Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #235 (20.02.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 20 luty 2012Numer 8/2012 (235)



W przedostatni poniedziałek lutego mamy bardzo obszerne wydanie Avalon Pulse'a. Rozpisali się nasi recenzenci. Ale trzeba też przyznać, że było o czym pisać więc cieszmy się z tego i kontynuujmy w następnych numerach. Zapraszam do czytania i życzę przyjemnej lektury.



Amazing Spider-Man #679.1
Krzycer:
Veni, vidi, nuda. Myślałby kto, że z tajemnicy "laboranta numer sześć" wyjdzie coś więcej, biorąc pod uwagę to, że była budowana od dłuższego czasu. Ale nie. Morbius się spłoszył i uciekł. Może coś wyjdzie ze znęcania się nad Lizardem w przyszłości, ale ten numer mnie rozczarował.
Zawierał również Uatu (brak pokrewieństwa) w sprzęcie do łowienia wampirów. Bo Hellfire Kids to za mało irytujących mikrusów. Make mine Marvel!

Mr. M.: Kolejny point one przybliża postać Uatu, która okazuje się niezbyt ciekawa. Co prawda ma dość intrygujące zainteresowania, lecz raczej wzbudza niechęć i, mam nadzieję, nie będzie go zbyt dużo w przyszłości. To, co jednak skupia uwagę w numerze to Michael Morbius. Slott jakiś czas temu zrobił wielką tajemnicę, dot. tożsamości naukowca, którą następnie beznamiętnie rozwiązał w krótkiej scenie podczas "Spider-Island". Zdecydowanie lepiej byłoby zostawić ujawnienie tożsamości na point one. Gdyby nieco zmienić scenariusz, zagadka byłaby choć odrobinę bardziej ekscytująca. Wyszła z tego jednak zaledwie kolejna walka, nieco absurdalna przez obecność Uatu. Co więcej, tyle tajemnicy robiono z obecnością Morbiusa, a gdy wyszła ona na jaw, to jego obecność w Horizon już przestaje być faktem. Skoro tyle czasu poświęca się na ukrywanie kogoś, to przynajmniej mógłby on wykorzystać w sposób bardziej spektakularny miejsce przebywania. Na koniec okazuje się, że przez swoje działanie Spidey/Peter będzie mieć (znowu) kłopoty w pracy, a Morbius spotkał się z Lizardem. Oby z tego spotkania wynikło coś dobrego.
Gil: Jakieś to było nijakie. Graficznie owszem, momentami całkiem fajne, ale fabularnie już nie bałdzo. Za dużo elementów objaśniających co, gdzie i jak, a za mało rzeczywistej fabuły. Morbius całkiem niedawno rozwinął się w innych seriach, a tutaj zupełnie tego nie widać. Powiedziałbym wręcz, że został cofnięty do korzeni. Jedyną ciekawostką jest końcówka i ujawnienie jego sojuszu z Lizardem. Natomiast strasznie wkurzał mnie dzieciak o imieniu Uatu. Tak po prostu, samym swoim istnieniem. Więcej jak 5/10 nie dam, a i tak będzie w tym spory udział rysunków.

Avengers vol. 4 #22
Hotaru: Nie kupuję Osborna. Po całym "Dark Reign" i Siege mogliby go wrzucić do Limbo na zdecydowanie dłużej. Sposób, w jaki zawsze wypływa na wierzch nie jest organiczny, a nosi jedynie znamiona fanboya, jakim najwyraźniej jest Bendis. Nuży mnie ta historia i zaczynam cieszyć się, że scenarzysta odchodzi - czuję, że nie ma już pomysłów na Mścicieli i tylko mieli w kółko te same pomysły. Za to ten numer wygląda trochę lepiej, niż poprzednie. Jeśli to jakiekolwiek pocieszenie.
avalonpulse235b%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Ależ to było głupie. Co prawda akcja się trochę posunęła do przodu, ale dostaliśmy kolejną porcję idiotyzmów na linii Osborn-media. I prezydent USA też zgłupiał.
A przekomarzanie się Moniki Rappaccini z doktor Washington było już wyjątkowo żenujące.
A na końcu Osborn pokonuje Visiona przed kamerami - i hailuje do kamer - i wszyscy nadal to łykają. Hailowanie? Czy to tylko my Europejczycy jesteśmy przeczuleni na tym punkcie?

Mr. M.:
Muszę przyznać, że dość podoba mi się to, co Bendis robi w obu tytułach o Mścicielach. "Avengers" wypadają wciąż w moim odczuciu gorzej niż ich "nowi" odpowiednicy, lecz sama intryga Osborna, rozwijana w obu seriach i sposób w jaki naprawdę poważnie zagraża herosom oraz angażuje do tego opinię publiczną są bardzo dobre. Niestety, nie zawsze tak dobre jest samo przedstawienie poczynań byłego Goblina oraz inne fabularne idee, które nie zawsze wypada uznać za udane. Już od dawna mam negatywne odczucia względem dziwacznych, niby śmiesznych, a często żenujących dialogów, jakie zdarza się pisać BMB (i nie tylko), a takowe są tutaj obecne (vide zdejmowanie zbroi Iron Manowi). Wielkim minusem jest również fakt, że Norman potraktował Visiona, tak, jak go potraktował. I już nawet nie o to chodzi, że lubię robota, tylko o to, że nasuwa się pytanie: czy opinia publiczna w USA naprawdę jest tak głupia, że kibicowałaby facetowi, który rzuca się na herosa-weterana niesprowokowany i brutalnie go pokonuje i upokarza, po czym krzyczy Hail Hammer? Bez przesady. Tym bardziej, iż wszyscy wciąż w komiksowym świecie nie mogą dojść do siebie po FI i narzekają, że nazistowskie, Red Skullowe maszyny zniszczyły im domy. Ci sami ludzie tak łatwo akceptują publiczne hailowanie? Ponadto: czy Avengers nie mogliby zartudnić fachowca od wizerunku medialnego, by przeciwdziałać negatywnemu nastawieniu wobec nich? Można pomyśleć, że Tony, Peter czy Steve wpadliby na ten genialny pomysł już dawno, tym bardziej teraz, gdy Norman tak świetnie manipuluje tłumem. Mam nadzieję, że w przyszłym nrze ludzie choć nieco zmądrzeją. Prezydent również, choć do końca jeszcze nie wiadomo, co on knuje. A! I nie lubię, jak okładki pokazują to, czego w ogóle nie ma w komiksie. Wiem, że to już normalny proceder, lecz zawsze mnie on irytuje. Nie inaczej jest i tym razem.
Gil: Okładka bezczelnie nas okłamuje. Obama stracił na popularności, więc został schowany w cieniu. Viper odgrywa Misery, szepcząc wyznania do ucha związanego Steve’a, a ten nic tylko warczy, jakby mu czegoś brakowało. Inna zboczona fanka robi to samo z Tośkiem, zanim zabierze się do obierania go ze skorupki. A potem znów Viper przymila się do Spider-Woman. Ja wiem, że w tym tygodniu były walentynki, ale bez przesady… Żeby nie było za słodko, przeskakujemy do sceny, w której dwaj maluczcy wędrują sobie ad rectum i jeden zostaje wsiorbany przez nabłonek, a drugiego atakują gigantyczne hemoroidy. Tak przynajmniej to wygląda, póki rysownik nie oświeci nas, że znajdujemy się w nosie, a nie kiszce stolcowej Rulka. Ktoś tu musi poważnie popracować nad prezentacją otoczenia, bo naprawdę z początku wygląda to o wiele obrzydliwiej. Dalej w końcu ktoś przypomniał sobie, że Daisy należy do drużyny i jak zwykle kozaczy. A na koniec wracamy na trawnik przed rezydencją, gdzie tym razem pojawia się prawdziwy (chociaż kto może być pewien na tym etapie?) Osborn, żeby pozamiatać Visionem. Krótko mówiąc – nic się nie dzieje. Nadal. Drugi, albo nawet trzeci numer z rzędu. Jak w polskim kinie: nuda i dłużyzna. Mogę dać najwyżej 3/10.
Arachnid: Tutaj niestety bardzo słabo. Wprawdzie akcja posuwa się do przodu, a plan Osborna rozwija się, to numer dłuży się bardzo i jest po prostu nudny. Poza tym zawiera mnóstwo głupich i beznadziejnych scen. Jak choćby sceny z Capem czy Iron Manem, lub też z Osbornem poniewierającym Visionem i dumnie krzyczącym Heil Hammer. O tym, że Rulk miał w nosie (dosłownie) dwóch agentów nie będę nawet wspominał. Słabiutko panie Bendis, oj słabiutko.

Avenging Spider-Man #4
Mr. M.: Po niezbyt szczególnej trzyczęściowej historii z Red Hulkiem, otrzymujemy niezbyt szczególną historię z Hawkeye'm. Dobrze, że jednoczęściową. Trochę mało emocjonującej walki, kilka średnich dialogów nie wystarczają by uratować numer. Co prawda są lepsze chwile. Barton wybebeszający się emocjonalnie wychodzi udanie, choć wiemy, że nie ma to wpływu na rozwój jego postaci w uniwersum więc do niczego to nie prowadzi. W finale Spidey pomaga mu uratować pewność siebie i pozwolić mu by był dalej irytujący. Przewidywalne, nie robi wrażenia. Seria to nadal nic ciekawego.

Gil: W dzisiejszym team-upie: Spider-Man & The Asshole! Serio, przez 90% numeru Hawkeye nie robi nic, tylko pozuje na największego dupka na świecie. Owszem, dostajemy uzasadnienie takiego zachowania, ale ja nie nazwałbym go dobrym usprawiedliwieniem. Okay, chce dorównać bohaterom, z którymi się buja, ale logika za tym przypomina raczej poziom gimnazjum niż Avengers. Żeby było zabawniej, po raz czwarty chyba w tym miesiącu Serpent Society występują w roli chłopców do bicia. Dobrze, zrozumieliśmy, że cała ich koncepcja jest lamowata, możecie już sobie dać spokój. Rysunki typowo landowe, a najbardziej w nich podobały mi się wężowe wzory na kostiumach… tam, gdzie chciało im się je narysować. Tym razem 5/10.

Daredevil vol. 3 #9
Mr. M.: DD bije się z Moloidami i popełnia głupi błąd w starciu z Mole Manem. Wydaje mi się, że obaj siedzą w biznesie na tyle długo, że Matt powinien wiedzieć, że kreci człowiek lubi techniczne zabawki. Poza tym mankamentem podoba mi się, jak pokazano, że Murdock "nie widzi" nieruchomych potworów w podziemnym świecie oraz nekrofilskie zamiłowanie Mole Mana. Pewnie wyjdzie z tego coś nieciekawego i czego możemy się spodziewać, lecz wygląda, póki co, przyjemnie. W tle zaś Black Cat okrada DD, wybierając pieniądze nad przyjaźń/romans/miłość, tym samym posuwając do przodu akcję, która połączy Spidey'a i Puniego z DD, na co czekam z niecierpliwością. Mam nadzieję, że dostanie za swoje. Ogólnie numer niezły, lecz bez rewelacji. Trzyma dotychczasowy poziom, choć liczyłbym na bardziej zapadające w pamięć historie. Oraz bardziej uliczne.

Gil: No proszę, że też jeszcze nikt nie wpadł na to! Przecież starcie Daredevila z Mole-Manem w podziemiach wydaje się najbardziej oczywistym zabiegiem. Tak przynajmniej wszyscy pomyślą teraz, gdy już stało się ono faktem, a jednak musieliśmy czekać na nie całe lata. I było warto! Tak jak kiedyś starcie DD z Mysterio zaowocowało jedną z najlepszych konfrontacji, tak i to zapożyczenie przeciwnika z cudzej galerii wypada świetnie. Tym bardziej, że w tym przypadku idealnie sprawdza się oszczędna forma graficzna i sposób prezentacji radarowego zmysłu Matta. Co tu dużo mówić: świetny pomysł i bardzo dobre wykonanie. A przed nami ciąg dalszy. Tymczasem daję 8/10.

Fear Itself: The Fearless #9
Hotaru: Cóż, z tym numerem porzuciłem wszelką nadzieję. Wiem, że często wychodzę na cynika, ale tak naprawdę nawet kiedy krytykuję jakiś tytuł, bardzo często w środku tli się jeszcze iskierka nadziei, że zostanę pozytywnie zaskoczony. Z tym numerem, ta iskierka zgasła. Pewno doczytam tą słabiznę do końca tylko po to, by się przekonać jak bardzo Battle Scars jest lepszy, ale już wiem, że The Fearless to stracona okazja.
Gil: Hej, patrzcie! Coś tu się zaczyna klarować! Okazuje się, że te nawiązanie do WW2 miały jednak jakiś sens i naprawdę wiąże się to z poszukiwaniem młotków przez Val. I w końcu dochodzi do sytuacji, kiedy bohaterowie rozmawiają ze sobą, zamiast tłuc się bez sensu. Oczywiście, ma to miejsce już po tym, jak tłuką się bez sensu w innym miejscu numeru. Nie podoba mi się też, że Hellstorm jest znów spychany na margines, chociaż to jego zmiana stron była jak dotąd najbardziej interesującą częścią całej historii. Cóż, pozostaje mieć nadzieje, że ostatnie trzy numery przyniosą sensowne rozwiązania i równie sensowną konfrontację. Tymczasem dam 5/10 z małym plusikiem.
Arachnid: Jest mała poprawa, bo powoli wyjaśnia się o co w tym wszystkim chodzi, a bohaterowie zaczynają ze sobą rozmawiać. Niestety poza tym jest bez zmian, czyli nudno. Mam nadzieję, że w ostatnich numerach to się zmieni i otrzymamy ciekawe zakończenie. Trochę w to powątpiewam, ale byłoby to mile zaskoczenie.

Formic Wars: Silent Strike #3
Hotaru: Im bardziej w pamięci mam, jakie są powieści Orsona Scott Carda, tym bardziej ten komiks wydaje mi się jakimś pastiszem, przykładem na to, co powstanie wtedy, kiedy nie ma się pomysłu i talentu. Nie ma tu niczego, za co cenię powieści ze świata Endera. Fabuła jest płytka, naciągana i przewidywalna, a postaci papierowe i nienaturalne. Strona graficzna oddaje poziom scenariusza. Marvel powinien podchodzić do tej marki z większym szacunkiem.
Misiael:
Kolejny numer jedynej wydawanej obecnie komiksowej miniserii z Enderverse nieprzyjemnie zawodzi. W akcji przeprowadzonej pospołu przez obie ekipy ostatnich obrońców ludzkości zabrakło dramatyzmu, przez co nie mogę ocenić tego numeru pozytywnie. Uderzyły mnie też deus ex machiny, na które nie zwracałem uwagi przy okazji lektury poprzednich zeszytów - szczególnie "cudownie" zgranie w czasie drużyn Mazera i Victora, które niezwykłym zrządzeniem losu wpadły na siebie w przestrzeni kosmicznej i z punktu zdecydowały się na współpracę. Z plusów mogę wymienić fakt, że fabuła konsekwentnie zmierza do punktu kulminacyjnego - żadnych zaskoczeń, ale i nic na tyle denerwującego, bym odtrąbił szarganie legendy i ze złością rzucił siekierą w okno (co, jak się obawiam, może się zdarzyć po obejrzeniu zbliżającej się wielkimi krokami ekranizacji "Gry Endera". To dopiero będzie epicka masakra i szarganie legendy). Ale, wracając do komiksu - nie rzuca na kolana, jeśli jednak ktoś doczytał "Formic Wars" aż do tego momentu to niech czyta dalej. Na moje, komiks mimo wszelkich niedoróbek sprawia może nie sporo radochy, ale ziarno satysfakcji - jak najbardziej.

Generation Hope #16
Hotaru: Kolejny komiks, który powinien się już skończyć dawno temu. Np. kiedy Gillen go porzucił. Od tego czasu poziom sukcesywnie spadał, ale z tym numerem najwidoczniej pomyślał "a po co się będę paćkał" i zapikował pionowo w dół. Nie byłoby tak źle, gdyby Asmus masakrował tylko Światełka i ich panią, ale tego, co robi z Emmą i Kukułkami nie zniosę. I co na ostatnim kadrze robi Magneto?
Krzycer:
Z jednej strony podobały mi się interakcje między Kenjim a Laurie, Pixie i Gabrielem oraz Hope i Shawem. Konflikt Kenjiego z Hope wreszcie zmierza do kulminacji - to też plus, choć nie jestem pewien ostatniej strony i tego, co właściwie zapowiada. Byłoby miło, gdyby Asmus uniknął nawalanki, a przynajmniej podparł ją czymś więcej. Mam wrażenie, że Kenji ma potencjał by zastąpić Magneto w kategorii "przeciwnik, którego wolisz posłuchać niż oglądać, jak się z kimś nawala". Pożyjemy - zobaczymy.
Z drugiej strony nie podoba mi się, że Emma bierze w tym udział. Gdyby Kenji miał jej ciche poparcie - zgoda, ale aktywne wyłączenie Cyclopsa z gry? Przesada.
Tak czy inaczej - niezły numer, ale wszystko zależy od tego, jak to będzie kontynuowane.

wolvie111:
Szczerze przyznam, że jestem trochę zaskoczony. Od dawna zapowiadany jest bunt, ale nie myślałem, że zabrnie on do tego stopnia. Chodzi mi przede wszystkim o ostatnią scenę numeru. Wśród ruchu oporu przeciw Hope widzimy nie tylko młodych mutantów i złoczyńców, ale także Emmę i Erica. To pewne, że z tej sytuacji Hope wyjdzie obronną ręką, ale nie wiem czy scenarzyści nie zabrnęli zbyt daleko. Całe odwołanie akcji w kolejnych numerach może wyjść sztucznie, a Cyclops pewnie znów nawet nie zezłości się na Emmę.
Z drugiej strony w numerze poruszane są bardzo interesujące kwestię. Wizja Kenij'ego, choć przerysowana ma swoje uzasadnienie. Czyli w Generacji Hope po raz kolejny wątpliwości moralne i etyczne. Szkoda jedynie, że seria ma takiego pecha do rysowników. Widać, że niewiele znaczy dla redaktorów, bo dostają się tam ostatnio same śmiecie. Swoją drogą ten numer i tak nie jest najgorszy pod tym względem.
Ogół oceniłbym na 6+/10.

Gil: Hm… W sumie to całkiem nieźle się to rozwija. Kenji wreszcie wprowadza w życie swój plan i ujawnia, jak rozwinęły się jego możliwości. Sposób, w jaki próbuje przekonać Laurie też wypadł całkiem fajnie. I podejście Hope również sprytne. Obawiam się jednak, że skoro historia ma tylko dwie części, to tutaj plusy się skończą. Po prostu wydaje mi się, że dwa numery to za mało, by przedstawić ten wątek wiarygodnie i interesująco (zwłaszcza jak się dopycha wątkiem Shawa i romansem Pixie/Velocidad). No i jeszcze mamy tu rysunki Miyazawy. Postać Zero od początku była listem miłosnym do Katsuhiro Otomo, więc pewnie wybór japońskiego rysownika do historii z nim w roli głównej jest kontynuacja tego listu. Niestety Miyazawa to nie Otomo, a jego rysunki są najwyżej średnie. Dam 6/10 i będę żywił nadzieję, że moje przepowiednie co do następnego numeru się nie sprawdzą.

Invincible Iron Man #513
Gil: Piszę o tym numerze glównie z jednego powodu: ponieważ każdy scenarzysta kiedy wpycha swojego bohatera do Chin, wystawia przeciw niemu zupełnie nową grupę lokalnych superbohaterów. Mieliśmy już China Force, People’s Defense Force, nawet Austen zafundował nam Eight Immortals. A teraz Fraction dorzucił swoją Dynasty. O ile chcecie się założyć, że więcej o nich nie usłyszymy? Ale to nie koniec drużynowych rewelacji, bo zafundowano nam revamp klasycznych ironmanowych łotrzyków. Larroca style! Czyli zrzynamy ile się da z mangi, a każdemu musi coś świecić. Wśród nich Kid Melter i Crimson Dynamo z cyckami. Cóż, przynajmniej tutaj ktoś był na bieżąco… ale czy to plus? I spójrzcie na tego paskudnika Vibro! A za cały numer to można dać najwyżej 3/10, bo powtarza w kółko ten sam fractionowy schemat.


New Avengers vol. 2 #21
Hotaru: Znów Osborn. Znów nudno. Znów brzydko. Znów Squirrel Girl. Przemianujcie to na "Squirrel Girl and the New So-Called-Avengers", dodajcie do każdego z kostiumów puchaty ogon, niech podczas durnych dialogów bohaterowie zajadają orzeszki, i niech ta seria wychodzi w jednym egzemplarzu. Tylko dla oczy Bendisa.
Krzycer:
Z jednej strony to ta lepsza odsłona Bendisowych Mścicieli w tym tygodniu - strategia Osborna, by New Avengers wypadli na tych złych, ma sens (choć zachowanie Cage'a, który dał się w to złapać, już nie), potem starcie z Ragnarokiem zawiera kilka ładnych scen i pracę zespołową, której nie widziałem u Avengers od nie pamiętam jak dawna. Więc to mi się podobało.
Z drugiej strony to chyba najbrzydszy numer jaki wyszedł spod ręki Deodato. Zwłaszcza strony z końcówki z Dark Avengers - tam są już zdeformowane ciała i facjaty inspirowane Romitą. Koszmar, autentyczny koszmar.

avalonpulse235c%20%5B1600x1200%5D.JPGMr. M.: Sceny akcji wyszły naprawdę świetnie, szczególnie walka z nie-Thorem. Doskonałe działanie drużynowe. Pochwała dla Bendisa jak najbardziej się należy. Potyczka z New Dark Avengers również niezgorsza. Podobali mi się w akcji szczególnie Daredevil i Spidey, którzy nieźle nadrabiali braki w sile fizycznej, innymi zdolnościami. Wciąż jednak mam uczucie nieprzychylności wobec New Dark Spider-Mana, nie mogę zaakceptować przemiany w to, czym się stał. Plan Osborna za to wychodzi bardzo dobrze i jest wielkim plusem serii, zdecydowanie zachowuje się on tutaj mądrzej niż pod koniec "Avengers". Za to Cage i właściwie reszta NA trochę zbyt narwana jest i mogliby czasem zacząć od dyplomacji, a nie skupiać się na kolejnych mordobiciach. Swoją drogą, to czy, gdy Hand mówiła niedawno, że nie pracuje dla Osborna, to DD i Wolvie nie powinni wyczuć, że mówiła prawdę? Chodzi mi o to, że wątek podejrzewania Hand jest irytujący i przewidywalny. Chyba, że się okaże, że to naprawdę ona stoi za udzieleniem pomocy Normanowi. W co, póki co, nie wierzę.
Gil: Tutaj przynajmniej okładka nie kłamie. No, nie całkiem. Zaczynamy jednak od całkowicie zbędnej i nic nie wnoszącej sceny z Jessicą i Squirrel Girl. Tym bardziej bezsensownej, że gdy dobiega końca, właściwie nie wiadomo, czy one wróciły do posiadłości, czy zwiały, czy jeszcze coś innego. Ale dobra, w końcu przechodzimy do obiecanej bitki z Clorem. Służy ona przede wszystkim udowodnieniu za wszelką cenę, że Spider-Man jest w grupie nie tylko po to, by dostarczać banteru. I o dziwo, daje radę. Bitka wypada całkiem nieźle. Tym lepiej, że biorą w niej udział przede wszystkim ci street-levelowi bohaterowie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Carol – jedyna osoba, której power level choćby zbliża się do thorowego – po prostu wyparowała gdzieś między panelami, więc nie bierze udziału w walce, bo nie i już. A Strange zemdlał na wstępie, żeby było jeszcze fajniej. Normie i jego ekipa obserwują pokaz fajerwerków z dystansu i ku zaskoczeniu wszystkich okazuje się, że jedną z bardziej rozgarniętych osób w tej zbieraninie jest Hulk junior. I w końcu dochodzimy do finału, w którym z czapy wysypują się oddziały wojska, okrążające rezydencję Avengers. Czyżby jakiś związek z decyzją prezydenta z końcówki drugiej serii? Nikt nie kwapi się, by cokolwiek wyjaśnić. Podsumowując: ta odsłona Avengers jest o poziom albo dwa lepsza od opisanej powyżej, ale nadal jest co najwyżej przeciętna. W dodatku grafika ucierpiała od kiepskiego tuszowania i to bardzo. Ostatecznie, numer dostanie 4/10.
Arachnid:
Całkiem niezły numer. Nie wiem za bardzo po co była początkowa scena z Jessicą Jones. Pewnie ma to związek z ogromnym zainteresowaniem postacią Squirrel Girl, którą jak mogliśmy przeczytać w najnowszym Axel-in-Charge #25: "Wielu scenarzystów chce wykorzystać”. Osobiście nie rozumiem fascynacji tą postacią, ale wracając do rzeczy, scena ta była według mnie zbędna. Natomiast walka z Ragnarokiem wyszła całkiem przyzwoicie. Fajna praca zespołowa. Jedyne co mi się tutaj nie podobało, to fakt, że połowa drużyny została wyeliminowana na wstępie i tylko Wolverine, Spider–Man, Iron Fist i Luke Cage coś robili. Ich współpraca bardzo mi się podobała, ale w drużynie są jeszcze inni, którzy spokojnie mogliby wspomóc swoich. Co do planu Osborna, to robi się on coraz bardziej sensowny. Nabardziej zaskoczył mnie Skaar i jego inteligencja. Nie spodziewałem się, że to on będzie najbystrzejszy w zespole i najlepiej zrozumie plan Osborna. Ogólnie był to nienajgorszy numer. Jest nieźle, ale nie rewelacyjnie.

Thunderbolts #170
Mr. M.:
Mam już dość podróży w czasie. Mimo że bardzo lubię podróże w czasie, to czuję już przesyt. Nie chodzi o to, że 170. spotkanie z T-boltsami jest nieudane. Merlin wypadł świetnie, cała grupa z Moonstone na czele także zaprezentowała się pozytywnie. Znajduje się tutaj sporo ciekawych scen, kilka żartów, pojawienie się Ghosta i, w końcu, powrót do naszych czasów. A nie, nie wrócili jednak. Są kilka lat temu. Mógłby już Parker skończyć z czasopodróżami, niech w końcu Boltsi spotkają się z Cage'm.
Gil:
Jest to zaskakujące również dla mnie, tym bardziej, że w tym tygodniu była para mocnych konkurentów, ale to ten tytuł otrzyma wyróżnienie jako numer tygodnia. Po raz drugi z rzędu. No bo co ja poradzę, że umieszczenia akurat tego składu Boltów, akurat w tym punkcie historii tak dobrze zagrało? Fajnie wypadł twist w końcówce (tworzenie historii przez próbę unikania zmian w niej) i wykorzystanie magii do odwrócenia procesu. Nawet Ghost jako deus ex machina wypadł wiarygodnie, bo zwłoka pasuje do jego charakteru. A przede wszystkim, ponownie największym plusem była grafika, która wprost idealnie wpasowuje się w kontekst. Zwłaszcza magiczne stwory wyglądają świetnie. Aż żałuję, że ta przygoda dobiega końca, więc przyznam jej mocne 8/10 w zamian za przyjemne wrażenia, jakich mi dostarczyła.


Ultimate Comics X-Men #7
Hotaru: Kiedy czytam wywiady z Nickiem Spencerem, czuję pasję, entuzjazm i plan, jaki scenarzysta ma w stosunku do tej serii. Niestety, nic z tego nie przebija się przez stronice. W miejscach, gdzie powinny być emocje, jest pustka. Kolejne "szokujące" sceny zamiast powodować poruszenie, wywołują tylko poirytowanie. Chyba Jeph Loeb najlepiej pokazał, co się dzieje, kiedy "value" zastępujemy "shock value". Chcę więcej Morning Glories, a mniej Ultimatum!
Krzycer:
Pietro biegnie i wspomina. Co wspomina? Nic ciekawego, ale przynajmniej wiemy co porabiał.
A potem mamy spotkanie z siostrą (koszmarnie narysowaną), którego jedyną zaletą jest to, że Pietro wyskoczył z fioletowych ciuchów. Huzzah!
Wreszcie wizyta w Egipcie i spotkanie z Bogiem. Kolejna niespodzianka i już jestem niemal pewien, że równie fałszywa jak Zordon-Xavier z poprzedniego numeru. Ale muszę przyznać, że jestem zaintrygowany.


avalonpulse235d%20%5B1600x1200%5D.JPGUncanny X-Men vol. 2 #7
Hotaru: Spodziewałem się, że kiedy Gillen da sobie całkowicie spokój z wątkami Namora i Hope oraz Colossusa i Magik, fabuła na tym zyska. Myliłem się. W dalszym ciągu czegoś brakuje. Czyta się w porządku, ale ani przez moment nie poczułem zachwytu, który towarzyszy mi przy niemal każdej stronie Journey into Mystery. A Land... cóż, powinien rysować samych jak najmniej humanoidalnych kosmitów - wtedy jestem prawie w stanie uwierzyć, że nie przerysowywał tego z jakiegoś świerszczyka.
LeGoL:
Miałem jeszcze nie njuspojlerować, bo nie nadrobiłem wszystkich zaległości, ale na jeden temat muszę się wypowiedzieć. Choć moja opinia nic konstruktywnego nie wniesie, to po prostu muszę...
Jak ja <cenzura> nienawidzę Landa! Są rysownicy, którzy rysują szpetnie, ale zazwyczaj staram się przebrnąć przez numer serii, która mnie interesuje. Tutaj nie mogę... Ten wszędobylski plastik, plus porn-faces chyba nawet u roślin... DŻIZAS! Przekartkowane, poczekam na streszczenia.
Dziekuję za uwagę, przy tym jakże wartościowym wpisie, ale inaczej nie potrafię oddać jak ten rysownik na mnie działa.
Gil: Faaajnie… Bardzo Gillenowo. Podoba mi się, jak zostały rozwinięte postacie ostatnich Apexów. Relacja między nimi została potraktowana interesującym twistem, ale przede wszystkim chodzi mi o poetykę ich nauki, przedstawioną w bardzo fajny, nieco abstrakcyjny sposób. I przynajmniej raz pojawia się przeciwnik, który wyciąga wnioski i przygotowuje się do kolejnego starcia. Fajnym pomysłem, chociaż nieco naciąganym, było też wykorzystanie Danger w końcówce. Natomiast na minus trzeba zaliczyć całkowitą nieobecność drugiej połowy teamu. Co, za dużo ich? Przydałoby się chociaż jakieś podkreślenie, że to, co robią off panel ma jakieś znaczenie. Ponownie chciałem przyznać plusik Landowi, ale potem dotarłem do splasha ze Storm i… muszę mu dać minusa. Mimo wszystko, numer wciąż broni się skutecznie i swoje 7/10 dostanie.
łukasz: Wyprawa ratunkowa drużyny Cyclopsa do tajemniczej strefy Tabula Rasa zbliża się ku końcowi. Ta część opowieści o niej przynosi nam kilka ciekawych nowin. Większe wykorzystanie postaci Storm w fabule. Minusem jest brak kadrów z rodzeństwem Rasputinów (Colosussem i Magik) oraz Namora i Hope. Rysunki nie przeszkadzają w odbiorze fabuły, scenariusz nadal zaciekawia. Interesujące wykorzystanie umiejętności (mocy) Danger oraz fakt, że główny oponent tej historii potrafi szybko się uczyć zachowań, sposobu walki mutantów, zwiastuje nam na ciekawy finał tej historii.

Venom vol. 2 #13.2
Mr. M.: Po nieco gorszym poprzednim pentagramiku czterech (anty)herosów, trzecie spotkanie bardzo mi się podobało. Nadal jest to horrorowaty akcyjniak z absurdem i niezbyt rozbudowaną fabułą w tle, ale tym razem bawiłem się świetnie. X-23 przebija się przez piekło, Venom w końcu udanie przeciwstawia się swojej antytezie, Red Hulk spada na X-666, a Ghost Rider zdejmuje amulet. Ale najlepszy jest cliffhanger, który zaczyna się już na kilka stron przed końcem numeru. Wszyscy nasi bohaterowie giną, a piekło wychodzi poza granice HellVegas. Nie powiem bym się tego spodziewał. Biorąc jednak pod uwagę miejsce akcji, nie mówiąc już o medium, jakie czytamy, to wiadomo, że dzielna drużyna wróci niebawem do czynnej służby. Co nie zmienia faktu, że czyta mi się "Circle of Four" bardzo przyjemnie.

Gil: No i wszyscy zginęli. Koniec historii. Idźcie do domu. Kto w to wierzy? Nie widzę, nie słyszę… No dobra, żeby oddać sprawiedliwość fabule, muszę wspomnieć, że pojedynki były całkiem ciekawe. Nawet zastosowanie najbardziej oczywistego manewru: zamieńmy się przeciwnikami. Rozbawił mnie tylko ukryty przycisk w tronie Blackhearta, otwierający zapadnię do piekła. Poza tym, fabuła posuwa się konsekwentnie i nadal nie mogę być pewien, jak bardzo jest poważna, a ile z tego to farsa. Nauczyłem się jednak nie zwracać na to uwagi i po prostu czytam dalej. Natomiast wielkim plusem jest Sana Takeda, bo tam, gdzie ona się pojawia, nota od razu podskakuje o dwa oczka. Tym razem będzie z tego mocne 6/10.

Winter Soldier #2
Krzycer: W pierwszym numerze intryga zupełnie mnie nie zainteresowała, ale zasugerowane próby manipulacji Doomem sprawiły, że zaczął uważać. Dobrze poprowadzony Doom to zaleta każdego komiksu, więc ciekaw jestem, co z nim Bru zrobi.
Poza tym dostajemy tu Bucky'ego ucharakteryzowanego na Starka. I goryla z jetpackiem. Nie każdy komiks znajduje czas i miejsce na goryla z jetpackiem. Nie jestem pewien, czy gritty-spy-thriller to akurat czas i miejsce na goryla z jetpackiem, ale Brubaker najwyraźniej uważa, że tak.
Chyba spędzał za dużo czasu z Aaronem na konwentach.
Gil: Hm… Goryl z jetpackiem przebija nawet Cyclopsa z jetpackiem… I właściwie ta scena jest idealnym odzwierciedleniem sprzecznych odczuć, jakie mam wobec tej serii. Z jednej strony, jest w niej wiele składowych, które mnie nie kręcą jako elementy fabuły, a z drugiej – jest całkiem interesująca zagadka, związana z głównym bohaterem i nawiązująca do klasycznej już historii, która go przywróciła do continuity. Z jednej strony mamy przeciwników dość absurdalnych jak na te okoliczności, ale z drugiej dość poważnych graczy (mimo wszystko Lucia von Bardas stała za Secret War), którzy próbują manipulować nawet Doomem. No i w końcu mamy grafikę, która w jednym miejscu jest przeciętna, a w innym idealnie trafia w mój gust. Chyba pozostaje mi zachować powściągliwość i poczekać na ciąg dalszy, ale na razie więcej jest plusów, więc przyznam solidne 6/10.

Wolverine #301
Krzycer: A skoro o Aaronie mowa - jak przebić wytatuowanych spadochroniarzy w pampersach? Dać im piły łańcuchowe i posadzić na motorach. Aj waj.
Z lawiny idiotyzmów największym pozostaje Wolverine ruszający do boju z Yukio na wózku u boku. Byłem w stanie kupić jej pierwszy występ - została zaatakowana i zaskoczyła przeciwników tym, że daje sobie radę. Ok. Ale żeby to ona kogoś atakowała? Idiotyzm.
Oprócz lawiny idiotyzmów mamy tu również koszmarne rysunki - Tan zdążył zapomnieć, co robił w Uncanny X-Force i daje nam Sabretootha o posturze Strong Guy'a. Z kolei Sanders, który narysował środkową część numeru... Nie pasuje mi jego stylistyka i tyle.
Z plusów: wątek zasadzki urządzanej przez "prawdziwego ninję" w szpitalu. I tyle.

Gil: Jeszcze parę takich pomysłów, a zostanę oficjalnym haterem Jasona Aarona. Silver Samurai junior jest uciekinierem z Bubblegum Crisis, Amiko nagle została ninja, Sabretooth został wyjęty z dupy Loeba, bez najmniejszego wyjaśnienia, a powrót Mystique ma jeszcze mniej sensu (w dodatku w towarzystwie Ninja Woodpeckerów)… Coraz bardziej fabuły pisane przez tego pana przypominają szczytowe osiągnięcia scenarzystów wczesnego Image: dużo rozpierduchy, a sensu niczego. Jedynym plusem są całkiem interesujące rysunki Tana, ale i tak połowę numeru zilustrował jakiś Chaykin-wannabe, więc punktu za wygląd nie będzie. Ostatecznie wychodzi jakieś 2/10 za absolutny brak wyjaśnień.

X-Factor #232
Hotaru: Szok. Chyba pierwszy raz w historii, strona graficzna prezentowała wyższy poziom, niż scenariusz Petera Davida. Scenariusz całkiem dobry, po prostu nie tak dobry, jak się spodziewałem. Znając scenarzystę, to nie bez powodu poruszył w tej historii takie, a nie inne wątki, ale fakt faktem końcówka okazała się mało zaskakująca. Boję się za to, że Lupacchino dostanie transfer do jakiejś "bardziej prestiżowej" serii, bo Marvel uzna, że jest za dobra do serii mającej taką sprzedaż, jak X-Factor. Oj, mam nadzieję, że się mylę.

Gil: Jamie Madrox – Sorcerer Supreme. Brzmi fajnie, wygląda fajnie. Nawet, gdy okazuje się, że to tylko iluzja, nadal jest fajnie. Innymi słowy, kolejna oryginalna rzeczywistość, którą diabli wzięli. Tym razem dosłownie. W końcu dochodzimy do konkluzji i możemy odetchnąć z ulgą, bo Jamie jednak wraca do domu. Taką miałem nadzieję od początku, ale jednak Peter David zdołał utrzymać mnie w niepewności do samego rozwiązania. I chwała mu za to! Tym bardziej, że scena powitania go z powrotem jest już czystym przykładem tego, co w tej serii najlepsze. Niestety, potem jest jeszcze epilog i to on zmył uśmiech z mego oblicza. Niepotrzebne to było i z całą pewnością jeśli PAD nie będzie pamiętał o tych postaciach, nikt inny tego nie zrobi. No, ale mimo wszystko, mocne 7/10 jak zawsze się należy.
łukasz: Ostania część podróży Madroxa po alternatywnych przyszłościach, przynosi nam powtórkę z filmu Egzorcysta w wydaniu komiksowym. Opętanym okazuje się Jamie, który zyskuje chwilowe moce potrzebne do pokonania Strange'a-Dormmu innego wymiaru. Okazuje się to sztuczką, trikiem prawdziwego Strange'a. Finał przynosi długo oczekiwany powrót do życia oraz znanej naszemu mutantowi rzeczywistości. Do tego zmartwychwstanie owego, w ramionach ukochanej osoby :) . Ostatnia strona ukazuje nam nowe zagrożenia, od których zapewne rozboli głowa nowy skład X-Factor, w mam nadzieję niedalekiej przyszłości.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse235a.jpgWinter Soldier #2
Autor: Lee Bermejo

Sc0agar4k: To co zwróciło moją uwagę w tej okładce, to jej kolorystyka, zabawa światłem (ma się wrażenie, że obie postacie stoją w blasku ognia) oraz pozy Bucky'ego i Natashy. Dym unoszący się z broni, stanowi dopełnienie całej kompozycji. A całość sugeruje, że tych dwoje brało przed chwilą udział w solidnej wymianie ognia.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.02.15


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.