Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #237 (05.03.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 5 marca 2012Numer 10/2012 (237)



Mniejsza niż zazwyczaj ilość dostępnych pozycji nie wpłynęła negatywnie na objętość naszej gazety. Jest więc wystarczająco dużo i treściwie. Tym razem głównymi bohaterami są Mściciele.



Amazing Spider-Man #680
Krzycer:
Coś mi tu nie gra, mam wrażenie, że Slott nie czuje Human Torcha. A może to ja nie czuję, żeby czymkolwiek się różnił od tego, kim był przed śmiercią (z drugiej strony Hickman w FF też tego na razie nie pokazał). Innymi słowy - jak tylko Spider-Man się z nim sparował zaczęła się stara śpiewka.
A na orbicie... tyż nuda. "Come with me if you want to live"? Naprawdę? Czasami ten cytat mnie śmieszy, ale tutaj wydał mi się po prostu koszmarną kliszą.
Do tego z rysunkami też coś było nie do końca w porządku. Twarze rysownikowi nie wychodzą.
Ogółem: standardowy Spider-Man Slotta. Niestety. Tęsknię za Initiative i She-Hulk...

Mr. M.: Kolejny etap wielkiego planu Octopusa, a przy tym rozwinięcie jego działań z czasów walki ze Spider-Slayerem. Do tego J.J.J. przestaje lubić Horizon Labs, co może mieć nieprzyjemne skutki w przyszłości. Spidey tymczasem nadrabia zaległości w znajomości z Human Torchem i razem udają się w kosmos, gdzie walczą, w warunkach pozbawionych grawitacji, z octobotami i octobotozombie. Teoretycznie dzieje się więc dużo i ciekawie. Niestety numer jest niemal pozbawiony jakichkolwiek emocji. Jedynie Jameson potrafi odrobinę wyłuszczyć z siebie trochę ludzkiej strony. Reszta, ze Spider-Manem rozmawiającym z Torchem na czele, jest neutralna i, jeśli trwałaby dłużej, byłaby zwyczajnie nużąca. Dialog między dwoma herosami, którzy nie widzieli się od tak długiego czasu to klasyczne w ich relacjach docinki. Rozumiem, że główny ciężar emocjonalny dot. powrotu Johnny'ego znajduje się w seriach pisanych przez Hickmana, lecz skoro już w ASM poruszono ten temat i skoro po "śmierci" Storma starano się wykreować emocjonalną historię, to jego powrót też powinien być taką próbą. Lecz nie jest. Pozostaje liczyć na lepszą część drugą oraz, że nadchodzące "Ends of Earth" podniosą jakość opowieści o Ścianołazie.
Gil: Wydaje mi się, że założeniem tego numeru było zbalansować powagę sytuacji dawką humoru na tle kliszy stacji kosmicznej, opanowanej przez coś złego. Wydaje mi się, ale nijak tego nie czuję. Powagi nie czuję, bo John Jameson jest etatowym astronautą w opałach Marvela i zawsze, ale to zawsze wychodzi z nich cało. Humoru nie czuję, bo bardziej mnie znudziły te standardowe przekomarzanki Piotrusia z Johnnym. Znów scenarzyści zapomnieli, że komiks nie jest medium dźwiękowym, więc dowcip ze śpiewem nie miał prawa się udać. No a klisza… pfff… jak to klisza – było. Tym bardziej, że zapowiedzi zdradziły już główny wątek, a mnie akurat nie podoba się aktualne podejście do postaci Octopusa. No i na koniec rysunki, czyli twarze rysowane od linijki i te przerażające oczy. Tak więc dla mnie to wszystko jest poniżej średniej, ale może komuś się spodoba. Dam 4/10.

Astonishing X-Men vol. 3 #47
Hotaru: Podobało mi się kilka motywów. Zaskoczyło mnie, że Scott nie poddał się emocjonalnemu szantażowi. Sposób, w jaki Hisako dostała power-upa, choć całkowicie logiczny i do przewidzenia, totalnie mnie zaskoczył. Finał całej historii jednak jakoś do mnie nie trafił. Nie był kiepski, ale też nie wbił mnie w fotel. Mam nadzieję, że Marjorie Liu poradzi sobie lepiej.
Krzycer:
Po cichu myślałem, że Cyclops faktycznie ma tamten świat gdzieś i skaże go na zagładę a Pak po prostu przedstawi to jako heroiczną decyzję (hej, jeśli użycie wirusa bojowego mogło być "hurra" to do rozwalenia planety "bo nie nasza" już niedaleko). Ale jednak nie.
Mam podobne odczucia, co Delirium - wątek z Hisako był spoko a reszta nie trzyma się kupy.
A, no i podobał mi się udział "naszych" Storm i Emmy, choć w sumie na wiele się nie przydały.

Gil: Tym razem nie będzie długiego rantu, bo… nie chce mi się tracić czasu na ten chłam i nie bawiło mnie znajdowanie w nim dziur. A dziur jest wiele. Wspomnę tylko o tym, że Pak zaprzecza sam sobie i niszczy cały klimat, który wcześniej udało mu się zbudować. Robi to ujawniając, że wszystkie poprzednie bateryjki poddały się dobrowolnie, a ja po prostu tego nie kupuję. Zaraz potem postanawia przywalić żelaznymi cojones Cyclopsa i udowodnić, że ten Summers jest wyjątkowy i bezkompromisowy. Innymi słowy: jego summersowatość jest najcyclopniejsza. I potem się biją i koniec. Okay, przyznam, że motyw z Hisako wypadł całkiem fajnie, ale zakończył się głupio. Spoiler: zły Savior dostaje taki cios w bebech, że wylatuje za horyzont. Animaniacs style! Mogę dać 3/10, ale nie więcej, bo ciężka chmura głupoty przesłania mi wszystkie pozytywy.

Avengers vol. 4 #23
Hotaru: Jedyny plus tego numeru, to fakt, że rząd Stanów Zjednoczonych nie ugiął kolana przed Osbornem. Wszystko inne jednak wywoływało we mnie albo irytację, albo nudę. Jestem w stanie zrozumieć, że Bendis nie potrafi pisać Storm, ale żeby tak topornie szło mu z wszystkimi pozostałymi Mścicielami?
avalonpulse237b%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Nowa postać dołącza do zespołu, niepewna swojego w nim miejsca. Przeżywa trudności, ale kiedy zespół znajduje się w potrzasku nagle to właśnie ona jest w stanie wszystkich ocalić. Od tego momentu jest już pełnoprawnym członkiem zespołu.
Klisza? Jasne. Mimo to ją lubię... jeśli tylko zostaje wykonana przynajmniej na średnim, rzemieślniczym poziomie.
Daisy Johnson nie zrobiła praktycznie nic od dołączenia do zespołu (ok, jedno przesłuchanie), Bendis w ogóle nie poświęcał jej czasu, o żadnym rozwoju nie ma mowy - ale teraz to ona ma wielkie wejście i wszystkich uwalnia.
A ja jako czytelnik, choć Daisy lubię (dzięki Hickmanowi), czuję się zirytowany. Bo znowu mam wrażenie, że Bendis napisał to na kolanie, zupełnie się nie przykładając. Ot, wymyślił z kim Avengers będą się bić, komu dadzą się złapać i kto ich uwolni, a resztę zostawił sobie na później i na minutkę przed oddaniem scenariusza sobie o tym przypomniał. Rezultat nie jest zły... jest po prostu koszmarnie nijaki. Znowu.
Za to Acunie znowu kilka kadrów naprawdę ładnie wyszło (przede wszystkim ten z Rulkiem i Iron Manem plecami do siebie).

Mr. M.:
Historia zmagań Avengers z Osbornem nadal mi się podoba. Faktem pozostaje to, że dialogi czasem kuleją, a logika potrafi gdzieś ulecieć. Mimo to walka, w której Mściciele porządnie dostają w kość i ich powolne wychodzenie ze złych sytuacji, sprawiają, że obecna fabuła w serii wzbudza sporo emocji. W tym numerze polepszyło się sporo rzeczy, choćby dialogi. Również zachowanie prezydenta uległo, przynajmniej na początku, poprawie, choć tłum ludzi przed Avengers Mansion nadal nie należy do najmądrzejszych. Z drugiej strony, nie bycie mądrymi, to domena tłumu. In minus liczę Quake, która trochę zbyt łatwo odnalazła bazę Osborna. Nie jest to jednak wielka wada, bardziej uwiera pokonanie Visiona poza kadrem. Do tego, nie w pełni rozumiem dlaczego żądania Osborna zostały spełnione? Brakuje konsekwencji w działaniach rządu. Seria więc nadal nie jest najwyższych lotów, lecz czyta się ją bardzo przyjemnie. Jest to zdecydowanie lepsza lektura niż większość pisanych przez Bendisa historii, które wyszły spod jego ręki ostatnimi czasy.
Gil: Kontynuujemy watki z poprzedniego numeru, czyli nadal nie dzieje się nic. Avengers są przetrzymywani i dźgani patykami przez tak zwanych naukowców, którzy za dużo gadają. Viper próbuje szantażować prezydenta… bo jak wiadomo, to się zawsze udaje. Ups, albo nie. Vision pojawia się w dwóch miejscach: raz rusza w pogoń za Osbornem, potem powraca jako jego ścierka do podłogi. I wszyscy przepadliby z kretesem, gdyby nie odsiecz Mary Sue… ehm, znaczy się – Daisy Johnson. Teraz już na pewno wszystko będzie dobrze… został w końcu tylko jeden numer. Mały plus jest taki, że trochę udało się uporządkować chronologię. Natomiast rysunki Acuny dostosowały się do poziomu scenariusza i zbrzydły. Chociaż podejrzewam, że dużo do rzeczy ma tu marny kolor i tusz. No i w zestawieniu tygodniowym muszę dać 2/10.
Arachnid: Niestety wciąż wieje nudą. Vision jest nadal poniewierany. Prezydent negocjuje z terrorystami. Avengersi są przetrzymywani, aż do przybycia dzielnej Quake, której obecność sprawia, że w mgnieniu oka uwięzieni odzyskują siły i są zwarci i gotowi do akcji. A na koniec dostajemy Osborna wycierającego podłogę Visionem, w otoczeniu wojowników ninja. Kiepski numer, którego nawet rysunki nie ratują, gdyż są równie słabe.

FF #15
Krzycer:
Nie ma Bobillo! Huzzah! Ale Dragotta też nie zachwyca. Przynajmniej obyło się bez ogrzej Valerii.
Poza tym numer jest w porządku, ale jestem trochę rozczarowany. Myślałem, że niewidocznym przyjacielem Franklina będzie ktoś ciekawszy, ktoś, kogo ujawnienie mnie autentycznie zaskoczy.

Mr. M.: Hickman sprawnie związał wydarzenia z "FF" i "Fantastic Four", zostawiając nas przed finalnym starciem z Celestialami. Dziecęca akcja, pojawienie się Power Pack, czyli elementy, których obawiałem się najbardziej okazały się udane, a krótka walka z Moloidami była przyjemnym przerwynikiem od Galactusa, Celestiali i innych kosmicznych istot. Pojawia się też trochę humoru, który, choć nieodkrywczy, to utrzymany jest na wysokim poziomie. Do tego wyjaśniono postać tajemniczego znajomego Franklina. Nadal dzieje się sporo, czyta się świetnie i z niecierpliwością oczekuję finału. Równocześnie żałując, że już niebawem Hickman skończy przygodę z pierwszą rodziną Marvela.
Gil: Znów numer służy jako wsparcie dla ostatniej odsłony F4, ujawniając, co działo się za jej kulisami. I jest to bardzo dobre wsparcie, wyjaśniające kilka szczegółów, bo jak wiadomo – w nich tkwi diabeł. Val jest świetna jak zawsze, ale tym razem Franklin dzielnie dotrzymuje jej kroku. Było też kilka innych fajnych i zabawnych momentów. Gościnny występ Power Pack zaliczę do udanych, aczkolwiek nie nachalnych, bo między nami mówiąc, gdyby nie okładka, można by go przegapić. Całość kończy się w tym samym momencie, co wspomniany już poprzedni numer Fantastycznych, więc jedynym minusem jest fakt, że nie wyszedł równocześnie z nim (tak jak było to miesiąc temu). No i dla niektórych plusem na pewno będzie zmiana rysownika, chociaż u mnie nie wpłynęła na odbiór. I tak dam 7/10.

Moon Knight vol. 6 #10
Krzycer:
Komiks w porządku. Trudno mu coś zarzucić.
Ale, cholera, lubiłem Echo i nie mogę odżałować, że Bendis (który przecież "miał co do niej plany" jeszcze kiedy "Spider-Woman" miała być ongoingiem) wrzucił ją tutaj tylko po to, by ją zabić.
A ponieważ widzimy jej sekcję, to nie ma przebacz - jest tak martwa, jak to tylko w komiksie możliwe.Szkoda.

Mr. M.: Mimo że nie przepadam za wizją Moon Knighta, jaką wykreował Bendis, to ostatnie numery okazały się dość interesujące. Starcia z Count Nefarią, dobrze pokazane wykorzystanie urządzeń imitujących zdolności Captaina, Spider-Mana i Wolverina, śmierć Echo, pojawienie się Madame Masque - wszystko prezentuje się intrygująco, choć nie sprawia, że można uznać serię za wyjątkową. Pozytywne postaci, z Rycerzem na czele, są nazbyt nijakie i w ogóle się nie zmieniają. W każdym numerze, Marc ma podobne kwestie i podobne problemy. Szczęściem, lepiej prezetnuje się ta zła strona. W nowym numerze Masque rusza do akcji, szybko i skutecznie. Moon Knight w tym czasie dochodzi do siebie po ostatnich wydarzeniach, a bohaterem początku okazuje się Buck. Oprócz tego, nie dzieje się tutaj zbyt wiele, ot Spector "rozmawia" z wyimaginowanym Wolvie'm, po tym, jak jego sidekick wyciągnął go ze szpitala, a tymczasem Madame zabija lekarzy, kradnie broń Echo i głowę Ultrona. Zapowiada się jednak interesujący pojedynek, który będzie dobrym akcentem na zakończenie serii. Serii, która wciąż pozostawia mnie z mieszanymi odczuciami.
Gil: Po intensywnych wydarzeniach poprzedniego numeru, mogliśmy się spodziewać, że ten zwolni tempo i poświęci trochę miejsca na ukazanie reakcji. Tak właśnie się stało. Ale mimo wszystko, znalazło się tez miejsce na kilka zaskakujących zdarzeń, które popychają akcję do przodu. Takim zdecydowanie jest wejście na scenę Madame Masque – dobrze podkreślone i podparte back-story. Fajnie został też przedstawiony stan Spectora, który znów zaczyna się łamać. No i w sumie pozostałym składowym też nic zarzucić nie mogę. To najlepszy Bendis w tym tygodniu i jak zawsze świetny Maleev, więc i 7/10 być może.

New Avengers vol. 2 #22
Hotaru: W starciu dwóch "bendisowskich" serii o Mścicielach, w tym tygodniu to "Nowi" wygrywają. Wprawdzie tylko za sprawą wątku z Victorią Hand, ale to wystarczyło. Mam do pani Dłoni jakąś słabość, mam nadzieję, że już niedługo trafi w ręce scenarzysty, który będzie wiedział, co z nią zrobić, tak jak wcześniej Layla Miller trafiła do Petera Davida po House of M. Wszystkie pozostałe postaci obchodzą mnie coraz mniej.
Krzycer: Przeglądałem ostatnio Thunderboltów Ellisa. Nie wiem, co się Deodato stało, ale żałuję strasznie, że się stało.
Przechodząc do komiksu, mam z nim dwa problemy. Bendis jak zwykle nieźle oddaje chaos, jaki prawdopodobnie naprawdę panowałby podczas takiej sytuacji, jak oblężenie rezydencji i próby dostania się do środka. Minusem tego jest, że przez ileś stron oglądamy naszych bohaterów jak robią z siebie durniów i rzucają tylko urywkowe "ale co się dzieje?", "mamy prawa!" i "jaja sobie robicie?".
Drugi problem to przesłuchanie Victorii Hand. Sorry, ale tortury psychiczne to nadal tortury. Jeśli Avengers chcą pokazać, że są lepsi od Osborna, to nie tędy droga.
Poza tym jakoś mi się nie zgrywają te dwa numery ze sobą. O co chodzi z Osbornem latającym nad jakimiś pożarami? Czy to niby rezultat starcia między nim, a Visionem?

avalonpulse237c%20%5B1600x1200%5D.JPGMr. M.: Intryga Osborna widziana z perspektywy Nowych Mścicieli traci już rozpęd i zaczyna usadawiać się na torach, kierujących ją w coraz bardziej przewidywalnym kierunku. Motyw z Victorią Hand był zbyt rozwleczony, szczególnie, że już wcześniej wiadomo było, że nie jest zdrajczynią. Na plus liczę fakt, że Bendis nie zapomniał, że Daredevil zwykle wie, że ktoś kłamie. Ciekawym pomysłem było również zaklęcie Dr. Strange'a, lecz nie jest to nic, co szczególnie podnosiłoby walory komiksu. Tymczasem Luke Cage nadal zachowuje się dość głupio i udowadnia, że jest zbyt impulsywny by zajmować ważne stanowisko w New Avengers. Wątek jego żony zaś w ogóle już mnie nie interesuje. Tym bardziej, iż okaże się zapewne, że to ona potajemnie informowała Osborna. Jeśli zaś o Normana chodzi, to Bendis zaczyna przyspieszać akcję w jego grupie. Gorgon i Madame Hydra mają już zamiar zając się własnymi intrygami, Norman wysyła swoich New Dark Avengers do rozprawienia się z herosami, a Skaar zaczyna miażdżyć, gdy dowiaduje się o miejscu przebywania Capa. Scenariusz czym prędzej przygotowuje nas na to, że już niebawem otrzymamy wielki, mam nadzieję, pojedynek między obiema stronami. Być może jednak Brian jakoś ładnie połączy obie drużyny w jeden wybuchowy/epicki koniec? Póki co, wszystko zapowiada się interesująco, choć każdy kolejny numer obu serii jest nieco rozczarowujący. Historia ma większy potencjał niż to, co obserwujemy.
Gil: Lepsza z odsłon Avengers w tym tygodniu, ale czy to znaczy, że dobra? Niestety, nie. Grupa biega za własnym ogonem, jak kot z pęcherzem, tłukąc funkcjonariuszy federalnych, torturując niedawną współpracownicę i sypiąc z rękawa personalnymi przytykami przy każdej okazji. Miałem wrażenie, jakby Bendis próbował tu pisać własną wariację na temat Cry For Justice – brakowało tylko wtrącanych co dwie strony kwestii „We must avenge!” A jeśli ktoś wie, o czym mówię, to zrozumie też, gdy powiem, że najgorszego dopiero się spodziewam. Ale też mam nadzieje, że się mylę, bo końcówka zapowiada, że coś tu jeszcze może się wydarzyć. W czym więc ta odsłona była lepsza od bezprzymiotnikowych? Grafika jest lepsza, choć nadal daleka od szczytu formy Deodato. I jest tutaj jakaś dynamika, chociaż nie leży mi ani pod względem formy, ani treści. Dlatego tutaj dam 3/10.
Arachnid:
Niestety nadal bez większych rewelacji, choć tragedii też nie ma. Tym razem przynajmniej darowano nam wątek z Jessicą Jones i Squirrel Girl, ale za to dostaliśmy Cage’a rzucającego się na funkcjonariuszy. Całkiem nieźle wypadło przesłuchanie Victorii Hand. Mocne uderzenie (dosłownie) Mockingbird na dzień dobry, poprzez ciekawą iluzję Dr Strange’a, a kończąc na udowodnieniu, że oskarżona mówi prawdę. Podobało mi się zakończenie numeru, którego szczerze mówiąc nie spodziewałem się. Może jednak Bendis pozytywnie nas zaskoczy na zakończenie tej historii. Ogólnie jest lepiej niż w przypadku „bezprzymiotnikowych”, niewiele lepiej, ale jednak. Rysunki są zdecydowanie lepsze, choć artysta mógłby się bardziej postarać.

The Twelve #10
Krzycer:
Nie pamiętam, czy domyślałem się, że DM był sprawcą - nie pamiętam, bo nie pamiętam nawet kiedy właściwie czytałem pierwsze siedem numerów 12. Szczerze mówiąc, w tym momencie czekam tylko aż seria się skończy i liczę, że niektórzy z bohaterów pojawią się gdzieś indziej. Szczególnie liczę na spotkanie Phantom Reportera z Norą Winters w jednej redakcji. Najlepiej u Rucki w "Punisherze".
Gil:
Przez chwile myślałem, że jednak JMS spróbuje nas czymś zaskoczyć, np. kierując podejrzenia na Excello, albo wykonując niespodziewany zwrot w kierunku Wondera… Ale nie, jednak poszliśmy szlakiem wytyczonym od początku. Z jednej strony, jest to satysfakcjonujące, zwłaszcza jeśli ktoś rozgryzł podejrzanego po drugim numerze i czekał na potwierdzenie swoich domysłów. Z drugiej strony… Cóż, powiedzmy sobie szczerze – wielka rewelacja tego numeru wcale taka wielka nie była. Czytelnik, który wykazał choć odrobinę zainteresowania poza czytaniem kolejnych numerów, wiedział już na pewno, że Dynamic Man jest androidem i pewnie tylko westchnął, przechodząc nad tym do porządku dziennego. Mimo wszystko, ciekawa okazała się w tym wszystkim motywacja sprawcy, czyli jego brak seksualności i zaprogramowana niechęć do jej przejawów (zwłaszcza tych niezgodnych z definicją). Efekt końcowy jest może nieco śmieszny, ale sam pomysł jak najbardziej dobry. No to tym razem daję mocne 7/10 i czekam na wielki pojedynek.


Ultimate Comics: X-Men #8
Hotaru: Dopiero w tym numerze widzę, że Nick Spencer naprawdę ma pomysł na tą serię. Pierwszy numer bez głównych bohaterów, i nagle stało się o wiele ciekawiej. Zaczynam żałować, że nie czytałem Ultimate Comics Hawkeye. Podobała mi się rozmowa Nicka z Val, zaskoczyła mnie ostatnia akcja Liz przed powrotem z akcji, i nie mogę się doczekać, aż dowiem się, o co tak naprawdę chodzi Jean. Trochę to trwało, ale wreszcie Spencer mnie autentycznie zaintrygował. Lepiej późno, niż wcale.

Krzycer: Podoba mi się, że wreszcie widzimy Ultimate X w akcji - zwłaszcza, że to typowo superbohaterska akcja. Zaciekawiło mnie telepatyczne intrygowanie.
I tylko Nick Fury nie dał mi spokoju. Bo ni w ząb nie pasuje do załamanego Fury'ego z Ultimates, a jeśli dobrze rozumiem obie historie rozgrywają się w tym samym czasie. Ale może się czepiam.
Poza tym - chyba najlepszy numer UC:XM jak na razie. Co szczególnie trudne nie jest, więc liczę, że będzie jeszcze lepiej.


Venom vol. 2 #13.4
Mr. M.: Przedostatnie spotkanie z "Circle of Four" posiada kilka piekielnych krajobrazów, które dość ładnie się prezentują. Natomiast obecność Strange'a i Daimona nadal wydaje mi się zbyt ograniczona i nijaka. Na szczęście pojawia się mały fabularny twist, gdy Blackheart przekonuje Hellstorma do zaprzestania walki. Tymczasem nasi główni bohaterowie, po zwątpieniu Alejandry w możliwość zwycięstwa, ruszają skopać demoniczne tyłki. Jest więc sporo akcji, Blackheart jest silnym oponentem, a końcowe przejęcie przez Venoma i Rulka ducha zemsty jest niezłym pomysłem. Designem przypominającym wygląd Vengeance'a. Piąte spotkanie z piekielnym pomiotem nadal czyta się przyjemnie, choć teraz wszystko budzi już zdecydowanie mniej emocji niż wcześniej. Jednak taki krótki, piekielny mini-event jest miłą odskocznią od klasycznego superhero, a nastrój lat 90. posiada jeszcze nieco uroku.

Gil: Muszę zauważyć, że z tą numeracją po przecinku, autorzy trochę strzelili sobie w stopę. Mnie to irytuje, a nawet ludzie, którzy przygotowują marvelowego Watchera zupełnie się pogubili i powiedzieli, że wychodzi numer 13.2. A właściwie, po co to wszystko? Historia zaczyna się w numerze 13, a kończy w 14, stąd implikacja, że wystarczy przeczytać te dwa komiksy, by złapać całość, a wszystko, co było po przecinku jest tylko niezobowiązującym dodatkiem. Jakoś mnie się nie wydaje… No ale dobra, wracamy do tego numeru: herosi wracają z piekła i w końcu zaczynają współpracować. Udaje im się przechytrzyć Blackhearta, po czym wykonują fusion dance i na ostatniej stronicy ukazuje się nam… VENULK RIDER??? Rick Remender - you just made Vengeance sad! Jak dotąd nie wiedziałem, czy mam się z tej całej historii śmiać czy płakać. Teraz już wiem. Ale niech będzie, ze dam 5/10.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse237a.jpgUltimate Comics Ultimates #7
Autor: Kaare Andrews

Hotaru: Niby nie ma w tej okładce nic nadzwyczajnego, a jednak takiego ładunku "bad-assowości" nie powstydził by się nawet Bruce Willis. Nie mamy wątpliwości, kto tu rozdaje karty. Kolejna świetna okładka Andrewsa. Gdzie on się chował przez te wszystkie lata?









Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.02.29


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.