Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #236 (27.02.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 27 luty 2012Numer 9/2012 (236)



W ostatni poniedziałek lutego Pulse ponownie długi i obszerny. A ponieważ godzina już późna nie będę was dłużej przetrzymywał. Życzę przyjemnej lektury.



Avengers Academy #26
Hotaru: Chyba jeszcze nigdy nie skomentowałem tak żadnego zeszytu - najlepsza w tym numerze jest strona z listami. Po zupełnie nietrafionej okładce (już w poprzednim numerze powiedziano, że Jocasta nie została zamordowana, więc co znaczy ten cover?), nastąpił nudny przegadany komiks, który dość topornie przygotowuje grunt pod przyszłe historie. Przez to też strona graficzna jest nienatchniona - Grummett miał do narysowania 20 stron gadających głów. Mam nadzieję, że spadek formy jest tymczasowy.
Krzycer:
Bardzo bym chciał, by Gage poprowadził wątek Jeremy'ego poważnie i nie wyjawił nam za pięć numerów, że ten jednak jest bardzo sprytnym łotrem. Bardzo bym chciał, bo to naprawdę obiecujący wątek. Ale jakoś spodziewam się kliszy.
Poza tym - niezły numer. Niepotrzebny początek walki, ale przynajmniej szybko została przerwana.


Captain America and Bucky #627
Gil: Miło było, ale wygląda na to, że się skończyło. Wciąż najsilniejszą częścią fabuły jest backstory zbudowana wokół podstarzałego Bucky’ego i śmierci Williama Naslunda. Niestety, część fabuły osadzona w teraźniejszości za bardzo się zapędziła i nabrała przesadnego rozmachu. Nagle okazuje się, że wmieszany jest jakiś ważniak generał, przeciwnik dokonuje cudów, o jakie wcześniej bym go nie podejrzewał, a w dodatku chodzi mu o to, by zastąpić Capa, bo… właściwie to nie jest to do końca jasne. Tym razem zejdę z punktacją do 5/10, ale mimo wszystko czytało się całkiem nieźle.


Fantastic Four #603
Krzycer: Dzieje się dużo i na kosmiczną skalę, co niestety kilka razy jest unaoczniane tym, że cały kadr wypełnia błysk energii.
Co poza tym? Zapamiętałem, że szalone celestiale spowerrangerowały Galactusa.
Dzieje się dużo i czyta fajnie, ale... nadal czuję się, jakbym oglądał wybuchowy finał filmu akcji, który od godziny już mnie nie interesuje.

Gil: AWESOME! I to na wielu poziomach! Czysta uczta dla każdego fanboya, nawet jeśli nie jest wielbicielem Fantastycznych. Galactus vs. Celestials! Mało? A co powiecie na Galactusa vs. Calestianie połączeni w Megazorda? Hyperawesome! Stworzona z miast broń przeciwko Celestianom! Sue samotnie broniąca wszystkich przed Celestianami! Wejście smoka na końcu, a do tego kilka chwytających za serce i zabawnych scenek pomiędzy tym wszystkim. Możecie odnieść wrażenie, że przesadzam z wykrzyknikami, ale nie – szczerze mogę powiedzieć, że dawno nie miałem takiego poczucia, że czytam coś zwyczajnie zajebistego. Do cudów jeszcze tego numeru nie zaliczę, ale 9/10 dostanie.
Mr. M.: Kosmiczne starcie Galactusa z szalonymi Celestialami robi naprawdę wielkie wrażenie. Raczej ze względu na scenariusz niż na walory wizualne. Nie chcę napisać, że rysunki są złe, wręcz przeciwnie, lecz większość starć to oglądanie kolorowych promieni energii. Cóż zrobić, kosmiczne potyczki zwykle tak wyglądają. Fabularnie zaś Hickman konsekwentnie kontynuuje swoją historię, która robi o wiele bardziej epickie wrażenie niż ostatnie eventy Marvela i nie potrzebuje przy tym kilkunastu nijakich tie-inów. Fabuła posuwa się do przodu, potrafi przy tym zaskoczyć, dzieje się dużo, lecz nie nazbyt szybko i nadal trzyma w napięciu. Do tego kooperacja F4 z resztą prezentuje świetne zgranie zespołowe, a finał numeru obiecuje, że dalej nie będzie wcale gorzej.

Magneto: Not A Hero #4avalonpulse236b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Hotaru: Dobre czytadło. O tym, że na rysunkach Claya Manna przyjemnie jest zawiesić oko, trąbiliśmy już od dawna. Teraz dodatkowo wiemy, że Skottie Young ma potencjał, by być równie dobrym scenarzystą, co jest rysownikiem. Jego skrypt nie był idealny - dialogom niczego nie zarzucę, ale zgadzam się z Krzycerem, że końcówce brakowało "kropki nad i". Jednak jak na pierwszą próbę (nie liczę krótkiego opowiadania z Anole), jest o wiele lepiej, niż dobrze. Liczę, że jeszcze będziemy mogli śledzić talent Younga w mainstreamowym Marvelu - zarówno ten scenarzysty, jak i rysownika.
Krzycer:
Podpisuję się pod wszystkim, co napisał Wilsonon, ale muszę dorzucić jedno "ale".
Po finałowym starciu komiks za szybko się kończy. Zabrakło mi tam pokazania czy to wszystko jakkolwiek wpłynęło na Magneto, co właściwie stało się z Josephem, czy ktoś wyjaśnił o co chodziło mediom i opinii społecznej czy za miesiąc Bendis wyciągnie "masakrę którą Magneto urządził na stadionie" jako argument Osborna/Wonder Mana...
Tak czy inaczej Skottie Young udowodnił, że jest nie tylko świetnym rysownikiem, ale i przynajmniej dobrym scenarzystą. Będę trzymał kciuki, by Marvel zatrudnił go przy tytule, który pisałby i rysował samemu. Najlepiej o Chamberze.

Wilsonon:
No pięknie! Ostateczny zeszyt posiada wszystko co trzeba: począwszy od wyjaśnienia wątków aż po walkę dwóch Magnetonów. Samo starcie cudne! Na początek wykończenie pobocznych pachołków, potem pach! i wyskakujące metro, świetna scena z zamianą wagonu pełnego ludzi w prostopadłościan o grubości 1,5 metra i na koniec walka na pięści i asekuracyjne pozbycie się świadków. Dzięki przedstawionym scenom czuję to samo co w przypadku komiksów Remendera, w których nie jest stosowana zasada "Uratuję wszystkich!" i nikt nie ginie.
Magneto jest przedstawiony tak jak go widzę: bezwzględny, chłodno kalkujący, pewnym swego i swojej siły potężny mutant. I tak powinien być prezentowany zawsze.
Rysownik leciutko obniżył loty, ale nie przeszkadza to w odbiorze.

Gil: Sponsorem tego numeru jest słowo „niedosyt”. Duet Young Mann zafundował nam 4 numery serii, która ma dość mocną fabułę i świetną grafikę, więc kiedy czwarty numer dobiegł końca, tylko jedno pytanie cisnęło mi się na usta: „I to tyle?” Nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowany, bo jednak była to dobra lektura, ale gdy już dowiedzieliśmy się kto, co i dlaczego… „niedosyt” & „i to tyle?” Mimo wszystko, dam 7/10 i większość z tego zarobił Clay Mann.

Mighty Thor #11
Gil: No i wyszło szydło z worka: wkurzający Tanarus to Ulik Troll! Thor też jest blisko wyjścia i skopania mu ogródka. Aczkolwiek zważywszy na fakt, że do wnętrza Demogorga dostał się przez paszczę, wolę sobie nie wyobrażać, którędy się wydostanie. O dziwo, tym razem nie będę narzekał na skrypt, bo poza paroma typowymi dla autora zgrzytami, nawet jestem w stanie go kupić. Nie będę się też czepiał bijatyki wewnątrz Demogorga, bo wiadomo – to istota abstrakcyjna. Jakoś bardziej drażniła mnie grafika. Trolle nie wyglądają trollowato (znajdźcie sobie wczesne wersje Ulika i porównajcie), a Tośka w ogóle nie rozpoznałem. A zwłaszcza drzaźnią mnie te tła z photoshopa i przejaskrawione schematy kolorów. Tym razem dam 5/10.


New Mutants vol. 3 #38
Hotaru: Moje zarzuty co do tego tytułu nie uległy zmianie po tym numerze - DnA piszą fajne sceny, w każdym numerze znajdzie się po kilka udanych scen, ale są to jedynie rodzynki w zakalcu. Całość nie sprawia wrażenia spójnego, przemyślanego i konsekwentnego produktu. Wciąż czuję, że Abnett i Lanning nie mają pomysłu na tych bohaterów, że miotają się od przebłysku do przebłysku. Liczę, że współpraca z Kieronem Gillenem nad "Exiled" pozwoli im w końcu wjechać na właściwe tory, jeśli nie... to cóż, dziękuję i następny proszę.
Krzycer:
Fajny numer. Najciekawsze było to, co dzieje się między postaciami, samo zwiedzanie zarażonej wyspy było takie sobie. Przydałaby się jakaś retrospekcja ze śmierci Douga - nie wiem, jak większość czytelników tego tytułu, ale ja nie mam pojęcia co się stało, gdzie teraz są i kto tam wcześniej mieszkał. Ani kim jest Wielki Ptak.
Gil: Patrząc wstecz dochodzę do wniosku, że mogłem być zbyt surowy dla poprzedniego numeru, bo teraz wydaje mi się miłym urozmaiceniem pomiędzy dwiema historiami, które są, delikatnie mówiąc, mało interesujące. Na początku tej odsłony otworzyłem się trochę na nadzieję, bo Cypher jest moją ulubioną postacią w tym teamie (mówcie co chcecie, ale jego zdolności są awesome!) i cieszyłem się na myśl o powrocie do historii, w której niegdyś dokonał żywota. Niestety, po przekroczeniu półmetka, moje nadzieje oklapły i okazało się, że opowieść zmierza w zupełnie innym kierunku. A ten kierunek jakoś mnie nie ekscytuje. Dam jej szanse, ale nie spodziewam się wiele. Póki co, dam 6/10 i to głównie za pierwszą połowę.

avalonpulse236c%20%5B1600x1200%5D.JPGSecret Avengers #23
Krzycer: Jesus H. Christ, Beast odgrywa konkretną rolę w tym numerze! Wiem, wiem, Ellis i Spencer poświęcili mu po numerze każdy, ale Remender wreszcie znalazł dla niego funkcję oderwaną od komputera. Korygowanie przywódczych błędów Hawkeye'a powinno mu dać sporo do roboty.
Choć nadal mam wrażenie, że Beast może pełnić tę funkcję tylko dlatego, że Pym przejął jego rolę "gościa od komputerów i nauki i w ogóle".
Poza tym numer skupia się na O'Grady'm. Jeszcze lepiej! Tylko że kończy się niefajnie. Tym razem mam szczerą nadzieję, że to zmyłka.
Ogólnie to najlepszy z trzech dotychczasowych numerów Remendera.

Gil: Tęsknię do Ellisa. Każdy z jego stand-alone-issues miał więcej treści niż dotąd udało się wycisnąć Remenderowi z tej historii. Wiemy, że są jacyś Adaptoidzi i mają podziemne miasto robotów. Natomiast większość czasu poświęcone jest na budowanie drużyny, czyli w zasadzie, pokazywanie jakim dupkiem jest Hawkeye. A jest tak wielkim dupkiem, że w końcu Beast mu to wygarnia w środku bitki. Przymierzamy się do dołączenia Venoma do tej zbieraniny, ale oczywiście wyżej wymieniony bucefał musi stwarzać problemy. Na pocieszenie dostajemy na razie Human Torcha. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cała jego obecność jest tylko po to by mógł powstać ten epicki panel, na którym Steve z błyskiem w oku mówi: „Jim killed Hitler.” Tymczasem, paradoksalnie, największym bohaterem okazuje się dotychczasowy etatowy dupek drużyny - Ant-Man. I to zaliczam in plus. Zdecydowanie na minus, ponownie grafika i ponownie z podkreśleniem tego samego problemu: Beast tak nie wygląda! Tym razem 6/10.
Mr. M.: Adaptoidy i reszta bad guy'owego tałatajstwa jest nijaka. W ogóle mnie nie interesują, do tego monolog ich szefa nuży. Oby Remender szybko ich wyrzucił. Z drugiej strony sami SA prezentują się lepiej niż ostatnio. Hawkeye dalej jest nieco irytujący, ale Beast pokazuje mu błędy postępowania. I przy okazji rozwija bardzo swoją postać w ramach serii. Reszta prezentuje się bez rewelacji, prócz Ant-Mana, któremu poświęcony w większości jest ten numer. I potrafi on z łatwością udźwignąć go tak, by zrekompensować niemal wszystkie wady. I dostarcza świetnego cliffhangera. Venom tymczasem jeszcze nie rusza do boju, lecz nie oczekuję z zapartym tchem jego działalności w sekretnych mścicielach, więc jego osoba nie wzbudza we mnie wielkich emocji. To, co jednak stanowi dla mnie największy plus dot. członków SA to oryginalny Human Torch. Będąc fanem starych komiksów, bardzo się cieszę z Golden Age'owych herosów, kiedy tylko mają okazję pokazać, że nadal są przydatni. A na pewno są. Doskonale wypada jego wprowadzenie ze świetną "Jim killed Hitler" sceną. Mógłby Remender odnaleźć jeszcze jakichś innych dawnych superbohaterów. Wiem, że choć jedna osoba bardzo by się wtedy ucieszyła.
łukasz: Ten lepszy z komiksów Remendera z tego tygodnia, pod względem graficznym oraz scenariusza. Czołową postacią okazuje się tu (kreowany w innych tytułach na erotomana oraz nieodpowiedzialnego osobnika) Ant-Man. Jego podróż na gapę z nowymi przeciwnikami, obrona matki oraz jej dziecka, oraz próba ucieczki z dzieciakiem pod ręką, którą bardzo prawdopodobne przypłacił własnym życiem, są najciekawszymi dla mnie momentami tego numeru. Inne kadry mniej zapadają w pamięć. Rysunki nie przeszkadzają w odbiorze komiksu, a to już duży plus. Kompletowanie nowych członków teamu przez Steva Rogersa, przypomniało mi najlepsze początkowe numery New Avengers Bendisa sprzed ponad 7 lat.

Ultimate Comics Spider-Man vol. 2 #7
Hotaru: Wątek Prowlera robi się coraz bardziej mięsisty, obawiam się trochę jednak, że równocześnie staje się coraz bardziej przewidywalny. Mam nadzieję, że Bendis mnie zaskoczy, a nie pójdzie w kierunku, że wuj Aaron zacznie zmuszać Milesa, by dla niego kradł. W tym numerze dostaliśmy trochę nienatchnioną walkę z Omega Red, ale wybaczę to, bo początkowa scena w mieszkaniu Moralesów była świetna. Nadal nie przywykłem do kreski Chrisa Samnee, trochę szkoda, że po nim nie wraca Sara Pichelli. Ale kto wie, może David Marquez mnie do siebie przekona?
Krzycer:
Miles Morales poznaje świat. A konkretnie - swoje możliwości. Nie bardzo wie, jak to zrobić, i to "nie bardzo wiadomo co" dominuje w tym wątku. Poza tym rozróba z Omegą Redem - nuda, punch-punch-venom blast i pozamiatane. Przyjmuję zakłady za ile walk jakiś przeciwnik okaże się odporny na VB i bohater będzie bardzo zdziwiony i oberwie w paszczę i to będzie cliffhanger. Sam obstawiam: jeszcze dwie.
Wątek wujka Milesa był ciekawszy. No i obiad rodzinny Moralesów wypadł sympatycznie - dobrze widzieć, że Bendis nie stracił wyczucia do takich scen.


Uncanny X-Force #22
Hotaru: Tak brzydkiego i tak nudnego numeru Uncanny X-Force Remendera jeszcze nie czytałem. Wbrew pozorom, nie lubię krytykować, a ponieważ na temat tego numeru nie jestem w stanie napisać niczego dobrego, to już skończę.
Krzycer:
AoA Nightcrawler traci na wyrazistości. Poprzednie kilka numerów Remender pokazywał, jak bardzo AoA Kurt różni się od 616 Kurta, ale jak przyszło co do czego AoA Kurt od razu zaczął pełnić tę samą funkcję.
Przynajmniej Skinless Man prezentuje się ciekawie, choć też zwróciłem uwagę na niezgodności z tym, co o Weapon Plus pisał Morrison.
Poza tym, kto by pomyślał, że Skin nie był jedynym mutantem, którego natura postanowiła obdarzyć tą samą, niemal bezużyteczną mocą?
Ogólnie: nieźle się to czyta, ale wyglądam końca przygody w Otherworldzie.

Pariah:
Historia w Otherworld może i nie jest najlepszą historią Remendera, ale czyta mi się ten komiks nadal bardzo dobrze. Poszczególne wątki są dobrze prowadzone i ciekaw jestem co z nich wyniknie. Zastanawia tylko cała masa retconów. Nie są to złe retocny, ale jednak czytając to, czuję, że coś jest zmienione. Chcodzi o wątki zapoczątkowane przez Morrisona, takie jak kim byli Weapon II-IV (We3, wedle jego sugestii) oraz kiedy pojawił się po raz pierwszy Fantomex. Jest lekki zgrzyt, ale z drugiej strony Fantomex tylko korzysta na odrobienie back story, np. w końcu wiemy skąd ma (miał) te "inteligentne pociski". Sam Weapon III/Skinlessman też prezentuje się fajnie, choć mogli go podpiąć pod Weapon V-VI. Mimo to minusy są drobne, a plusy całkiem spore.
Gil: Hm… więc jednak pan Oskórowany jest nowa postacią. W dodatku związaną z przeszłością Fantomexa i programem Weapon Plus. To plus. Podobnie jak sama konstrukcja tej postaci i jej ciekawe zdolności. Szkoda, że koncepcja została zarżnięta przez kiepską grafikę, bo w rękach prawdziwego artysty mogłaby być naprawdę – że tak to ujmę – mięsista. Małym minusem jest niezwykły zbieg okoliczności, jaki sprawił, że obaj znaleźli się w tym miejscu. Z drugiej strony, jeśli Brytowie wykazują szczególną fiksację na punkcie tworów Weapon Plus, mogłoby to uzasadnić bezsensowne porwanie Fantomexa, ale to by trzeba najpierw udowodnić. Innym minusem jest fakt, że poza tą częścią, numer jest wypchany watą, która ma wepchnąć pozostałe postacie na właściwe pozycje przed finałem. Znajdzie się w tych wypełniaczach parę niezłych tekstów, ale generalnie ciągną się i przynudzają. Tym razem dam 5/10 i dorzucę sławetne „kończ waść!”
łukasz:
Strona graficzna bardzo przeszkadza w pełnym odbiorze tego komiksu. Chociaż rysunki, w porównaniu do numeru pierwszego tej historii, jakby nieco się poprawiły. Już mam stanowczo dość tego całego wątku Captaina Britana, jego rodzinki oraz procesu Fantomexa. Z niekłamaną szczerością cieszy mnie fakt, że jeszcze tylko 1 numer tej nudnej jak na Remendera historii. Więcej był nie zniósł. Dawno tak szkaradnych rysunków nie widziałem. Nawet John Romta Junior rysuje moim zdaniem lepiej. Ogólnie jeden wielki chaos, przez który przebijają się dymki oraz fabuła :/ .

Venom vol. 2 #13.3
Gil: Poprzednio wszyscy zginęli, teraz trafili do… nieba? Naaah! Oczywiście, że do piekła! I to nie byle jakiego, bo tego pod rządami Mephisto. A jak wiadomo, Mesiu jest strasznie cięty na swego synalka, za starą historię z obalaniem, więc bardzo chętnie pomoże przełożyć go przez kolano. Oczywiście, nie darmo. To właściwie cała treść numeru, którego większą część wypełniają indywidualne wyobrażenia na temat nieba i piekła poszczególnych postaci. Cóż, nie da się powiedzieć, żeby były jakieś odkrywcze, ani nawet zbyt oryginalne. Ale za to druga połowa numeru została skradziona przez Mephisto i już samo to wystarczy, by ocena podskoczyła. A ponieważ tym razem nie będzie dodatku za grafikę i tak skończy się jak ostatnio na 6/10.

Mr. M.: Piekielny rollercoaster. Raz pod górkę, raz z górki. Teraz jest pod górkę. Numer przewidywalny, niezbyt interesujący i praktycznie nie posuwający fabuły do przodu. Miło jest oglądać koszmary i słuchać Mefisto, lecz dobrze byłoby, gdyby to służyło czemuś więcej niż tylko oglądaniu koszmarów i słuchaniu Mefisto. Mimo wszystko, czyta się numer szybko i bezboleśnie, lecz bez większego zainteresowania. Ponadto, wiemy już z "Secret Avengers", że agent Venom powstrzymał rozprzestrzenianie się piekła, więc pozostaje liczyć, że zrobi to z przytupem.

avalonpulse236d%20%5B1600x1200%5D.JPGWolverine And The X-Men #6
Hotaru: Cóż, Logan nigdy nie popisywał się ponadprzeciętnym intelektem, ale jego plan zdobycia funduszy na szkołę to raczej poziom intelektualny Bloba. Poziom komiksu spadł, zarówno jeśli chodzi o fabułę (której poziom i tak nie był za wysoki), jak i o rysunki. Widać, że na ten numer Bradshaw poświecił mniej czasu, ale rysunki pogrążyli inkerzy i koloryści. Komiksu nie ratuje nawet użycie Broo, którego lubię. Co gorsza, nawet jakoś mi nie szkoda.
Gil: Ha! Ależ będę miał sadystyczną ucztę! Skoczcie po popcorn i coś do popitki, bo zaraz zaczynam. Tylko uwaga, bo może pójść nosem na monitor. Oki… gotowi?
Okładka zapowiada dość dużo z tego, co znajdziemy w środku. I tak, mam tu na myśli również te paskudne twarze, jakby wyskrobane z kostki mydła. Wolverine mówi „Hit me!”, a ja miałbym raczej ochotę przywalić temu, kto narysował mu ten głupi uśmiech.
Otwieramy sceną, w której Logan i Quire kontynuują wciąż tę samą bezsensowną i bezcelowa przekomarzankę, która trwa od początku serii (a nawet dostała własną mini), więc nie będę tracił na nią czasu. Dodam tylko, że nie doczekamy tutaj jej końca. Jednocześnie stroją się w smokingi, bo właśnie dotarli do jakiegoś miasta. I się zaczyna… Wylądowali bowiem w kosmicznym odpowiedniku Vegas, na planecie o jakże oczywistej i wiele mówiącej nazwie: Sin. Miejscu, gdzie przedstawiciele niezliczonych cywilizacji z całej Drogi Mlecznej (tak głosi przypis), a pewnie i nie tylko, zlatują się do kasyn, by wydawać swoje amerykańskie dolary, gadać po angielsku, podziwiać neony i wpaść do lokalnej filii Hard Rock Caffeé. Bo jak wiadomo, w kosmosie gra się w teksańskiego pokera, honoruje amerykańską walutę i generalnie WSZYSTKO wygląda jak w Vegas. A żeby było jeszcze zabawniej, przypomina to raczej jakąś spelunę ze Star Wars, bo widzimy tu kolekcją najdziwniejszych postaci. A wśród nich ani jednego przedstawiciela którejkolwiek rasy z bogatego katalogu marvelowego kosmosu. Bo po co? Aha, jeszcze jedna taka drobnostka mi się rzuciła w oczy: skąd u diabła Wolverine zna to miejsce?!? Rozumiem speluny w Madripoor, Tokyo czy nawet Bydgoszczy, ale na planecie Sin?!? Nosz kurde! To nie jest Quasar, Nova ani nawet Rocket Raccoon! Wolverine, mimo swoich okazjonalnych wypadów poza Ziemie w towarzystwie X-Men, jest jednak postacią przyziemną, więc za cholerę nie powinien znać takich miejsc. I zanim ktoś mi to wypomni: tak, pamiętam, jak kiedyś rozbijał się po barach w Shi’Ar, ale różnica polega na tym, że X-Men i Shi’Ar mają kawał wspólnej historii, a to jest po prostu wyciągnięte z dupy!
A skoro już mowa o jamach ciała, to właśnie przeskakujemy to drugiego wspaniałego wątku równoległego, czyli dosłownie do macicy Kitty Pryde. I niech mnie kur podziobie, co za durnoty się tam wyprawiają! Cała banda X-Men z przystawkami tłucze całe stado Brood. W czymś, co wygląda jak tunel z cegieł, chociaż narracja próbuje nas przekonać, że jest to naczynie krwionośne. Nawet pomimo faktu, że postacie skaczą po innych naczyniach krwionośnych. A wszystko wypełnione jest najwyraźniej powietrzem (perspektywa sugeruje, że są mniej więcej wielkości kilku komórek, więc co chwilę powinni się uchylać przed krwinkami, w dodatku płynącymi z proporcjonalnie ogromną prędkością, nie wspominając już o tym, że powinni sami płynąć z krwią) , bo chociaż noszą hełmy jak do nurkowania, to Lockheed w najlepsze zionie sobie ogniem. Tak, wewnątrz żył Kitty. Wypełnionych innymi żyłami. Po których można sobie skakać, dźgać mieczem, zostawiać za sobą trupy kosmicznych robali… Ale nie bójcie się – jedyną niedogodnością, jaką odczuwa panna Pryde jest dymek, ulatniający się z ust. Mimo, że walka toczy się, że tak powiem, bliżej przeciwnego końca tej drogi. Sama przy tym mówi, że popierduje dymkiem, więc rysunek tworzy tu bardzo niesmaczną implikację na temat jej fizjologii… Ale, ale! To dopiero początek! Bohaterowie znajdują Kid Gladiatora, który wszedł w nią wcześniej i teraz skacze po sercu, wrzeszcząc: „KID GLADIATOR IS LORD OF THE HEART!” (wybaczcie, ale nie mogę się powstrzymać… „SNOWFLAME FEELS NO PAIN!”) i waląc laserami, gdzie popadnie. Tak, drogi czytelniku – jeszcze przed chwilą, cała ta banda mieściła się teoretycznie wewnątrz żyły, a teraz urosła i skacze jej w worku osierdziowym. Wyobrażacie sobie kilkadziesiąt osobników wielkości mniej-więcej kciuka, tłukących się w waszej piersi, używając przy tym laserów i dysząc ogniem? No właśnie. I jeszcze taka drobnostka: jeśli robactwo rozpełzło się po całym ciele Kitty, to czemu nadal ma wydęty brzuch?
Tymczasem, obok rozbija się transporter SWORD (czy tam karetka, jak twierdzi Krzycer - ja tam nie potrafię odróżnić). Sprawcą jest Doomsday-Wannabe - ten sam, który w końcówce poprzedniego numeru zniszczył inny statek i z niego wyskoczył wprost na ziemię. Tak, z orbity. Spuszcza ze smyczy swoje Brood, a te mimo nieporadnej reakcji obronnej Krakoy, wpadają do szkoły. Nowa szkoła, jak pokazano nam na początku, to jeden wielki Danger Room, więc wszędzie ma systemy defensywno-ofensywne, a w dodatku jest w stanie lockdownu, więc… robale po prostu wskakują przez okna i rozbiegają się na wszystkie strony. Najwyraźniej w poszukiwaniu Kitty.
Wracamy więc do niej, bo nagle pojawia się Broo, który zachowuje się dziwniej niż zwykle i uprzedza, że jego pobratymcy są w pobliżu. Pryde już doskonale o tym wie i zachęca go, by tak jak wszyscy, bez krępacji rozgościł się w jej macicy, ale on oświadcza, że ma na myśli coś innego. I jak na zawołanie, jednocześnie Brood atakują od środka i od zewnątrz. Jedni porywają Kid Gladiatora, a drudzy zmuszają Kitty do ucieczki. W międzyczasie pan Doomsdayowaty zbliża się, rozwalając wszystko na swej drodze.
avalonpulse236e%20%5B1600x1200%5D.JPG
To oczywiście najlepszy moment na przerwę i przeskok do dwóch kogucików, rozbijających bank w galaktycznym kasynie. Jak? Oczywiście oszukując! Bo tak właśnie działają X… wait! Bo właśnie tego Wolvie chciał nauczyć swojego podopiecznego, zabierając go na… ee… chyba też nie. Cóż, najwyraźniej jedynym uzasadnieniem jest to, że tak robią, bo tak i już. A wszystko z jednego powodu: żeby wpakować się w tarapaty, zwracając na siebie uwagę kosmicznej mafii, stojącej za kasynem. To typowa dla podobnych wątków klisza: bohater, kasyno, kłopoty, konflikty. Aha, i jeszcze wszechobecne, towarzyskie cycatki.
Wracamy na Ziemię, gdzie Kitty zmęczyła się dźwiganiem brzuchala i dodatkowego bagażu, więc postanowiła samodzielnie pozbyć się intruzów i zabrania komukolwiek się wtrącać. Przy okazji możemy obejrzeć sobie tzw. biuro księgowego Icemana, gdzie oczywiście wszystko pokryte jest lodem. Nawet lampy i komputery. Bardzo przemyślane z jego strony. Po chwili dopadają ją robale, więc krzyczy po prostu: „Komputer! Spluwa!” i spluwa wyskakuje z podłogi (przy okazji również zamrożonej). Nawet tutaj rysownik dał ciała, bo pokazał nam rewolwer z obrotowym magazynkiem, który… wali laserem i rozwala łeb robalowi. Kitty upewnia się, czy nie ma więcej niepożądanych Brood w szkole, a komputer to potwierdza. Tylko, że właśnie w tej chwili za nią pojawia się Doomsdayowaty. Kolejny szczegół, w którym tkwi diabeł: Pryde załatwiła jednego Brood, a do budynku wlazły dwa. Co się stało z drugim? Wielki brzydal atakuje i przyciska ją do ściany, dumnie oświadczając, że to właśnie on jest sprawcą jej brzuchatego problemu. Ale oczywiście, gdy ona pyta, kim właściwie jest, odpowiada tylko „nie uwierzyłabyś” i odchodzi stwierdzając, że nie przybył tu z jej powodu.
Znów przeskakujemy do kosmokasyna, które nasi dzielni… ee… oszuści opuszczają z pełnymi workami. W poprzednim numerze, Wolvie oświadczył, że ta wyprawa permanentnie rozwiąże problemy finansowe szkoły, a jednak jakoś trudno mi w to uwierzyć, kiedy widzę dwie reklamówki… czegoś. Zważywszy, że kosmiczne żetony i waluta, na Ziemi są bezwartościowe zakładam, że wymienili je na dolary (bo skoro weszli z zielonymi, to najwyraźniej jest tu gdzieś kantor). I znów jakoś ciężko mi wyobrazić sobie, żeby mogło to trwale rozwiązać problem gotówki dla szkoły. No i oczywiście, władze kasyna nie mogą tak po prostu pozwolić im wyjść z kasą.
I tak oto numer kończy się trzema rewelacjami: 1) w kasynie będzie bitka, 2) zły kosmita przybył, by zabić Broo, 3) Kid Gladiator został zainfekowany przez Brood wewnątrz ciała Kitty.
Podsumowując: Nie wiem, na kogo zrzucić większość winy za debilizm tego komiksu. Same pomysły są głupie, ale dopiero w połączeniu z rysunkami stają się naprawdę tragiczne. Wątek kosmicznego kasyna jest ograny, zbudowany na kliszach i osadzony bez najmniejszych podstaw w historii postaci. Poza tym jest głupi, bo w żaden sposób nie rozwiązuje problemu, z którego wypłynął i w dodatku podważa wychowawcze metody „pana derektora”. Wątek Kitty jest zwyczajnie debilny. Ja wiem, że świat Marvela ma własną fizykę i biologię, ale kurde, bez przesady. Wszystko wskazuje na to, że ani scenarzysta, ani rysownik nie mają bladego pojęcia jak funkcjonuje ciało, jak jest zbudowane i z czego. Związki przyczynowo-skutkowe leżą i kwiczą, a ta durna historia nie umie nawet utrzymać spójności swojej własnej continuity. Po raz drugi z rzędu: THIS COMIC SUCKS! 1/10
.

X-Men vol. 2 #25
Hotaru: Jorge molina - stworzył fenomenalną okładkę, i naprawdę szkaradne wnętrza. Głowa Storm to szczyt wszystkiego - artysta potraktował ją jak napompowany wodą balon, bo w każdym kadrze ma inny kształt. Duża ilość głów wygląda, jakby dostała ze szpadla w szczękę - są niemal szersze, niż wyższe. Wolałbym, aby rysownik bardziej przyłożył się do postaci, a darował sobie detale tła. Jadę po oprawie graficznej, a smutna prawda jest taka, że scenariusz jest jeszcze gorszy. Gischler - kończ waść.
Krzycer:
Wampiry biją się z X-Men i gaworzą. Na szczęście oba zespoły zaraz się zjednoczą przeciwko łowcom nagród. Niewiarygodne - mutanci i wampiry ramię w ramię? Przecież dopiero co się zabijali. Był o tym cały event!
A poważnie: Gischler nie zawodzi - nadal jest najmniej oryginalnym marvelowym scenarzystą. Z kliszy wpadamy w kliszę, zaskoczeń brak. A jednocześnie jakoś się to czyta. Nie wiadomo po co, ale nic szczególnie nie razi.
Może poza rysunkami - ze Storm dzieją się dziwne rzeczy.


X-Men: Legacy #262
Hotaru: Nie spodziewałem się, że tak szybko nastąpi crossover między Utopią, a szkółką Logana. Nie spodziewałem się, że Gage będzie pisał tak kiepsko. Kapitał sympatii nazbierany za czasów Mike'a Careya już mi się wyczerpał - po trzech numerach! Gdyby jeszcze komiks wyglądał ładnie, ale Baldeon nadal krzyżuje każdą postać płci pięknej z koniem. Jedynie Dust jakoś mu wyszła... z wiadomych powodów. Oj, po tylu latach szkoda będzie spisać ten komiks na straty...

Krzycer: Powtórka z poprzedniego numeru, plus dziwna chwilowa nieobecność Rogue (obstawiam, że pożyczała jakąś moc, czym zaskoczy nas w następnym numerze). Przynajmniej końcówka numeru sugeruje coś ciekawszego w następnym odcinku. Wszystko zależy od tego, co Gage z tym zrobi.
WTF tygodnia: Dust. Redaktorzy mogliby w końcu rzucić monetą i raz na zawsze ustalić, gdzie ona właściwie przebywa. Dopiero co widzieliśmy ją na łamach tej serii w Instytucie, teraz przyteleportowała się z całą bandą z Utopii. W obu wypadkach nie miała żadnych kwestii, więc wina może leżeć po stronie rysownika.

Gil: Kolejne rozczarowanie. Po tym, jak w końcówce poprzedniego numeru, nasi dzielni bohaterowie niechcący nasłali Exodusa na Cyclopsa, teraz próbują go zatrzymać. Wolverine zachowuje się w tej kwestii jak uparty debil i tylko Rogue wykazuje dość przytomności umysłu, żeby jednak ostrzec tych drugich X-Men. Większość numeru wypełnia nawalanka, przetykana słowotokiem. Nie jest zła, ale nie jest też dobra – jest po prostu nawalanką. I to raczej nudną, bo jedyną ciekawa sceną jest przebitka z pojedynku na planie astralnym, a poza tym to 15 stron podkreślania, jakim kozakiem jest Exodus. I wszystko po to, żeby na końcu okazało się, że Summers wysłał w swojej obronie bandę dzieciaków, a czytelnik wstrzymał oddech. To taka odblaskowa krecha, zrobiona markerem, żeby podkreślić powagę sytuacji i fakt, że cała Schizma dotyczyła właśnie takich sytuacji. A tak ogólnie, to numer raczej mnie znudził i wciąż mam ten sam problem z grafiką – jest brzydka. 4/10.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse236a.jpgUltimate Comics Spider-Man vol. 2 #7
Autor: Kaare Andrews

Hotaru: Bardzo krótko mogę określić tą okładkę - kwintesencja Ultimate Spider-Mana. Nie drażni mnie nawet amerykańska flaga. Kiedy zobaczyłem ten cover w zapowiedziach wiedziałem, że nic go nie przebije - nie myliłem się. Naprawdę dobra robota.









Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.02.22


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.