Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #233 (06.02.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 6 luty 2012Numer 6/2012 (233)



Miesiąc luty rozpoczyna się z przytupem. Dużo ciekawych pozycji, sporo recenzji, wielki powrót, jak i coś zupełnie nowego. To wydarzenia z ostatnich siedmiu dni. Idzie ku lepszemu? Na ocenę całego roku przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać, natomiast już dziś można zapoznać się z najnowszym numerem Pulse'a. Zapraszam.



Amazing Spider-Man #679
Mr. M.:
Druga część naprawiania czasu pokazuje, że nawet najmniejsze uchybienie w codziennych obowiązkach Petera Parkera może nieść nie mniej poważne reperkusje, co działalność jego pajęczego alter ego. A poza tym? Średnio udana opowiastka, która nie zaskakuje, nie zapada w pamięć, nawet nie pozwala na zbytnie pochwały. Lubię podróże w czasie i wszystko, co się z nimi wiąże, lecz, mimo że Slott przedstawił wszystko spójnie, nie czuję wielkiej radości po przeczytaniu komiksu. Właściwie to już zapominam o czym był. Na szczęście Julia Carpenter jest mniej irytująca, a MJ wydaje się nadal miła. I nic więcej z plusów. Mam nadzieję, że Dan zyska większe umiejętności pisarskie by uczcić rocznicę Spidey'a.
Szczepi:
Numer do przeczytania, ale nie do zapamiętania. Myślałem, że będzie on rozegrany w jakoś bardziej spektakularny sposób, a rozwiązanie przypomina coś w stylu House M.D., gdzie główny bohater wpada na nie po rozmowie z przyjacielem/przyjaciółką. Jedynymi fajnymi momentami były pocałunek Silver Sable i wypowiedzi nowej Madame Webb.
EndrjuSzopen: Załamuje mnie aktualny niski poziom TASM. Załamuje mnie, że nie ma w podstawowym uniwersum żadnej pozycji stricte o Pająku, która trzymałaby naprawdę chociaż przyzwoity poziom. Załamuje mnie ta sytuacja, bo przecież kiedyś to była naprawdę porządna seria... Może i za bardzo narzekam, ale nie podoba mi się to, że reklamowane jest wszystko jako wielkie i poważne wydarzenia, a potem Slott robi z tego farsę, bajeczkę dla dzieci. I dlatego boję się co zrobi z "Ends of the Earth"...

Gil: O dziwo, druga część historii również zdołała zaskoczyć i sprawić, że całość wypada jeszcze lepiej. Zapowiadało się, że pierwsza odsłona wyczerpała zasoby miłych niespodzianek i teraz pozostanie nam bijatyka z Ultimatum, więc tym bardziej przyjemnie zaskakuje fakt, że stało się inaczej. Może nie do końca, bo starcie było, ale dość krótkie. Potem okazało się, że to nie koniec i zabawa trwa dalej, aż do całkiem zaskakującego finału. Tym razem nie udało mi się go przewidzieć, bo nie dość uważnie przeczytałem początek. Ciekawe, czy udałoby się, gdybym zaczął inaczej? W każdym razie, wszystkie zalety poprzedniego numeru są obecne także w tym, więc i ocenę mogę podtrzymać. Czyli 7/10.

Avengers Academy #25
Hotaru: 25 to zacny numer. Spodziewałem się komiksu z przytupem, jakiejś wstrząsającej posadami serii rewelacji, wody na młyn kilkunastu kolejnych numerów. Nic z tych rzeczy. Dostałem średnio satysfakcjonującą konkluzję bieżącej historii. Cliff-hanger z Jocastą w ogóle mnie nie zaintrygował, bo znając już zapowiedzi na kilka kolejnych miesięcy wiem, że nic z tego nie będzie. Tylko do rysunków Grummeta nie mogę się przyczepić. Wolę go od Raneya.
Krzycer:
Jest dobrze, gdzieś tak do końcówki. Czekam na wyjaśnienia w tej sprawie, na razie kojarzy mi się niemiło z Bendisowym Wonder Manem ("przyszedłem zamknąć ten interes"). Poza tym liczę, że Laura wreszcie założy koszulkę.

avalonpulse233b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers: X-Sanction #3
Hotaru: McGuinness potrafi rysować. To jedyna godna zapamiętania refleksja wiążąca się z tym komiksem. Fabuła Loeba jest... loebowska. Nudna, niedorzeczna, napakowana "wtf-moments" w najgorszym tego zwrotu znaczeniu. Nie wkurzam się jednak, bo się tego spodziewałem. Został jeszcze jeden numer, a wtedy będę mógł spokojnie wymazać to coś z pamięci.
Krzycer:
I lepiej, i gorzej niż w poprzednich numerach.
Lepiej, bo niepewna przyszłość - wizja Avengers dozbrojonych do walki z mutantami - intryguje. No i pojawia się Scott z Hope, czego się nie spodziewałem, i spotkanie Cable'a z rudą wypadło fajnie.
Gorzej, bo Cable idzie bić się z Avengers żeby Avengers nie zaatakowali X-Men. Jakim cudem taki doświadczony podróżnik w czasie nie zatrzymał się, żeby zapytać, czy aby jego działania do tego nie doprowadzą? Tak, wiem, zostało mu 12 godzin życia... tym bardziej lepiej by je spożytkował ostrzegając X-Men a nie ruszając z motyką na słońce.
Poza tym Loeb nawet Rulka potrafi napisać out-of-character ("jesteśmy zespołem bohaterów" itd).
No a końcówka to już żałość. Jasne, Logan jest złym badassem, ale... litości.

Szczepi:
A mi się nawet podoba ten numer. Dość nieoczekiwane pojawienie się Cyclopsa i Hope i ich konfrontacja z Cablem było bardzo fajnym pomysłem. Choć w dalszym ciągu jest to dość średnia seria i Red Hulk - dziecko Loeba - jest pisany out of character, to mogę polecić ten numer. Z drugiej strony, jak to już wcześniej było dostrzeżone, na miejscu Nate'a wybrałbym sie na Utopię i ostrzegł X-Menów przed grożącym im niebezpieczeństwem, zamiast chwytać za szablę i gnać do Avengers.
Gil: Ta seria pod każdym względem kwalifikuje się pod kategorię idiotycznych zapychaczy przedeventowych. Jej zasadnicze założenie to nic więcej jak forshadowing i budowanie przesadnego dramatyzmu. Metoda to pozbawione logiki pojedynki jeden-na-jeden, które wbrew założeniom autora robią idiotów z obu stron. Środkiem jest grafika, która może i trafia w czyjś gust, ale mój omija o mile, ze względu na całkowitą antydynamikę. Ten numer ma to wszystko plus masę klisz. W dodatku rzuca się w oczy to, jak Loeb kreuje superkozactwo Cable’a, pozwalając mu skopać swojego przekozaka Rulka. Najwyżej 3/10 to dostanie.

Defenders vol. 4 #3
Mr. M.: Zacząłem czytać tę serię, pomimo osoby Matta Fractiona, gdyż byłem ciekaw losów drużyny ze Stephenem Strange'm w składzie. Ciekawość jednak okazała się złym motywatorem w tym przypadku, gdyż jest to pozycja nieskładna, prezentująca historię, która nie jest interesująca, bohaterów, którzy są czasem niemal żałośni, nastrój, który nie jest ani śmieszny ani dramatyczny. I w ten sposób moje obcowanie z Defenders się kończy.

Gil: Zacznę od grafiki, bo do stylu Dodsona mam dokładnie takie same zarzuty jak do wspomnianego powyżej MacGuinnesa: za dużo plastiku, za mało dynamiki. W tym przypadku ma to tym większy wpływ na odbiór, że Nul kreowany jest na bestię niewiadomo jak straszną, a wygląda jak małpa w lateksie. O treści za bardzo nie chce mi się mówić, bo jest fractionowa, a w tym przypadku im mniej słów tym lepiej. Czego jednak nie mogę przemilczeć, to faktu, że Fraction próbuje położyć swoje łapy na micie Omega The Unknown. To jakby wstawić Draculę do Zmierzchu. Podobnie jak poprzednik dostanie nie więcej niż 3/10.

Fear Itself: The Fearless #8
Hotaru: Robi się coraz... nudniej. Daimon został potraktowany po macoszemu i tylko wizyta Valkyrie na Utopii mogła uratować ten numer. Zaczęło się dobrze, nie spodziewałem się, że Moonstar okaże się wspólniczką Brunhilde. Potem niestety wplątała się Frost. Zachowała się jak idiotka (pamiętajmy, że Emma, jest suką, nie idiotką), a kiedy pojawiła się Storm z kwestią, którą można sparafrazować "my balls are so much bigger than yours", mogłem już tylko zaliczyć facepalma.
Gil: Najlepszy cytat na określenie tego numeru znalazłem na jego stronach: „Sometimes you’re kinda stupid.” Ostatnio udało im się pokazać kilka fajnych scen i wprowadzić największy jak dotąd twist w historii. Tym razem… Nic. Manewr Hellstorma pozostaje bez uzasadnienia, poza jakimś nieskładnym bulbotaniem o własnych celach. Pojawia się jeszcze więcej magicznych złoczyńców, którzy nie mają nic wspólnego ani z Asgardem, ani z treścią historii do tej pory. Po prostu sobie stoją. Co więcej, plan Sin jakby się rozrasta, tracąc przy tym całą spójność. Z drugiej strony, Valkyrie przybywa na Utopie i tutaj bullshit zaczyna się przelewać bo: młotek zwyczajnie leży sobie nad brzegiem, Moonstar biega w pancerzu Walkirii (pomijając już fakt, że powinna być w SanFran z resztą swojej grupy), Emma wychodzi na idiotkę, a bieganina za własnym ogonem trwa. A im dłużej trwa, tym bardziej zaczyna mi coś przypominać i nie jest to dobre skojarzenie. Jedno słowo: Countdown. I w ten sposób mamy kolejne w tym tygodniu 3/10.

Hulk vol. 2 #48
Gil: Gdy wspominam początki Czerwonego i tej serii, przypominam sobie, że nie pokusiłbym się wtedy o choćby nadzieję, że kiedyś będzie ona dobra i interesująca. A jest. Powiem więcej: w tej chwili wolę czytać Czerwonego niż Zielonego, bo tamten wpadł do studni bezdennej głupoty, a ten przynajmniej przypomina mi nieco Hulka, jakiego lubiłem (czyli tego z czasów PADa). W tym numerze mamy trochę standardowej nawalanki z czymś brzydkim, ale też wreszcie posuwa się naprzód kilka wątków – zwłaszcza 0/1 i Betty. Niestety, Aaron nadal cofa się w rozwoju, ale to mój jedyny zarzut. Jest to całkiem dobre czytadło z całkiem dobrymi rysunkami (chociaż i na tej płaszczyźnie bywało znacznie lepiej). Takie na 6/10.


Punisher vol. 5 #8
Mr. M.: Rucka udowadniał nie raz, że jest świetnym scenarzystą. Nie inaczej jest z jego Punisherem. Nowy numer można opisać tymi samymi słowami, co poprzednie. Świetne prowadzenie postaci, doskonała fabuła, genialne ulokowanie Franka w uniwersum, nie skupianie całej uwagi tylko na nim, do tego klimat noir, uliczny charakter serii i krwiste strzelaniny. Jest to zdecydowanie jedna z najlepszych serii, jaka obecnie gości w Marvelu i jaką należy czytać. 'Nuff said!

Twelve #9
Krzycer: Ledwo pamiętam poprzednie osiem numerów... a mimo to poczułem się oszukany. Bo zapamiętałem, jak Phantom Reporter znajduje ciało BB w strugach deszczu, woda kapie z lufy trzymanego przezeń pistoletu... a tutaj okazuje się, że PR po prostu obnosi się ze spluwą na miejscu zbrodni. Dziwne to i nieprzekonujące.
Ale poza tym - urra, nowy numer Twelve się ukazał!

Gil: Zapomniana już nieco seria powraca z wykopem. Już to, samo w sobie jest wystarczającym powodem do radości, bo w pewnym momencie straciłem nadzieje. Ale nie jest to powód jedyny, bo nie tracimy czasu na recapy i inne bzdury, tylko od razu skaczemy na głęboką wodę i podejmujemy akcję tam, gdzie została przerwana. Bez mała można powiedzieć, że jest to kulminacyjny moment serii, bo wreszcie dowiadujemy się, z czyjej ręki zginął Blue Blade. I to dopiero początek! Przesłanki mówią nam bowiem, że jest tu drugie dno i do niego musimy się dokopać. Mam pewne podejrzenia, ale też miałem je wcześniej, więc zobaczymy. Dodatkowo, jest tu sporo momentów rozwojowych dla postaci i są naprawdę świetne. A jeśli dołożymy również świetną i pełną detali grafikę, dostaniemy zasłużone 8/10 i tytuł numeru tygodnia.

Uncanny X-Force #21
Hotaru: Graficznie, ten numer jest spójny z poprzednim. Czytaj: jest równie szkaradny i nieczytelny. Tocchini chyba zgubił wszystkie rysiki i ołówki, bo stronice wyglądają jak nabazgrane paluchem umoczonym w atramencie. Fabuła też nie zrobiła na mnie wrażenia. Remender nie podjął próby naprostowania gigantycznego przegięcia z poprzedniego numeru, więc w dalszym ciągu historia, nie ważne jak bardzo wyszukana i złożona, postawiona jest na przegniłym fundamencie.
Krzycer: Jako dalsze wprowadzanie AoA Nightcrawlera do zespołu - świetne. Jako kolejny numer UxF - mocno takie sobie. To nadal kwestia Otherworldu i tego, jak nie przystaje do klimatów tego tytułu. Czyli toczka w toczkę jak przy Deathlok Nation.
Może Skinless Man rozkręci tę imprezę, kimkolwiek on jest. Also: Meggan!
Also: czemu mam wrażenie, że Remender nie czytał Captain Britain & the MI-13? To nie tylko kwestia starego kostiumu, po prostu... coś mi nie pasuje.
avalonpulse233c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Szczepi: Numer nieco lepszy od poprzedniego, pomimo okropnych rysunków. Gwiazda AoA Nightcrawlera błyszczy w nim jeszcze mocniej niż wcześniej, także Deadpool dorzuca co nieco od siebie swoimi tekstami. Odnoszę wrażenie, że Remender nie lubi za bardzo eksponować Wolverine'a w tym tytule, co mnie niezmiernie cieszy. Wystarczy, że Logan udziela się bardziej w innych seriach. Wątek Betsy pomagającej Fantomexowi też jest w miarę spójny. Natomiast w dalszym ciągu nie trafia do mnie ta cała wojna z mistycznym wrogiem. Do tego cały ten Captain Britain Corps, czy jak oni się tam nazywają, zachowuje się jak kurczaki z obciętymi głowami - biegają na ślepo i nie mają pojęcia jak walczyć z przeciwnikiem. Interesuje ich tylko pozbycie się Fantomexa i tyle.
Gil: Czytając to nabieram wrażenia, że Remender należy do tego dziwnego typu ludzi, którzy po udowodnieniu, że potrafią zrobić coś wspaniałego, zabierają się do udowadniania, że potrafią to równie łatwo spieprzyć. Babranie się w tym całym braddockowym bagnie jest zupełnie niepotrzebne. Tym bardziej, jeśli przypomni się myśl Stana Lee, że każdy komiks jest czyimś pierwszym. Jeśli ja, siedząc w tym od ponad 20 lat, nie mogę się odnaleźć, to co dopiero ktoś, kto pierwszy raz sięgnął po jakiś komiks lub interesuje się nim od niedawna. Nie marudziłbym tak może, gdyby historia była dobra, ale niestety nie jest. Proces Fantomexa jest naciągany jak gacie na Hulku, przemiana Betsy nie ma właściwie żadnego uzasadnienia (chyba, że chodziło tylko o ty, by mogła latać, a mam nadzieje, że nie), a cliffhanger pozostawia nas z wielkim znakiem zapytania, bo żaden element historii, ani tym bardziej rysunki nie pozwalają przypuszczać, kim jest ten mięsisty osobnik. Co natomiast było całkiem dobre, to starcie reszty teamu z MagiCapem, sposób w jaki załatwił Wolverine’a i szarża Nightcrawlera na zombie-jednorożcu. Niestety, jak już wspomniałem, rysunki nie pomagają się w tym odnaleźć, a często wręcz przeszkadzają, dlatego nie mogę dać więcej niż 5/10 z lekkim wskazaniem w górę.
łukasz: Kolejny odcinek przygody składu X-Force z Brithan Corps. Rysunki mniej przeszkadzają w odbiorze fabuły, niż w poprzednim numerze, ale do ideału i tak im sporo brakuje. Można śmiało wysnuć jeden wniosek, że Rick Remender pisze bardzo dobrze, jedynie historie powiązane ze światem Age of Apocalypse. Widać w obecnej historii braki autora w historii rodzinny Bettsy Bradock. Historia nie porywa, dobrze, że już tylko 2 numery pozostały do jej końca. Jedyne dobre momenty, to te z AoA Nightcrawlerem oraz Deadpoolem, co niezbyt dobrze świadczy o scenarzyście. Historie pisane przez Ricka w tej serii to typowa sinusoida, raz bardzo dobrze, raz bardzo średnio. Oby szybko doszło do poprawy.

Uncanny X-Men vol. 2 #6
Hotaru: Średnio mi się to podoba. Czyta się porządnie, ale jak by się nad tym chwilę zastanowić, to widać same niedociągnięcia: Storm zostawiła Cyclopsa nie podejmując próby ratunku, Hope i Namor bez sensu pływają w rzece nawet kiedy już wiadomo, że to Betsy i Eric napotkali ich wroga, Magik zostaje porwana zupełnie off-panel i zupełnie bez sensu, a wielkie "odsłonięcie" w postaci topornej retrospekcji nie mogło być bardziej... toporne. Po Gillenie spodziewałem się czegoś więcej. Po Landzie - nie.
Szczepi:
Komiks w starym, przygodowym stylu. Jest nieznany przeciwnik, nowe nieprzyjazne miejsce do odkrycia oraz nowy, przyjaźnie nastawiony znajomy zamieszkujący to miejsce. Zupełnie jak za dobrych czasów Chrisa Claremonta. Innymi słowy bardzo fajna, godna polecenia lektura.
Gil: Jest lepiej. Mniej fractionowo, a bardziej gillenowo w stylu JIM. Ulżyło mi, gdy się okazało, że Immortal Man nie jest Genocidem, a dalej czytało się już tylko lepiej. Trzeba przyznać, że gdy ma się już za sobą naciągane okoliczności, jakie doprowadziły do tego punktu fabuły, można już dobrze się bawić przy samej akcji. Tym bardziej, że scenarzysta bardzo dobrze wykorzystuje nie tylko umiejętności bohaterów (manewr Magneto z hełmem – awesome!), ale także ewolucyjną podstawę historii. Nawet przyznam, że polubiłem tego dziwnego geniusza. Teraz czekam na ciąg dalszy, bo pojawił się potencjał. Mały plusik też dla Landa, bo pojawia się tu perę elementów, których nie mógł przekalkować i wypadają całkiem fajnie. Ostatecznie będzie 7/10.
łukasz: Historia zespołu, dowodzonego przez Cyclopsa, w tajemniczej strefie zwanej Tabula Raza coraz bardziej Mi się podoba. Tajemniczy wróg, którego trudno zaatakować, a tym bardziej nawet zranić, współpraca między mutantami. Zaskakuje dobry podział akcji, na poszczególne podgrupy postaci. Ogólnie powrót klimatu znanego, ze starych numerów X-men, pisanych przez Chrisa Claremonta, a te trzeba zaznaczyć, były w większości najlepszymi momentami w historii X-ludzi. Tu mamy powrót do tego typu historii, Gillen udowadnia, że nie tylko w serii o nordyckim bogu kłamstw, czytaj Lokim, potrafi tak prowadzic fabułę, by zaciekawiała ona czytelnika oraz powodowała, że z chęcią sięgnię po kolejny numer. A rysunki nie powodują braku zrozumienia zawartości numeru, ale dobrze z nim współgrają - czytaj Land nie jest wcale takim złym rysownikiem jak inni forumowicze sądzą.

Venom vol. 2 #13
Krzycer: Dziwne toto. Rozumiem obecność trojga bohaterów, ale Laura trochę jak kwiatek do kożucha wygląda. Mniejsza o to, to nie jest główny problem... Głównym problemem jest to, że wraz z początkiem crossovera przestałem się czuć, jakbym czytał kontynuację przygód Venoma a zacząłem, jakby to była kontynuacja dopiero co skasowanej serii Ghost Rider.
Zobaczymy, co będzie dalej, ale symbiot-klony X-23 nie wróżą najlepiej. Co się stało temu Remenderowi?

Mr. M.: "Circle of Four" zaczyna się bardzo dobrze. Nie spodziewałem się niczego wielkiego po tej historii, ot czterech mroczniejszych zabijaków będzie się mroczniej bić, ale przyznam, że zostałem wciągnięty. Pogratulować Remenderowi doprowadzenia Flasha do momentu, w którym story arc nie wydaje się zapchajdziurą pomiędzy właściwą historią. Mam nadzieję, że 'Circle' wpłynie choć trochę na inne postacie, być może Alejandra i Johnny dojdą do większego porozumienia. Powrót Blackhearta jest świetnym posunięciem, sprowadzenie piekła na Ziemię jest miłe zarówno fabularnie, jak i wizualnie. Umieszczenie postaci wyszło sprawnie, a końcowe połączenie sił było szybkie i nie raziło zbytnią pretekstowością. Jedyne, co mi się nie podobało, to końcowe wyjście groteskowych stworów z demonicznego lustra. Nie żebym nie lubił groteski, ale trochę zaburzyło mi to nastrój opowieści.
Szczepi: Wieki temu w Polsce nakładem TM-Semic wydana została historia "Heart of Darkness". W niej Ghost Rider (Daniel Ketch), Wolverine i Punisher próbowali uwolnić mieszkańców pewnego miasteczka z rąk Blackhearta. W "Circle of Four" sytuacja wyglada podobnie, główny zły jest ten sam, nawet bohaterowie są podobni - jest Ghost Rider (Alejandra), zamiast Logana mamy X-23, a miast Franka Castle - Venoma. Jedynie Red Hulk trochę psuje mi ten obraz, ale cóż... Wracając do samego komiksu, bardzo fajnie zostały wprowadzone główne postacie tej historii, ukazano motywy, jakimi się kierują, dlaczego akurat znaleźli się w Las Vegas, itd. Jedynie Laura, jak na mój gust, została przedstawiona w bardziej dziki, bezwzględny sposób. Rozbawiła mnie jeszcze mina Red Hulka i tekst w stylu, że należy uważać na Blackhearta, bo on jest niebezpiecznym zawodnikiem. Mówił to facet, który jakiś czas temu wypłacił Watcherowi piąchę, a trzęsie portkami przy synu Mephisto.
Gil: Run for your lives! The ‘90s are attacking!!! Jeśli ktoś widział kiedyś team-up Thunderstrike + War Machine + Nomad, to wie, o czym mówię. I chociaż to uczucie towarzyszyło mi już od okładki, pogłębiło się znacznie, gdy okazało się, że głównym oponentem w tej historii jest – dum-dum-dum-DUMMM!!! Blackheart! Ten sam, którego większość czytelników kojarzy z grami Capcomu, a reszta z mrożącym krew w żyłach team-upem Wolverine, Ghost Rider, Punisher: Heart of Darkness. I tak, przez większą część numeru, koszmar lat 90-tych zakrada się do nas powoli w towarzystwie raczej pokracznych rysunków, by ostatecznie ugryźć w dupę, gdy wszystkie karty zostają wyłożone na stół. I wtedy następuje zwrot w kierunku tego, co Jason Aaron pokazał w swoim Ghost Riderze. I ja już sam nie wiem, czy to ma być parodia, czy na poważnie. Chyba poczekam z bardziej dosadną oceną, aż wyjaśni się ta wątpliwość, a tymczasem dam neutralne 5/10 i spróbuję zmyć z mózgu skojarzenia. A skoro już o tym mowa: Ghost Rider + Hulk + (klonowany) Wolverine + (grimm & gritty) Spider-Man = New Fantastic Four. Ohhh...! Leave me alone, '90s!!!

Villains for Hire #3
Mr. M.: Bardzo przyjemna miniseria. Największym plusem jest zebranie mniej znanych przestępców, mam nadzieję, że nie znikną oni potem ze stron komiksów Marvela. Szczególnie Scourge. Sama fabuła jest dość prosta, lecz co numer oferuje mały twist, który skutecznie utrzymuje zaciekawienie tytułem. Reszta to siłowe potyczki, trochę brakuje mi rozplanowania działań, jak w #0.1. Przydałoby się więcej strategii, ale nie jest źle. DnA stworzyli rozrywkę na przyzwoitym poziomie.

Gil: Podobali mi się Heroes For Hire duetu DNA, ale od początku tej serii dominuje raczej trio WTF. Okay, pierwsza odsłona broniła się tajemnicą, druga wyciągnęła wszystko, co się dało z rewelacji, ale trzecia już nie ma czym się bronić. Po prostu dwie grupy łotrzyków się tłuką i właściwie nie wiadomo, kto jest po której stronie, podczas gdy autorzy usiłują nas przekonać, że Misty do reszty skrejzowała. Po takiej dawce chaosu i sprzeczności wręcz z ulgą powitałem ostatnią stronę, która spłukuje wodę po tej dawce bullshitu i obiecuje nawiązanie do pierwszej historii z oryginalnej serii. Jeszcze jest szansa, że seria wybroni się jako całość, ale ten numer z pewnością nie przyczyni się do tego. Jest typowym przykładem trzeciego z czterech: wszystko poprzeciągane, rozciągnięte do granic i pełne zapychaczy. Pewnie byłoby lepiej, gdyby seria miała 3 numery, ale cóż począć. Dam 5/10 jako sugestię, że jest niepotrzebny.

Winter Soldier #1
Gil: Nie jestem fanem badassowego szpiegostwa i typków, którzy w pojedynkę dokonują niemożliwego. Za to lubię dobre zagadki i odkrywanie rożnych związków przeszłości postaci z bałaganem w ich obecnym życiu. Tutaj mamy obie te rzeczy, plus całkiem dobre sceny akcji, plus kombinację postaci i twórców, o której wiemy, że się sprawdza. Aha i jeszcze plus goryl z kałachem – tego fanem też nie jestem. Natomiast, co najbardziej przykuło moją uwagę i sprawiło, że chcę więcej to warstwa graficzna. Butch Guice już dawno zaskarbił sobie moją sympatię i tutaj udowadnia, że zasłużył sobie na nią. Tuszowanie sprawia, że część paneli wygląda przeciętnie, ale z drugiej strony mamy kilka naprawdę przepięknych (zwłaszcza zbliżeń). Ale jest też klimat, jest dynamika i są bardzo fajnie wkomponowane efekty środowiskowe. Tym razem bardziej chciało mi się patrzeć niż czytać, ale i tak o scenariuszu złego słowa nie powiem. Powiem nawet, że ten debiut zasługuje na 8/10.

X-Club #3
Gil: Science hooo!!! Punching is forever! Te teksty Nemesisa (i nie tylko te) po prostu mnie rozłożyły na łopatki i już więcej złego słowa o tej serii nie powiem. Niech sobie będzie naciągana i chaotyczna – nadrabia momentami. Co więcej, dostrzegłem też ziarenko sensu w wątku Danger i może być z tego coś fajnego, jeśli moje zgadywanki się potwierdzą (ale też łatwo mogą przegiąć – zobaczymy). No więc, serio trwaj. Fly me to explodo justice on the crackling wings of science! Mocne 7/10.


X-Factor #231
Hotaru: Chciałoby się ponarzekać, że w tym numerze zabrakło zespołu naszych ulubionych dysfunkcjonalnych detektywów. Chciałoby się, ale tego nie zrobię. Po prostu przygoda Madroksa w alternatywnej rzeczywistości tak mnie wciągnęła, że nie zdążyłem zatęsknić za Monet, Siryn i spółką. Nie mogę się doczekać finału tej historii, który ma się rozegrać już w przyszłym numerze. Wspomnę jeszcze o zjawiskowych rysunkach Lupacchino, przepięknie pokolorowanych przez Matta Milla. Wybryki Stromana wydają się teraz jedynie sennym koszmarem sprzed lat...
avalonpulse233d%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: W tej chwili bardziej interesuje mnie to, co się dzieje w głównej rzeczywistości, od tego, co przytrafia się Madroksowi. Poza tym ta rzeczywistość nie była tak ciekawa, jak poprzednia - ale i tak czytało się to fajnie. Zwłaszcza Deathlok America kilka razy mnie zaskoczył.
Szczepi:
Dziwny był to numer. Z jednej strony była to kolejna przygoda Madroxa w innym wymiarze, gdzie trafił po swoim kolejnym zgonie, z drugiej strony zaś była ona mało porywająca. Ot, zmęczony Iron Man potłukł się w swoim biurze z Captainem Deathlokiem, pojawił się Mr Tryp i coś tam bąknął o tym, że Jamie jest wybrańcem czy cuś. I potem hop, do kolejnego wymiaru. Mało to było porywające, co jest bardzo dziwne w komiksie, gdzie autorem scenariusza jest Peter David. Mimo to, jestem ciekaw jak to zostanie rozwiązane.
Gil: Tym razem ciut słabiej, ale jest ku temu wyraźny i konkretny powód: Największą siłą serii jest chemia w grupie, a gdy nie ma grupy, nie ma chemii. Przygoda Madroxa w innym świecie jest fajna - nawet bardzo, bo PAD ma świetne wyczucie jeśli chodzi o takie dystopijne alternatywy – ale nadal jest to tylko Jamie i jego wewnętrzne monologi, a nie X-Factor jako całość. Są fajne momenty i fajne pomysły, ale jak dla mnie, numer tej serii mógłby być całkowicie wypełniony rozmową w kuchni przy śniadaniu i nie potrzebuje wielkich Iron Manów, ani Deathlocków Rogersów. Wciąż jest to mocne 7/10, ale w zupełnie innym stylu.
łukasz: Odcinek(numer) poświęcony w całości Madroxowi i jego niechciannym i nieoczekiwanym wycieczkom, po alternatywnych przyszłościach. Fabularnie bardzo dobrze. Nie często widzimy przygody samego tylko Jamiego, wszak X-Factor to seria o przygodach drużyny. A tutaj nasz ulubiony mutant - detektyw, trafia w sam środek konfliktu, między alternatywnymi wersjami Iron Mana oraz Deathlok Captaina, by w miarę rozwoju akcji trafić na ostatnich kadrach numeru, w szpony opętanego przez Dormammu Dr. Strange'a. Liczę na w miarę szczęśliwy powrót Madroxa z alternatywnych przyszłości. Ciekaw jestem, jaka będzie jego reakcja na powrót Havoka i Polaris do drużyny X-Factor. A przyszłość grupy robi się coraz ciekawsza. Sam Peter David, w odpowiedzi na listy czytelników, wspomina o powrocie syna Rahne oraz Darwina.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse233a.jpgPunisher vol. 5 #8
Autor: Marco Checchetto

Hotaru: To trochę irytujące, że komiksy, których nie czytam, mają takie dobre okładki. Wiem, że to jeszcze nic nie znaczy, ale i tak zaczynam zastanawiać się, czy nie warto by zobaczyć, co jest w środku. A to chyba dokładnie to, o co w "okładkowym biznesie" chodzi. Checchetto zaliczył strzał w 10-tkę.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.02.01


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.