Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #241 (02.04.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 2 kwietnia 2012Numer 14/2012 (241)



Prima Aprilis było wczoraj więc dziś już jak najardziej poważnie. Wydarzenie roku "Avengers Versus X-Men" można uznać za rozpocząte. Numer zerowy za nami i już uzbierał dużą ilość opinii. W tym tygodniu na szczęście również inne pozycje cieszyły się popularnością. Ale już teraz można liczyć na powtórkę z zeszłego roku. Wtedy na łamach Pulse'a królowało "Fear Itself", w tym roku przyszła kolej na "AvX".



Astonishing X-Men vol. 3 #48
Hotaru: Ogólnie rzecz biorąc, wrażenia po lekturze mam pozytywne. Jest jednak kilka zgrzytów, które powodują, że nie jestem w stanie z czystym sumieniem polecić tego komiksu. Poszczególne sceny i motywy są fajne, a momentami bardzo fajne, ale mam wrażenie, że akcenty zostały źle rozmieszczone. Sceny, które powinny nieść ze sobą największy emocjonalny ładunek, najmniej mnie ruszały. Zastanawiam się też, czy Mike Perkins da radę na dłuższą metę utrzymywać jakość strony graficznej. W każdym bądź razie, ten komiks to w tej chwili dla mnie zagadka.
Krzycer: Co się udaje: wprowadzenie postaci. Przynajmniej Northstara, jego chłopaka, Gambita i Cecelii Reyes (hurra!). Dla reszty trochę zabrakło miejsca... Ale co tam, mi wystarczy Gambit w ujęciu M. Liu.
Co się nie udaje: zawiązanie akcji. Nic a nic nie wiadomo o co chodzi. Można i tak, ale chyba historia była pisana z myślą o wydaniu zbiorczym, bo epizod "z bliskiej przyszłości" z samego początku numeru w tym numerze nie znajduje wyjaśnienia.
Poza tym: rysunki Perkinsa są ładne a okładki Weavera brzydkie (przynajmniej ta - straszne rzeczy z proporcjami się dzieją).
Gil: Zdążyłem się już przyzwyczaić do faktu, że Marjorie Liu rozkręca się raczej powoli i ta wiedza okazała się niezbędna do strawienia tego numeru. Cóż, powiedzmy sobie szczerze: jest pokręcony i nie wiadomo, o co chodzi. Kojarzy mi się z pierwszym rozdziałem Hunter Kiss i w tym cała nadzieja. No bo tak… 90% obsady zostało wymienione, a to wymaga nowej podbudówki. Relacje są albo nowe, albo sprowadzone z zewnątrz, więc wymagają wprowadzenia. I trzeba gdzieś tu wcisnąć trochę akcji, więc ostatecznie mało miejsca zostało na konkrety. Czyli będziemy musieli poczekać. Póki co, największe wrażenie zrobiło na mnie wejście Warbird, czyli jak na ironię – postaci najmniej znanej i zajmującej najmniej miejsca w całym numerze. Reszta… Hm, wątek Northstara i Kyle’a wydaje się na siłę wyeksponowany jako oś fabuły i nie marudziłbym, gdyby wynikało to z niej naturalnie, ale teraz to wygląda na zagrywkę ku kontrowersji. Gambit i Cecelia? Chyba coś mi umknęło i przez pół sceny myślałem, że to Cargill. Iceman zachowuje się jak Deadpool, a Wolverine… jest prawie niewidzialny. Za to ogólnie wygląda to całkiem dobrze, z kilkoma zaledwie odchyłkami. Cóż, jak już powiedziałem, trzeba tu czasu na rozkręcenie, więc póki co najbardziej sprawiedliwa wydaje się ocena 5/10.

Avengers vol. 4 #24.1
Hotaru: Kiedyś, dawno temu, lubiłem Visiona. Potem poznałem Visiona z Young Avengers, a ten stary nudny model stał się dla mnie całkowicie zbędny. Nie podobało mi się, jak Bendis wyciągnął go z kapelusza, ale wzruszyłem tylko ramionami, bo sztuczny chłopak Cassie nadal wspierał nastoletnich przyjaciół. A teraz go nie ma. I zostałem z tym reliktem. Reliktem, który wypadł w tym komiks znośnie. W przeciwieństwie do innego wychodzącego w tym tygodniu #0.
Krzycer: No, i tego mi brakowało ileś numerów temu, kiedy Visiona wskrzeszono - jakichkolwiek emocji. Tu jest ich... aż za dużo. Epizod z She-Hulk wypada ładnie, ale już szalejący z gniewu Vision na Utopii... nie wiem, wydało mi się to dziwne. Ale z drugiej strony - Avengers zacząłem czytać od New Avengers, więc Visiona właściwie nie znam.
Na marginesie: Brandon Peterson nie powinien już rysować Magneto. I paru innych postaci.
Mr. M.: Wreszcie możemy na chwilę się zatrzymać i przyjrzeć Visionowi oraz jego powrocie do mechanicznego życia. Numer ten również byłby udanym wprowadzeniem do "AvX", gdyby nie to, że w zerowym numerze "Avengers vs. X-Men" Vision zachowuje się odwrotnie niż tutaj. Wyczuwam niekonsekwencję w scenariuszach Bendisa, o czym wspomnę w odpowiednim punkcie. Poza tym jest bardzo dobrze, spotkanie z She-Hulk to moment nostalgiczny, z Magneto wypełniony agresją, ale i nie uciekający przed sentymentalizmem. Pojawiająca się patowa sytuacja między androidem a mutantem to zdecydowanie najlepszy moment numeru. Na koniec spotkanie z Capem, które służy jako równie nostalgiczne podsumowanie przebudzenia Visiona. Jest więc dość spokojnie, lecz nie brak emocji. Zdecydowanie najlepszy zeszyt "Avengers" od długiego czasu.
Gil: Okay, w porównaniu z kilkoma ostatnimi odsłonami tej serii, to jest jak niebo a ziemia. Można dyskutować o pułapie tego nieba, ale nie da się zaprzeczyć, że jest wyżej. Vision próbujący się odnaleźć z trochę odmienionym świecie wypada fajnie. Jego reakcje może są miejscami nieco przerysowane, ale wychodzą całkiem naturalnie – jak na syntezoida, ma się rozumieć. Scena z She-Hulk nawet troszkę chwyta za serce. Starcie z Magneto jest naprawdę fajne i trzyma w napięciu (autentycznie zatrzymałem się na chwilę, by pomyśleć, jak mogą wybrnąć z tego impasu, a to już coś). A spotkanie z Capem na koniec jest bardzo fajną klamrą dla całego numeru. Rysunki też generalnie dobre, ale mam parę zastrzeżeń (np. Tosiek wygląda na starszego od Magsa). I ogólnie moje wrażenia są na tyle pozytywne, że dam tym razem 7/10.
Arachnid: Po ostatnich wyczynach Bendisa nie spodziewałem się niczego specjalnego. A jednak bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Naprawdę bardzo miła odmiana po ostatnich numerach tejże serii. Powrót Visiona do rzeczywistości wypada świetnie. Najwyższa pora na jakieś wyjaśnienia, a nie tylko przywrócenie Visiona do życia, ot tak po prostu. Emocji w tym numerze nie brakuje, co jest oczywiście ogromnym plusem. Rewelacyjna scena z She–Hulk. Prosta, a jednocześnie piękna i chwytająca za serce. Ale na tym nie koniec. Scena z Magneto jest również niesamowita. Relacje na linii teść – zięć są niezwykłe, pełne agresji i trzymające w napięciu. Końcowa scena i porównanie powrotu Visiona do powrotu Capa stanowi świetne zakończenie numeru. Ogólnie bardzo dobry numer z całkiem niezłą oprawą graficzną.
avalonpulse241e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Avengers Vs X-Men #0
Hotaru: Mam nadzieję, że ten komiks nie będzie wskaźnikiem tego, jaka będzie jakość tego eventu. Bo zawiodłem się na tym komiksie, zarówno na jego stronie graficznej, jak i - a może przede wszystkim - na scenariuszu. Wanda wypadła jakby nie była weteranką, ale naiwnym młokosem. Carol, która w The Children's Crusade była ostro cięta na Wandę, tutaj nagle chce zostać jej BFF, a Vision obrócił się o 180 stopni w stosunku do Avengers #24.1 i jest bucem nad buce. Druga część, o Hope i Cyclopsie, była nudna jak flaki z olejem i nie sprawiła, żebym spojrzał na te postaci jakoś inaczej. Nie nazwę tego stratą papieru, ale jest to zdecydowanie niższy rejon średniawki.
Undercik: Ok, teraz już wiem po co Bendis wyciągnął Visiona z szafy. Mam tylko nadzieje, że oprócz tego miał na niego jakiś inny pomysł. Nie mniej jeśli to jedyny powód, to cóż przełknę to. Jeszcze tylko jeden mankament - komitet powitalny. Ok rozumiem zarys, że Vision nie chce wpuścić Wandy do środka, ale żeby ustawiać za nim z dupy Thora, Beasta, Wolverine'a i Iron Mana tylko aby zrobili groźne miny. Co im zresztą nie udało się zrobić. Poza tym: "Zapraszamy do Avengers Mansion, tutaj zawsze ktoś będzie na Ciebie czekał. Nieważne czy zapowiesz wizytę czy nie, będziemy na Ciebie czekać pod drzwiami.". Jednak mimo tych małych wad, prolog Mścicieli nawet mi się podobał. Tylko teraz, po tym jak już na 90% wiadomo, że SW nie stanie po stronie Avengers, nie wiem co by musieli wymyślić scenarzyści aby zaakceptował wygraną Mściceli w tym evencie. Historia z Hope natomiast mnie średnio obeszła. Aaron napisał ją tylko po to, aby pokazać, że Hope może przegrać wewnętrzną walkę z Phoenixem, a także ją wygrać. Tak, żeby czytelnicy wiedzieli, że wszystko może się stać. Co do strony graficznej - jak zwykle podobają mi się prace Franka Cho, mam tylko wrażenie, że kolorysta je trochę popsuł, przez co nie miałem aż takiej przyjemności z oglądania jak zazwyczaj.
Podsumowując - prolog, nic więcej, nic mniej. Czy przekona on osoby niezdecydowane co do AvX? Śmiem wątpić. Jednak kasę zarobić, zarobi. Mam nadzieję, że już od numeru 1 będzie lepiej.
Krzycer: Nigdy nie rozumiałem numerów zerowych. Czemu po prostu nie są jedynkami? Ale w tym wypadku to zrozumiałe. Akcja AvX nie zaczyna się tutaj, tu mamy tylko wprowadzenie dwóch głównych bohaterek eventu. A przynajmniej po tym numerze oczekuję, że Scarlet Witch będzie równie ważna co Hope. Jeśli nie to naprawdę nie wiem po co był ten numer.
Z kuriozów: Vision który tak dramatycznie szuka Wandy w Avengers#24.1 tu stoi na czele Avenjerks. Swoją drogą buce z tych Mścicieli (tak, uważają, że Vision przesadził... co nie zmienia tego, że przywitali Wandę z minami mówiącymi "wyp*#$(@laj").
Poza tym - Hope ma tylko 15 lat? Wydawało mi się, że wcześniej był podawany trochę wyższy wiek.
I ok, fajnie, że Hope nie jest w ciemię bita i wie, co się dzieje... tylko chciałbym zobaczyć, np. w Generation Hope, jak dowiaduje się o Feniksie, swoim podobieństwie do Jean i tak dalej, a nie po prostu nagle dowiedzieć się, że wie.
Mr. M.: Można narzekać, że numer jest niepotrzebny, ale jest to idealne wprowadzenie dla ludzi, którzy nie znają Uniwersum Marvela i nie wiedzą, że Hope kłóci się z Cyclopsem, a Scarlet Witch ma pogmatwaną przeszłość i niepoukładane relacje z Avengers. Ja sam, który nie śledzę tytułów z rodziny X, nie znam dobrze Hope i jej związków z resztą mutantów, więc część pisana przez Aarona była dla mnie dobrym wprowadzeniem. Niestety Bendis popełnił kilka potknięć, przede wszystkim Vision, który z uporem maniaka szukał Wandy w Avengers #24.1, tutaj, gdy ją spotyka to wyrzuca byłą żonę i nie chce nawet z nią rozmawiać. Reszta Mścicieli też niezbyt miła i nijaka, a sama szkarłatna mutantka jest irytującą łzawa. Ponadto jej nagłe pojawienie się również wygląda na pretekstowe i nie jest odpowiednio przygotowane. Z drugiej strony, numer nie jest wielki objętościowo, więc przedstawiono najważniejsze informacje, jakie są potrzebne głównie nowym czytelnikom. Liczę, że powrót Wandy zostanie lepiej wyjaśniony w przyszłości. Podsumowując: wstęp do eventu jest udanym przypomnieniem kilku faktów i wskazaniem na centralne, jak się wydaje, postaci. I jako taki wypada bardzo dobrze.
wolvie111: Nie mogę w sumie powiedzieć zbyt wiele poza tym, że numer na pewno spełnia swoje zadanie. Pozostawił we mnie ogromną ciekawość i tego co nadejdzie i po prostu nie mogę się doczekać, kiedy akcja ruszy z miejsca.
W historii Avengers mamy przedstawioną mniej więcej obecną teraz pozycje Scarlet Witch w uniwersum Marvela. No cóż widzimy, że na tę chwilę raczej nie prędko wróci do Mścicieli... Vision nieźle po niej pojechał. Historia mi się podobała, bo była taka...prawdziwa. Dobrze, że nie zapomniano nagle o tym co się działo, a na powrót Wanda pewnie będzie musiała sobie zasłużyć.
Druga historia to już Hope. Rozmowa ze Scottem wyszła całkiem fajnie. Hope pokazuje, że nie da sobą sterować i tak naprawdę wie więcej niż Cyclops myśli lub by chciał. Dobra była scena walki w banku i walka z tą "drużyną". Sam nie pamiętam jak się nazywa, ale to chyba nie istotne, bo powstała i tak tylko po to, by po kolei każdy mógł ich pobić. Nawet 15-letnia dziewczynka. Końcówka z jej zakrwawionymi rękoma wskazuje, że być może Hope wcale nie będzie się tak bardzo różniła od Jean i nie do końca będzie mogła zapanować nad mocą Phoenix. Graficznie wypada bardzo przyzwoicie, numer daje fundament pod wielką historię i na pewno do niej zachęca. Jak dla mnie ok.
avalonpulse241c%20%5B1600x1200%5D.JPGGil: Jedno słowo: exposition. Lub bardziej swojsko: łopatologia. Numer zerowy nie służy niczemu ponad przypomnienie lub wprowadzenie dla nowych czytelników, żeby wszyscy wiedzieli, na czym stoją. W dodatku jest to raczej kiepska ekspozycja. Część pierwsza jest właściwie z czapki wyjęta. Ot, Wanda wyskakuje zza krzaka, żeby pobić się z MODOKiem, po czym zostaje zaciągnięta do reszty Avengers, gdzie Vision spławia ją w stylu Bogusia Lindy. Why is it stupid? Bo jakkolwiek nijakie było zakończenie Children’s Crusade, to Wandzia zdecydowała tam, że potrzebuje wakacji. Cóż, mogło jej się znudzić, ale mógłbym wymyślić na poczekaniu kilka lepszych comebacków niż hyc zza krzaka. Dwa: Carol zachowuje się jakby miała do czynienia z dzieckiem specjalnej troski, a parę stron później sama Wanda dodaje jej argumentów myśląc, że załatwi wszystko dziecinna minką i soraskiem. Mój miernik naiwności wyszedł poza skalę i złamał wskazówkę. Część druga, to w większości powtórka z rozrywki, czyli Cyclops kłóci się z Hope, a ta stawia na swoim. Why is it stupid then? Po pierwsze, jest do bólu wtórne. Po drugie, Hope powala Cyka jego własnymi promieniami, podczas, gdy powinien być na nie całkowicie niewrażliwy. Trzy: to jak rozwala jetpack jest szczytem kretynizmu i odbiera wszystkie argumenty na temat jej rzekomej dojrzałości. Cztery: po raz setny w tym miesiącu Serpent Society jako chłopcy (i dziewczynki) do bicia. Jeszcze chyba tylko D-Man im nie nastukał… Podsumowując: dwie historyjki, które zupełnie nic nie wnoszą, a dla kogoś kto jest na bieżąco są wręcz nudne. Wyglądają za to całkiem nieźle (zwłaszcza, jak ma się w perspektywie Romitę). Wystawię więc 5/10, które w tym przypadku znaczy tyle, co: zupełnie zbędne.
Arachnid: Numer zerowy miał za zadanie pokazać, które bohaterki będą grały pierwsze skrzypce podczas AvX. I chyba tylko tyle, bo nie był to ani wstęp, ani podwaliny pod właściwą historie. Może faktycznie dedykowany był osobom, które dopiero zaczynają przygodę z Marvelem, a może po prostu wydany dla kasy. Co otrzymujemy tym zerowym numerze? Pierwsza historia pokazuje, że Mściciele nie wybaczają tak łatwo (oczywiście nie wszyscy). Zachowanie Visiona może dziwić, zwłaszcza po lekturze Avengers #24.1, ale z drugiej strony nie zrobiono czegoś o wiele gorszego. Mianowicie mogło to się skończyć bardzo mdłą i cukierkowatą sceną, w której wszyscy Mściciele przebaczają Wandzie, puszczają w niepamięć to co zrobiła i z otwartymi ramionami przyjmują ją z powrotem do zespołu. Na szczęście dostaliśmy inną, znacznie ciekawszą i pełną emocji scenę. Druga historia zaciekawiła mnie mniej, gdyż nie specjalnie przepadam za Hope. W tej części najlepiej wypadła rozmowa Cyclopsa z wyżej wspomnianą Hope, choć powalenie Scotta jego własną mocą... Może przemilczmy tę kwestię. O jetpacku też lepiej nie wspominać. Mimo wszystko numer ten nawet mi się podobał, zwłaszcza część 1. Nie powiem, że było to świetne wprowadzenie do AvX, ale całkiem przyzwoita lektura, z bardzo dobrą oprawą graficzną.

Avenging Spider-Man #5
Mr. M.: Cap rysuje komiksy, Spidey żartuje, ale dla odmiany z sensem, jest miło, czasem śmiesznie, czasem nostalgicznie. Dialogi są świetnie napisane, rysunki udane, niemal całkowity brak scen akcji nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, numer czyta się doskonale. Minusy? Jeden: dlaczego Spider-Manowi nie włączył się pajęczy zmysł, gdy został zaatakowany od tyłu? I Cap pokonuje przeciwnika, z którym walczy Spidey dwa razy w tym tygodniu. Peter mógłby bardziej przejmować się rolą członka Avengers.
tig3000: Podoba mi się ta seria, a ten numer był chyba najlepszy. Walkę i sceny akcji zepchnęli na drugi plan (podobnie jak w poprzednim numerze), aby skupić się na relacjach między Spider-Manem a jednym z członków Avengers. Tym razem był to Captain Amercia. I czytanie dialogów prowadzonych między nimi w ogóle nie nudzi. Mamy fajny wątek pokazujący co robił Cap zanim stał się superżołnierzem. A dokładniej rzecz ujmując - rysował i nawet wymyśił własnego superbohatera. Łał, kto by pomyślał. Cap był taki jak my... A przynajmniej jak ja za młodu... Fajne jest to, że Spider chce na powrót rozbudzić w Rogersie pasję rysowanania. I mu się to udaje. Jak już wspomniałem, sceny pokazujące relacje między Spider-Manem a poszczególnymi Avengerami są najlepsze.
Seria, choć byłem nastawiony do niej sceptycznie, jest jedną z lepszych ze Spider-Manem w roli głównej. Czekam na następny numer.
Gil: Całkiem fajny numer, dedykowany pamięci Joe Simona. Jest też przy okazji bardzo wyrazistym puszczeniem oka w stronę czytelnika, mówiącym: „widzisz, to takie same nerdy jak ty”. No i dobra, całkiem fajnie to wypada. Ale jeśli mam być szczery, to dla mnie prawdziwym bohaterem jest tutaj Steve, bo jakby za mną łaził taki troll, który koniecznie chce się zaprzyjaźnić, to bym mu lutnął :P . Jest tylko jeden zasadniczy minus: Serpent Society po raz… a sam już nie wiem który. I drugi raz pod rząd muszę pochwalić rysunki Leinila Yu. Tu tez może być 7/10.
Arachnid: Bardzo dobry numer. Sceny akcji zostały zredukowane na rzecz pokazania relacji między bohaterami. I zabieg ten wyszedł rewelacyjnie. Pająk próbujący na siłę rozbudzić w Capie jego przedwojenną pasję, wypada świetnie. Swoją drogą motyw ze Stevem rysującym komiksy był naprawdę bardzo ciekawy. Ogólnie bardzo dobry numer. Chyba najlepszy ze Spider–Manem w roli głównej od dłuższego czasu. Świetne dialogi, przyjemne dla oka rysunki i przede wszystkim niesamowite relacje między bohaterami.

Captain America And Bucky #628
Mr. M.: Koniec serii z tym tytułem. Jako że lubię wszelkie srebrno i złotowiekowe nawiązania, to byłem bardzo usatysfakcjonowany ostatnią historią. Oryginalny Human Torch znajduje na nowo miejsce w uniwersum, pojawiając się w kolejnym tytule, Adam III atakuje a podstarzały Bucky pokazuje, że stary nie znaczy niepotrzebny. Szkoda tylko, że finał jest tak prędki i niemal pozbawiony emocji. Nagły wybuch adroidziej dobroci jest okropną kliszą i psuje, poza tym, udany numer.
Gil: Koniec historii bez fajerwerków, za to bardzo przewidywalny. A jednak jako całość wypada wcale nieźle i to głównie za sprawą emeryta Bucky’ego. Dużo więcej napisać się nie da, bo fabuła idzie jak po sznurku, a więcej dzieje się wśród postaci. Za to największym minusem zeszytu są kolory, które oscylują głównie w paśmie żółty-czerwony plus szary. Nawet kostium Capa nie jest ani razu niebieski. Konsekwentnie dam 6/10, ale słabsze niż poprzednio.

Daredevil vol. 3 #10
Mr. M.: Z numeru na numer seria Waida podoba mi się coraz bardziej. Pojedynek dwóch niewidzących adwersarzy został świetnie przedstawiony, zarówno wizualnie, jak i fabularnie. Mark umiejętnie związał historię i poprowadził ją w stronę "The Omega Effect", nawet sprawniej niż uczynił to Rucka. Poza tym dowiadujemy się, że Black Cat jednak nie jest taka zła, za jaką ją ostatnio miałem. Muszę Felicię przeprosić, jak ją spotkam. Numer jest więc połączeniem akcji i ekscentryzmu podziemnego oraz tej bardziej ludzkiej strony Mole Mana. A tej nie widać w komiksach zbyt często. Wypada więc tylko pochwalić Waida.
Gil: Kontynuacja wątków i stylistyki z poprzedniego numeru, więc teoretycznie powinno być równie dobrze, nie? Ale, kurcze, nie do końca. Jakoś poprzednio było to ciekawsze, bardziej tajemnicze… albo po prostu świeże. Sam pomysł skrzyżowania ścieżek tych dwóch postaci był ekscytujący, ale spodziewałem się czegoś trochę innego. Nawet bardzo innego. Ale i tak jest dobrze, a grafika wyciąga z okoliczności tyle klimatu, ile tylko może. A może całkiem sporo. Chociaż poprzednio wyciągnęła więcej. Tym razem chyba najlepszy efekt osiągnęła okładka, którą na pewno nominuję do najlepszych w tym roku. No i w ten sposób docieramy do oceny, którą tym razem będzie mocne 7/10.

FF #16
Mr. M.: Epilog nawet lepiej mi się czytało niż wielką bitwę z Celestialami. Hickman doskonale poprowadził wszystkie postaci i urealnił nierealne wydarzenia, jak tylko mógł. A mógł, jak się okazuje, sporo. Do tego Dr. Doom pokazuje się na nowo. Nikt chyba nie wątpił w jego przetrwanie, lecz dobrze widzieć Victora znów w akcji. Jest też sporo emocji, zarówno dla bohaterów, jak i czytelników. Valeria nadal wzbudza ambiwalentne uczucia. Nie ma więc potrzeby zbyt wiele pisać o FF, zamiast tego należy serię czytać.
Gil: Hickman nie przestaje mnie zadziwiać. Jestem autentycznie pod wrażeniem tego, ile treści udało mu się zmieścić w tym epilogu i jak to wszystko idealnie zagrało. Przede wszystkim budowanie relacji między Franklinem i Galactusem jest świetne. Do tego dowiadujemy się, co się stało z wujkiem Doomem, Future Foundation wchodzi w nowy etap i widzimy coś, co rzadko się zdarza: bohaterów sprzątających po sobie bałagan. Po prostu nic dodać, nic ująć. Ewentualnie można by zmienić taki szczegół: Epting mógłby narysować całość. Ale i tak zasługuje na solidne 8/10.

Ghost Rider vol. 6 #9
Krzycer: Serio? Po to to wszystko było? Cała ta zabawa, a potem zabieramy zabawki, 9 numerów i jeden crossover później, jedyne co się zmieniło to to, że Blaze ma teraz nowego sojusznika/przeciwnika?
Seria miała swoje problemy, ale mimo wszystko wracałem do kolejnych numerów, bo czymś mimo wszystko mnie przyciągała. Alejandra miała potencjał, pomysł, by Blaze był jej nienadającym się do niczego mentorem też. Ale teraz mam wrażenie, że straciłem na nią czas.
A sam numer... bez rewelacji. Atak 50-metrowej kobiety na Mephisto - kto by pomyślał, że można to będzie podsumować słowem "nuda"?
Mr. M.: Alejandra dojechała do ostatniego przystanku jako nowa Ghost Rider. Jej podróż nie była nadto emocjonująca, acz kilka ciekawszych momentów uświadczyliśmy. Na pewno nie staną się one historycznymi wydarzeniami, lecz lektura serii była czynnością przyjemną. Na koniec, po kilku kliszach i lekko żenującym "do I look crazy to you?", oglądamy piekielny pojedynek. Dość intrygujący, choć z przewidywalnym finałem. Na finiszu zaś w roli Ghost Ridera wraca Johnny Blaze. Jak dla mnie, nie mogło być lepiej, choć nie narzekałbym na powrót Dana Ketcha. Seria kończy się furtką, zostawiającą Alejandrę w miejscu, z którego można wyruszyć z dalszą eksploracją jej losów, które, mam nadzieję, ktoś niedługo podejmie. Ostatni numer nie jest doskonały, nieco prostolinijny, lecz przyjemny i w miarę definitywnie kończy ten, zbyt krótki niestety, rozdział historii Ghost Ridera.

Mighty Thor #12
Gil: Przez jakieś 80% numeru nie mogłem się przyczepić do niczego. Ot, biją się i wygląda to całkiem fajnie. Tak, jak bijatyka w Thorze powinna wyglądać… Mniej więcej, bo zawsze mogło być lepiej. Ale nie o to, nie o to… W każdym razie, Thor wrócił, stłukł Ulika, a Freyja załatwiła Karnillę. I się zaczęło… Nie mam pojęcia, jak Thor zredukował przeciwnika do samego czerepu (tym piorunem?). Przebicie Karnilli siekierą jest przegięte, bo w taki sposób jest zwyczajnie niewykonalne. I w epilogu mamy jeszcze spotkanie Keldy i Billa w Valhalli, które nie do końca mi gra z charakterem tego miejsca (ale tu nie będę się upierał). Tak więc, zaczęło się nieźle, ale w końcówce trochę się przegło. Dlatego będzie 6/10.

Moon Knight vol. 6 #11
Krzycer: Ładna akcja. Poza tym w numerze wiele nie ma. Ładna akcja, nieźle rozpisana, świetnie narysowana. I chwała Bendisowi za wyłożenie kart na stół co do Madame Masque (a że jednocześnie niweluje coś, co kiedyś było sugerowane w Iron Manie Fractiona - tym lepiej).
Mr. M.: Większość numeru to ciekawie poprowadzona walka Moon Knighta z Madame Masque. Poza tym nie dzieje się tutaj niemal nic. Co prawda dowiadujemy się, że Echo gości w głowie Spectora, a Count Nefaria spotka się z policją, jednak to tylko drobne fabularne kroczki w numerze wypełnionym akcją. Akcją na wysokim poziomie więc, jako fan Moon Knighta, cieszę się, że seria zaczęła mnie wciągać. Szkoda, że został tylko jeszcze jeden numer.
Gil: Wprawdzie sporą część numeru zajmuje bijatyka, w której dominują okrzyki typu huaaaagh! i ujęcia pod dziwnymi kątami, ale za to w pozostałej części mamy trochę fajnych dialogów oraz podwaliny pod finałowe starcie z Hrabią Monoklem. Zwłaszcza początek przynosi mgliste wspomnienie lepszych czasów Bendisa. No i mamy tu również rzadką okazję, by zobaczyć, co kryje się za maską Madame Masque, więc choćby dla niej warto rzucić okiem. Ale nie tylko, bo całość zasługuje na dobre 7/10.

New Avengers vol. 2 #23
Hotaru: Zieeew. Mało absorbująca naparzanka. Przy tej serii trzyma mnie Victoria Hand, a w tym numerze była praktycznie nieobecna. Wiedzieliśmy już wcześniej, jak to się skończy, więc ten zeszyt tym bardziej wypadł jako niepotrzebna wydmuszka. Deodato chyba zaczęli płacić od kilometrów postawionych kresek, bo zaczął je stawiać na potęgę, przez co czytelność strony graficznej ucierpiała. Kolejny średni numer.
Krzycer: Podoba mi się podejście Bendisa do Skaara. Tak, komórka trzymana w przepasce i gorąca linia do Kapitana Ameryki (jak? kiedy? skąd?) są idiotyczne, ale zawsze miałem słabość do inteligentnego Hulka. Tylko... czy BMB wie, że Skaar jest kilkuletnim chłopcem? Bo ten tekst do Superii był... dziwny.
avalonpulse241d%20%5B1600x1200%5D.JPGPoza tym walka w numerze jest całkiem spoko, Skaar przesłuchujący żołnierzy AIM też. No i Dark Avengers wreszcie zostają położeni... co prawda już ich pierwsze starcie z Avengers powinno się tak skończyć, ale mniejsza o to, lepiej późno niż wcale.
Łyżka dziegciu - nie wiem, czy BMB wie, że Skaar jest małym chłopcem, ale to jeszcze można różnie interpretować. Ale dlaczego Gorgon do końca bawi się pazurkami? O ile dobrze pamiętam ten koleś był taki groźny, bo zabijał wzrokiem. Co się z tym do cholery stało? Poza tym Deodato... no, jest konsekwentny. Niestety.
Mr. M.: Podobnie, jak w przypadku Avengers, tak i nowi Mściciele wypadli w tym tygodniu lepiej od poprzednich potyczek z Osbornem i jego świtą. Podobał mi się w tym numerze, niespodziewanie, Skaar. Szybko, sprawnie i inteligentnie rozwiązał sprawę Capa. Trochę się niepokoiłem, że nie będzie nikogo ciekawego dla mnie w serii Dark Avengers, a tu niespodzianka. Dobrze zobaczyć jest też już drugi raz, jak drużyna udanie współpracuje, choć Spider-Man chyba traci swe zdolności powoli. Walka z Avengerami Normana była nieco zbyt szybka i jej największym minusem jest fakt, że widać, iż Bendis śpieszy się z zakończeniem, więc prędko ich pokonuje. A Cage nadal szuka swojej partnerki. Całe szczęście, że tylko przez jedną stronę go widać. I przypomniał mi się Ai Apaec. Nadal nie rozumiem, jak z kadru na kadr tak gwałtownie zmienia wyglad. Z sześciorękiego człowieka na ogromnego pająka z ludzkim tułowiem i wielkimi zębami. Nie można go było zostawić w tej potwornej dyspozycji? Zdecydowanie ciekawiej wygląda. I naturalniej.
Gil: Hm, trzeba przyznać, że po ostatnich kilku numerach tej i bliźniaczej serii, ten numer wyszedł zdecydowanie powyżej moich oczekiwań. Byłoby nawet lepiej, gdyby nie to, że już w zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, jak to się skończy z tego drugiego tytułu. Ale jeśli przymknąć na to oko i to samo zrobić z kliszami wokół motywu Skaara, to można cieszyć się całkiem przyzwoitą akcją z paroma fajnymi momentami. Swoją drogą, to, jak dobrze New Avengers wypadają tutaj podkreśla tylko, jak naiwna i głupia była ich porażka w pierwszym starciu z New Dark. No, ale cóż począć – już się stało. Deodato wydaje się być w lepszej formie, ale wciąż jest spory kawałek od szczytu swoich możliwości. Podciągnę trochę ocenę pozytywnym zaskoczeniem, więc załapie się na dolne rejony 7/10.
Arachnid: Tutaj jest również lepiej niż ostatnimi czasy bywało. Świetnie pisany Skaar to najjaśniejszy punkt tego numeru. Co do reszty to walka New Avengers z Dark Avengers wyszła całkiem przyzwoicie. Dziwi tylko, że przy pierwszej ich konfrontacji nasi tytułowi bohaterowie dostali łupnia. Na plus zaliczyłbym jeszcze scenę, w której Trickshot nazywa Mockingbird swoją bratową. Jak widać Bendis nie zapomina o koligacjach rodzinnych. Ogólnie całkiem niezły numer. Zdecydowanie lepszy niż kilka poprzednich. Rysunki także bardzo przyzwoite.

Secret Avengers #24
Krzycer: Z jednej strony - hip hip, hurra! Z drugiej strony brzydko, że Remender ucieka się do takich zmyłek.
Poza tym numer... nie jest szczególnie interesujący, niestety. Cała ta historia jest mocno taka sobie. Przynajmniej poznajemy Ojca (a to chyba ten sam Ojciec o którym było w Uncanny X-Force?), ale poza tym... nic ciekawego tu nie znajduję.
Mr. M.: Spodziewałem się, iż deus ex machina to Venom, a tu niespodzianka: Ant-Man! Liczę in plus. Lubię Human Torcha, więc sceny z jego udziałem czytałem z przyjemnością - kolejna zaleta. Pomysł na społeczność różnych marvelowych robotów, botów, androidów, deathloków etc. bardzo udany - plus. Sceny akcji też niezłe. Więc co jest nie tak? Kłopot jest tylko jeden. Taki mianowicie, że po kilku minutach po zakończeniu lektury niemal nic nie pozostaje w pamięci, przeczytaliśmy rzetelnie wykonany komiks superbohaterski... i tyle. Mimo to Remender potrafi pisać naprawdę dobre scenariusze, więc na pewno się jeszcze rozkręci.
Gil: Całkiem fajna dyskusja między robobossami, kilka niezłych momentów i dość udanych zwrotów akcji, udane budowanie napięcia i forshadowing oraz cieszący oko cliffhanger. Czemu więc nie wyczuwam w tej serii żadnych uczuć, emocji, znaczenia? Nie da się ukryć, że w UXF wychodzi to Remenderowi znacznie lepiej (chociaż może nie w aktualnej historii, ale o tym poniżej), więc co tutaj nie gra? Widzę, które momenty są zaplanowane na wywołanie odpowiedniej reakcji, ale jednak nie działają. Przynajmniej nie na mnie. No i wciąż mam tę samą litanię zarzutów do rysownika. Jakoś nie mogę się zmusić, żeby wystawić więcej niż solidne 6/10.

Twelve #11
Krzycer: Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tego numeru, to niezbyt dynamiczne rysunki. Poza tym jest akcja, są poświęcenia, jest nawiązanie do Spider-Mana i kupy gruzu (kind of, sort of, maybe)... Pozostaje czekać na epilog. I mieć nadzieję, że Marvel ma jakiś pomysł na to, co dalej zrobić z tymi postaciami.
Gil: No proszę, już myślałem, że finał pójdzie po nitce do kłębka, a tu taka miła niespodzianka. Niejedna nawet. Teraz mam dylemat – ile zdradzić? No dobra, wiadomo, że Dynamic Man musiał przegrać, więc nie ma co się czaić. Za to sposób, w jaki zostało to przeprowadzone jest miłym zaskoczeniem i przy okazji dobrym (choć nieco łopatologicznie wyłożonym w ekspozycji) nawiązaniem do Frankensteina. A co jest jeszcze fajniejsze, w momencie, gdy większa część kart zostaje odsłonięta, wciąż pozostaje kilka zagadek i na horyzoncie pojawia się wizja ich rozwiązania w finałowym zeszycie. Bardzo przyjemnie się czytało, a z dodatkowym plusem za emocje i niespodzianki, będzie z tego 8/10.

Ultimate Comics: The Ultimates #8
Krzycer: Ten numer należy do prezydenta Stanów Zjednoczonych. Poza tym... nie dzieje się tu wiele. Myślałby kto, że Hulk przedzierający się przez Miasto wywoła więcej emocji.
Spiskowanie z Richardsem zapowiada się ciekawie, ale w tym numerze jeszcze niczym nie zaowocowało.

Uncanny X-Force #23
Hotaru: Może gdyby nie ta koszmarna strona graficzna, to miałbym o tej historii odrobinę lepsze zdanie. Ale tylko "może". Ostateczny "twist" fabuły miał potencjał, ale rozszedł się po kościach, czy raczej po tym całym nudnym konflikcie w Otherworld, którego wybitnie nie chciało mi się śledzić. Na szczęście to już koniec.
Krzycer: Podobały mi się rysunki z małymi Braddockami, ale kiedy wróciliśmy do teraźniejszości znowu były strasznie chaotyczne.
Poza tym Skinless Man uciekł bez śladu - zabrakło mu tylko wąsów do podkręcania kiedy to robił - a Kozioł spotkał swój koniec. Mniej więcej tego się spodziewałem, choć punkty dla Remendera za sposób, w jaki to się odbywa i konsekwencje dla Braddocków.
I to jedyny pozytywny element w całej tej historii. Nie lubię Otherworldu, nie lubię Captan Britain Corps, ta historia nic tu nie zmieniła. Cieszę się, że się skończyła.
Gil: Niewątpliwie największą zaletą numeru jest to, że kończy historię z Otherworldem. Dzięki, panie Remender, żeś się pan w końcu zlitował. Natomiast jeśli chodzi o zawartość to… yyy… Może za mało znam te braddockowe zawiłości, żeby to odpowiednio wchłonąć, bo teraz ciśnie mi się na myśl jedynie: WTF? I tak prawdę mówiąc, to nie chce mi się tego rozkminiać, bo zupełnie mnie to nie obchodzi. Jeśli w przyszłości te wydarzenia będą miały jakiś wpływ na postaci Psylocke i Fantomexa, może je docenię, ale w tej chwili mam wobec całej historii tylko dwa uczucia: cieszę się, że dobiegła końca, bo już mnie wkurzała. A, i pewnie nagle wszyscy zapomnieli, że niedawno chcieli ukatrupić Fantomexa i nigdy więcej nie wrócą do tego pomysłu. Czy wspominałem już jak paskudnie to wygląda? No to wspominam. Dam zwisające 5/10 i postaram się szybko zapomnieć.

X-Men: Legacy #264
Hotaru: Rafa Sandoval! Stęskniłem się za jego rysunkami. Strona graficzna jest niekwestionowaną zaletą tego komiksu. Łopatologiczna fabuła już niekoniecznie. Nadal nie podoba mi się, jak bardzo Gage skupia się na Rogue i jak bardzo topornie rozgrywa wszelkie zagrywki. Wiem, że stać go na więcej - czytam Avengers Academy.
Krzycer: Chamber zasłużył na miniaturkę na recap page'u! I pojawia się w tym numerze! I jest to dobra scena, i aż się zastanawiam, czy gdzieś kiedyś widzieliśmy już, że ktoś doradza uczniom z fizycznymi mutacjami.
A poza tym w numerze mamy Mimica i Michaela Pointera i tamten wątek też ma sens (mimo przewidywalnego cliffhangera), i interakcje między postaciami są niezłe, choć przegadane (Cannonball i Rogue, Rogue i Pointer) i/lub łopatologiczne (Gambit i Rogue w finale).
Mimo to mam wrażenie, że jest lepiej. A może to tylko Chamber.
Gil: Witajcie dawno nie widziane, nikogo nie obchodzące postaci. Z jakimiż to mało intrygującymi problemami wpadacie do tego zjeżdżającego po równi tytułu? Aha… aha… aha… To ja poproszę już następną historię. Serio. Ta mnie zwyczajnie znudziła. No bo chyba każdy wiedział z góry, co się stanie, kiedy w jednym pokoju znajdą się te postacie. Prawda? Okay, przyznaję, że nieźle wypadli ci panowie w Dark X-Men, ale to zupełnie inna historia. What else is new? Przynajmniej zmienili rysownika na kogoś lepszego, kto potrafi narysować twarz bez dziwnych grymasów. Więcej niż 5/10 dla tego numeru z siebie nie wycisnę.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse241a.jpgAvenging Spider-Man #5
Autor: Leinil Francis Yu

Hotaru: Sam się sobie dziwię, że wybrałem okładkę autorstwa Yu. Po prostu nie ma tych wszystkich charakterystycznych dla stylu tego artysty cech, których nie trawię. Postaci mają maski, więc twarze nie są zniekształcone, a perspektywa została zachowana. Ponadto, całość wygląda estetycznie i jest diabelsko dynamiczna. Najlepsza w tym tygodniu.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.03.28


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.