Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #242 (09.04.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 9 kwietnia 2012Numer 15/2012 (242)



W wielkanocny "lany" poniedziałek mamy okazję zaprezentować nowy numer Pulse'a. Ten drugi dzień świąt w polskiej tradycji obchodzony jest poprzez oblewanie się nawzajem wodą, w większych lub mniejszych ilościach. Patrząc na ilość recenzji pierwszego numeru Avengers Versus X-Men można śmiało powiedzieć, że nie ma na nim już ani jednej suchej kartki. Tradycji stało się zadość.



Age Of Apocalypse #2
Krzycer: Jest fajny klimat, jest fajna akcja... tylko mylą mi się ci wszyscy ludzie, nie wiem kto jest kim, i trudno mi się przejąć ich losami. Czy w ogóle polubić. I w ogóle nie jestem pewien, czy potrzeba nam takiej kontynuacji AoA (...które z oryginalnym AoA nie ma wiele wspólnego, nawet postapokaliptyczny klimat zniknął, bo widać, że społeczeństwo panujących mutantów jest całkiem nieźle zorganizowane; nawet policję mają!).
Ale myślę, że z biegiem czasu mogę polubić tę serię.
Gil: Spojrzałem sobie na okładkę i pomyślałem: tiaaa… nic tak nie pasuje do postapokaliptycznego klimatu jak kreskówki Ramosa. Na szczęście dalej było już lepiej, bo rysunki de la Torre pasują znacznie lepiej. I dzieje się też lepiej. Po dosyć naiwnym wprowadzeniu, fabuła zaczyna się układać. Jean i Creed próbują znaleźć swoje miejsce i pogodzić się z nowym statusem, a to wypada całkiem nieźle w zestawieniu ze stosunkiem otoczenia do nich. Bijatyka jest przyzwoita, chociaż jej rozstrzygnięcie raczej średnie i kliszowate. Wypada trochę lepiej w drugiej odsłonie i prowadzi do cliffhangera, który znamy już z zapowiedzi, ale nie psuje to jego potencjału. Czyli ogólnie mówiąc, może nie jest rewelacyjnie, ale zaczyna się tu kształtować coś interesującego, więc nadzieję można jeszcze trochę podkarmić. Tymczasem dam 6/10.

Amazing Spider-Man #683
Krzycer: Ok, Otto spuszczał bęcki bohaterom innych tytułów i pokazywał, jaki z niego chojrak. Ale mimo to... Secret Six rozkładająca Avengers na łopatki wydaje się bardzo, bardzo dziwna.
Poza tym jest w porządku (choć obsesja Jamesona a propos Horizon jest... nie wiem, wymuszona?).
Gil: Numer, który przejdzie do historii jako ten, w którym Spider-Man przywalił Alowi Gore’owi. A jak wszyscy wiemy Al Gore jest super awesome! Cóż, to jedyna scena w tym numerze, która mnie rozbawiła. Reszta to już wielki meh. Zdecydowana większość osób postronnych zachowuje się jak idioci. Właściwie powinniśmy pogratulować Octopusowi, że umiejętnie to wykorzystuje, ale jednak kontekst sprawia, że jest to wybitnie irytujące. Spidey przejmuje przywództwo w Avengers i ostro kozaczą przez większą część numeru, by na końcu dostać po dupie w jakże oczywistym zwrocie fabuły. I to tyle. Miałem nadzieje, że jednak ciekawsze będą te antysinistersixowe gadżety Pajęczaka, ale okazało się, że to też nic specjalnego. Ale z drugiej strony trzeba przyznać, że wyglądało to przynajmniej bardzo dobrze. Tak więc po raz drugi wszystkie laury zgarnie Stefano Caselli i to dzięki niemu oraz tej jednej scenie numer zdoła dociągnąć do słabego 6/10.

Avengers Academy #28
Hotaru: Kiedy pod koniec numeru Nico zapytała przyjaciół, czy tylko ona ma wrażenie, że się sprzedali, pomyślałem "nie tylko ty, moja ulubiona skośnooka wiedźmo". Jakoś mam mieszane uczucia w stosunku do tej historii. Z jednej strony jestem wdzięczny, że Gage nie popsuł tyle, ile mógłby popsuć (nie rozdzielił Uciekinierów), a z drugiej strony mam do niego żal, że nie wykorzystał okazji. Do serii zaczyna się wkradać łapotologia znana z X-Men: Legacy. Wątkom brakuje elegancji, wyjaśnieniom naturalności, a całość robi wrażenie topornej. Szkoda.

avalonpulse242c%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Vs X-Men #1
Hotaru: Oto on, początek "eventu roku". Jak wypadł? Z jednej strony lepiej, niż się spodziewałem, a z drugiej... Tą pierwszą stroną jest oprawa graficzna. Romita wprawdzie nadal rysuje zezy i ma wyraźną awersję do łuków, przez co wszystko wydaje się kanciaste, ale jednak te rysunki stoją kilka klas wyżej od tych, jakie prezentował w Avengers. Drugą stroną jest fabuła, która - delikatnie mówiąc - nie rzuca na kolana. Działania zarówno Cyclopsa, jak i Kapitana Ameryka, noszą znamiona przemożnego wpływu siły wyższej. A dokładniej, "redakcyjnym nakazem". Bo nie oszukujmy się, kompromis jest możliwy, jest elegancki i jest totalnie przemilczany, bo z nim nie byłoby eventu. Bendis zwykle dobrze zaczyna i fatalnie kończy. Może z AvX będzie inaczej...?
Krzycer: Sekwencja z ratowaniem samolotu wyszła głupawo (od pikniku Avengers na dachu, przez ludzi wysypujących się z czubka Empire State Building po Thora owijającego samolot tornadem <to ostatnie może mi nie pasować, bo nie przepadam za JRJR>). Ale od znalezienia Novy robi się lepiej, dużo lepiej.
Trening Cyclopsa z Hope - Scott sadystyczny do przesady, ale poza tym (i poza tym, że Hope jest zdziwiona swoim ognistym ptaszkiem choć nie powinna) wszystko jest w porządku. Podobnie scena w Białym Domu.
Za to potem pojawia się Wolverine. Wiem, że to jest niezamierzone, ale w tym ujęciu Logan wypada tak, jakby celowo chciał napuścić Rogersa na Utopię.
Podobnie - moim zdaniem - niezamierzenie spartaczona jest rozmowa Rogersa z Cyclopsem. Jakim cudem czytelnik ma przyznać mu rację, jeśli zaczyna się od kwestii "przyszliśmy po Hope"? Nie "słuchaj, mamy problem", nie "chcemy z wami współpracować", nie "przyślemy na Utopię naszych specjalistów" - zamiast tego zaczyna się od "bierzemy Hope". Jeśli w evencie chodzi o to, że obaj mają swoje racje, i żaden z nich nie ma moralnej przewagi... to zostało to spartaczone.
Sama końcówka robi wrażenie. Ogólnie: jest dobrze. Szczegóły zgrzytają, ale wiadomo o co chodzi.
Szczepi: Ciekawe rozpoczęcie historii - check. Pokazanie obu stron tuż przed konfliktem - check. Rozmowa Rogersa z Loganem, który po "Schism" zachowuje się jak ostatni buc (chyba mu ta wycieczka do piekła nieco zaszkodziła ;) ) - check. Trening Cyclopsa z Hope - check. Bardzo fajne rysunki (o dziwo) autorstwa Johna Romity Młodszego - check. Spotkanie przywódców obu stron, które wypada, moim zdaniem, na korzyść Cyke'a - check. Początek wojny między Mścicielami a mutantami - check. Cóż mogę więcej dodać, wszystko to, co chciałem przekazać zrobili to z mnie moi przedmówcy. Mogę mieć tylko nadzieję, że wszystkie tie-iny do tego eventu, jak i główna mini nie zostaną po drodze zepsute, jako to miało miejsce w przypadku "Fear Itself". Amen.
Xavier83: Czytałem ten komiks 3 razy od otrzymania go w piątek. Muszę przyznać jedno: Marvel stopniowo buduje napięcie w tej historii. To jest według mnie bardzo dobre posunięcie. Przypominają mi się czasy, gdy wyczekiwałem na kolejne części "Fatalnych Oddziaływań" wydawanych przez TM-SEMIC. Tak jak w tamtym przypadku tak i w tym stawka jest wysoka i trudno przewidzieć kto wygra, a wiemy, że będzie jeden zwycięzca. Sama fabuła jest w mojej opinii dobrze prowadzona jak na pierwszy rozdział. Sama podróż Phoenix widoczna od 2 strony jest zachęcająca i zarazem złowieszcza. Ratowanie samolotu choć trochę naiwne to bardzo ładnie poprowadzone. Avengers jak chcą to potrafią. Morderczy trening Hope przez Summersa i demonstracja ognistego ptaszka przez dziewczynę uważam za świetny manewr. Wysłanie zespołu Avengers na spotkanie Phoenix jest ze strategicznego punku widzenia logiczne, choć mimo składu tego zespołu, misja to samobójcza dla większości. Rozmowa Jamesa i Kapitana choć logiczna to jednak czegoś mi zabrakło, mimo słusznych motywów. Solidną porcję tego komiksu "kradnie" rozmowa Cyclopsa i Kapitana. I jest dobrze poprowadzona. Obie strony mają swoje racje, ale to w mojej opinii Cyclops logiczniej gada. Cytatem, który najlepiej obrazuje zagęszczającą się atmosferę, jest zdanie Summersa: "Respectfully, get the hell off my island". A komentarz Namora bezcenny. Atak Cyclopsa na Rogersa pięknie przedstawiony. A pojawienie się zamaskowanego Helicarriera S.H.I.E.L.D. z 15 Avengers na pokładzie zapowiada fajne starcie. Odnośnie tych dziwnych rzeczy trzymanych przez herosów to gdzieś już to widziałem, tylko nie wiem gdzie. Ognisty ptaszek w oczach Hope na końcu naprawdę zachęca, by sięgnąć po następny numer. Jeżeli chodzi o rysunki to nie przeszkadzały w czytaniu tego komiksu. Jedyny panel, który mnie trochę rozczarował, to ten podczas składania raportu przed prezydentem, gdy pokazana jest twarz Starka częściowo odsłonięta. Jakoś tak nienaturalnie to wygląda. Jeśli chodzi o okładkę to mam to szczęście, że zamawiając pakietami, dostaję numery głównej serii podwójnie: ze zwykłą okładkę oraz okładkę opowiadającą się po stronie mutantów. Muszę przyznać, że ładnej prezentuje się ta alternatywna. Oceniając ten komiks mogę z czystym sumieniem wystawić 8/10, ponieważ sprawia, że człowiek czuje się jak młody dzieciak czekający na kolejny numer solidnego komiksu, bez czytania spoilerów w internecie.
czarny_samael: Czytało się to szybko i mocno. Przez cały komiks czułem napięcie, mimo iż wiadomo było o co pójdzie - i poszło. Cap chciał zabrać Hope, a ta pierwszy raz poczuła jaka jest stawka. To nie jest pójście na pewną misję z której wszyscy wrócą. To dzień przed którym ją ostrzegano.
Widać też - przynajmniej początkowo - złą rolę Wolverine'a. Po tym co przeczytałem dotarło do mnie, że to, że osłabi Cyke'a zabierając młodzież nie musi oznaczać pełnego poparcia dla którejkolwiek ze stron. Idzie na tę walkę z bólem, ale to jego wina, że do starcia doszło. To na nim ciążyła odpowiedzialność właściwego przedstawienia konfliktu Stevowi. Zrobił to źle, pokazał Cyke'a jako człowieka, który się kompletnie myli, co tylko udowadnia, że mimo wydarzeń z X-Men: Legacy (które całkowicie mnie zdobyło historią z Exodusem) nie wyciąga wniosków. Ale wracając do meritum - Wolverine nie ma racji w sporze ze Scottem - to jest oczywiste. Lecz tym razem nie ma też racji w sposobie postępowania z nim.
avalonpulse242d%20%5B1600x1200%5D.JPGOczywistym musiało być, że Cyke nie odda Hope, jednak jakim cudem możne on myśleć, że Cyclops nie poradzi sobie z jej kontrolą lepiej niż Avengers? Przecież oni nie mają doświadczenia z mutantami jako rasą. Nie znają jej, a zabranie od "rodziny" (Utopia) i rodziny (Cable) tylko może postawić ją przeciw nim.
To już dwa powody, ale trzeci jest znacznie ważniejszy:
Avengers nie poradzili sobie z Hulkiem. Nie poradzili sobie z Thorem, gdy ten zaczął się rządzić na Ziemi. Nie poradzili sobie z Sentry'm, ani Wonder Manem. I przede wszystkim - nie poradzili sobie z Wandą, mutantką o podobnym potencjale, która przecież jest powodem obecnego stanowiska Cyke'a.
Nie ma w Avengers postaci, która naprawdę by zyskała na kontroli nad swoimi umiejętnościami dzięki Mścicielom, są tylko takie które dostawały szału (Hulk, Sentry, Wanda) albo rozumiejąc, że Avengers to siedlisko problemów postanowili to w jakiś sposób ukrócić (Wonder Man, Thor).
I teraz to oni mają decydować o Hope? I to radzi im Wolverine, który widział jak dzięki przyjaciołom przez lata Jean radziła sobie z problemem? Jak Utopia pomogła Legionowi, opanowując go ostatecznie, a przy tym ratując świat? Różnica między Sentry'm a Legionem jest taka, że ten pierwszy zginął, a ten drugi nie. X-Men opanowali Magneto, pomogli radzić sobie z mocą X-Manowi (już dawniej), czy tym wszystkim dzieciakom, które przez lata do nich dołączały. To, że Wolverine ma ze sobą Rouge, wcale nie oznacza, że na Utopii już nie myśli się o kontrolowaniu mocy.
Lecz nie, lepiej wywołać wojnę w której się nie ma racji.
Capa nawet rozumiem. Miał człowieka w środku i ten powiedział mu, że lider Utopii jest niezrównoważony, też bym podjął działania.
Jeszcze co do Capitana, to jednak wygląda na to że popełnił błąd taktyczny. Pomijam już, że tylko Strange może próbować swoich sił z Emmą na planie astralnym, ale... Spider-Man, Venom, Daredevil, Black Widow i Hawkeye będący połową teamu? Cage, Wolvie, Iron Fist, Mockingbird, Spider-Woman i Pym też łbów nie urywają. Thing, Rulk i Iron Man to jedyni, którzy mogą się naprawdę liczyć, reszta pada na pysk przed samym Magneto. Mam nadzieję, że mają jakąś konkretną technologię ze sobą.
I na szczęście wygląda to tak, jakby Avengers byli przygotowani i mieli wygrać pierwsze starcie, co powinno zaowocować końcowym zwycięstwem X-Men.
Rysunki były... dobre! I jestem tu cokolwiek zaskoczony. Wejście Avengers, robiło wrażenie, mimo iż postacie tam będące nie. Twarze nie były kwadratowe! I to mnie najbardziej zadziwiło. Dam 8,5/10. A za scenariusz - 8/10, bo przecież Wolverine naprawdę jest idiotą, więc takie przedstawienie go jest ok, jednak nic wyżej, bo prawie o wszystkim wiadomo było wcześniej. Jednak samych spoilerów się nie ocenia, więc nie powinienem tu za dużo obniżać. Ogólnie 8/10.
_____: Jak na razie bez rewelacji. Pierwsze sceny z Avengers to typowy casual Bendis, a katastrofa lotnicza to stek bzdur na poziomie kreskówkowym (ludzie dosłownie wysypujący się z budynku? o co chodzi?!). Na szczęście dalej jest lepiej. Rozmowa Rogersa i Scotta... była tylko po to, żeby być. Przydałaby się przynajmniej jakaś próba znalezienia wspólnego gruntu ze strony Kapitana.
Rysunki: Rysunkom Romity służą lepsi koloryści. Niestety cały czas mam przed oczami pierwszy kadr z pajęczakiem, na którym wygląda on tragicznie. A Spidey zawsze był raczej mocną stroną Romity.
Ogólnie chętnie poczytam ciąg dalszy, ale bez specjalnego oczekiwania.
wolvie111: No i zaczęło się. Numer robi spore wrażenie. Zaraz po skończeniu czuje się jak ogromne wydarzenie się rozgrywa. Scenarzyści się nie patyczkują. Wstępu jest niewiele. Akcja zazębia się szybko i tak samo szybko czyta się ten numer. Pokazuje to, że pomysł z numerem zerowym był właściwy. Nie obeszło się jednak bez minusów.
Wiem, że Romita ma uznanie wśród wielu osób i że się stara nad tą serią, bo to rzeczywiście widać, ale to nie zmienia faktu, że nie trawię jego stylu. W sumie w całej tej epickiej oprawie tylko on mi nie pasuje. Za każdym razem, gdy patrzę na Spider-Mana w jego wykonaniu to aż mnie skręca. Już poza rysownikiem to strasznie rozśmieszyła mnie jedna scena, a mianowicie trening Hope. Rozumiem, że dziewczyna ma się hartować, bo wielka moc to wielka odpowiedzialność, ale skąd nagle tak zmienne nastawienie Cyclopsa, który kopie piętnastolatkę. Patrzyłem na to przez chwilę i po prostu śmiechłem. No jak widać dało to efekty i w sumie zastanawia mnie czy tego właśnie chciał Scott, żeby Hope "oddała" mu "ognistego kopniaka".
Jak narazie widzimy, że Wolverine czynnie bierze stronę Avengers. Mam nadzieję, że coś szybko to zmieni, bo na tę chwilę, dla mnie jako zagorzałego fana Mutantów, Wolvie zachowuje się jak totalny dupek. No to oczywiście tylko moje zdanie, ale to po prostu nie pasuje mi on po stronie Captaina w takiej sytuacji, a całe to "Schizm" mało mnie obchodzi, bo w porównaniu z tym czego dotyczy ten event, kłótnia Logana i Scotta to błahostka. Zostawił tam w sumie sporą część swoich przyjaciół, a teraz razem z nowymi kolegami będzie walczył przeciw nim? Może przesadzam, ale trochę to tak wygląda.
Rozmowa między liderami to w sumie dobry moment, by ci jeszcze niezdecydowani podjęli którąś ze stron. Do mnie zdecydowanie przemawia bardziej Scott. To oczywiście jak najbardziej subiektywny punkt widzenia, ale uważam, że Phoenix to zdecydowanie interes X-Men i to oni powinni się tym zająć. Avengers mięliby przejąć Hope?
Rozpoczęcie walki wywołało u mnie delikatny dreszczyk. Patrząc na ogromną w tej chwili przewagę Mścicieli ciekawi mnie jak poradzą sobie X-men. W sumie ciekawi mnie też reakcja Hope na to wszystko. Na to będziemy musieli poczekać do następnego numeru. Jak zawsze już nie mogę się doczekać. Oceniłbym na jakieś 7/10, mam nadzieję, że z czasem będzie wyżej.
Lotar: Jestem pozytywnie zaskoczony. Czytając ten numer byłem podjarany jak dzieciak. Przypomniały się najlepsze lata TM-Semic. Rysunki całkiem całkiem i co najważniejsze, w odróżnieniu od X-Sanction darowano nam masę bełkotu. O ile w ostatnich latach Summers udowadniał, że ma jaja ze stali, to w tym numerze pokazał, że ma je z adamantium.
Niestety na coraz większego dupka wychodzi Wolverine. To, że za sobą nie przepadają to jedno, ale robienie z Logana palanta i idiotę, to dla mnie za wiele. Zastanawia mnie co miał zamiar ugrać Rogers, który katastrofalnie rozegrał rozmowę z Cyclopsem biorąc pod uwagę ekipę, którą zabrał na wyspę.
Marvel potrafi świetnie rozpoczynać swoje historie. Niestety jeszcze lepiej wychodzi im ich partaczenie. Mam nadzieję, że tym razem tak się nie stanie.avalonpulse242e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Łukasz: Event uważam za rozpoczęty. Kadry otwierające tę 12-sto odcinkową historię, przypominają mi strony, z archiwalnych numerów X-Men, z histori "Dark Phoenix Saga" (do tego wykonane przez tego samego rysownika Johna Romite Juniora), gdzie nieokiełznana potęga Ognistego Ptaka, przyczyniła się, do zagłady miliardów istnień i światów. Nie mogę wyjść z podziwu, że Romita, jak chce to potrafi, wspiąć się na wyżyny swojego talentu i sprezentować czytelnikowi, bardzo dobre rysunki (tak dobrych kadrów w wykonaniu tego rysownika, nie widziałem od czasu jego runu w TASM). A sama historia, to wstęp do konfliktu między Mścicielami a Dziećmi Atomu. W numerze tym dochodzi do kilku ważnych wydarzeń. Novie (członkowi Nova Corps), przed tym nim stracił przytomność, udaje się ostrzec ziemskich superbohaterów o zagrożeniu które nadchodzi z przestrzeni kosmicznej. Dzięki technologii Starka, bardzo szybko dowiadujemy się co miał na myśl. Na Utopii Scott próbuje dzięki treningowi, przygotować Hope na to, by ta mogła obronić się, bez używania mocy, w wyniku czego dochodzi do przebudzenia w niej cząstki mocy Phoenix. Nie uchodzi to uwadze Avengers, którzy w tym czasie wpadli z wizytą do Białego Domu, by omówić zagrożenie jakim jest Feniks. Epizod tej historii, to także kilka wątków m.in. rozmowę Logana i Rogersa, której rozwinięcie ujrzymy m.in. w Wolverine and The X-Men. Końcówka numeru, to nieuchronne starcie, między przywódcami X-Men a Avengers, czyli Cyclopsem a Captainem America. A także przybycie nad Utopie sporej ilości Avengers. Mocne rozpoczęcie tytułowej historii, bardzo dobre rysunki, dają nadzieję na to, że kolejne części przyniosą ze sobą dużą dawkę wyśmienitej akcji.
Gil: Moje pierwsze wrażenie było iście szekspirowskie: wiele hałasu o nic. No dobra – żeby sprawiedliwości stało się zadość, pierwsze było nawet pozytywne (to znaczy już po tym, jak minąłem paradę rozdziawionych gęb). Spodziewałem się, że od razu dostanę w pysk jakimś paskudztwem w wykonaniu Romity i dalej będę już tylko czytał dymki, a tu niespodzianka: pierwsze 3 strony podobały mi się najbardziej z całego zeszytu. Potem Romita znów poleciał w swoje bryły nieforemne, ale o dziwo zdarzyło się kilka paneli na których kobiety wyglądają całkiem ładnie i kobieco (a może ktoś mu pomagał?). Nawet dopisałem sobie taką małą historyjkę do dziwnego zachowania Miss Marvel: „Czy ja ogoliłam pachy? O nie! Mam meszek! Muszę trzymać ręce tak blisko ciała, jak tylko się da, bo jeszcze ktoś zauważy!” (Swoją drogą: to wyjaśnia zmianę kostiumu z bliskiej przyszłości :P ). Ale nie o to, nie o to…
Fabuła, tak… Ee… Przez 8 stron Avengers próbują złapać spadający samolot i oczywiście coś musi przywalić w Chrysler Building (tylko czekać aż jacyś terroryści podchwycą, zaraz będzie nowa teoria spiskowa). Potem znajdują Novę, który spadł na budkę z hot-dogami i poplamił się ketchupem, a to wygląda złowieszczo. Przeskakujemy na Utopię, gdzie Cyclops znęca się… ehm, znaczy się – trenuje Hope. I nagina przy tym prawa perspektywy w iście Liefeldowskim stylu. W końcu Hope się wkurza i pokazuje mu ognistego ptaszka. Tymczasem Steve i Tosiek wpadli do Białego Domu, by pochwalić się prezentacją w PowerPointcie. Nagle przepala im się rzutnik i coś błyska, więc uznają, że wiadomo co wylądowało wiadomo gdzie. Zanim polecą na miejsce, wpadną jeszcze do Logana, zapytać, co o tym sądzi. I znów hop na Utopię, gdzie Cap pojawia się znienacka, groźnie stojąc na plaży. O dziwo, nawet próbuje pogadać z Summersem, ale dzięki poprzednim scenom wiemy już, że tutaj jest on ostatecznym dupkiem, więc na taką prowokację odpowiada strzałem z oka. Nagle, znikąd pojawia się nad nimi Hellicarrier, a niektórzy Avengers są uzbrojeni w części od kombajnu, więc zapowiada się ostra jazda. Hope już pali się do akcji!
A teraz poważniej: Rysunki może i są lepsze niż się spodziewałem, ale zawiązanie fabuły jest tak uproszczone i naiwne, że tylko śmiechem mogę je skomentować. O ile jeszcze można przyjąć z przymrużeniem oka rację Capa, jeśli założy się, że jest harcerzykiem, który chce bronić wszystkich przed wszystkim, to już patrząc na Cyclopsa, widzimy tylko buca i tyrana. Sprawiedliwe przedstawienie stron my ass! Gdyby zamiast marnować prawie połowę zeszytu na pierdoły wypełniono go konstruktywną kreacją zagrożenia, drugą połowę można by poświęcić na wiarygodne zawiązanie konfliktu, ale tak? Jest to równie wiarygodne jak te inscenizowane kłótnie przed walkami wrestlingowymi. I tak szczerze mówiąc, pierwszy numer jest tylko oczko wyżej od prowadzącego do eventu X-Sanction. Dlatego dostanie tylko 4/10.
Volf: Szok. Rysunki Romity mi nie przeszkadzały. Chyba się starzeję. Co się tyczy warstwy scenariuszowej, jest okej. Ale mam w pamięci jak dobrze się zaczynało "Secret Invasion", więc to akurat żaden wyznacznik. Przynajmniej ładnie wyłożono racje obu stron, na tyle bezstronnie, że faktycznie można sympatyzować z każdą ze stron - coś, co się nie do końca udało przy "Civil War". Zobaczymy, co z tego będzie dalej, cudów się nie spodziewam. W tygodniu w którym wychodzi nowy Invincible od Image i tak czego by Marvel nie przygotował, tytułu numeru tygodnia ode mnie nie zgarnie.

Brilliant #3
tig3000: Komiks idzie kroczek po kroczku do przodu. Ale nadal nie wiadomo do jakiego finału to wszystko zmierza. Wprowadzenie agentów FBI wypada realistycznie. Podobało mi się, jak zgadywali jak Amadeus mógł wywołać efekt jaki wywołał. No i zalążki wątku agenta Heckera. Dlaczego miał zajmować się małymi, nie rzucającymi się w oczy sprawami? Pewnie coś w przeszłości schrzanił i to mocno. Tego, mam nadzieję, dowiemy się w przyszłości. No i wreszcie ten Murzyn, który jest chyba głównym bohaterem, ruszył głową i zaczął coś wymyślać do projektu. Oczywiście wyjaśnienia są kompletną fikcją, ale wydają się dosyć racjonalne (Amadeus nie ma pełnej kontroli nad mocami, gdyż ludzki mózg nie jest przystosowany do czegoś takiego). Szkoda tylko jednego - że komiks wychodzi tak rzadko i prawie zapomniałem, co się działo w poprzednim numerze. Gdbyby nie scena w kwaterze FBI, zapomniałbym o akcji w kasynie. Ale cóż poradzić? Oczywiście czekam na ciąg dalszy, chociaż zapowiada się walka... Ale może będzie trwała tylko kilka stron? Mam taką nadzieję.

Daredevil vol. 3 #10.1
Gil: W końcu widać coś z tego Daredevila, który zbierał wszystkie nagrody pod piórem Bendisa. Mimo względnie sielankowego początku serii, dostajemy niewątpliwy dowód, że Matt nadal jest twardym graczem, który nie odpuszcza nikomu i kontroluje wszystkie ruchy na swojej szachownicy. I muszę dodać: Nareszcie! Poprzednie numery, mimo niezłego klimatu wydawały mi się jakieś takie na pół gwizdka. Oby tak dalej, a dzisiaj 7/10.

Fear Itself: The Fearless #12
Hotaru: Finał pozbawiony polotu, emocji i siły przebicia. Wydaje mi się, że ten numer czytałem miesiąc temu, tak mało z niego pamiętam. Dlatego musiałem ponownie go przekartkować i nie dziwię się - nie ma tam niczego godnego zapamiętania. 12 numerów tylko po to, by młotki trafiły w inne ręce. Ani Val, ani Sin, nie wyszły z tego szczególnie odmienione. Pelletier i Bagley też się nie popisali, co widać tym bardziej, że kolory Wilsona wydobywają ich każde niedociągnięcie. Co dziwne, nawet mi nie szkoda - widać nie miałem już nadziei, że może z tego być coś dobrego.
Gil: Minęło 12 numerów, a tu taka niespodzianka: nic się nie wydarzyło! Pobili się i tyle. Młotki znów rozdzielono i koniec bajki. Aaa… jest jeszcze niby ta nowa organizacja Sin. Jakaś spotworniała wersja Hydry, czy co to ma być? Prawdę mówiąc, ta historia zaczęła mnie obchodzić dopiero od momentu zdrady Hellstorma, więc możecie sobie wyobrazić moje rozczarowanie, gdy nic więcej z tego wątku nie wyszło. Z dwóch rysowników zdecydowanie lepiej wypada Pelletier, natomiast Bagley powinien dostać zakaz rysowania hipisów – znaczy się, wikingów. No i całą serię można podsumować tak jak ten numer, oceną 4/10, która w tym przypadku znaczy tyle co: niepotrzebne.
wolvie111: No niestety. Tyle zapowiadano, że Walkyrie i Sin odnajdą swoje przeznaczenie, podkreślano powagę tej miniserii. Przez to wszytko naprawdę liczyłem na więcej, choć trochę więcej :( . I naprawdę się zawiodłem tym finałem. Valkyrie umarła i ożyła, Sin nawet porządnie nie oberwała, a sami Avengers w tak dużym składzie nie zdołali, po porażce jej złapać. I co? Stworzy kolejną "poważnie zagrażającą" grupę... z tego co pamiętam jakieś połączenie Hydry, nazistów i coś związanego z czarną magią. Chyba tylko ich logo wygląda w miarę imponująco.
Szkoda, bo gdyby Val chociaż jakoś bohaterko straciła życie i była martwa, choć na parę miesięcy, to polubiłbym i na prawdę poszanowałbym tę postać. A tak zapomnę o całej sprawie za parę tygodni, w natłoku numerów spod znaku AvX.
Miniserię oceniłbym na 6, a numerowi dam 4/10.

Hulk vol. 2 #50
Krzycer: Rulk ma nowego przeciwnika! Męczenie koszmarami z przeszłości oryginalne nie jest, ale Parker to ładnie prowadzi. A dr Strange podgląda Betty we wspomnieniach jej ojca. Hm...
Tak czy inaczej to chyba obecnie najciekawszy Hulk w Marvelu.
Gil: Mały czerwony jubileusz przynosi nam początek nowej historii i spojrzenie w przeszłość generała Znikające Wąsy. Ponieważ stosunkowo niedawno zacząłem zwracać większą uwagę na tę postać, skorzystałem z okazji by nieco lepiej ją poznać. Nie powiem, żeby bardzo pomogło, ale jednak zaliczam to na plus. Historia o złośliwym upiorze mogłaby być ciekawsza, gdyby nie umieszczono w numerze dodatkowej opowiastki, która sypie sugestiami co do niej, zanim jeszcze fabuła dobrze się zawiązała. Za to rysunki całkiem w porządku, chociaż bywało tu znacznie lepiej. Ostatecznie dam 6/10.

New Mutants vol. 3 #40
Hotaru: Masakrycznie kiepski numer. Najgorszy, jaki czytałem w tym tygodniu. Najgorszy po odejściu Zeba Wallsa. Nie będę się już dalej łudził i dawał DnA czas na "dostrojenie się" do tych postaci. Abnett i Lanning ewidentnie ich nie czują i nawet nie starają się poczuć. Pora na kolejną zmianę scenarzystów. Wells wróć!
Gil: Trudno sie mówi i trzeba nazwać w końcu rzecz po imieniu: nudne to było. Po pierwszych stronach miałem nadzieję, że wydarzy się coś interesującego, ale moje nadzieje szybko padły i wpełzły ze wstydu pod kamień. Za dużo było psełdoegzystencjalnej gadaniny. Starcie było najzwyczajniej w świecie nudne. Wątki poboczne właściwie niezauważalne, a zakończenie nijakie. Okay, zauważyłem progres w zdolnościach Cyphera, ale przeszło to prawie niezauważalnie i mimo całej mojej sympatii do tej postaci nie wywołało żadnej reakcji. A Douglock wyglądał kiedyś znacznie lepiej. Tym razem 3/10.

Thunderbolts #172
Szczepi: Lata 90. znów atakują. Tyle, że tym razem w bardzo dobrym stylu. Ucieczka przyszłych Thunderboltów przed swoimi "przodkami" wypada tutaj znakomicie. Najbardziej ujęła mnie scena, w której Boomerang skroił swojemu przeszłemu sprzęt, skutkiem czego ten drugi wpadł w niezłe tarapaty. Ciekawe, czy ta sytuacja była jakoś odzwierciedlona w jakichś przeszłych numerach. Skoro o tym mowa, fajne były nawiązania do przeszłości Thunderboltów, zwłaszcza te odnośnie "Shadowland". Podobała mi się także sama walka pomiędzy obiema grupami, zwłaszcza wejścia Mr Hyde'a i Barona Zemo/Citizena V. Jestem ciekaw, co wyniknie ze spotkania Meteorite i Moonstone. Oby coś interesującego.
Krzycer: Podobało mi się. Najbardziej chyba to, że Moonstone wreszcie robi coś wbrew zamierzeniom zespołu - jak dotąd Parker prowadził ją jakoś tak... zbyt łagodnie. Nic w niej nie było z dawnej zimnej manipulantki.
Mam jedno zastrzeżenie co do przedstawienia oryginalnych Thunderbolts - są zbyt skuteczni. Jeśli dobrze kojarzę jako tako zgrani w walce stali się dopiero pod kuratelą Hawkeye'a...
W każdym razie jest nieźle, ale mam nadzieję, że następne odcinki tej historii zaoferują coś poza walką. Moonstone już kombinuje, ale najbardziej interesuje mnie, jak Parker przedstawi Zemo.
Gil: Gdzie jest Kev Walker?!? Gdzie, się pytam! Bez niego ten numer stracił prawie cały urok, który tak sobie ceniłem w poprzednich. Owszem, historia daje radę, ale ciężko mi powiedzieć, czy w tej sytuacji to komplement, czy wręcz przeciwnie. Może to fakt, że nie przepadam za wczesną wersją Thunderboltsów? Bo ci współcześni wypadają znacznie lepiej i to im kibicuję w tym starciu. No nie wiem… po prostu czegoś mi tu brakuje i chyba nie jest to tylko styl rysunków, do którego przywykłem. Tym razem będzie to tylko 5/10 ze wskazaniem w górę, ale nadal mam nadzieje na poprawę.

Ultimate Comics: Spider-Man #9
Hotaru: Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony rysunkami Davida Marqueza. Wprawdzie kilka tygodni temu widzieliśmy już szkice, ale dopiero kiedy Justin Ponsor wykonał nad nimi swoje czary-mary to do mnie dotarło. Koleś jest niemal równie dobry, jak Sara Pichelli. Z tą dwójką przy rysunkach, to będzie jeden z najładniejszych tytułów wydawanych przez Marvela. A ze skryptem Bendisa, jeden z najfajniejszych. Tak, jeśli BB przykłada się jeszcze do jakiegoś tytułu, to jest nim Ultimate Spidey. Nie mogę się doczekać kolejnego numeru i konfrontacji Milesa z wujem.
tig3000: Nowy rysownik spisuje się świetnie. Jestem jak najbardziej za tym, aby pracował na zmianę z Pichelli. Co do historii... Konfrontacja z komisarzem policji wypadła dosyć ciekawie. Zastanawia mnie jednak dlaczego Miles nie powiedział "Facet, na działanie mam pozwolenie od Nicka Fury. Tego Nicka Fury." Wiem, że to nic by nie dało, ale po prostu jestem ciekaw reakcji policjanta. Była jeszcze walka Prowlera ze Scorpionem (jestem ciekaw jaki zestaw mocy posiada Scorpion). Podobało mi się, jak wujek Aaron uciekał od Scorpiona, widać było prawdziwy strach.
Tak poza tym podejrzewam, że ten facet w akademiku, nie wiem jak się taki nazywa... No w każdym razie podejrzewam, że w przyszłości będzie się baczniej przyglądać Milesowi, co może utrudnić chłopakowi wymykanie się itp. sprawy. Albo może w przyszłości wykiełkuje z tego jakiś jeszcze lepszy wątek?
Ogólnie akcja w tym numerze za bardzo nie posunęła się do przodu, dlatego czekam na numer dziesiąty, tam Spider-Man stanie twarzą w twarz z Prowlerem...

Venom vol. 2 #15
Krzycer: Seria wraca na właściwe sobie tory ("Circle of Four" było na granicy wykolejenia). Ale w związku z tym cały numer polegał głównie na przypominaniu, o co biega w życiu Flasha i oprócz "ostatecznego" rozstania z Betty żaden z wątków nie został rozwinięty.
Gil: Ostatni crossover wyrwał trochę tę serię z jej klimatu, a ten numer powoli do niego wraca. I uświadomił mi jedną rzecz: nie lubię Flasha Thompsona. Nie uważam go za fajną postać i nie obchodzą mnie jego rodzinne problemy, więc zwyczajnie męczą mnie te fragmenty. Ciekawszy był ten fragment z udziałem Secret Avengers i nieudolny flirt z Valkyrią, ale za to rysownik powinien dostać po łapach za Beasta. No i mamy kolejna ciekawostkę w postaci Eddiego Brocka – nowego Punishera (w dodatku dotkniętego Youngblood disease). Przynajmniej plusem tego jest redukcja liczby niepotrzebnych symbiontow i przynajmniej na razie udało się uniknąć kolizji z serią Carnage, USA. Tutaj również będzie 6/10.

Wolverine And The X-Men #8
Hotaru: Drażnią mnie rysunki Bachalo. Owszem, powściągnął trochę swoje zapędy i mamy na stronach trochę mniej chaosu, ale mimo wszystko ciężko mi się je odbiera i podczas lektury muszę się skupiać i szukać sensu na stronicach. Zwykle sens jest tak oczywisty, że nie trzeba się nad nim zastanawiać. Sensu w fabule za to nie chce mi się szukać. Sposób, w jaki Sabretooth okpił S.W.O.R.D. woła o pomstę do nieba, a za to, jak Aaron pisze Abigail Brand, ogoliłbym mu brodę i tym gęstym włosiem owinąłbym mu paluchy, żeby nie mógł stukać w klawiaturę i popełniać te maszkary. Zgroza.avalonpulse242g%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Co mi się podobało:
- starcie Beasta z Sabretoothem. I nawet krótki wypad w próżnię bez hełmu mi nie przeszkadzał (bo jakby zaczął mi przeszkadzać musiałbym przyznać, że i Cowboy Bebop nie jest bez wad, a na to nie mógłbym się zdobyć ;) ).
- Sabretooth udzielający korepetycji Kade'owi. Było nie było zna X-Men lepiej od niego. To ma sens.
- część rysunków.
- last but not least - scena z Angelem i Genesisem. To było bardzo fajne.
Co mi się nie podobało:
- kadry na których Bachalo robi z Genesisa Plastic Mana.
- Abigail Brand w roli damy w opałach - be-ze-dura!
- wyprawa uczniów w kosmos... Niby Quentin nauczył się pilotować statek, najwyraźniej Angel nie jest takim pustakiem, jak go Aaron dotąd prezentował... ale i tak to wszystko było jakieś takie... słabe.
- ile oni mają statków kosmicznych w piwnicy?
- i jakim cudem mogą nim wystartować tak, by żaden z dwudziestu X-Manów z grona pedagogicznego się nie zorientował?
Gil: Tym razem długiego rantu nie będzie, bo zwyczajnie nie chce mi się tracić czasu. Te wypociny nie są warte ani moich nerwów przy pisaniu, ani waszego czasu poświęconego na czytanie. A tym bardziej nie są warte czasu poświęconego na czytanie tego komiksu, więc tylko poskaczę trochę po poszczególnych wątkach i podkreślę debilizmy w nich.
Sabretooth skumał sie z Hellfire Kindergarten. Creed, który zjada małe dziewczynki na podwieczorek certoli się z tymi gówniarzami zupełnie bez sensu, by w końcu przyjąć od nich jakąś misję. Jego celem jest Beast, który akurat wyprawia się do Abby po zapasową latarenkę, żeby naprawić pokręconego Logana. Creed jak wiadomo lubi kobitki swoich wrogów, więc oczywiście porywa Brandt (która sama powinna pozamiatać nim podłogę). Tymczasem klasa specjalna wyprawia się na planetę Sin, jak się później okazuje, w tym samym celu. Od tego momentu jedni i drudzy zaczynają się tłuc. I może nawet bym to jakoś przełknął, gdyby nie jedna skrajnie debilna scena: Otóż w krytycznym momencie, Beast wyskakuje ze stacji kosmicznej, by dorwać Sabretootha. Bez pieprzonego hełmu! W cholerną próżnię! To… W tym… Aż… AAAARGH!!! Brak mi słów, żeby wyrazić jak koorevsko durne to było! Więcej nie napiszę, bo natychmiast usunąłem to gówno. W zamian powiem Wam, dlaczego tak bardzo puszczają mi nerwy przy tym komiksie: Dlatego, że wiązałem z nim duże nadzieje i pierwsza historia nawet mi się podobała (jak teraz o tym myślę, to pewnie sam to sobie wmówiłem). Śmiałem się, kiedy Loeb gwałcił Hulka, bo zupełnie nie obchodziła mnie ta postać, ale tego już za wiele. Moja cierpliwość i tolerancja się wyczerpały. Oceną jest ZERO.

Wolverine And The X-Men: Alpha And Omega #4
Gil: Ta seria ma co najmniej o jeden numer za dużo. Już przy poprzednim nudziła, a teraz osiąga w tym nowe szczyty. Przynajmniej w pierwszej połowie część dziejąca się wewnątrz konstruktu wygląda naprawdę dobrze, ale mam wrażenie, że celowo to zepsuli bliżej końca, by upodobnić tę część do płaszczyzny rzeczywistej, która wygląda paskudnie. Nie spodziewam się, by ostatni numer mógł jeszcze czymkolwiek zaskoczyć, więc zerknę tylko dla zasady, a już teraz dam 4/10 z etykietką: zbędne.

X-Club #5
Gil: Behold Experimentallo, weirdking of science! A ta seria z kolei skończyła się zbyt szybko. Chętnie jeszcze bym poczytał o tej bandzie popaprańców i to nawet miesiąc w miesiąc. Nemesis w parze z psychorozgwiazdą wskoczył już do mojej pierwszej dziesiątki, a cała reszta z Petri-Girl na czele również wysoko awansowała. Sama historia natomiast była tak pozytywnie pokręcona, że chętnie postawię ją na półce. Po takiej fraktalno-kwantowej jeździe dam jej nie tylko 8/10, ale też tytuł numeru tygodnia, a w takim towarzystwie to chyba coś znaczy.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse242a.jpgAvengers vs. X-Men #1
Autor: Jimmy Cheung

Hotaru: Nie jest tajemnicą, że uwielbiam rysunki Jimmy'ego Cheunga. Ta okładka bardzo dobitnie pokazuje, na czym polegać będzie AvX, a ponieważ to "tylko" cover, nie jest obciążona fabułą, co - nie oszukujmy się - mogłoby pogrzebać ten projekt. A tak mamy tylko rodzynkę - wielgachną i słodziutką.






avalonpulse242b.jpgAvengers vs. X-Men #1
Autor: Skottie Young

Undercik: Uwielbiam styl Skottiego Younga. To co wyrabia w miniseriach o Oz jest arcydziełem, a tutaj przeszedł samego siebie. To na razie najlepsza okładka tego roku. Przedstawienie Avengers i X-Men jak ścierających się ze sobą dzieciaków było świetnym pomysłem. Thor ze śmigiełkiem na hełmie, Hawkeye ze strzałami na przyssawki, Cap bez przedniego mleczaka, Tony w pieluchach, Magneto w gustownej piżamce. Można by tak długo wymieniać, ale po co skoro samemu można zobaczyć. Tym czasem na forum już trzech użytkowników ma avatar wzięty z tej okładki. Czy będzie najlepszą okładką w tym roku? Zapowiada się, że tak, no chyba, że Skottie stworzy coś bardziej fenomenalnego.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.04.04


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.