Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #234 (13.02.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 13 luty 2012Numer 7/2012 (234)



Kolejny tydzień za nami. Jaki był? Ujmę to tak: był obszerny. Może i wypowiedziało się tym razem mniej niż zazwyczaj recenzentów, jednak nie omieszkali oni wypowiedzieć się szczegółowo i zbadać każdy komiks dogłębnie. Tym bardziej zachęcam do zapoznania się z ich opiniami.



Battle Scars #4
Hotaru: Nie znam tych wszystkich wężowych ciołków. Uważam, że są niedorzeczni i to w ten zły sposób, a nie zamierzenie pozytywny, jak Deadpool. Dlatego cała walka z tymi kreskówkowymi zbirami była dla mnie miejscami zabawna, ale przede wszystkim nudna. A chyba nie o to chodziło. Rewelacja z końca numeru nie rzuciła mnie jeszcze na kolana, ale ufam, że Yost jeszcze coś z tego wyciśnie. Ogólnie rzecz ujmując - średnio.
Gil:
No, to już wiem, że byłem blisko, a wkrótce okaże się, jak bardzo. Wiem, wiem – każdy może tak powiedzieć. Cóż, obecność Daisy Johnson na okładce pierwszego numeru i osobnika wyglądającego jak Scorpio w zapowiedziach było wystarczającym hintem, że Fury nie może być daleko. Potem doszedł jeszcze wątek nieznanego ojca Marcusa i stało się to aż nazbyt kłujące w oczy. Ale, żeby nie było zbyt łatwo, Nick w końcówce tego numeru mówi tylko, że mają to samo nazwisko. To nie jest moment w stylu „Luke, ja sem twoj otec”, więc wszystko jeszcze przed nami i to jest ta część, na którą czekam. Mimo wszystko, możemy już przypuszczać, co sprawiło, że Marcus stał się najważniejszą postacią w uniwersum: w obliczu zbliżającego się filmu, wydłubią mu oko i będzie robił za Samuela L. Jacksona świata #616. (Potem jeszcze tylko #616 Miles Morales i można spokojnie pogrzebać martwego konia pod tytułem Ultimate.) No dobrze, ale poza tą rewelacją, numer ma 21 stron. Połowę zajmuje bitka z Serpent Society, której plusem jest autentycznie śmieszny Deadpool, a reszta to już tylko wprowadzenie do ostatniej strony. To, plus zwyczajowo dobre rysunki gwarantują zwyczajowo dobrą ocenę: 7/10.
Mr. M.:
Pojawienie się Nicka nie było niespodzianką, choć nie spodziewałem się do końca, że ukrywał się pod tą właśnie maską. Ponadto cały czas uważam, iż główny bohater miniserii zbyt dobrze sobie radzi wśród superzłoczyńców, szczególnie w spotkaniu z Taskmasterem. Obecność Deadpoola posłużyła przewidywalnym celom i jako taka nie jest szczególnie udana. Do tego mamy sporo walk, niezbyt dużo fabuły, niezły cliffhanger oraz dobre rysunki. Czyta się dobrze, lecz bez większych zachwytów.

Black Panther: The Most Dangerous Man Alive #529 (Final Issue)
Mr. M.: Czarna Pantera znika z ulic Hell's Kitchen. Szkoda, gdyż podobał mi się T'Challa na ulicach, walczący z przestępczością zorganizowaną. Ostatnia historia i, co za tym idzie, ostatni numer nie rzucały na kolana, lecz posiadały wyczuwalny uliczny klimat, nieco zaburzany rysunkami, oraz dość dobrą fabułę. Najgorzej wg mnie wypadł Kingpin, nie wiem dlaczego zrobił się taki miękki na starość, uważam, że pokonanie go wyszło nieco zbyt łatwo. Ponadto jest sporo walk, lecz starcia z hordami ninja nie robią większego wrażenia, a starcie Panthera z Kingpinem było już w poprzednim numerze, więc teraz tylko otrzymaliśmy skróconą wersję tegoż. W finale nie otrzymujemy więc opowieści, która będzie błyszczeć złotymi zgłoskami w historii komiksu, lecz przyzwoite zakończenie serii.


Captain America vol. 6 #8
Gil: Jak już napisałem raz, albo i więcej, to w tej drugiej serii z Capem dzieje się więcej i lepiej. Tutaj mamy raczej odgrzewane kotlety. Serpent Society już w tym tygodniu widzieliśmy, a wątek powrotu Steve’a do chuderlawej postaci przerabialiśmy dwa razy w latach ’80 i ’90 (więc ominęli jedną dekadę – trzeba to naprawić!). Prawdę mówiąc, nie jest to ani specjalnie wciągające, ani widowiskowe, a z tekstami typu „Suck my voltage!”, miejscami wręcz żenujące. Takie neutralne czytadło na 5/10, o którym można szybko zapomnieć.

Carnage, U.S.A. #3
Gil: Trzeba przyznać, że wygląda to coraz lepiej. Owszem, da się tu dostrzec pewne rozciągnięcia, charakterystyczne dla syndromu trzeciego numeru, ale autorzy zdołali wycisnąć z nich wszystko, co było do wyciśnięcia. Historia coraz bardziej przypomina horror w stylu Inwazji Porywaczy Ciał lub innego klasyka kategorii B z dawnych lat i w tym właśnie upatruję jej siły. Są niewinni ludzie, opanowani przez coś złego, są personalne minidramaty, jest sztandarowy szaleniec i nawet jest armia, wkraczająca z przytupem armia. Po prostu klasyka. Co więcej, Carnage jest tutaj kreowany na coś więcej, niż dotychczas i w przeciwieństwie do np. niesławnego Maximum Carnage, tutaj się to udaje. Najlepszą sceną tego numeru jest jego próba złamania woli Steve’a – jednocześnie świetne podkreślenie nowej pozycji Cletusa, jak i doskonały pretekst do przyszłych animozji. Dodajmy do tego najlepsze w tym tygodniu rysunki i otrzymamy solidne 8/10.

Mr. M.:
Od samego początku miniseria nie porwała mnie swoim nastrojem i fabułą. Co prawda, sam pomysł wyjściowy i liczba okropieństw liczę in plus, lecz wszystko jest jakieś powolne i poza scenami z Cletusem w ogóle nie interesuje mnie, co się dzieje. Być może wszystko będzie lepiej się czytało, gdy całą mini poznam raz jeszcze w całości. Rysunki bardzo mi się podobają, choć Spidey nie wygląda doskonale. Komando-symbionci w ogóle nie przypadli mi do gustu, mam nadzieję, że nadchodzący Venom rozrusza akcję. Zdecydowanie wolałem poprzednie numery.

avalonpulse234b%20%5B1600x1200%5D.JPGJourney Into Mystery #634
Hotaru: Kolejny fenomenalny numer. Na łamach tej serii Kieron Gillen udowadnia, że jest jednym z najlepszych obecnie scenarzystów komiksowego superhero. Wszystko idealnie ze sobą współgra, wątki splatają się w logiczne całości, a całość odbywa się na tle odpowiednich proporcji akcji, humoru i emocji. Do tego tak ładnie wygląda... Przez ułamek sekundy zastanowiłem się, jak przedstawiona scena z trupem Thora ma się do tego, że Loki nie powinien go pamiętać, ale potem dotarło do mnie, że to wątek Fractiona, niech więc on się tym bawi. Ja wolę czytać dobre komiksy - takie, jak ten.
Gil: Kurcze, ta historia robi się naprawdę świetna! Mimo, że zbudowana jest na resztkach po Fear Itself, wykorzystuje je w genialny sposób na własny użytek. Co więcej, genialnym zabiegiem fabularnym jest wykorzystanie dream logic w drugiej połowie numeru, żeby dosłownie zajrzeć do głowy sprawcy całego zamieszania i móc wprowadzić takie smaczki, jak Loki drący na kawałki swoje captiony. W pierwszej części natomiast rządzi interakcja między Lokim a Leah (zwłaszcza uwagi o Internecie) plus piekielny szczeniak, który wciąż mnie rozbraja. Do tego rysunki jak najbardziej pasują i wspinają się na wyższy szczebel w części drugiej. Czyli krótko mówiąc: czytać, bo warto! Należy się 8/10.
Mr. M.: Miałem nadzieję na większą kooperację między Daimonem, a Lokim. Cóż, może w przyszłym numerze. Tymczasem ten numer ma zbyt mało nastroju zagrożenia towarzyszącego demonom, śmierci, koszmarom i strachowi. Elementy humorystyczne, mimo że w większości udane, niepotrzebnie rozluźniają fabułę. Monolog Nightmare'a jest nieco nużący, za to dialogi Lokiego z Daimonem, jaki i oni sami wypadli bardzo pozytywnie.
łukasz: Kieron Gillen nadal w szczytowej formie. Kolejna część historii pt. "The Terrorist Myth" przynosi nam, kilka bardzo dobrych, zabawnych kadrów - Thori pyta Hellstroma, czy zostanie jego panem, genialne :) . Tajemnica dziwnego opętania, z poprzedniego numeru, dziewczyny z Krakowa, tu zostaje wyjaśniona. Powrót Nightmera, do świata rzeczywistego, nie zwiastuje nic dobrego. Czy połączone siły boga kłamstwa, syna Diabła oraz pomocnicy Heli, zdołają pokonać boga Sennych Koszmarów? O tym przekonamy się w kolejnych odsłonach tej opowieści. Rysunki, to osobna częśc zawartości tego numeru. Rich Elson, coraz lepiej operuje ołówkiem, co widać. Idealny malarz magicznych opowieści, postacie przez niego wykreowane na kartach komiksu, idealnie oddają zalety scenariuszy Gillena. Wprost idealny duet, do opowieści o odrodzonym, nastoletnim Lokim i jego przygodach.

New Mutants vol. 3 #37
Hotaru: Nie jestem ekspertem w sprawach dotyczących Mephisto. Ale po lekturze tego komiksu zaczynam podejrzewać, że jeszcze mniejszymi ekspertami w tej materii są Lanning i Abnett. Nie zrozumcie mnie źle, pomimo zastosowania przez scenarzystów dość ogranego motywu, czyta się to dobrze. Na pewno lepiej, niż całą ostatnią historię. Ale kiedy przypomnimy sobie, że głównym bohaterem jest tu bad-ass-Mephisto, to całe pozytywne wrażenie znika, pozostawiając tylko zmieszanie.
Gil: Numer zaczyna się od perfidnego kłamstwa. „Jak wyglądam?” pyta Magma. „Pięknie” odpowiada Moonstar. A ja się zastanawiam, czy patrzy na tę samą Miss Piggy, którą ja widzę. Niestety, seria nie ma szczęścia do rysowników i tutaj rzuca się to w oczy od pierwszej strony. Jest zaledwie kilka paneli, na których ktokolwiek wygląda dobrze (mam wrażenie, że jeden panel to kalka Byrne’a), ale jeśli kogoś ukłuły wyłupiaste oczy Amary, niech lepiej weźmie coś przeciwbólowego zanim zobaczy… Nerdphisto! Chociaż może lepszym określeniem byłoby: Mephipster? Serio, mam wrażenie, że powiedzenie „nie taki diabeł straszny jak go malują” zostało tutaj z premedytacją wykorzystane przeciwko nam. No właśnie – cała idea numeru opiera się na tym samym powiedzeniu. Autorzy pokazują nam Mephisto jako… zrzynkę z Lucifera w wersji Mike’a Careya. Ten bezwzględny pożeracz cudzych małżeństw (pun intended) jest tutaj melancholijnym samotnikiem, który tęskni do odrobiny prawdziwego uczucia, a przy tym próbuje wypaść cool. Niby fajny motyw i przedstawiony też względnie przyjemnie, ale… nie. Nie przy tej postaci. Nie pasuje mi i tyle. Z innym diabłem mogłoby przejść, ale nie z tym. Nie, nie, nie. Tym bardziej, że pretekst dla całej historii jest jeden i oczywisty: ten numer z różowym sercem na okładce, będzie leżał na półkach w walentynki. I chociaż wiele przesłanek każe mi dać ocenę poniżej średniej, to jednak dam 5/10, bo mimo wszystko nie bolało i chwilami było nawet przyjemnie.

Scarlet Spider vol. 2 #2
Gil: No dobra, musze przyznać, że tym razem udało się temu tytułowi zboczyć nieco z przewidywanej ścieżki i mam nadzieje, że jest to dobra wróżba na przyszłość. Pozytyw polega na tym, że działania Scarlet Spidera (mimo towarzyszącej im konsekwentnie dołującej autonarracji) spotykają się z przychylną reakcją otoczenia. To jest nowość, jeśli chodzi o pająkopodobnych bohaterów i w zestawieniu z podejściem bohatera do sprawy może przynieść ciekawe skutki. O ile nie stanie się to zbyt szybko i nie przejdzie w kliszę. Plus również za przeciwnika na azteckich podstawach, który zapowiada się interesująco. Rysunki też są w porządku. Właściwie, dużo rzeczy w tym tytule mógłbym ocenić pozytywnie. O wiele bardziej pozytywnie, gdyby nie nabyta awersja do pajęczych klonów. Dam więc 6/10 i zobaczymy, jak się to rozwinie.
Mr. M.:
Mimo że napis na okładce głosi, że nowy/stary Pająk nie ma (poczucia) odpowiedzialności, to jednak sumienie pracuje mu niemal tak, jak samemu Parkerowi. Fabuła staje się przez to niemal całkowicie przewidywalna, ale jest to klisza dość przyjemna, aby tylko nie powracano do niej w najbliższej przyszłości. Sprawa przestępców nie posuwa się zbytnio do przodu, więc można liczyć jeszcze na intrygujący wątek w tej kwestii. Bardzo podobało mi się za to starcie Scarlet Spidera z ognistym złoczyńcą, świetnie się z nim rozprawił i widok z bronią palną wywarł pozytywne wrażenie.

avalonpulse234c%20%5B1600x1200%5D.JPGSecret Avengers #22
Gil: Sprawdziłem i Rick Remender nie jest Brytyjczykiem. Czemu więc w drugim już komiksie katuje nas swoim BritCorpowym fetyszem? Tym bardziej, że Braddock w jego wykonaniu to bloody prat (że również pozwolę sobie na brytyjski akcent) i daje nam do zrozumienia, że wie o istnieniu CB&MI:13, ale bezczelnie je olewa. No, ale dobra, odstawmy na chwilę herbatkę i spójrzmy na resztę. Zaczyna się interesującą akcją na bliskim wschodzie i serią przebitek na inne postacie. Fajnie, jest coś nowego, jest tajemnica, jest haczyk na czytelnika. A potem… jest już tylko gorzej. Braddock walczy z jakimś punkiem, którego ciągnie przed swój sąd kolesiów (zabawne, prawie jak Fantomexa), by chwilę potem znaleźć się w nowej kosmicznej siedzibie Secret Avengers, gdzie robi z siebie ostatniego buca, póki Hawkeye nie wskaże mu miejsca w szeregu swoim dłuższym… stażem. Po rewelacji, że ta kosmiczna baza jest w rzeczywistości wielkości szklanki, grupa rusza do Pakistanu, gdzie spotyka tajemniczych Adaptoidow (Super Adaptoid brzmi znajomo?) i błyskawicznie dostaje po kolektywnej dupie. A na zakończenie dostajemy rzut oka na zgrupowanie złych robo-cyber-złoczyńców, którzy prawdopodobnie za wszystkim stoją. No dobra, historia nie jest zła. Jest nawet chwytliwa i byłaby znacznie lepsza w odbiorze, gdyby nie ta kosmiczna farsa, która nie była potrzebna.
Osobną sprawą są rysunki. Imć Hardman pokpił sprawę na każdym panelu, gdzie pojawia się Beast, który jest do kota podobny tak samo jak ja. Najwyraźniej nigdy też nie widział na oczy królowej angielskiej, albo zwyczajnie był zbyt leniwy, by wysilić się na podobieństwo. Tusz i kolor dopełniły wizualnej tragedii. Tak więc, o ile mógłbym podnieść ocenę za samą treść, tak za grafikę znów muszę ją obniżyć i skończy się na średnim 5/10.
Mr. M.:
Nie ma Moon Knighta, nie ma Prince of Orphans - a na tych bohaterów liczyłem najbardziej. Oby Remender nie wyrzucił całkiem Shanga-Chi z serii. Będzie za to Venom, który zdobywa coraz więcej czasu komiksowego. Jakoś nie przekonuje mnie jego obecność w tytule, ale Remenderowi daję kredyt zaufania. Sam zaś numer jest dość dobry. Na początek poznajemy nową bazę, nowego członka (Captain Britain jakoś nie pasuje mi na sekretnego mściciela, lecz cóż zrobić) oraz nową misję. Adaptoidy, banda znanych superzłoczyńców, m.in. Dr. Doom, przegrana walka Avengers nie robi wielkiego wrażenia. A szkoda. Jest w tym jednak potencjał, który, mam nadzieję, Rick zaprezentuje w pełni niebawem.
łukasz:
Rick Remender jako regularny scenarzysta tej serii,  po niezbyt udanym point one (SA# 21.1), wraca do formy. Może fabule jeszcze wiele brakuje, do poziomu znanego, z najlepszych historii, z Uncanny X-Force, ale pierwszy numer daje nadzieję, na dobrą akcję. Pierwsze kadry to akcja na Bliskim Wschodzie, zaskakujące sceny, które niosą ze sobą konsekwencje, z którymi przyjdzie się zmierzyć tytułowej drużynie bohaterów. Nowy nabytek Sekretnych to Captain Britain ;) , tuż po herbatce, z Królową Elą II, do której, dosłownie wpadł (przez ścianę) z wizytą :) . Nowa siedziba dla Mściecieli na orbicie okołoziemskiej, zbudowana dzięki, pomocy dyrektora Avengers Academy, czyli Henry Pyma, prezentuje się ciekawie. Bohaterowie dostający lanie od nowych przeciwników, to dobry punkt wyjścia do kolejnych historii, opowiadających o rewanżu. Najsłabszym punktem tej serii są rysunki, momentami słabe, może nie tragiczne, ale serie o Mścicielach powinny zasługiwać na dobrych artystów :) .

Venom vol. 2 #13.1
Gil: Zabawne, dopiero przed zabraniem się do recenzji zwróciłem uwagę, że autorem tego komiksu nie jest Rick Remender, ale Rob Williams a.k.a gościu od Ghost Ridera. Dlaczego zabawne? Dlatego, że za wyczyny w GR nigdy nie powiedziałbym o nim dobrego słowa, a tutaj okazało się, że lektura była bardziej przyjazna dla użytkownika niż numer poprzedni. I nie tylko lektura, bo grafika również. Wrażenie kontrataku lat ’90. zelżało, Antytezy okazały się całkiem ciekawie pomyślanymi rozwiązaniami i nawet Blackheart zaczął wyglądać demonicznie (w przeciwieństwie do wcześniejszego skrzyżowania Shreddera z jeżozwierzem), a dodatkowy plus muszę dać za cameo Hellstorma i Strange’a. Czyta się całkiem fajnie i nieco lżej niż poprzednio, ale nadal nie mogę wyczuć nastroju historii. Czy ona ma być poważna, czy z przymrużeniem oka? Wiele wskazuje, że jednak wygrywa opcja druga, ale od czasu do czasu wplatają tam przebłysk powagi, który zbija mnie z tropu. A takie określenie się autorów pomogłoby mi w ocenie, bo od niego zależy, czy paluch pójdzie w górę, czy w dół. Załóżmy jednak na chwilę, że jednak jest w tym celowy element pastiszu i dajmy 6/10.

Mr. M.: O ile początek historii, swoim oldschoolowo-komiksowo-horrorowym klimatem wzbudził uczucia pozytywne, o tyle mało tego typu uczuć jest tutaj. Blackheart ma czerstwe kwestie, antytezy są zbyt groteskowe, Rulk robi się niemal żałosny, X-23 prawie nie ma (a jej antyteza, mimo że w zamyśle dobra, to w wykonaniu już nie). Lepiej wypada starcie Venoma z Ewangelistą, właściwie jest to główny punkt programu. Ghost Rider nieźle zajmuje się swoją antytezą. Nie jest to nazbyt ciekawe, lecz wypada dość udanie. Natomiast Strange i Hellstorm, póki co, nie mają tutaj nic mądrego do roboty.

Wolverine And The X-Men #5
Hotaru: Coraz bardziej podobają mi się rysunki Nicka Bradshawa. Do tego stopnia, że mam nadzieję, że Chris Bachalo nie wróci na łamy tej serii. Nigdy. Fabularnie nie jest jednak dobrze. Po niedorzecznej pierwszej historii, Aaron próbuje wprowadzać trochę poważniejsze watki, ale ponieważ nadal taplają się w niemal slapstikowym sosie, nic mu z tego nie wychodzi. Teoretycznie, historia z Broo i jego pobratymcami powinna emanować tragizmem, na który wskazał już Gage na łamach Astonishing X-Men #42. Nic z tych rzeczy.
Gil: Ależ. To. Było. Głupie.
Ten tytuł i jego autor mieli u mnie spory kredyt zaufania, ze względu na powrót do korzeni, mniej patetyczny ton I inne takie nostalgiczne brednie. Ale co za dużo, to za dużo. „Pałka się przegła” – jak mawiał rodzimy filozof Ferdynant K. Ale po kolei…
Zaczyna się całkiem logicznym następstwem ostatnich wydarzeń z udziałem Worthingtona. Przynajmniej do momentu, gdy się okazuje, że za wszystkim stoi Hellfire Kindergarden. W każdym razie, dopływ kasy odcięli, więc Logan rzuca wszystko i obiecuje zdobyć więcej. Wszelkimi dostępnymi środkami. Jego zastępcą zostaje Iceman… bo akurat jest pod ręką. Jeśli to jest metoda zarządzania dyrektora, to pogratulować.
Po tym uroczym wstępie, przeskakujemy do absurdalnej lekcji biologii pod kierunkiem Beasta. Okay, wszyscy wiemy, że komiks wymaga na wejściu maksymalnego zawieszenia niewiary ze strony czytelnika, ale bez przesady. Mogę zawiesić swoje poczucie absurdu, gdy ktoś strzela laserem z dupy, czy tam jakiś kosmita nawija po naszemu, ale nie działa to zupełnie w takich sytuacjach. Tym bardziej, że rysownik (który i tak jest raczej kiepawy) daje ciała na całej linii. Co jest nie tak z tym obrazkiem, zapytacie? Wszystko! Cała klasa jest niby we wnętrzu czyjegoś ciała, a wygląda to jak dno oceanu, z meduzami, rozgwiazdami, wodorostami i wszelkim innym tałatajstwem. Z biologicznego punktu widzenia NIC tutaj nie ma sensu. Pominę już fakt, że obce ciała tej wielkości spowodowałyby spore problemy w organizmie, ale oni chodzą sobie po mózgu (od razu przypomina mi się „Little footsteps in her brain”), pływają w żołądku, skaczą po żyłach i używają jako worków treningowych jakiś rozgwiazdo podobnych tworów z DNA, latających bez celu wszędzie wokoło. B.U.L.L.S.H.I.T!!! A przewodniczy mu genialny genetyk Hank McCoy. Mógłbym tu walnąć elaborat na trzy ekrany, co jest nie tak w całym tym pomyśle, ale na pewno nikomu nie chciałoby się czytać, więc tylko powtórzę się: wszystko. Przejdźmy dalej, zanim mi jakaś żyłka pęknie.
avalonpulse234d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Na chwilę poziom nonsensu spada i mamy autentycznie genialną scenę z Doopem zastępującym Kitty. Szkoda, że tylko ona jest w tym komiksie dobra. Po krótkim wprowadzeniu, dotykamy wreszcie istoty sprawy, czyli brzucha panny Pryde. Szkoda tylko, że wcześniej musimy spojrzeć na niedorzecznie wystające kły Beasta. Przypomina mi się ork ze starego Warcrafta i utwierdzam się w przekonaniu, że rysownik nie ma fachu w ręku.
Pora na obowiązkowy przerywnik, w którym widzimy jaką dysfunkcyjną bandą popaprańców są studenci. Pojawia się „pan derektor” i zabiera ze sobą największego popaprańca, bo będzie mu potrzebny do zebrania kasy, a tej jak wiadomo szukać należy w kosmosie. Cóż, najwyraźniej księżyc nie jest zrobiony z sera…
No dobra, wracamy do łona – znaczy się, tajemniczej kwestii łona. Gdy już zwalczyłem skojarzenia z Juno (Ellen Page, be damned! :P ) i przełknąłem kolejny paskudny panel z wystającymi kłami, pojawiła się rewelacja, w reakcji na którą seria facepalmów z Nagiej Broni 33 i 1/3 to za mało. Uwaga: domniemana ciąża Kitty to tak naprawdę atak mikroskopijnych Brood! Tak! Kosmici, którzy zwykle niezauważenie przejmują ciało nosiciela postanowili rozbić obóz w jej… Chwilamoment! Na tym ekranie widać ich może z 10 i pływają sobie wśród czerwonych krwinek, w dodatku w jakimś tunelu z cegieł. Jezusicku! Ależ ten rysownik jest do bani! Ale pomijając ten fakt, pomysł jest tym bardziej durny, że gdyby były takich rozmiarów, to musiałyby ich być miliony. I gdyby rzucały się w niej jak gremliny, to na pewno zewnętrznym efektem wizualnym nie byłby okrągły brzuszek, ale coś znacznie brzydszego i pulsującego. Niedorzeczności mnożą się i mnożą…
Żeby było zabawniej, ogłoszony zostaje alarm i lockdown dla studentów. Już to widzę: „Uwaga studenci, wykryto zagrożenie w macicy wicedyrektorki szkoły! Natychmiast udajcie się do wyznaczonych schronów!” Tu wstaw odgłos dłoni uderzającej o czoło. Ale oczywiście, ta banda popaprańców nie posłucha, bo i po co. Zwłaszcza kosmiczne dodatki do czeredy są dzisiaj wyjątkowo krnąbrne. Jeden poczuł zew krwi, a drugi najwyraźniej chciałby jeszcze ponaparzać w czyjeś rozgwiazdowate DNA.
Okazuje się, że mikrobroody zostały stworzone specjalnie w celu ataku na Kitty. Niech zgadnę – kolejny niecny plan Hellfire Przedszkolaków? Tymczasem nie niepokojony przez nikogo do ostatniej sekundy, Kid Gladiator zmniejsza się i wskakuje przez nos do zaatakowanej macicy Kitty (kurrr… nigdy nie sądziłem, że napiszę takie zdanie) i zaczyna laserami atakować minirobale. Bo tak właśnie zwalcza się infekcje dróg rodnych. Drżyjcie chlamydie!!!
Na koniec dostajemy jeszcze jeden rzut oka na kosmicznych poszukiwaczy gotówki, który przechodzi w akcję agentów SWORD, próbujących przechwycić nielegalnych imigrantów. Tutaj niespodzianka, bo na statku znajduje się pełno Brood z jakimś Doomsday-Broodasem na czele, który rusza w kierunku ziemi, dryfując sobie swobodnie w pustej przestrzeni po rozwaleniu statku.
Podsumowując: Ten numer ma jedną fajną scenę i kilka paneli, na których dialogi mają sens. Resztę wypełnia kupa… no po prostu kupa. Pomysły są jakby z koszmarnego snu ginekologa-fantasty, a w dodatku poprowadzone bez najmniejszej dawki subtelności i refleksji. Rysunki o ile w makroskali są zwyczajnie nijakie, tak w mikroskali stają się już tragiczne i zdradzają, że autor nawet nie pomyślał o odrobieniu pracy domowej, zanim zabrał się do rysowania wnętrza ciała. Dawno nie widziałem nic, co by tak bardzo zasługiwało na podsumowanie: THIS COMIC SUCKS!!! Ocena: 1/10.


Wolverine And The X-Men: Alpha And Omega #2
Hotaru: Byłem w stanie kupić to, że Quentin chciał się akurat w taki sposób odegrać na Loganie. Jednak w momencie, kiedy Quire zaczął się tym chwalić żeby poderwać Roxxy, cały czar prysł i już nie powrócił. Poziom komiksu momentalnie spadł o kilka poziomów, i nawet rysunki Brooksa nie były w stanie go podźwignąć. Szkoda.
Gil: To chyba nie jest dobry tydzień dla WATX w moich oczach. O ile zalążek historii wydawał się całkiem interesujący, tak z drugim numerem udało się twórcą udowodnić, że… jednak nie. Mamy dwie równoległe płaszczyzny historii: Pierwsza jest brzydka i wszelkimi dostępnymi metodami pokazuje - wybaczcie, ale w rodzimej mowie zabrakło mi bardziej pasującego określenia, więc skorzystam z jankeskiego slangu – how deep Quire’s head is up his own ass. Druga pod względem wizualnym znajduje się o kilka poziomów wyżej i interesująco rozwija zdolności Hisako, ale poza tym nic więcej wnieść nie może, skoro nie jest rzeczywista. A w końcu wracamy do zasadniczego zamysłu mini serii czyli: samiec alfa vs. Kid Omega. Do rozstrzygnięcia w oczywisty sposób w części dalszej. Dam 4/10 i to głównie za tę nierealną część historii.

X-Men vol. 2 #24
Hotaru: Załamka. Gischler nie wytrzymał długo i już wrócił do swego wampirzego fetyszu. Dziwię się, że redaktorzy pozwolili mu na tą historię, bo to by znaczyło, że ktoś poza samym scenarzystą uznał, że to jest dobry pomysł. No więc nie jest. Fabuła to nawet nie weszłaby na podium w jakimś licealnym konkursie na fanfik, a strona graficzna... ech, szkoda gadać.

Gil: Ekhm… wybaczcie, ale poziom mojej irytacji tym tytułem osiągnął chyba właśnie szczyt, więc wyrażę go w sposób niniejszy: Ten pieprzony gniot ma tytuł X-Men, bez przymiotników, dodatków i gościnnych występów, więc kiedy po niego sięgam, chciałbym zobaczyć pieprzonych X-Men, a nie jakieś z dupy wyjęte efekty fascynacji scenarzysty najbardziej gównianymi wariacjami na temat wampiryzmu, jakie wydusiła z siebie popkultura w przypływie niestrawności!!! Nie życzę sobie wpychania na siłę do gardła idiotycznych pomysłów i miernych postaci, które nie maja racji bytu, poza opiekuńczymi skrzydłami tatusia. I czuję się obrażony, gdy po tym wszystkim, pokażą mi głównych bohaterów tego tytułu na jednej stronie, tylko po to, żebym się zamknął i siedział cicho. Tak więc, mam dość i nie tknę więcej tej serii, dopóki na jej okładkach będzie pojawiało się nazwisko Gischler. A tego czegoś nawet nie będę oceniał.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse234a.jpgWolverine And The X-Men #5
Autor: Nick Bradshaw

Hotaru: Ten tydzień nie dopisał w ładne okładki, więc zaznaczę, że jest to najlepsza ze średnich. Wytypowałem ją, bo Bradshaw ma bardzo estetyczną kreskę, okładka nosi znamiona czegoś politycznie niepoprawnego i lekko pikantnego oraz... trochę kojarzy mi się z okładką do Astonishing X-Men #34.









Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.02.08


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.