Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #239 (19.03.2012)


avalonpulse0.png
Poniedziałek, 19 marca 2012Numer 12/2012 (239)



W dzisiejszym Pulsie recenzje są zdecydowanie skrajne. Od pochwalnych, poprzez neutralne, do tych już najbardziej negatywnych. Na szczęście dotyczą one zupełnie różnych komiksów. Czyżby była to forma odreagowania tych negatywnych emocji związanych z ukazaniem się ostatniego numeru przygód Laury Kinney?



avalonpulse239b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers vol. 4 #24
Hotaru: Trudno mi ocenić ten numer. W języku polskim nie potrafię odnaleźć słów oddających skalę mojego wnerwienia, których nie musiałbym potem ocenzurować. Wiem, że często jechałem po Bendisie, ale tak niskiego poziomu nie spodziewałem się nawet po nim. Czyżby przed odejściem od Mścicieli scenarzysta planował zarżnąć te serie? Jeśli tak - keep up the good work.
Krzycer: Hulked-Out Osborn and his Super-Speedos!
Od dłuższego czasu nie spodziewam się niczego dobrego po Bendisie, ale to przekroczyło nawet moje oczekiwania. Niezbyt ciekawa walka, z detalami świadczącymi o tym, że Bendis ni hu hu się do tego nie przykładał (Noh Varr przez kilka dymków tłumaczy Osbornowi kim jest, choć należał do jego Dark Avengers...) i pozbawionym polotu, przewidywalnym finałem. A zaraz potem - pozamiatane. Osborn się rozpuścił, nie było rozmowy.
Choć nie spodziewałem się wiele, to i tak było rozczarowanie tygodnia.
Gil: Aha, więc teraz Osborn został Super-Adaptoidem. Jak następnym razem się pojawi, czym będzie? Phalanxem? Reaverem? A może heroldem Galactusa? Tak pytam, bo mam wrażenie, że skończyły się pomysły na te postać w momencie, gdy przestał być Lexem Luthorem Marvela. W tym numerze nadal nie dzieje się nic ciekawego. Poza tym, że zdradza rozwiązanie z finału tej samej historii historii w bliźniaczej serii, który jeszcze się nie ukazał. No dobra, jest sobie tym Adaptoidem. Ale wszyscy wiemy, jaka jest najbardziej wyświechtana klisza, jeśli chodzi o walki z osobnikami kradnącymi moce innym i – siupryzy brak – właśnie tę kliszę tu dostajemy. Przeładowują go i sru! Gdyby chociaż efektownie to wyglądało, można by podciągnąć ocenę. Ale nic z tego. 3/10.
Arachnid: Osborn był już podróbką Iron Mana, jako Iron Patriot. W tym numerze robi za Hulka. Strach pomyśleć co scenarzyści zrobią z nim w przyszłości. Pewnie zacznie parać się magią i stanie się nowym Sorcerer Supreme. To i tak dobrze, że przy Fear Itself nie otrzymał młotka i nie odgrywał Thora. Ale do rzeczy. Numer nie odstaje od poprzednich i nadal jest bardzo słaby. Walki są nudne, a finał konfrontacji z Super - Osbornem – Adaptoidem jest bardzo przewidywalny. Ostatnia zaś strona pokazuje, iż Bendis wyznaje zasadę, że numer bez „heilowania” to numer stracony. Rysunki także bez zmian, czyli nadal słabe. Kiepski scenariusz i marne rysunki, czyli ogólnie rzecz ujmując – nędza i to straszna.

Avengers Assemble #1
Gil: We are not impressed. Tak naprawdę ani przez chwilę nie czułem, że potrzebujemy jeszcze jednej serii z Avengers, pisanej przez Bendisa. W dwóch poprzednich rozmienił się na drobne i zjadł własny ogon, więc co mógł zaoferować tutaj? Jak pokazała praktyka – niewiele. Grupę żywcem przeniesioną z nadchodzącego filmu i kolejną iterację grupy łotrzyków, która była już tyle razy wybijana do zera, że chyba każdy złoczyńca przy zdrowych zmysłach omijałby motyw przewodni zodiaku szerokim łukiem. Ciężko przy tym wszystkim odgadnąć, w jakim uniwersum lub w jakim czasie jest osadzona ta historia. A właściwie, to ciężko na razie mówić o jakiejś fabule – tłuką się i tyle. I jest jeszcze Mark Bagley, który od dłuższego czasu stał się dla mnie rysownikiem antyklimatycznym. No i przy takim podsumowaniu, nie mogę dać więcej niż neutralne 5/10, bo właściwie nie wiem, co oceniać.
Arachnid: Bez większych rewelacji, ale najgorzej też nie jest. Historia rozkręca się bardzo powoli, ale czyta się to całkiem nieźle. Rysunki też całkiem znośne. Co z tego wyjdzie, ciężko powiedzieć po ostatnich dokonaniach pana Bendisa, ale bądźmy dobrej myśli. Może w końcu wróci do dawnej formy. Byłoby to bardzo miłe zaskoczenie. Ogólnie numer średni.

Battle Scars #5
Hotaru: Kawa na ławę. Po rewelacji z poprzedniego numeru mamy retrospekcję przedstawiającą, jak do tego doszło. Takie "nadpisywanie przeszłości". Ani eleganckie, ani subtelne, ani porywające. Rzekłbym - nudne. I tylko fakt, że pisze to Chris Yost sprawia, że znośnie się to czyta.
Gil: A jednak poszli po linii najmniejszego oporu i wszystko wskazuje, że spełnią się moje przewidywania, co do Samuela L. Jacksona świata 616. No i dobra, w sumie to nie mam nic do Marcusa. Rola Oriona i jego cele są tu jak najbardziej logicznie i dobrze przedstawione, a nawet interesujące. Natomiast mam spore zastrzeżenia do back-story. Fury próbuje nas wszystkich przekonać, że ukrywał istnienie Marcusa w trosce o bezpieczeństwo jego i jego matki. Tylko, że Fury już miał jednego syna i nie przejmował się nim specjalnie, póki nie został łotrzykiem, a w końcu wkręcił go w szpiegowskie rzemiosło. Sorry, ale w tym kontekście wygląda to raczej jakby wysoko postawiony urzędnik państwowy próbował ukryć fakt, że ma czarnego dzieciaka na boku. Zwłaszcza, że jego poczęcie przypada na czasy, w których rzeczywiście coś takiego mogłoby Nikusiowi rozwalić karierę. No i teraz nie wiem, czy jest to zamierzone przez autorów i wątek zostanie jeszcze poruszony, czy po prostu jest to rykoszet, który trafił im w kolano. Ten wielki znak zapytania, który poddaje w wątpliwość fakt, czy autorzy wiedzą, co robią zaważył na ocenie. A ta ocena to 5/10.

Captain America vol. 6 #9
Gil: Tym razem wyszło tak pół-na-pół. Całkiem fajnie czytało się starcie Sharon z Machinesmithem, ale już cała reszta przynudzała. Nawet nie pamiętam za bardzo, o czym, więc pomarudzić sobie nie mogę. Dodam za to, że wybitnie nie pasuje mi tu styl Alana Davisa, a zwłaszcza sposób, w jaki rysuje tu Steve'a. Czy może gdzieś nie doczytałem, że jego wychudzenie spowodowało również odmłodzenie? Krótko podsumowując: to komiks, o którym zapomina się zaraz po przeczytaniu. A to oznacza 4/10.

Carnage, U.S.A. #4
Gil: Nie raz już przerabialiśmy starcia Venom vs. Carnage. Ale wcześniej był to inny Venom i inny Carnage. Tym razem spotkanie tych dwóch kosmicznych glutów ma nową świeżość, bo wiele się zmieniło. A w dodatku ton tej serii pchnął je w kierunku innego ekstremum niż dotychczas prezentowane. Rozwój wypadków sprawił, że po zakończeniu tego numeru trudno przewidywać ciąg dalszy. To znaczy: wiadomo, że Spidey, Venom, ani nikt z Avengers nie zginą, ale nadal pozostaje szerokie pole do popisu. I niezmiennie świetnie to wszystko wygląda, wiec konsekwentnie dam 7/10.

Daken: Dark Wolverine #22
Krzycer: Szit. Podobało mi się podejście Williamsa do Dakena, ale tutaj mamy zwrot w kierunku Way'owego Akihiro - miętoszenie cytatów z pierwszego roku filozofii i robienie na szaro wszystkich dookoła. Nie dlatego, że Daken jest taki sprytny, tylko dlatego, że wszyscy dookoła są ogłupieni przez scenarzystę.
Szkoda. Ale może przynajmniej naprawdę go zabiją? Pomarzyć dobra rzecz...

avalonpulse239c%20%5B1600x1200%5D.JPGFantastic Four #604
Krzycer: Wiem, że to jest wielkie i epickie... ale jakoś tego nie czuję. Hickman jest dobry, umiejętnie prowadzi wątki od dłuższego czasu, tu mamy ich wielką kulminację... Ale w całej historii najbardziej interesował mnie rozwój związku Ronana i Crystal. Nie wiem czemu. Obiektywnie FF Hickmana to dobry komiks - ale od dłuższego czasu w ogóle mnie nie rusza.
Volf: Jaka jest różnica między Hickmanem a Loebem czy Fractionem? Każdy z nich mógłby sobie wymyślić, że Galactus zostanie heraldem Franklina. Ale gdyby oni to zrobili, mielibyśmy kolejną scenę, która później przez lata byłaby przywoływana jako modelowy przykład idiotyzmu. Tymczasem Hickman robi z tego scenę o epickości dorównującej najlepszym momentom z kosmosu Marvela, którą już teraz mogę uznać za jednego z najsilniejszych kandydatów do tytułu sceny roku. Jeden z najlepszych numerów, jakie czytałem w Marvelu od... bardzo dawna.
Gil: That was EPIC!!! Oficjalnie ogłaszam, że już w tym momencie run Hickmana jest najlepszym, jaki w tej serii czytałem. Bo ma dokładnie to wszystko, czego po Fantastic Four oczekuję: rozmach na multiversalną skalę, starcie prawdziwych potęg, elementy rodzinne, emocje i napięcie. Dodatkowo, wszystko to ładnie się składa w całość, a epilog jest idealną klamrą do początku całej historii. Owszem, nie wszystkie wątki zostały zamknięte, ale przecież to jeszcze nie koniec tego runu i coś trzeba zostawić na później. Może nie wszystko jest tu idealne i do geniuszu jeszcze trochę zabrakło, ale kurcze, miałem ciary, jak to czytałem i czułem wagę wydarzeń na wszystkich płaszczyznach. Co więcej? No właśnie – więcej. Więcej takich komiksów! Dla mnie 9/10.

Journey Into Mystery #635
Hotaru: Kieron Gillen ma pomysł na Journey into Mystery. Pomysł o kilka klas lepszy, niż ten, który realizuje w Uncanny X-Men. Klimat, jaki udało mu się stworzyć w początkowych numerach i do tej pory go utrzymuje, można tylko określić jako "magiczny". Kiedy dopełnia go Richard Elson, a nie taki Whilce pArtacio, trudno mi się do czegokolwiek przyczepić. Nie tylko Loki i Leah są fenomenalni - ta wersja Daimona jest o tysiąc razy lepsza od tej, którą Bunn wciska nam w The Fearless. Kurcze, nawet Ikol jest dla mnie bardziej fascynujący, niż Valkyrie w tamtej serii. Brawo, panie Gillen.
Krzycer: Kolejny fantastyczny numer. Od recap page'a z Cadaver Thorem po końcówkę ze sztuczkami Lokiego. Na czymkolwiek by one nie polegały - w tej chwili nie mam pojęcia, jak wyrolują Nightmare'a, ale nie mogę się doczekać aż się dowiem.
Na wzmiankę zasługuje również nie takie znowu subtelne nawiązanie do Sandmana ("How about fireballs? Lots and lots of fireballs?").
Gil: Nie tak dawno temu wydawnictwo Marvel wydało z siebie taki pierd pod tytułem Fear Itself. Jego logo przewijało się na wielu zeszytach i miał nawet osobną serię. Tak naprawdę, tylko ta seria zasługuje na to logo i ten tytuł, bo w pozostałych było tylko bicie piany, a zero strachu. A teraz Gillen poszedł o krok dalej i pozamiatał cały ten bajzel po Fractionie, zebrał to, co zostało i ulepił z tego historię, która bardziej zasługuje na tytuł „Fear Itself” niż to, co wcześniej się pod nim ukazywało. Nie tylko opowiada o strachu, ale wręcz robi to w stylu Sandmana, składając historię z kilku epizodów o raczej przypadkowych ludziach. A na końcu znów przypomina sobie o Lokim i mamy kolejny świetny skręt. Jeszcze parę takich, a zapomnę o tym nieszczęsnym wypadku z Namorem. Tymczasem bardzo mocne 7/10.

Punisher vol. 5 #9
Krzycer: Castle chyba przez pierwsze osiem numerów nie powiedział tylu słów, co w tym jednym. Do czego to doszło?
A poważnie - Rucka dalej świetnie prowadzi Franka. Rozmowa z Panną Młodą z końcówki - dwa ludzkie wraki, które nie mają już po co żyć, więc równie dobrze mogą pozabijać mnóstwo złych ludzi - brzmi idiotycznie, kiedy to się tak ujmie, a jednak jest na swój sposób przejmujące. Tylko nie wiem, czemu rysownik każe im tak dziwnie przekrzywiać głowy.
Natomiast pierwsza połowa numeru - najazd komandosek - była dziwna. Nie mam pojęcia o co biega ale zaczynam się obawiać tego crossovera z Daredevilem i Pająkiem, jeśli to ma być wyznacznik klimatu, który będzie tam panował.

Scarlet Spider vol. 2 #3
Krzycer: Liczyłem, że dowiemy się wreszcie czegoś o dziewczynie ze szpitala. Na razie dowiadujemy się tylko, że ktoś chce sprzątnąć jej lekarza. I że lekarz jest gejem. Nie jest to szczególnie wymyślne pogłębianie postaci, ale trudno.
Zamiast odpowiedzi mamy obietnicę walki z mnóstwem zabójców. Dobre jest w tym tylko to, że kiedy Yost ostatnio pisał Belladonnę (X-Force: Sex and Violence) rezultat był świetny. Może w jakiś niezrozumiały sposób przeleje się to na ten tytuł.
Gil: Nie da się ukryć, że tym razem numer skupia się na budowaniu supporting cast. I też nie da się nie zauważyć, że jest ona raczej przypadkowa, podparta serią zbiegów okoliczności, a przez to mało naturalna. A jednak wszystko zapowiada, że trzeba będzie z nimi jakoś żyć, bo już pojawiają się podbudówki niektórych postaci. Można też łatwo przewidzieć, że za jakiś czas (jeśli seria tyle pociągnie), dostaniemy wątek niełatwej miłostki między Kainem i Annabelle. Cóż, od początku powtarzam, że mało oryginalne to wszystko. Ale przynajmniej w tym kontekście trzeba zaliczyć na plus budowanie od podstaw galerii złoczyńców, podczas gdy można było pójść na łatwiznę i kraść tych pająkowych. Poza tym, Kaine zachowuje się trochę nie po bohatersku, nie kryjąc się z podwójną tożsamością i ściągając maskę podczas walki z przeciwnikiem. Jakieś to wszystko takie nie pasujące do koncepcji. Ale może się podobać, dlatego dam 5/10.

Ultimate Comics X-Men #9
Hotaru: Po przeczytaniu tego numeru musiałem wrócić do Ultimate X-Men i przekartkować ostatnie 30 numerów. Nie pamiętałem już, czy Ultimate Storm tak bardzo upodobniła się do wersji z regularnego uniwersum już wcześniej, czy może jest to coś nowego, wyciągniętego z kapelusza. Wychodzi na to, że to drugie. A szkoda, bo poza tym numer jest świetny. Bardzo podoba mi się, że Medina tyle uwagi poświęcił twarzom - niektóre z kadrów, a dokładniej mimika postaci na nich przedstawiona, są fenomenalne i lepiej budują bohaterów, niż sam skrypt. Jestem pod naprawdę dużym wrażeniem.
Krzycer: Żeby podkreślić przemianę Ororo w punk-Storm Spencer ją najpierw zsześćsetszesnastkawia. Co prawda nie widzieliśmy jej od Ultimatum, ale i tak wypada to bardzo, bardzo dziwnie. Choć ostateczny rezultat i tak robi wrażenie (tylko nie pytajmy, skąd wytrzasnęła ten kombinezon).
Dziwić może również to, że otoczyli mutantów Sentinelami a nie pomyśleli, by wyłączyć im moce - ale może to jest ta cienka granica między "internowaniem" a "posłaniem do obozu koncentracyjnego".
wolvie111: Przeczytałem i po prostu mam ogromną ochotę napisać jak bardzo podobał mi się ten numer. Naprawdę cała sytuacja się rozkręca i to był jak dla mnie najlepszy dotychczas numer z tej odświeżonej niedawno serii. Cała sekwencja ze Storm, jej zmiana i reakcja pod koniec. Wreszcie coś się dzieje i to z fajerwerkami. Czekałem długo aż scenarzysta dotrze wreszcie do wątku z Ororo i Piotrem i teraz nie mogę doczekać się następnego numeru.

Wolverine And The X-Men #7
Hotaru: Jakoś tak rozeszła się w szwach ta historia. Do tej pory udająca powabną pannę - wprawdzie z tonami nadmiarowego makijażu i z IQ, przy którym jednoczesne oddychanie i chodzenie było wyczynem - okazała się paszkwilem na miarę intergalaktycznego cyrku, gdzie nie robiłaby za jedną z osobliwości, ale za namiot. Nie mam wątpliwości, że Aaron świetnie się bawił pisząc. Ale tu chyba chodzi o to, żeby dobrze bawili się czytelnicy.
Krzycer: ...po cholerę była ta wyprawa do kosmicznego kasyna? Relacji między Quire'em a Wolverine'em nie zmieniła, problemy finansowe zostały rozwiązane w inny sposób... Czyżby służyła tylko połamaniu Loganowi nóg? Zobaczymy, czy będzie to jakoś kontynuowane.
Profesor Starblood wypada marnie, ale to już Gil napisał. Swoją drogą - kupuję, że Broo mógł przeczytać jego prace (skoro Instytut w jakiś sposób współpracuje z Shi'Ar, można przyjąć, że uczniowie mają dostęp do kosmicznych bibliotek), ale przydałaby się choćby sugestia jak pan profesor dowiedział się o istnieniu Broo.
Wątek "ciąży" Kitty i wszystko, co dzieje się w środku najlepiej przemilczeć i jak najszybciej zapomnieć.
Ogółem: moje nadzieje wiązane z tym tytułem... nie mają się najlepiej. Może przynajmniej wątki Angela i Genesisa będą strawniejsze.
Gil: Zapnijcie pasy, znów będzie długi rant, bo mój nowy ulubieniec przebił samego siebie. Zatem bez zbędnych wstępów, lecimy po kolei:
Na początek okładka, brzydka i chaotyczna, a przy tym bezczelnie kłamiąca, bo sugeruje, że ktoś odwali kitę.
Zaczynamy od sceny, która zapewne pomyślana została jako zaskakujący zwrot akcji. Oto, osobnik znany dotąd jako Doomsday-Wannabe przyciska do ściany Broo, grożąc wyciśnięciem go jak kanarka. Zębaty dzieciuch proponuje, żeby o tym porozmawiali, na co chodząca rozpierducha odpowiada, że azaliż bardzo chętnie odda się krzepiącej umysł debacie. WTF? Chwilę potem rozsiadają się wygodnie i naprawdę zaczynają gadać. Doomsdayowaty przedstawia się jako profesor Xanto Starblood (bo nazwisk a’la Star Wars nigdy za wiele) i oświadcza, że przyleciał z misją naukową.
No i oczywiście zostawiają nas z tym znakiem zapytania nad głową, by przeskoczyć do jamy brzusznej Kitty. Przypominam, że w końcówce ostatniego numeru mikrusy biły się w jej osierdziu, ale spoko – festiwal biologicznej ignorancji trwa tu od samego początku. Podczas gdy pozostali naparzają się z Brood czym tylko mogą, Beast znajduje kokon z jajami robali. Tak, w jamie brzusznej, chociaż wcześniej mówili nam, że zalęgły się w macicy. I nie, to nie to samo. Gdy McCoy zabiera się do usuwania problemu, Kid Gladiator rozwala łeb Icemanowi i dostajemy słodki kard z wrzaskami dobiegającymi z brzuchala Kitty. A skoro już o tym mowa, to ona właśnie się budzi w otoczeniu Bamfów, które gdzieś ją teleportują. I nawet nie każcie mi zaczynać wywodu na temat tych stworów.
Wróćmy lepiej do dyskusji, która rozwija się w najlepsze. Broo jest teraz zachwycony obecnością swojego oprawcy, bo okazuje się, że zna jego naukowe prace i go podziwia. Cóż podejrzewam, że cieszyłby się tak samo, gdyby przyszedł po niego np. dr Mengele. W każdym razie, ustami swego kosmicznego psychola, autor wypowiada złotą myśl: „Jeśli ktoś nie jest gotowy na morderstwo w imię nauki, nie jest prawdziwym naukowcem.” Czy rzeczywiście wywołanie do tablicy doktora M. było na wyrost? Cóż, w każdym razie poczułem się urażony, chociaż nie aspiruję do miana naukowca, a co najwyżej sympatyka. Tym bardziej, że zaraz potem pańcio Aaron udowadnia, że gówno wie o nauce, wkładając w wielką paszczę swego pupila stek pseudonaukowych bzdur na temat ewolucji. W dużym skrócie: ewolucja wszechświata stworzyła pewien stały porządek, któremu ewolucja Brood (w osobie tego tutaj szczyla) zagraża. Ekhm… BULLSHIT, JASON AARON!!! Gdybyś pan wiedział cokolwiek o ewolucji, to byś pan takich farmazonów nie wypisywał. Nie chcę zanudzać, więc postaram się krótko: ewolucja jest procesem ciągłym i nie ma w niej stałych, jeden inny osobnik to jeszcze nie ewolucja gatunku, istnieje coś takiego jak dobór naturalny i to on decyduje o tym, jak może przebiec ewolucja gatunku i – najważniejsze – atakując Broo, Starblood przyjmuje właśnie tę rolę i bezpośrednio wpływa na przebieg procesu, którego niezmienności rzekomo próbuje bronić. Tylko na podstawie tego ostatniego, cała podstawa tego wątku rozbija się o wielką, bladą i zimną dupę.
avalonpulse239d%20%5B1600x1200%5D.JPGNa szczęście, zanim pęknie mi żyłka na czole, komiks daje nam chwilę wytchnienia, przeskakując do rozwałki w kosmicznym kasynie. Na początku to tylko standardowa bitka z brzydalami, ale po chwili Aaron wyciąga z du… no dobra, co za dużo to nie zdrowo – z rękawa kolejnego asa: Quire tworzy sobie psychic shotguna – spluwę, która strzela telepatią. Babla przy tym o manifestacjach mocy Psylocke i Marvel Girl w rodzaju psycho-noża, a moim zdaniem to kolejna bzdura. Okay, wiem, że ta kwestia jest mocno dyskusyjna i czysto teoretyczna, i zależy od tego, w co kto chce uwierzyć, ale kwestia zasadnicza jest taka: skoro jest telepatą i już umie na odległość atakować umysły przeciwników, to po jaką cholerę marnuje kupę energii na efekty specjalne, żeby uzyskać dokładnie taki sam efekt? Ech, dość głupoty, jak na jedną scenę, pójdźmy dalej.
Broo postanowił, że jednak nie da się ubić „w imię nauki” i daje nogę. Starblood tymczasem chełpi się tym, jak stworzył wirusa, którym zainfekował Kitty. Raz jeszcze: BULLSHIT, JASON AARON!!! Wirus z biologicznego punktu widzenia jest fragmentem kodu genetycznego, który wbija się na krzywy ryj w system replikujący DNA komórki, by się powielać. Miniaturowe broodlingi NIE są wirusem! A uprzedzając ewentualne wątpliwości: nie jest możliwe użycie wirusa do przeniesienia kompletnego kodu genetycznego innej istoty, choćby z tego względu, że ilość informacji jest ogromna, a prawdopodobieństwo prawidłowego odtworzenia bliskie zeru. No ale dobra, już nawet oni mają dosyć tych pierdów, bo zaczynają warczeć i się tłuc. W tym momencie pojawia się Pryde, nasyła na profesora stado Bamfów i ucieka z Broo. Ale nagle pada na kolana i zaczyna się zwijać z bólu. Przyczyną okazuje się być Beast, który małym laserowym skalpelkiem zaczął dłubać przy kokonie Brood. Oczywiście! Bo jak przez trzy numery skakali jej po sercu, ziali ogniem, zamrażali wnętrzności i strzelali laserami, to nie bolało. Ale jak dotknąć czegoś, co nawet nie jest częścią jej ciała… A przy okazji, jakiś strasznie malutki ten kokonik, jak na tak wielki brzuch.
Cięcie, skok do kasyna. Jego władze, czyli kosmiczna mafia, postanawiają, że nie mogą pozwolić obcym odejść z kwintylionami w żetonach (bo jak wiadomo, honorują je wszystkie ziemskie banki… a przynajmniej greckie) i zamierzają użyć… „The Thing”! Czyżby cross z F4 się szykował?
Znów cięcie. Bamfy rzucają się na Starblooda i telepotrują go w powietrze. Bo jak wiadomo, to zatrzyma gościa, który zeskoczył na ziemię z kosmosu… A cała scena służy przemyceniu forshadowingu, że to wcale nie są Bamfy. Więcej oczywiście się nie dowiemy, a w tym momencie akcja zaczyna irytująco przeskakiwać między scenami z panelu na panel. Dokończmy więc najpierw ten wątek: Iceman i Warbird unieruchamiają Kid Gladiatora, podczas gdy ona proponuje jemu seks w macicy innej kobiety. Sick much? Zaraz potem, Beast postanawia wysadzić kokon, a Rachel ostrzega pozostałych, że macica zaraz wybuchnie. I tak – znów cudownie znaleźli się w macicy, chociaż przed chwilą byli w zupełnie innym miejscu i wcale się nie przemieścili. Starblood znów atakuje Kitty i Broo, a ponieważ jej macica właśnie eksploduje (oczywiście bez uszczerbku dla właścicielki), mały robal postanawia jej bronić za wszelką cenę i pokazuje zęby. Pryde puszcza mega pawia i wszyscy goście z niej wylatują. Paw zaiste musiał być mega, skoro poszedł aż z macicy, a pan rysownik raczył w jego treści umieścić takie ciekawostki jak całe udko z kością, muszla ostrygi i coś jakby babeczka w papierku. Pogratulować diety. Zanim wszyscy się ogarną, Broo robi przeciwnikowi z twarzy jesień średniowiecza i muszą go siłą odciągać.
Drugi finał: rzeczony Thing okazuje się być żółtą latarnią (czyżby jakaś aluzja?). Kosmici dopadają naszych przy wejściu na ich statek i prześwietlają Loganowi zad tym ustrojstwem. To wystarcza, żeby z wrażenia zgubił swoje kwintyliony żetonów.
No i wreszcie epilog: SWORD przylatuje, by posprzątać bajzel, ale po tym wszystkim Starblood się cieszy, bo dowiódł, że Broo nie różni się od innych, chociaż po swoim wybuchu zrobił się instant emo. Kitty, po eksplozji w macicy, nagle zapragnęła mieć dzieci i zabiera się do całowania Icemana, przez co Warbird robi się zazdrosna. Wolviek budzi się w drodze powrotnej i odkrywa, że pokręciło go od pasa w dół (coś jakby tyłem do przodu, ale ciężko się rozeznać), a lekarstwem na problemy finansowe szkoły okazuje się Krakoa junior, który zaczyna sypać diamentami z drzew.
Tak więc, finał tego koszmarku przyniósł nam koronny dowód, że ani scenarzysta, ani rysownik nie znają się na biologii i anatomii, ani tym bardziej ewolucji. W dodatku, środowiska naukowe mają wszelkie prawo czuć się obrażone uogólnieniami, jakich tu użyto. Z trzech wątków jeden jest kretyński, drugi nie ma racji bytu, a trzeci do niczego nie prowadzi. Mamy za to eksplodujące macice, niemoralne propozycje i w ogóle wszystko jest jak Wolviek w ostatniej scenie – dupą na przód. THIS COMIC SUCKS!!! Po raz trzeci. I tylko dlatego, że widziałem gorsze rzeczy, dostanie aż 2/10.

X-23 vol. 3 #21
Hotaru: A ja się zawiodłem. Spodziewałem się, że Marjorie Liu z impetem postawi kropkę, że to będzie najjaśniejszy akcent tego koncertu, że z wirtuozerią zaprzęgnie do pracy wszystkie instrumenty, by stworzyć kawałek, od którego endorfiny pójdą mi nosem. Zamiast kawałka na orkiestrę symfoniczną zaś, scenarzysta wygasiła większość instrumentów i jedynie ascetycznie powtórzyła charakterystyczny i przewijający się przez całą serię motyw. Czuję niedosyt. Tym większy, kiedy wiem, że Christos Gage go nie ugasi.
Krzycer: ...in which Laura drops acid.
A poważnie - piękny, symboliczny numer. Jakby rozłożyć go na czynniki pierwsze, to składa się z klisz które w innym miejscu by zgrzytały - komunia z dzikimi zwierzętami, bieganie nago po śniegu, mistyczna wizja i odnalezienie spokoju wewnętrznego - ale złożone do kupy, pozbawione dialogów wypadają świetnie. Dobre, niecodzienne zakończenie bardzo fajnej (nawet jeśli nierównej) serii. Na razie mój kandydat na numer tygodnia.
Gil: Całkiem fajny ‘nuff-saidowy numer. Wręcz idealny na finał serii. Nic nie jest wyłożone na siłę, duża część interpretacji pozostawiono czytelnikowi i uważam to za bardzo dobry zabieg. Dlatego też nie chcę się rozpisywać, jak ja go odczytałem, żeby nie ingerować w zamysł autorki. Szkoda tylko, że nie narysowała go Sana Takeda, bo byłoby jeszcze lepiej i efektowniej. Ale i tak dam mocne 7/10.
Arachnid: Niezwykłe zakończenie świetnej serii. Ostatnia scena, w której Laura macha białej wilczycy na pożegnanie, wygląda tak jak gdyby Laura żegnała się z nami, czytelnikami swojej serii. Piękny finał, pozbawiony dialogów, a mimo wszystko wypadający rewelacyjnie. Szkoda, że to już koniec, bo była to naprawdę bardzo dobra seria. Laura kończy swoją przygodę z solową serią w wielkim stylu. Niezwykły numer i wspaniałe zakończenie.

X-Men: Legacy #263
Hotaru: Wyszło odrobinę lepiej od średniego niewartego zapamiętania czytadła. Nie jestem ślepy, widzę czego scenarzysta próbuje dokonać z postacią Rogue, ale wychodzi mu to po prostu topornie. Jedyne postacie, które mnie tu nie drażnią, to te, których praktycznie nie ma. Marie staje się Mary Sue, Logan zaczyna dorównywać Cyclopsowi w byciu dupkiem, a Rachel - ta młoda, niedoświadczona, porywcza Rachel - robi za psychoanalityka i ekspertkę od związków, o których nie powinna mieć żadnej wiedzy. Anole i Rockslide zmienili zdanie o 180 stopni i zamiast wymykać się i superbohaterzyć sikają po majtach, mogąc ukryć się w międzywymiarowym schronie przy pierwszej oznace zagrożenia. Gage, litości!avalonpulse239e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Łopatologiczność. To jest główny problem tego tytułu pod kuratelą Gage'a. Rzeczy, które Carey rozwiązałby jednym kadrem teraz wymagają kilkustronicowych sprzeczek.
Więc nie będzie punktów za styl. Ale treść jest niezła. Może scenarzysta jeszcze się wyrobi - w Avengers Academy idzie mu w końcu trochę lepiej. Trochę.
Swoją drogą Exodus dostał jakiegoś strasznego kopa pod względem poziomu i palety mocy. Od kiedy potrafi się teleportować? Podczas Messiah Complex Nightcrawler wyeliminował go z walki teleportując go w inny region Antarktydy i wystarczyło.
(Nie mówiąc już o tym, że ostatecznie został zablokowany przez Emmę i pokonany przez Dust, ale może akurat z tego wyciągnął nauczkę i dlatego Rachel i Sooraya nie mogły po prostu powtórzyć tamtego manewru...).
Gil: I znów muszę powiedzieć, że ten numer jest kalką poprzedniego. Albo raczej lustrzanym odbiciem, bo tu tłuką się na początku, a gadają na końcu. Potyczce trudno zarzucić jakieś większe błędy, a nawet miejscami jest fajnie rozegrana. Plusem jest też to, że nie cały ciężar spoczął tym razem na Rogue. Exodus został pokonany, ale ostatecznie to jego jest na wierzchu, bo znalazł się dokładnie tam, gdzie chciał, a przeciwnicy sami potwierdzili słuszność jego argumentów. I byłoby to całkiem fajne, gdyby nie zostało tak łopatologicznie wyłożone. Za to końcówka była już o poziom niżej. Sprzeczka między Rogue a Loganem wyszła sztucznie, a sugestie, że niby skontaktowała się z Utopią, bo chciała zobaczyć Magsa, to już czyste gimnazjum. No i rysunki znów były brzydsze i bardziej niedbałe niż poprzednio. Narzekałem na brzydkie twarze, a tym razem rysownik w ogóle je olał na połowie paneli. Ostatecznie dam oczko wyżej niż poprzednio: 4/10.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse239a.jpgX-23 vol. 3 #21
Autor: Kalman Andrasofszky

Hotaru: Wow. Korci mnie, żeby zamiast komplementować tą okładkę, ponapastwiać się nad nazwiskiem artysty, który ją stworzył. Ale do rzeczy. Cover świetnie współgra z historią. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to Laura jest myśliwym, ale to zmyłka. Dziewczyna szuka zabójcy wilka i - patrząc się odbiorcy prosto w oczy - chyba go znalazła. Klimatycznie.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.03.14


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.