotaru: Nie, żeby to było szczególnie trudne, ale jest to niekwestionowany numer tygodnia. Obawiałem się, że pojawienie się Aleksa i Lorny zakłóci dynamikę w tej grupie i miałem rację, a jednocześnie się myliłem. Miałem rację, bo dynamika niewątpliwie się zmieniła, ale myliłem się, bo zmieniła się na lepsze. Layla jest dobra jak zawsze, podobnie Monet, a wątek z Isolationistem to tylko czeresienka na torcie. Peter David forever!
Krzycer: W tym numerze: reperkusje powrotu Madroksa. I o ile okładkowa konfrontacja M z Laylą jest mięsista, pierwsze reakcje zespołu na powrót Jaimego - urocze, a foreshadowing z Jezebel, Isolationistem i "bohaterami" z Seattle - intrygujące, o tyle konfrontacja Madroksa z Havokiem nie przynosi rozstrzygnięcia. Zabrakło mi czegoś zdecydowanego - jak powodu, dla którego Havok i Polaris pozostaną w zespole (na czele zespołu?). Na to pewnie przyjdzie pora w kolejnym numerze, ale - no cóż, w tym czegoś mi zabrakło.
Może to kwestia tego, że śmierć i powrót Madroksa obserwowaliśmy z jego perspektywy, przez co mieliśmy tylko jeden numer w którym widzieliśmy zespół pod dowództwem Havoka - nie było czasu, by się do tego przyzwyczaić. Tym dziwniejsze będzie to, że Alex i Lorna pozostaną w tytule.
Krótko: nie był to szczyt możliwości PADa, ale i tak było tu sporo tego, za co go lubię.
Gil: Takie numery tej serii lubię najbardziej: kiedy po serii intensywnych wydarzeń przychodzi chwila oddechu i czas na rozmówienie się. Tutaj jest to genialna rozmowa między Monet i Laylą. Powiedziałbym, że jest to esencja tego, co lubię u Petera Davida. Bardzo fajne jest też powitanie Madroxa z powrotem wśród żywych oraz dopasowywanie do ram serii Havoka i Polaris. A oprócz tego mamy rozwijający się sub-plot z Jezebel i Huberem, który zapowiada się intrygująco w zestawieniu z innymi niedawnymi piekielnymi wątkami. Plus Leonard Kirk w bardzo dobrej formie, więc ostatecznie będzie mocarne 7/10 i tytuł numeru tygodnia.
Łukasz: Lektura kolejnego numeru mojej ulubionej serii o mutantach Marvela, to czas bardzo dobrze spożytkowany. Czytanie o przygodach tak oryginalnych postaci, jakimi są niewątpliwie wszystkie osoby z grupy X-Factor Investigation to ogromna frajda. Ten odcinek ich przygód nie obfitował w zbyt dużą ilość akcji, dominowała w nim głównie opcja dialogowa. Główne zagrożenie oraz jego motywy i działania powoli zaczęło się krystalizować na horyzoncie wydarzeń. Centralnym punktem numeru była jak dla mnie pewna rozmowa, na szczycie Empire State Bulding, podczas której w końcu zrozumiałem kilka faktów odnośnie pewnej osoby. PAD buduje powoli wątki pod nową większą historię, mam na myśli wprowadzenie nowego gracza (nowego przeciwnika), który dla mnie jest bardzo intrygującą postacią. Peter David to scenarzysta, który nie zapomina, że pewna dawka humoru w jego wykonaniu po prostu musi się znaleźć, w pisanej przez niego serii. W tym wypadku były to kadry przedstawiające reakcje detektywów na zmartwychwstanie ich lidera. Brakowało mi trochę, że postacie Rahne oraz Longshota w tym numerze stanowiły jedynie tło. No cóż zapewne w następnych numerach to się zmieni - vide zapowiedzi. Liczyłem na powrót dawno nie widzianego Darwina, więc jestem lekko zawiedziony, że muszę na niego jeszcze poczekać, ale ogólnie numer spełnił swoje oczekiwania, czyli bardzo fajne dialogi, interakcje między postaciami, wszystko za co kocham tą serię. Polubiłem te postacie prawie od razu, gdy je po raz pierwszy zobaczyłem w polskim X-Men w historii "Pieśń Egzekutora", a po wielu latach dane mi było mieć ich przygody na półce. Dla mnie numer jeden tego tygodnia, wybijający się na tle pozostałych, głównie komiksów wchodzących w skład eventu AvX (szczególnie głównej maxi serii).

X-Men vol. 2 #27
Hotaru: Gischler powinien pisać fanfiki. Wtedy mógłbym go kompletnie ignorować a tak, nawet jak zdecyduję się nie czytać jego komiksów, to i tak jego grafomańcze zapędy odciskają swoje piętno na postaciach, które lubią. Molina chyba rysował ten numer śpiąc, a kiedy obowiązki rysownika na kilka stron przejął Espin było tylko odrobinę lepiej. Mam dość wampirów, dość Gischlera i dość Moliny.
Krzycer: Nuda! Jezu, jaka nuda. Nie chcę brzmieć, jak przeciętny internetowy komentator, ale czy kogokolwiek poza Gischlerem obchodzą te cholerne wampiry? Jedyny ciekawszy moment to pojedynek Jubilee z Lordem Deathstrike'iem, ale nawet to kończy się bez wyraźnego zwycięstwa J. Na które liczyłem, bo nie znoszę tego aaronowego błazna.
Poza tym rysunki w dalszym ciągu były koszmarne.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse244a.jpgIncredible Hulk #7 (Variant)
Autor: C.P. Wilson III

Hotaru: Kto by pomyślał, że połączenie estetyki super-deformed manga i Muminków ze szczyptą Kubusia Puchatka da tak fenomenalny i spójny efekt. Znaczy, kto poza Wilsonem. Od kiedy zobaczyłem tą okładkę wśród zapowiedzi wiedziałem, że będzie poważnym kandydatem do wyróżnienia. Okazało się, że w tym tygodniu żaden cover nie podobał mi się bardziej.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.04.18


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.