Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #238 (12.03.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 12 marca 2012Numer 11/2012 (238)



W tym tygodniu jedna pozycja zdominawała inne. Długo oczekiwany, ostatni numer mini serii Avengers: The Children's Crusade ujrzał światło dzienne. Czy sprostał oczekiwaniom czytelników? A może je zawiódł i pozostał niedosyt? Dzisiejszy numer Avalon Pulse przynosi odpowiedzi na te pytania.



avalonpulse238b%20%5B1600x1200%5D.JPGAge of Apocalypse #1
Mr. M.: Po wydarzeniach z "Dark Angel Saga" opowiedzianych na łamach "Uncanny X-Force" z zainteresowaniem sięgnąłem po miniserię kontynuującą wątek nru 19.1 z UXF. Moje zainteresowanie serią jednak zmniejszyło się po przeczytaniu pierwszego zeszytu. Najgorzej prezentują się bohaterowie, którzy okazali się mało intrygujący. Pomysł fabularny, śmierci, jakie następują, sceny akcji etc. prezentują się, muszę przyznać, dość zadowalająco, lecz brakuje czynnika emocjonalnego. Ani przez chwilę nie przejmowałem się wydarzeniami, które czytałem. Może z wyjątkiem walki z już-nie-mutantem-Sabretoothem. Głownie się tak dzieje, gdyż nie czuje się dramatu bohaterów. Świat apokalipsy ma w sobie jednak spory potencjał i warto byłoby zaprezentować pełniejsze spektrum okropieństw, jakie w nim mają miejsce, a mniej czasu poświęcać na problemy w grupie i akcję. Trzeba jednak wspomnieć, iż jest to wprowadzenie do postaci i świata, więc pewne wady można na tym etapie wybaczyć.
Gil: Tak zachwalali i zapowiadali, że w końcu strzelili sobie w stopę, bo moje oczekiwania przerosły to, co mieli do zaoferowania. Całość jest w najlepszym razie przyzwoita, ale niczym się nie wybija. Grafika de la Torre podtrzymuje apokaliptyczny klimat, ale sama fabuła nie pomaga jej za bardzo. Członkowie ruchu oporu naiwnie łatwo ukrywają się wśród mutantów i to nawet w tych elitarnych kręgach. Mimo, że mieli być zwykłymi ludźmi, jednak trochę za bardzo przypominają nadludzi, swoimi szczególnymi talentami i technologią. No i jakoś trudno mi z nimi sympatyzować, bo w świecie #616 to w większości mordercy i psychole, a tutaj zabrakło miejsca na powtórną charakteryzację. W dodatku jakoś nie mogę się przyzwyczaić do myśli, że zabójczyni ma na imię Franny. Aha i jeszcze mamy ten nieszczęsny występ Daredevila, którego widzieliśmy już w oryginalnym AoA i nie tylko wyglądał tam inaczej. Co mogę zaliczyć na plus, to postać dziennikarza z naszego świata i spójność przynajmniej ostatnich wydarzeń. Jak na początek, będzie to 6/10.
Kamyk:
Po lekturze tego komiksu zacząłem się zastanawiać, czy świat AoA nie był bardziej interesujący i intrygujący w historii przedstawionej w Uncanny X-Force. Tutaj mamy do czynienia z natłokiem wątków i postaci, tak jakby twórcy już w pierwszym numerze chcieli sprzedać wszystko, co mają do powiedzenia w kwestii status quo tego świata, a w następnych numerach postanowili rozwijać fabułę. Chyba, że obawiają się, iż ten komiks wkrótce może zamienić się w miniserię. Dodatkowo mam wrażenie, że koniec końców finałowe starcie odbędzie się (zgodnie ze schematem z 616) między Weapon Omega i Cyklopem. Na razie jest 5/10, ale zobaczymy co dalej.

Amazing Spider-Man #681
Mr. M.:
Cytat z "Terminatora" zastąpił cytat z "Aliena". Poza tym nie zmieniło się wiele. Spidey i Johnny sypią żartami, Jameson jr i Jameson sr zajmują się tym, co zawsze, do tego dochodzi trochę zwyczajowej akcji. I tyle. Druga część kosmicznej przygody okazała się wyjątkowo niezajmująca i ulatująca z pamięci zaraz po lekturze. Nie ma tutaj niemal nic, co można uznać za zajmujące. Jedynie ostatnia strona wypadła przyzwoicie, dzięki wykorzystaniu klasycznej kliszy, która, na tle marnej całości, okazuje się udanym zabiegiem.
Gil:
A mówiłem? John Jameson ZAWSZE wychodzi cało z każdego zamieszania. Każdy powinien go zabierać w kosmos, to miałby zapewniony powrót w jednym kawałku. A poza tym? Nuda, Panie. Te same gagi i sytuacje widzieliśmy już poprzednio, tylko w drugą stronę. Autorzy odrobili lekcje na tyle, by upomnieć Torcha, żeby nie spalał tlenu na stacji, ale już nie na tyle, by zauważyć brak sensu w fakcie, że magnetyczna sieć naprowadza się prosto na octoboty, chociaż cała cholerna stacja jest zbudowana z metalu. No i te rysunki… te twarze, te oczy… To najwyżej słabe 5/10 będzie.

Kamyk: Relacja między Spider-Manem i Human Torchem jak zawsze pozytywnie wpływają na humorystyczne wrażenia, a sama przygoda w kosmosie zachowuje sens (to na plus) i przewidywalność (to na minus). Generalnie jest średnio, niemniej jednak cierpliwie czekam na "last master plan" Octopusa. Średni komiks, średnia ocena. 5/10.

Avengers Academy #27
Hotaru: Cóż, Gage nie wynalazł ponownie koła i dostajemy stary i ograny schemat - czyli najpierw dwa zespoły "tych dobrych" się tłuką, a potem rozmawiają. Ale czyta się to wcale przyjemnie. Strona graficzna też jest estetyczna, chociaż wolałbym, żeby trochę masy mięśniowej zdjąć z Chase'a i dać ją Victorowi - w tej chwili pierwszy jest za bardzo napakowany, a drugi za chudy. Poczucie humoru nawet mi się podobało - reakcja Klary na Tigrę, przywitanie Nico i Hazmat, czy też pierwsze spotkanie Kena i Molly. Podsumowując - dobry komiks, ale mam dziwne przeczucie, że teraz będzie tylko gorzej.

Avengers: The Children's Crusade #9
Hotaru: Po prawdzie, nie wiem co mam na ten temat myśleć. Bilans okazał się bardziej tragiczny, niż się spodziewałem i chociaż cała konstrukcja wydaje mi się spójna, to mam wrażenie, że trochę zabrakło finezji. Podejrzewam nawet, że tak długo czekaliśmy na ten numer, bo Heinberg musiał zmienić oryginalnie wykoncypowane zakończenie pod dyktando wydawców. Szczególnie sama końcówka, kiedy po kilku miesiącach Avengers nagle zapraszają nastolatków do siebie. Całość byłaby dojrzalsza, bardziej gorzka, gdyby tego pozytywnego akcentu nie było, gdyby czytelnicy trwali w zawieszeniu i niepewności co do dalszej kariery superbohaterskiej tych postaci. Odczytuje to jako mało subtelne "spokojnie, jeszcze będziecie mogli wydać kasę na przygody tych bohaterów". O wiele lepiej wypadło usunięcie się w cień Wandy, chociaż wiem, że AvX raczej to zaprzepaści. Jako całość - bardzo dobrze wyglądające przyjemne czytadło, stojące jednak klasę niżej od pierwszej serii Young Avengers.
Undercik:Zawiodłem się. Podobne uczucie towarzyszyło mi podczas oglądania tegorocznych zawodów w Insbrucku, kiedy Kamil Stoch spadł z pierwszej na dziewiątą lokatę. Tyle, że tutaj wiatrem były opóźnienia, a Hoferem i Tepesem byli edytorzy. Czy tylko mi się zdaję, że dopiero niedawno zgrabnie sobie wymyślili aby zrobić z Children's Crusade prolog do AvX? Nie mi osądzać. Nie zmienia to jednak faktu, że przez zakończenie miniseria straciła wiele, przez nie ACC można nazwać co najwyżej dobrym komiksem.
Tak przy okazji, najpierw Ultimate Spider-Man, teraz Stature którą lubiłem najbardziej spośród młodych mścicieli. Następny będzie Iron Fist w AvX?

Misiael: Nie bardzo wiem, co mam w tym miejscu napisać, ostatecznie ta rozciągnięta w czasie do granic absurdu miniseria swego czasu uznawana była za najlepszą rzecz, jaką wyprodukował Marvel w przeciągu ostatnich paru lat. Dziś ta opinia jest mocno dyskusyjna, ale trzeba zgodzić się z jednym - komiks czyta się znakomicie, interakcje między postaciami przedstawione są po prostu świetnie, fabułę poprowadzono w sposób niemal doskonały. Niemal, bo kilka wybiegów fabularnych i plot twistów wydaje się jednak nieco naciąganych, tym niemniej nie przeszkadzają one zanadto.
W niniejszym numerze dochodzi do rozplątania pozostawionych w poprzednim numerze nierozwiązanych wątków oraz ustanowienia nowego status quo dla Młodych Mścicieli. Miło w końcu zobaczyć zakończenie tej historii. Teraz pozostaje nam z niecierpliwością oczekiwać na to, Marvel zrobi z YA. I obyśmy się nie zawiedli.

avalonpulse238c%20%5B1600x1200%5D.JPGGil: Nie miałem chyba okazji wyrazić wcześniej opinii o tej serii, więc skorzystam przy podsumowaniu. Otóż, moim zdaniem rewelacji żadnej od początku nie było. Podwaliny były grubymi nićmi szyte i cały czas było jasne, że na końcu Wanda zostanie wybielona. Wyszło w prawdzie mniej sielankowo niż początkowo przypuszczałem, ale i tak zakończenie budzi emocje prawie żadne, a i te są mocno mieszane. Walkę z Doomem z poprzedniego numeru i jego rozstrzygnięcie nazwałbym śmiesznymi, gdyby nie fakt, że postanowili wykończyć moją drugą ulubiona postać z tego teamu. I w ten sposób doszliśmy do tego odcinka… Doom zwiał, Cassie zginęła, a z pięćdziesięciu herosów stoi i się gapi. Potem po kolei rzucają jakieś banały i się rozchodzą. „To my już pójdziemy… ale, ten, no… nie stawiajcie roweru koło lodówki, bo wam mleko wykipi. Cześć.” No dobra, może jest jakaś prawdziwa emocja w zachowaniu Iron Lada, ale psuje ją zniszczenie Visiona z zazdrości i ucieczka. Zapomniał na pożegnanie krzyknąć: „I na złość Wam zostanę Kangiem!” Potem seria uścisków, skok w czasie i nagle wszyscy są emo. Ale bez obaw – tylko do czasu aż prawdziwi Avengers znów ich przytulą. Tak więc ostatecznie status Young Avengers nie zmienił się właściwie ani trochę poza faktem, że dwoje im ubyło (a że już wcześniej praktycznie przeszli do innych grup, to można tego nawet nie zauważyć). Pozostaje więc fundamentalne pytanie: co u diabła zajęło im aż tyle czasu w pracy nad tą serią? Fabuła i dialogi są zdecydowanie poniżej oryginalnej serii, a czasami wręcz wyglądają na pisane na kolanie. Rysunki? Najwyraźniej Cheung potrzebuje dużo czasu na wymyślanie kolejnych wariacji tej samej twarzy (albo wstawianie dwóch kropek i kreski postaciom w tle). Powiedzmy więc sobie szczerze: rewelacja to to nie była. Ot, przygotowanie gruntu pod event i nic więcej. Dlatego bardzo średnie 5/10 to wszystko, co mogę dać temu numerowi i całej serii.
łukasz: Zakończenie najdłużej wydawanej mini serii w historii Marvela w końcu nastąpiło. Ogromne opóźnienia, ciągłe przesuwanie wydania (szczególnie 2 ostatnich numerów), odcisnęło swoje piętno na ostatecznej ocenie tej serii. Śmierć dwóch najciekawszych moim zdaniem młodych Mścicieli, wymogła nieuchronny rozpad tej grupy. Brak pomysłu na ten numer głównego scenarzysty jest widoczny z prawie każdego dymka dialogowego oraz w przypisach. Ten numer to swoisty epilog, a nie zakończenie tej świetnie zapowiadającej się mini. Otrzymaliśmy produkt niepełnowartościowy, choć z nadal znakomitymi rysunkami Jima Cheunga, ale nie na to liczyłem. Nie obwiniam tutaj scenarzysty, jest to zapewne wina edytorów. Wymogli na nim dostosowanie zakończenia do nowego eventu w Domu Pomysłów. Wyjaśniło się kilka rzeczy, np. jak powrócił do życia oryginalny Vision na łamach bez przymiotnikowych Avengers. Mam nadzieję, że szefostwo Marvela, nie zapomni o Young Avengers i ta grupa doczeka się własnego miesięcznika. Bendis odchodzi z pisania przygód tzw. "starych Mścicieli", to może zacznie tworzyć ongoing o przygodach ich następców (czyli YA). Kto wie!?
Kamyk: Najdłuższy i najbardziej przegadany epilog ever! Poszukiwanie Scarlet Witch, podróż w czasie, walka z Doomem i wszystko to prowadzi to gadaniny nad zwłokami Stature, kilku kadrów, na których postacie w zasadzie się nie ruszają (zmęczyli się najwidoczniej bezcelowym naparzaniem w poprzednich numerach), a dramat jest w tym nieodczuwalny. Na chwilę sytuację ratuje rozstanie Young Avengers, ale po tym wszystkim dostajemy efekt półrocznej rozkminy Avengersów, którzy jednak przyznają, że YA są spoko i należy im się pomnik. Nie tego spodziewałem się w finale świetnie rozwijanej historii. 6/10 za rysunki i za całokształt.

Defenders vol. 4 #4
Gil: O, a to o dziwo wyszło całkiem nieźle. Może dlatego, że Fraction spuścił z tonu i napisał bardziej kameralną historię, która sięga do historii Strange’a i wyciąga z niej coś ciekawego. Może przypadł mi do gustu ten jednorazowy, bezimienny chyba przeciwnik, którego stylizacja przypominała mi galmanowego Morfeusza. Może pomysł maszyny życzeń nie jest wcale taki zły jeśli raz dobrze się go pokaże, zamiast bić pianę przez trzy numery. A może to wszystko zasługa pana Larka, którego styl nadal temu numerowi coś z klimatu Defenders z lat ’80, kiedy to mieli swój złoty wiek. W każdym razie teraz, kiedy już wiem, że można, będę oczekiwał więcej. A teraz dam mocne 6/10.

Fear Itself: The Fearless #10
Gil: I wszystko jasne! Sin szukała młotków, bo chciała sobie z nich zrobić breloczek. Dziesięć numerów bicia piany o tym, jak wielkiej wagi będzie to wydarzenie i w końcu breloczek z młotków plus atrapa Destroyera. A do walki z czymś takim, jak wiadomo, potrzeba wszystkich herosów, z wyjątkiem X-Men, którzy mają swoją piaskownicę, ale wystawili delegację. No dobrze, żeby nie było, że jestem taki gruboskórny, to wzruszyła mnie chwila słabości Crossbones’a. Oh, them silly psycho-killers in their puberty… No niestety, po promyku nadziei w poprzednim numerze, wróciliśmy do czerpania garściami z sukcesu konkurencyjnego Countdown. Oj, ja głupiutki… jakiego sukcesu? No właśnie. Nie będę podciągał, 3/10 dam.

Hulk vol. 2 #49
Gil: Czytając odniosłem bardzo nieprzyjemne wrażenie, że ktoś wsadził głęboko ad rectum wszystko, co przez parę ostatnich lat zrobiono z Eternals. Potem sięgnąłem po wychodzącego równolegle Thora i Deviants Sagę. Cóż, odczucie głębokości się zmniejszyło, ale ogólne wrażenie nie zniknęło. Innymi słowy: jeśli ktoś w ogóle zawróci sobie głowę tym, dlaczego sprawy w tym numerze maja się tak, a nie inaczej, musi sięgnąć po inny komiks, żeby znaleźć odpowiedź. Co oczywiście nie jest nigdzie wspomniane. Ale czy w ogóle ktoś sobie zawróci tym głowę? Ten numer to tylko zapychacz przed wielką 50, w którym tak naprawdę nic się nie dzieje. I gościnny rysownik średniego kalibru nie poprawi tej oceny. Tym razem 4/10.

Thor: The Deviants Saga #5
Gil: No właśnie, ten tytuł został już wywołany powyżej, bo przynosi nam swego rodzaju rewelację w postaci powrotu Eternals. Czy rzeczywiście rewelację? Jeśli ktoś w ogóle pamięta ostatnią serię autorstwa panów Knaufów, prawdopodobnie zgrzytnie zębami tak samo głośno i boleśnie jak ja. Bo czerpiąc z podwalin położonych przez Gaimana w jego mini, Knaufowie zdołali pchnąć Eternals na nowe tory, odbierając im nieśmiertelność, dzieląc i tworząc wiele wewnętrznych sprzeczności. A teraz olano to wszystko sikiem koszącym i wszyscy Eternals (włącznie z martwą Sersi) wyskakują z deus-ex-machinowego Uni-Minda jak diabły z pudełka, albo raczej tak samo, jak wyskoczyli niegdyś z głowy Jacka Kirby, bo wszyscy wrócili cudownym sposobem do swego stanu początkowego. I jakby jeszcze nie było to jasne – tak, przeszkadza mi to. A co z Thorem i Dewiantami? Who cares…? No dobra, jeden Dewiant chyba został skazany na śmierć przez bunga-bunga, ale kto ich tam wie – może są dewiantami nie tylko z nazwy i będzie się świetnie bawił? W każdym razie wyrażę swoje niepocieszenie w ocenie 3/10.


Ultimate Comics Spider-Man vol. 2 #8
Hotaru: Hurra! Sara Pichelli wróciła! Tak wiem, Chris Samnee nie był taki najgorszy, ale nie oszukujmy się - nie dorasta do pięt zdolnej Włoszce. Cieszy mnie powrót cioci May i Gwen, podoba mi się sposób, w jaki rozwija się wątek Prowlera, a nawet intryguje mnie zainteresowanie policji nowym Spider-Manem, ale koniec końców, odniosłem wrażenie, że jakoś mało treści w tym komiksie było. Co jest trochę dziwne, bo teraz jeszcze raz przekartkowałem ten zeszyt i nie znalazłem w nim żadnych dłużyzn. Chyba po prostu tak się wciągnąłem, że standardowa dawka fabuły w tym przypadku to za mało - chcę więcej!
łukasz:
Długo trzeba było czekać na powrót Sary Pichelli jako rysowniczki tej serii, ale moja cierpliwość została wynagrodzona. Znakomite kadrowanie, kreska idealnie współgrająca ze scenariuszem pewnego (bardzo mało mającego włosów na głowie) scenarzysty. A sama fabuła rozbita została na kilka wątków. Nieoczekiwane nowiny docierające do ciotki May oraz Gwen Stacy, które dopadły je w Europie, dokładnie w Paryżu. Niecne plany wujka Aarona względem swojego bratanka Milesa, to główne wątki fabularne tego odcinka przygód czarnoskórego Pająka. Pojawienie się Scorpiona oraz potyczka z Ringerem. Ubawiłem się znakomicie kadrem z pewnym gościem z nadwagą, przebranym za Novę krzycącego coś o Cosmic Cube, na nowojorskim posterunku policji.

avalonpulse238d%20%5B1600x1200%5D.JPGUncanny X-Men vol. 2 #8
Hotaru: Zacznę od tego, że wątek Namora i Hope okazał się absolutnie zbędny. Numer nic by nie stracił, gdyby jego rezolucja nastąpiła w jednym kadrze. A nawet by zyskał. O wiele lepiej wypadła scena z Colossusem i Magik. Wyznam, że jest to dla mnie jeden z lepiej prowadzonych wątków i mam nadzieję, że Gillen go nie spali. Sposób, w jaki poradzono sobie z zachowaniem Tabula Rasa uznaję za dość elegancki, dalszy ciąg relacji Betsy i Erica też mi się spodobał. Całej historii brakuje jednak w moich oczach znaczenia, założę się, że za rok większość nie będzie jej pamiętać.
Gil: Ick! Ick! ICK! Za dużo! Za dużo!!! Już żałuję, że wcześniej dopytywałem się, kiedy Namor na coś się przyda. Why, Kieron Gillen! WHY!?! Dlaczego tak długo budowany szacunek dla swojej pracy i czystą sympatię zrzuciłeś z piedestału tymi kilkoma stronami? Na skali obrzydliwości muszę umieścić to gdzieś pomiędzy łóżkową sceną ciotki May, a Blobem pożerającym Wasp. A jedyny pozytyw całej sytuacji, jaki widzę jest taki, że oszczędzono nam szczegółów. No dobra, jeśli ktoś jeszcze nie wie, o co chodzi, muszę go ostrzec: Namor przeleciał królową obcej rasy, która wygląda jak skrzyżowanie Predaliena z czymś, co uciekło z tentaclowego hentaia. I zrobił to ot tak, żeby się przedstawić. Wszystkie firewalle w mózgu mi się włączają, kiedy wyobraźnia próbuje się zbliżyć do tego tematu. Z drugiej strony, jeśli tak wygląda jego dyplomacja, zaczynam mieć brzydkie podejrzenia odnośnie wcześniejszych sojuszy z Doomen i Black Pantherem. Ick! Widzisz, co zrobiłeś, Gillen! I nie ważne, że wątek Apexa został fajnie domknięty, a Illyana i Piotr mieli miły moment porozumienia – ten numer przejdzie do historii pod hasłem: the one where Namor fucked the octopus queen! Ick! 2/10.

Venom vol. 2  #14
Mr. M.: Koniec "Circle of Four" zaczyna się sugestią, jakoby walka miała trwać jeszcze długo. Nasi bohaterowie dostają lanie, nawet Red Ghost Venom Hulk Rider z łańcuchem a la Lobo nie jest wystarczający dla Blackhearta. Po chwili jednak wszyscy dobrzy wygrywają, Cap nie ściga już Venoma, a Giant Man i Beast wymyślają, jak ograniczyć wpływ symbionta. To szybkie rozwiązanie niesmacznie zalatuje pretekstowością i szkicowym potraktowaniem fabuły, która w tym momencie staje się bardziej naciągana niż wylew piekła w Las Vegas. Do minusów doliczyć należy też Alejandrę Ghost Rider. Nie dość, że w poprzednim numerze, nie chciała walczyć i twierdziła, że opór jest bezsensowny, to teraz ryzykuje niepowodzenie misji i śmierć Flasha, bo wykorzystali Ducha Zemsty bez jej wiedzy. Irytująca dziewczyna. Teraz jednak wracamy do problemów Thompsona, Jacka O'Lanterna i gdzieś tam czeka Eddie Brock. Zapowiada się intrygująco.


Villains for Hire #4
Mr. M.:
Na koniec wszyscy się biją, Paladin "ożywa", a Puppet Master się rehabilituje. Gdyby nie wykorzystanie mało znanych bad guy'ów, to miniseria byłaby niemal zupełnie nieciekawa. Jest kilka udanych momentów, lecz w całości wypada jako prosta bijatyka bez strategicznego pomyślunku, który powinien charakteryzować tego typu operacje. Do tego Paladin nakłada maskę Scourge'a na swoją maskę? To już mała przesada.
Gil:
Na wstępie powiem, że naprawdę bardzo podobała mi się seria Heroes for Hire duetu DNA. Tak bardzo, jak nie podobała mi się ta miniseria. Pod koniec poprzedniego numeru już byłem skłonny kupić wyjaśnienie, że Misty była kukiełką w rękach żądnego zemsty Puppet Mastera. Nie podobało mi się takie wyjaśnienie, ale mógłbym je przełknąć. Natomiast wyjaśnienie, że działają razem nie tylko mi się nie podoba, ale też go nie kupuję. W dodatku wcisnęli jeszcze Paladina jako Scourge’a. Nie chciało mi się przeglądać poprzednich numerów, ale po odruchowym sprzeciwie wnoszę, że znalazłbym argumenty przeciw. Poza tym całość była strasznie naciągana i oparta na niedorzecznych wręcz zbiegach okoliczności oraz naiwności przeciwników. A jedyny interesujący mnie wątek – kim jest Death Stalker – nie został rozwiązany. No, ale dobra, zdaję sobie sprawę, że przemawiają przeze mnie wygórowane oczekiwania, więc dam 4/10.

Winter Soldier #3
Mr. M.:
Red Ghost przywraca nadzieję na zwycięstwo ZSRR drodzy towarzysze. Tymczasem Winter Soldier dostaje lanie od Dr. Dooma, co prowadzi do przewidywalnego rezultatu. Wykorzystanie zaś doombota prezentuje się bardzo ciekawie. Do tego sceny z wybudzonym agentem, nawiązanie do oryginalnej "Planety małp" i przyzwoite rysunki, sprawiają, że mimo kilku wad, czytało mi się numer z wielką przyjemnością. Zawsze jest miło zobaczyć dobre prowadzenie Victora. I zawsze miło poczytać nawiązania do przeszłości Uniwersum.
Gil:
Nie ma goryli z jet-packami, to już plus. Jest za to Doom i to aż w dwóch postaciach. To też plus, aczkolwiek ze znakiem zapytania, jeśli wziąć pod uwagę wydarzenia z F4 i FF. Jest też bardzo przystępna ekspozycja, tym bardziej mile przyjęta, że bardzo potrzebna, bo pewnie nie każdy kojarzył Lucię von Bardas, a ci co kojarzyli, zastanawiali się, jak znów wypłynęła. Na plus zaliczę też pierwszą scenę, a zwłaszcza panel z trzema małpami w klasycznych pozach: see no evil, hear no evil, speak no evil. Innymi słowy, fabuła brnie naprzód i rozwija się fajnie, a ja jestem szczerze zainteresowany, jakie będzie następne posunięcie Dooma (i czy to w ogóle prawdziwy on jest). No i mamy grafikę, która dzięki zmianie inkera jest teraz bardziej stabilna i jeszcze lepiej trafia w mój gust. Mogę nawet dać mocne 7/10 za całokształt, a w tym zestawieniu to i tytuł numeru tygodnia.

Wolverine and the X-Men: Alpha & Omega #3
Gil: Roooozciąąąąąągnięęęęteeee to na maxa… Przez 4/5 numeru nie dzieje się absolutnie nic nowego. Z jednej strony Quire gada sam do siebie, a z drugiej Logan i Hisako pocieszają się wewnątrz jego konstruktu. W tym czasie prawdziwy Wolverine biega po szkole i ryczy jak ranny łoś. Już sam nie wiem, czy to jakaś nowa moc, że jak ktoś powie magiczne słowo „berserker”, to owijają go druty kolczaste? Serio, to samo jest w tym tygodniu w jego solówce. I w końcu, tuż przed końcem numeru, Quire postanawia zaatakować go osobiście w konstrukcie. Koniec. 20 stron waty i 2 strony rozwoju fabuły. No i rysunku na poły paskudne, a na poły całkiem fajne. Nudne 3/10.

X-Club #4
Gil: Fighting nazis with science! Hell, yeah!!! Ten tytuł nabiera odlotowości z taką mocą, że niedługo znajdzie się na orbicie. A jeśli komuś, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, nie wystarczyłby argument z pierwszego zdania, mamy jeszcze: mutantów, roboty, sztuczną inteligencję, Atlantydę, fizykę kwantową, stację kosmiczną i Aarona Stacka (co z tego, że na jednym panelu)! I w ogóle nie obchodzi mnie, że chwilami ciężko to rozkminić, a rysunki mocno się wahają – świetnie się przy tym bawię! I mam ochotę zafundować Nemesisowi ten uścisk, którego tak pragnie, bo powoli wyrasta na mojego nowego ulubieńca. Konsekwentnie 7/10.


X-Men vol. 2 #26
Hotaru: Wow, Molina wspiął się na kolejny szczyt... a raczej stoczył na kolejne dno - kadr ze Storm, kiedy jej głowa jest praktycznie większa od korpusu, to mój osobisty faworyt. Fabuły nie będę oceniać, bo musiałbym napisać to samo, co ostatnio. Gischler powinien pisać fanfici. Do szuflady. A nawet lepiej - do pieca.





Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse238a.jpgAvengers: The Children's Crusade #9
Autor: Jim Cheung

Hotaru: Kolejna świetna okładka Cheunga, zawierająca pokłady epickości, której zabrakło trochę w środku numeru. Podobają mi się też chylące się ku czerwieni kolory Ponsora, podkreślające i wydobywające gorzką atmosferę - bez nich można by przeoczyć cmentarz na wzgórzu i zrezygnowanych bohaterów w tle.









Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.03.07


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.