Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #230 (16.01.2012)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 16 stycznia 2012Numer 3/2012 (230)



Miniony tydzień obfitował w nowe pozycje, udostępnione przez wydawnictwo Marvel. Dzięki temu dzisiejszy numer Pulse'a znacznie zwiększył swoją objętość. A ponieważ do czytania jest dużo, to by było na tyle, jeśli chodzi o wstęp. Przyjemnej lektury.



avalonpulse230b%20%5B1600x1200%5D.JPGAmazing Spider-Man #677
Krzycer:
Nie da się ukryć, że Emma Rios ma swój charakterystyczny styl. Niestety, nie lubię go.
Mark Waid z kolei zrobił ze Spider-Mana idiotę (zaloty do Black Cat, wołanie do Murdocka w cywilu po ksywie), ale wstrzeliwuje się tym w to, co z Parkerem robi zazwyczaj Slott, więc trudno mówić o prowadzeniu postaci out-of-character. Ale poza tym numer był w porządku.

colossus28: Jakoś ostatnio nie leży mi nic za bardzo co związanego jest ze Spiderem, ostatni numer podobał się, ale to raczej dzięki brakowi Ścianołaza. Nawet ciężko powiedzieć, skąd bierze się ta niechęć, może wciąż świeżo w pamięci mam nieszczęsny "Spider-Island", może że szata graficzna coraz częściej jest powierzana Ramosowi, którego nie znoszę. Fakt jest jednak faktem i ten numer po raz kolejny mnie do tej serii nie przekonuje. Historia sama w sobie nie jest tragiczna, ale już Spider-Man latający za Black Cat jak pies za suką to już przesada. Dobrze chociaż, że Felicja go pogoniła. Na plus to rozmowa Pająka z Mattem i jego szczere zapewnienia, że nie jest Daredevilem, ale jedna scena to trochę za mało jak na cały numer. 4/10.
Gil: Zawsze uważałem, że spotkania na linii Pete/Matt mają w sobie coś fajniejszego niż inne team-upy z ich udziałem, bo w dynamice postaci jest coś, co ich łączy. Tutaj również team-up wypada fajnie, ale dopiero po niefortunnym pierwszym kontakcie, który trąca tym, co Borat określał mianem "ritardejszyn". Dalej na szczęście jest już normalnie i fajnie się to czyta. Resztę komiksu dla odmiany czyta się tak sobie, bo intryga nie poraża ani oryginalnością, ani wykonaniem, a rysunki miejscami zniechęcają. Bardziej od całej intrygi zaintrygowało mnie, skąd w prasie wzięło się zdjęcie z aresztowania Felicji, dokładnie takie jak splash-page. Więcej jak 5/10 nie dam.
Arachnid: Nie ma tragedii, ale rewelacyjnie też nie jest. Powiedziałbym, że jest całkiem nieźle. Historia zapowiada się ciekawie. Zawsze podobał mi się team up Spider–Mana z Daredevilem, więc mam nadzieję, że i tym razem się nie zawiodę. Do tego jeszcze Black Cat i przypomina mi się: „The Evil That Men Do”. Powinna wyjść z tego jakaś dobra historia. Choć jak na razie dostajemy kiepskie rysunki i kretyńskie zachowanie napalonego, wyposzczonego tytułowego bohatera. Ale poza tym nie jest źle.

Battle Scars #3
Hotaru: Podoba mi się ta miniseria. Choć raz potwierdziły się zapowiedzi - Scot Eaton rzeczywiście nigdy nie rysował lepiej. Oprawa graficzna cieszy oko, ale scenariusz niewiele mu ustępuje. Gościnny występ Deadpoola był wielkim znakiem zapytania - mógł pogrzebać numer, jeśli okazałoby się, że scenarzysta nie ma poczucia humoru. Chris Yost świetnie dał sobie radę i jego Wade jest autentycznie zabawny, nie popadając przy tym w debilizm. Intryga posuwa się bardzo wolno do przodu, ale nie wątpię, że nie tylko ja czekam na wiadomość, kto jest ojcem Marcusa.
Krzycer:
O, Yost mógłby odciążyć Way'a, zabierając mu Deadpoola. Ale mniejsza o to. Marcus Johnson przestał uciekać, przeszedł do ofensywy, i od razu zacząłem go inaczej postrzegać. Nadal najciekawsze jest w nim pytanie "kim jest jego ojciec?", ale jest to pytanie na tyle nośne, że nie mogę się doczekać odpowiedzi.
Gil: Przebąkuje się tu i ówdzie o wyższości tego tytułu nad Fearless i muszę się z tym zgodzić. Nie zanudza przy czytaniu, jest nawet interesujący i zdecydowanie lepiej narysowany. Jednak obie serie mają pewien punkt wspólny: w obecnej chwili nie mam najmniejszego pojęcia, po jaką cholerę powstały. Niewątpliwie jednak, kolejnym plusem tej tutaj jest fakt, że minęła właśnie półmetek, a w zapowiedzi następnego numeru pojawia się magiczne słowo "answers". I oby się pojawiły! W tym numerze natomiast mamy nieśmiesznego Deadpoola i Taskmastera, który najwyraźniej zapomniał jak się strzela z łuku. Poza tym gdybanie, teorie, niedopowiedzenia, jak zawsze. I ocena 6/10.

Black Panther: The Most Dangerous Man Alive #528
Krzycer: Rysunki nadal mi się nie podobają, fabuła... Jest niezła, choć miło by było, gdyby Kingpin nie oddawał pola tak łatwo. Dotąd dobrze mu szło, teraz inicjatywę całkowicie przejął T'Challa. Może jeszcze w końcówce coś się zmieni.
Ale tak czy inaczej, to najlepsze wykorzystanie Kingpina w ostatnim czasie. Od odstrzelenia cioci May Fisk nie miał chyba podobnej ofensywy.

Captain America vol. 6 #7
Gil: Nuda, panie i dłużyzna. Jak w polskim filmie. Od restartu serii właściwie nic się tu nie dzieje. Nawet klimatu nie ma za grosz. Gdy parę lat wstecz czytałem siódmy numer tej samej serii (tylko z innym vol.), tego samego autora, z wypiekami czekałem na ciąg dalszy. A teraz... już bardziej czekam na rachunek za telefon, bo poczta znów się spóźnia. Rysunki to typowy Davis, czyli coś co mnie ani ziębi, ani grzeje. Za całokształt 5/10.

Carnage, U.S.A. #2
Gil: Cóż, nie da się ukryć, że największa siła serii i połowa jej klimatu to rysunki. W poprzedniej mini były często zbyt ciemne i nieczytelne, więc wyciągnięcie akcji na światło dzienne zdecydowanie wyszło im na dobre. Fabularnie tym razem bez fajerwerków - to raczej podkładanie ładunków. Coś się dzieje na kilku płaszczyznach, ale akcji przez duże A nie ma wiele i dopiero coś z tego wyjdzie. Aczkolwiek muszę podkreślić, że spodobał mi się pomysł oddziału Carnage Busters, a zwłaszcza ten paskudny psymbiont. Aha, i duży plus za okładkę. W oczekiwaniu na fajerwerki dam mocne 7/10.


Daken: Dark Wolverine #19
Krzycer: Ojej, jakie straszne rysunki. Już nie chciało mi się komentować przy okazji poprzedniego numeru, że Molly jest za duża w tej interpretacji, ale w tym numerze jeszcze na dokładkę zmienia się w mężczyznę na niektórych kadrach. Nico zresztą też.
A fabuła? Ot, końcowa łupanina z potężnym aktorem. Ale dobrze poprowadzona. Jest parę zaskoczeń, jest sneak attack przy pomocy helikoptera (!), jest całkiem fajna scena, w której Daken przechwala się czytelnikom, jaki jest zimny i wyrachowany, żeby zaraz potem rzucić się z pazurami. Na dodatek Runaways, choć potraktowani przedmiotowo, nie zostali zeszmaceni, więc i z tej strony było dobrze.
Jeśli coś mi się nie podobało, to ostateczne pokonanie Rostona. Głównie z tego powodu, że nie było wiadomo, jakie on ma właściwie moce. Wyglądał na niezniszczalnego, i w sumie nie wiadomo, czemu ostatecznie okazał się zniszczalny (poza nec Hercules contra plures).


Formic Wars: Silent Strike #2
Misiael: Przy okazji poprzedniego numeru tej miniserii Hotaru strasznie płakał, że Robale/Formidzi nie wyglądają tak, jak to sobie wymyślił Card, a nawet nie przypominają tych, które widzieliśmy w dotychczasowych komiksach spod znaku Endera. Ja, będąc nie mniejszym od niego fanem enderverse stwierdzam, że nigdzie nie było powiedziane, iż Formidów jest tylko jedna odmiana, a te uczestniczące w First Invasion wcale nie musiały należeć do tej samej odmiany, co pozostałe. Teraz, skoro uratowałem już continuity, przejdę do recenzji niniejszego numeru.
A ten jest całkiem niezły, bo dał mi dokładnie to, czego odeń oczekiwałem - ciekawą fabułę, interesujące rozwinięcia dotychczasowych wątków (przewidywalne wprawdzie, ale i tak bardzo przyjemne) i całkiem sporo klimatu beznadziejnej obrony planety przed inwazją obcych. Wprawdzie dialogi mogłyby być lepsze. Wprawdzie rysunki mogłyby być bardziej epickie. Wprawdzie... a, co tam - komiks cieszy, a to jest w jego przypadku najważniejsze.


Incredible Hulk vol. 4 #4
Krzycer:
To jest dobry Portacio? Szczerze mówiąc, nie widzę różnicy. Znaczy, brzydkie są. A Banner z jetpackiem (czy rakietowymi butami) był iście romitański.
A fabularnie... nie mogę się przekonać do szalonego Bannera. Widzieliśmy to już parę razy, ale akurat w tym wykonaniu - z mutowaniem zwierząt, atakowaniem baz wojskowych i tak dalej - jest... zbyt dziwny. I tyle.

colossus28: Na początek muszę zaznaczyć z pełną świadomością, że podobały mi się rysunki Portacio. Nie jest to może forma sprzed lat, ale w tym numerze spisał się całkiem nieźle, takiego Whilce mogę oglądać. Co do reszty, to nie jest źle, tylko strasznie drażni mnie to szaleństwo Bannera, bo tak można już chyba nazwać jego zachowanie. Chyba, że za jego obsesją kryje się coś innego. Tutaj Hulk jest racjonalny i opanowany i prawdę powiedziawszy, taki mi się podoba. Na razie czytam tę serię bez zachwytu, ale wciąż daję jej szanse. 6/10.


avalonpulse230c%20%5B1600x1200%5D.JPGJourney Into Mystery #633
Hotaru: Kieron Gillen jak zwykle trafił w dziesiątkę. Wybaczę mu nawet niepolskie imię trzecioplanowej postaci, bo przecież nie jest powiedziane, że ta rodzina mieszkająca w Krakowie to Polacy. Leah jest godną towarzyszką Lokiego i tylko odrobinę dziwi mnie All-Mother, które niby rządzą całą Asgardią, a zawsze, jak je widzimy, to się obijają. Oprawa graficzna różni się od tego, do czego seria zdążyła nas przyzwyczaić - linie i kolory są czystsze, nienaznaczone grafitem. Richard Elson zaryzykował, ale ryzyko się opłaciło. Jak zwykle, fenomenalny komiks.
Krzycer: Po pierwsze, Hellstorm dołącza do elitarnej grupy marvelowych herosów władających językiem polskim (Black Widow, Magneto i Namor? Ktoś jeszcze?).
Po drugie, Loki i Leah są świetni.
Po trzecie, to niewiele się w tym numerze wydarzyło. Ot, wprowadzenie Hellstorma, zasugerowanie problemu, koszmar Lokiego i tyle. I spotkanie Fear-Lordów, które podpada pod "sugerowanie problemu".
Krótko mówiąc: bardzo przyjemnie się to czyta, ale treści było tu niewiele.

Gil: Witamy w Krakowie, panie Hellstrom. Widział pan już smoka? Cóż, smoka widział chyba każdy, ale za to żadnej Petry tam raczej nie uświadczycie i to jedyny minus tej wizyty. Plus: przynajmniej nie ma śniegu i Kraków nie wygląda jak wiocha. Co poza tym przynosi ten numer? Przede wszystkim bardzo fajne spotkanie Fear Lordów, zabawną scenę w barze i Hellstorma, który wreszcie wygląda tak jak powinien (tzn. nie jest łysy, nie ma idiotycznego hełmu, ani durnej brody zen mastera). Historia właściwie dopiero się zaczyna, ale biorąc pod uwagę położone wcześniej podwaliny, zapowiada się obiecująco. Nawet zmiana rysownika nie przeszkadza mi bardzo, bo chociaż klimat jest inny, to miejscami ta inność jest dużym plusem. Tak więc, czekając na ciąg dalszy, wystawiam 8/10.
łukasz: Numer przepięknie zilustrowany przez Richa Elsona. Kolorystka też dużo w tym pomogła. Oprawa graficzna wraz ze scenariuszem Gillena pokazują jak należy prawidłowo pisać komiksowe fantasy. Wizyta "syna" Diabła w naszej pięknej, byłej stolicy Polski krótka, acz ciekawa, bo dowiedziałem się m.in, że imię Petra (chyba skrót od Petroneli?) noszą często nawiedzone dziewoje. Interesująco wygląda wątek zemsty Disir, za zdradę jaką im sprawił młodociany Loki, na razie tylko w marzeniach sennych boga kłamstwa, ale zapewne szybciej niż później dojdzie do niego w świecie rzeczywistym. Szkoda, że czworonożny "piekielny" pupil Asgardczyka pojawił się w tym konkretnie numerze tylko na kilku kadrach. Mam nadzieję, że w tej historii będzie miał swoje jeszcze swoje pięc minut, bo jest jak to by ująć zaje... wyszczekany ;) .

Magneto: Not A Hero #3
Hotaru: Sympatia Skottiego Younga to młodych mutantów jest niezaprzeczalna - jedna scena telefonicznej rozmowy Pixie z Anole i Rockslidem wystarczyła, bym na nowo zatęsknił i wkurzył niesprawiedliwym anulowaniem New X-Men
przed laty. Dialogi pozostałych też mi się podobają, w szczególności przekomarzania Erica i Scotta. Pomimo tak silnej strony scenariuszowej, to Clay Mann skradł ten numer. Magneto: Not A Hero #3 to jeden z najlepszych jego komiksów - artysta nie tylko przemyślał każdy kadr, ale potem perfekcyjnie go narysował. Na te stronice naprawdę warto popatrzeć.
Krzycer:
Brakuje mi jakiegoś kadru pokazującego, że Magneto coś poczuł, zabijając swoje sklonowane dzieci. Albo żal, bo to jego dzieci, albo satysfakcję, bo to sklonowane potworności. Ale jakiejś reakcji zabrakło. Było nie było - skręcił kark Wandzie.
Dlaczego X-Men trzymają uwięzioną Astrę w samym bikini?
I co to w ogóle za machineria, na której ją ukrzyżowali? Mogę się domyślać, że to coś może niwelować jej moce, albo co, ale jeśli Mann tak pojechał po bandzie, to przydałoby się jakieś uzasadnienie.
I to dosłownie wszystkie niedociągnięcia tego komiksu. Reszta jest świetna - bardzo dobre, miejscami niesamowite rysunki Manna (Mannów) i fajnie rozplanowana i dobrze zrealizowana przez Younga akcja. Do tego Young zdaje się świetnie znać postaci, o których pisze.
Uwagi końcowe:
Plusik dla Manna, za portretowanie mutantów w cywilu (Magneto, Kukułki, Pixie). Zawsze wydaje mi się, że to idiotyczne, gdy X-Meni spędzają sobotnie popołudnie przy grillu w kombinezonach bojowych.
Czy Magneto się teleportował na Utopię? Ojej. Chyba od czasów Avengers Disassembled mu się to nie zdarzyło.

Gil: Historia trochę nam skręca i trzeba uznać to za plus, bo jak dotąd była ciut zbyt prostoliniowa. Nie przeszkadzało mi to, ale zawsze jakiś mały twist jest pomocny. Jednak największą zaletą numeru jest jego dynamika, w połączeniu z rysunkami. Bardzo dobre pojedynki i nie tylko one, a przede wszystkim bardzo ekspresyjna i efektowna wizja umysłu Astry. Czasami to zadziwiające, ile radochy może przynieść takie z pozoru błache czytadło. Temu dam zasłużone 7/10.
Arachnid: Bardzo przyzwoita lektura. Bohaterowie pisani w właściwy, dobry sposób. Sporo akcji i ciekawych walk. No może poza Blobem zjadającym Erica. To było akurat obrzydliwe. Bardzo podobało mi się przesłuchanie Astry przez Kukułki. Numer ten ma kilka małych niedociągnięć, o których już wspominano, ale myślę że rewelacyjne rysunki te niedociągnięcia nam wynagradzają. Ogólnie rzecz ujmując był to bardzo dobry numer.

New Avengers vol. 2 #20
Hotaru: Kolejny numer, który nie rzucił mnie na kolana. Mamy starcie Avengers Cage'a z Avengers Osborna, jednak w ogóle mnie to nie obeszło. Stawka jest praktycznie żadna, bo co to za motywacja, że "obiję ci tyłek bez planu i pomyślunku, bo miałeś czelność dać mi łupnia wcześniej". Zagrywka Strange'a z falą tsunami też w moim odczuciu jakaś taka losowa była. Strona graficzna nie razi, ale cały czas pamiętam, że Deodato stać na o wiele więcej.
Gil: Zaczynamy od strony z paskudnymi twarzami, o różowych oczach, która zapowiada coś, ale nie wiadomo co. Od niej przechodzimy bezpośrednio do bitki, która zaczyna się od głupoty. Ot, niby szczegół, ale jednak: Osborn twierdzi, że Cage nie ma żadnej authoritah, by go aresztować. Jakby nie doczytał, że jest teraz szefem T-Boltsów, więc bez mała ma taką samą władzę jak on sam, gdy wyruszał bić Skrullów, by zacząć swoje Rządy Ciemniaków. Później bardzo efektowny splash-page, na którym wszyscy prężą się w ekstremalnie nienaturalnych pozach. Cage pędzi jak czterej pancerni na Berlin, ale i tak zatrzymuje się na Normanie, który rzuca nim jak szmatą. Okaaay... jako Goblin miał nadludzką siłę, ale tutaj i teraz? Wolverine robi za worek treningowy dla Skaara (bo niby po co choćby wyciągać ten wielgi miecz?), Spidey tłucze Gorgona, a ja nadal nie wiem skąd i po co mu te fake-pazury? Danny iron-fistuje Skaara, podczas gdy Normie pręży sieavalonpulse230d%20%5B1600x1200%5D%20%282%29.JPG do zdjęć w kretyńskim rozkroku nad kupą gruzu. Strange zostaje powalony nieświeżym oddechem, Dardevil telepatycznie... wzywa... strzały? A nie - to tylko durne kadrowanie. Spidey czyni uwagi na temat Scarlet Witch i jej "whore look"? A nie - tym razem to moje mind_over_matter :P . Za to już w następnej chwili na cały ten burdel spada Quinjet, a eksplozja... To straszne! Uszkodziła aż 3 kostiumy! Cage wraca i odstawia "smack my bitch up". Potem dzieje się coś, czego zupełnie nie rozumiemy, dopóki dwie strony dalej nie wyjaśniają nam, że była to iluzja, mająca zabezpieczyć odwrót dzielnych herosów. Normie wyjaśnia to swoim popychadłom, a fałszywy Hawkeye wybiera właśnie ten moment, by się wyprężyć i wycelować do czytelnika z łuku. Na koniec, Avengers pojawiają się w przypadkowym miejscu, teleportowani przez Strange'a i odkrywają, że dokładnie tutaj czyha na nich Psychocyberfakethor. Mrożący krew w żyłach cliffhanger.
A teraz fakty: Tak się złożyło, że rano oglądałem odcinek AT4W, poświęcony Frankowi Millerowi i nie mogę się powstrzymać od porównania. Tak samo jak on, Bendis również zaczął dobrze, miał nawet genialne momenty, ale w pewnej chwili zaczął zjadać własny ogon, a teraz już się nim dławi. Każdy jego pomysł, nie ważne czy dobry, czy kiepski, jest tak obudowany masą absurdalnych rozciągnięć i dopchany watą, że trudno go przełknąć. W tej chwili jeden wątek ciągnie się w dwóch seriach, na dwa różne sposoby i w obu do niczego nie zmierza. Osborn wrócił, ego mu urosło i tyle. Nic więcej się nie dzieje od miesięcy. Czekamy na konkrety, do cholery!!! W dodatku Deodato też pokazuje spadek formy i to trwały. Chwilami się pośmiałem, więc szczodrze dam temu numerowi 4/10, mimo jego ogólnej kiszkowatości.
Arachnid: Czyli konfrontacja tytułowej drużyny z zespołem, którego istnienie jest dla mnie nadal kompletnym nieporozumieniem i nie ma najmniejszego sensu. Z zespołem składającym się z marnych podróbek pod wodzą Tommy’ego Lee Jones’a. Sama walka nie byłaby taka najgorsza, gdyby nie kilka bardzo głupich zagrań. Po pierwsze skąd u Osborna taki nagły przypływ sił, że Cage wygląda przy nim jak niegroźna cioteczka. Po drugie wyżej wspomniany Tommy Lee Jones, znaczy Norman Osborn, zamiast wspomóc swoją drużynę woli oddać się chwili dla fotoreporterów. I najgłupsza według mnie scena, to oczywiście pokonanie Doctora Strange’a. Nie wiem jakie dokładnie zdolności ma ta pani, ale jedyne co mi przychodzi do głowy to cytat Osła ze "Shreka": „ Zainwestuj w Tik Taki, bo ci jedzie”. Do tego jeszcze dochodzi spadający Quinjet, jakaś iluzja i po zabawie. Swoją drogą zastanawia mnie bardzo dlaczego Mockingbird, która otrzymała nowe moce w bardzo słabej historii "Infinity", nie bierze udziału w bezpośredniej walce, tylko cały czas robi za pilota. Jest jeszcze zakończenie zwiastujące, kolejne pasjonujące starcie w kolejnym numerze. Ogólnie tragedii nie ma, ale dobrze też nie jest.

Scarlet Spider vol. 2 #1
Krzycer: Pierwsza scena jakoś tak kojarzy się z Batmanem. Ciekawe, czy to było celowe. Ale potem jest lepiej - Yost szybko i skutecznie pokazuje, czym Kaine różni się od Parkera, i jakiego rodzaju bohaterstwa możemy się po nim spodziewać. Chyba, że na razie tego bohaterstwa nie będzie, a Kaine zostanie wciągnięty w akcję przez konsekwencje tego, że poniechał jakiegoś działania. Co z jednej strony byłoby kalką motywującej śmierci wujka Bena, a z drugiej - byłoby ciekawsze od zwykłego "no dobrze, pomogę, ale tylko ten jeden raz", którego się spodziewam.
A w ogóle, to bardzo udany pierwszy numer serii. Pokazuje, co postać potrafi, w minimalistyczny sposób pokazuje historię i sugeruje, czego można się spodziewać w przyszłości. Dobra robota.
...tylko ten gangsta-piroman jakiś taki... nudny. Jakoś od debiutu przeciwnika wymagam czegoś więcej. Na dodatek rozebrał się między pierwszym pojawieniem się a ostatnią stroną, więc nie byłem stuprocentowo pewien, że to on.
Gil: Wiecie, co odróżnie X-23 od całej reszty klonów? To, że chociaż nosi na sobie piętno tego słowa, od którego ściska mnie w jelitach, jest jednocześnie tak różna od oryginału, jak to tylko możliwe. Kaine nie jest. Może przez jakiś czas był bardziej oryginalny, ale po ostatnich zmianach zaczyna przypominać Spider-Mana, który poszedł do gimnazjum i udaje, że ma "to w nosie" [ocenzurowane]. A mnie to zupełnie nie-ru-sza. Przede wszystkim dlatego, że już przerabialiśmy serię mroczniejszych wersji bohaterów w latach '90 i wiemy, jak to się skończy. Po drugie dlatego, że taka postać jak Kaine ma szanse zaistnienia tylko i wyłącznie, jeśli zostanie całkowicie oderwana od źródła i zyska własny charakter, a tutaj, pomimo prezentowanej pozy, nie zanosi się na to, bo już widać, że zaczyna się przejmować i takie tam bla-bla-bla... Wieszczę tej serii bytność nie dłuższą niż solówka Laury, która w losowo wybranym miejscu prezentowała o niebo wyższy poziom. Graficznie też mnie nie przekonuje. Ot, po prostu standardowy komiksowy warsztat dzisiejszych czasów, ale nic odkrywczego. Można popatrzeć, można poczytać przez parę numerów, ale jak tylko okaże się, że nie wykorzystuje potencjału extrene-Parkera, zdechnie. Na otwarcie, neutralne 5/10.

Secret Avengers #21
Krzycer: Kolejna fajna, zamknięta historyjka. Tylko tyle i aż tyle. Do tego świetne rysunki Immonena, tylko Beast nie do końca mu wyszedł. A raczej - na każdym kadrze wyszedł mu inaczej.
I znowu - co by było, gdyby Ellis napisał jakąś większą całość... Teraz mam wrażenie, że napisał po prostu sześć zapchajdziur. Mam nadzieję, że wraz z Remenderem ta seria wreszcie się zacznie na poważnie i dostaniemy jakąś większą historię.

Gil: W poprzednim numerze Ellis pokazał nam kulisy podróży w czasie, gdzie całe miesiące pracy BW prowadziły do paru minut rezultatów. Tutaj akcja została skonstruowana tak, że niemal mieści się w czasie przeznaczonym na przeczytanie komiksu. Zupełnie, jakby wszystko było na żywo, live, teraz-now. No i fajnie pokazuje to wszechstronność autora i jego wyczucie akcji. A sama akcja dobra jest i wciągająca, a jak na pojedynczy numer też bardzo treściwa (co zresztą jest cechą całego tego runu). Do tego dodajmy Immonena w nieco bardziej cassadayowym klimacie i dostaniemy ocenę 8/10.
Arachnid: Bardzo mi się podobało, choć to historia, będąca typowym zapychaczem. Aczkolwiek dobrze napisanym zapychaczem. Numer bardzo przyzwoity, ze świetnymi rysunkami. Sporo akcji, fajny podział na grupy i całkiem niezłe walki z tym niebieskim czymś. Bardzo podobała mi się scena z torturami. Bardzo krótka, ale Moon Knight wypadł bardzo przekonująco. Do wad tego numeru zaliczyłbym po raz kolejny przykucie Beast’a do komputerów. Ale ogólnie bardzo przyjemna lektura.

Ultimate Comics: X-Men #6
Hotaru: Fabularnie jest trochę lepiej, niż ostatnio. Po pierwsze, mamy mniejszy słowotok. Po drugie, Quicksilvera praktycznie nie ma. A po trzecie działania Rogue okazały się logiczne. Jakoś. Co za ulga. Medina utrzymał stały poziom, a Barberi ogólnie rzecz biorąc wprawnie go uzupełni. Jeden szczegół jednak bardzo mnie uwierał - z numeru na numer nasi młodzi mutanci wyglądają coraz starzej. Kiedy numer przejął drugi rysownik, nagle przybyło im z 5 lat. Mam nadzieję, że rysownicy w końcu się opamiętają. Końcówka okazała się jak najbardziej intrygująca, ale i tak jestem zdania, że to sprawka Wandy.
Krzycer: Rogue nie została ogłupiona i nie zdradziła. To dwa duże plusy tego numeru. Pietro nie miał ani jednej kwestii - to trzeci duży plus.
Poza tym podobało mi się rozwiązanie starcie na ulicy - uniknięcie konfrontacji i gorzka "wygrana". "Mają wiele innych celów" - to się Spencerowi udało. Z kolei Medinie udała się zielonoskóra mutantka, którą uratowali bohaterowie.
A poważnie - fajnie by było, gdyby choć jedna czy dwie postaci spośród trzecioplanowych mutantów została przez Spencera rozwinięta. Ultimate ma wiecznie zaskakiwać, a przez dziesięć lat tylko jeden Syndicate został oryginalnym, ultimejtowym X-Manem?
A skoro już o zaskoczeniach mowa - zaskoczenie z końcówki zaskakuje. Tylko ten myk z Egiptem sprzed jakiegoś czasu każe się zastanowić, czy aby na pewno to, co widzimy, jest tym, co dzieje się naprawdę (abstrahując od tego, że rysownikowi wyszedł najbrzydszy [_ _ _ _ _ _] jakiego kiedykolwiek widziałem).

Spartan: Rysunki jak zawsze na dobrym poziomie i to bez różnicy czy rysuje Medina czy Barberi. Co do scenariusza to robi się ciekawie i powiem szczerze, że spodziewałem się zupelnie kogo innego w roli "boga". Zastanawia mnie tylko jak Spencer wyjaśni ten powrót zza światów, bo zwyczajowo nie lubię wskrzeszania postaci. Ale jeśli rozwiąże to w odpowiedni sposób, to czemu nie. Narazie jestem zaintrygowany i czekam na jakieś odpowiedzi.

Wolverine #300
Krzycer: Z jednej strony jest tu wiele fajnych pomysłów i postaci, a zarysowany konflikt może zaowocować widowiskową, pełną akcji historią.
Z drugiej strony Aaron nie może się powstrzymać przed wciskaniem idiotycznych przeciwników (niech już będzie, że Yakuza ma cały oddział spadochroniarzy, ale czemu oni noszą tylko pieluszki?) czy całych wątków (czemu miała służyć rozróba w samolocie na początku? Nie wspominając, że cała ta sekwencja po prostu nie ma sensu)... Na dodatek nadaje całości klimat kreskówek ze Strusiem i Kojotem (zacytowanych w dialogach i wizualnie - kwestia Sabretootha, potem upadek z wbiciem w glebę...). Ok, przyznam, że się uśmiechnąłem - ale to ma być ta "największa historia, jaką Aaron stworzył z Wolverinem". Dzieło nie może być wielkie, jeśli jednocześnie parodiuje swoją wielkość.
Innymi słowy - dwa numery o podróżowaniu z gorylem we wnętrzu smoka w walce z mafią opiumową - tak. Wielka historia z walką o władzę w japońskim podziemiu w tym samym klimacie? Nie.
Ostatnia strona i zapowiedzi - jak można reklamować Mystique i Sabretootha jaką "nową parę"? Przecież oni mieli już dorosłego syna.


Wolverine And The X-Men #4
Hotaru: Wystarczyła zmiana rysownika, a już komiks czyta się o niebo lepiej. Teraz wystarczy skupiać się na tonach mniej i bardziej zabawnych dialogów, a nie na... wszystkim. Aaron nadal nie trafił w dziesiątkę, ale duża ilość fajnych momentów pozwala zapomnieć o tych gorszych, jak lekcja z 'Lokiem i flash-forward. Jak wspomniałem oprawa graficzna Bradshawa spodobała mi się, i wolałbym tylko, żeby Idie nie miała tak modnej fryzury - wizualnie powinna być tak samo zacofana, jak jej poglądy.
Krzycer:
Z dwojga złego wolę nieczytelne rysunki Bachalo od stylistyki Bradshawa. W całym komiksie nie ma chyba ani jednej postaci, która podobałaby mi się w jego wykonaniu. No, może poza Icemanem. I Deathlokiem, którego trudno bardziej skrzywdzić. Koszmarny kostium future-Idie zasługuje na osobną wzmiankę.
A jak się spisał Aaron? Nieźle. Komiks jest autentycznie zabawny ("I hope your other videos stash is a bit more secure"). Aaron wziął sobie do serca konsekwencje "The Dark Angel Saga", najwyraźniej nie ma zamiaru zamieść ich pod dywan, czego się obawiałem. To, co robi z samym Angelem wydało mi się zbyt dziwaczne - jakby na siłę miało być bardzo zabawne - ale końcówka numeru mnie autentycznie zaintrygowała. Na upartego dałoby się to jakoś wyjaśnić leczącą krwią, którą kiedyś miał Warren - zobaczymy. Natomiast samo dodawanie Angela do klasy... ciekawe, jak to wyjaśnią pozostałym uczniom.
avalonpulse230e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Uwaga końcowa: krótka wizja przyszłości z jednej strony pokazuje, że Genesis będzie istotnym dodatkiem do obsady, z drugiej potwierdza moje obawy, że Aaron zasadniczo nie przewiduje w swoich historiach miejsca dla innych uczniów... Szkoda.
colossus28: Wow! Pierwszy numer tej serii który naprawdę mi się spodobał. Ogromny atut to przede wszystkim brak tego fatalnego Hellfire Club, co już samo w sobie podnosi ocenę numeru o kilka pozycji. Ale najważniejsze jest to, że w końcu Aaron napisał dobry numer, mnóstwo świetnych dowcipnych dialogów, fajne interrakcję między bohaterami, kilka scen mających zwiastować kłopoty w przyszłości - naprawdę trzeba go pochwalić. I tylko słabe rysunki troszkę psują końcowy efekt, Bradshaw mnie chyba nigdy do siebie nie przekona. 9/10.
Gil: Wklejcie mi tu kota z podpisem "I see what you did there", bo przejrzałem cały zamysł Aarona co do tej serii (no dobra, już wcześniej to zrobiłem, ale nie było okazji uzewnętrznić). Otóż gramy przede wszystkim na sentymentach i powrocie do korzeni. To taka unowocześniona wersja wczesnych historii Claremonta, w których dzieją się najdziwniejsze rzeczy. No i dobra, nie mam nic przeciwko - pod warunkiem, że zdajemy sobie sprawę z umownej granicy między swobodną jazdą, a idiotyzmami. Wcześniej bywało różnie, ale tutaj się udało. Tak jakby po obowiązkowym otwarciu z hukiem, dopiero teraz zaczęło to wyglądać jak powinno. Postacie i pomysły w końcu zaczynaja współgrać i nabierają własnej dynamiki, położone zostają podwaliny pod jakąś dalszą przyszłość i nakreślone opcje rozwoju. No i jest po prostu fajnie, bo mimo abstrakcyjności pomysłu i miejscami również wykonania, tę serię wolę od konkurencyjnej. I to właśnie za ten zakręcony klimat absurdu. Rysunki bez rewelacji (ach, te szerokie szczęki), ale można je przełknąć. Będzie 7/10.
Arachnid: Jest to zdecydowanie najlepszy numer z dotychczasowych. Pomijając fakt, że nadal nie kupuję Wolverine’a w roli dyrektora szkoły, wykładającego literaturę angielską, to numer ten podobał mi się. Nie było jakiś spektakularnych walk. W zasadzie to nie było żadnych walk w tym numerze. I dobrze, bo głównym wątkiem tej serii jest szkoła. I ten wątek jest tutaj prowadzony bardzo przyzwoicie. Bardzo podobało mi się spotkanie kadry nauczycielskiej na początku numeru. Spotkanie klasowe z Deathlokiem wyszło również bardzo fajnie. Ciekawie zapowiada się wątek Genesisa. Cieszy fakt, że nie zapomniano o tym, co zdarzyło się w Uncanny X-Force. Bardzo przyjemna lektura. Fajne dialogi oraz świetne relacje między bohaterami. Natomiast to co mi się nie podobało, to trzy rzeczy. Po pierwsze to cofnięcie w rozwoju Warrena. Jeśli tak ma wyglądać jego powrót do życia, to chyba lepiej by było, gdyby pozostał martwy. Po drugie epilog. Co to ma być? Niepokalane poczęcie? Ciąża z zaskoczenia? Ciekawi mnie ten wątek, choć wydaje mi się dosyć głupi. I po trzecie rysunki. Wprawdzie nie jest to Bachalo, ale jest to Bradshaw. Czyli można by rzec z deszczu pod rynnę. Ale pomimo wyżej wymienionych wad, był to bardzo dobry numer.

X-Factor #230
Hotaru: Ten komis byłby idealny, gdyby nie gościnny występ pewnego nadęte przereklamowanego mutanta. Serio, jedyne zarzuty, jakie jestem w stanie wysunąć mają związek z Wolverinem. Po pierwsze, nie kupuję tego, że Layla mu się zmierzyła. Doop byłby bardziej na miejscu. A po drugie, Logan w wersji Lupacchino jest za duży! To przecież knypek, a Layla wygląda przy nim jak dziecko. Dlatego, gdybym musiał wystawić ocenę punktową, było by tylko 9/10.
Krzycer:
Od jakiegoś czasu chwalę Emanuelę Lupacchino przy każdej możliwej okazji, ale ten numer to chyba jak na razie jej najlepsze rysunki. Może tylko mi się wydaje, ale mam wrażenie, że i kolorysta się podciągnął.
Numer da się podsumować cytatem sprzed wielu numerów - "X-Factor: putting the 'fun' in dysfunctional'". Są poważne dyskusje, naturalnie zachowujący się bohaterowie, dający się ponieść emocjom, i jest rozbrajający humor. Mam pierwszego kandydata do Avalona 2012 za najlepszy numer. Bez wątpliwości jest to również komiks tygodnia.
A gdybym miał się czepiać? Nie wiem, czy należy postrzegać występ Wolverine'a i jego konsekwencje jako naturalne następstwo "śmierci"(?) Madroksa, czy - mimo wszystko - jako ingerencję redaktorów Marvela.
Poza tym dwa krótkie epizody z alternatywnej przyszłości (?) służą głównie przypomnieniu, że Madrox gdzieś tam jest - i trochę podsycają moje obawy, czy aby PAD nie przeciągnie tego zanadto, jak to już raz mu się zdarzyło.
Z drugiej strony krótki wgląd w tamten świat dał nam Iron-Sentinele - lub Giant-Iron-Manów - i muszę przyznać, że ten pomysł zawiera wystarczający ładunek fajności, by uzasadnić całą tę wstawkę.

Gil: To było chyba najlepsze otwarcie roku ze wszystkich serii i już wiem, że Peter David pozostanie moim ulubionym scenarzystą w 2012. Numer oparty przede wszystkim na dialogach, które mówią wszystko, co powinny, nie nudzą, a momentami powalają ("Wow. you just got trolled", albo 'Star zgadujący, kto przyszedł). Odczuwam co prawda lekką niepewność z racji powrotu Havoka i Polaris przy braku Madroxa, ale mam nadzieję, że PAD da sobie radę i nie zmieni profilu serii. Swoją drogą, w tym numerze trochę mało jest Jamiego, ale rozumiem, że to kompensacja za numer poprzedni. Dodatkowy wielki plus za piegi Terry i wychodzi z tego 9/10.

X-Men: Legacy #260.1
Hotaru: Pierwszy numer nowego zespołu twórców. Mam mieszane uczucia. Podobało mi się, że Gage odkopał tak starych antagonistów, ale nie podobało mi się, że Rogue wykazała tak wielką determinację, by młodzież nie dowiedziała się o tym, że szkoła jest atakowana. Zapomniała, że wśród dzieciaków są telepaci, którzy powinni przejrzeć jej kłamstwo, zanim ta je wypowie? Strona graficzna też jest nierówna, ale po tym, jak ostatnio wyglądało Legacy jest to krok w dobrym kierunku. Nie jestem też pewny, czy coś mi się nie pomerdało, ale czy Dust nie powinna być na Utopii? Chyba widziałem ją tam w Uncanny X-Men #1...
Krzycer:
Pierwszy numer Gage'a! Nie jest źle. Więcej, jest całkiem nieźle. Może to dlatego, że inwazja N'Garai była pierwszym sprawdzianem X-Men z Cecilią Reyes, Marrow i Maggotem, i jakoś tak miło mi się kojarzy. Poza tym bijatyka jest fajnie poprowadzona a wejście Rogue w finale robi wrażenie (może trochę szkoda, że zobaczyliśmy tylko wykorzystanie mocy ilu, trojga uczniów <Rockslide, Gentle, Idie>?).
W pierwszej chwili nie byłem przekonany do kłamania studentom, żeby nie opuścili lekcji - ale w gruncie rzeczy o to właśnie chodziło w całej "Schizmie", jeśli młodzi nie muszą walczyć to nie walczą. Zastanawiam się, czy brak Quire'a w którejkolwiek z klas był niedopatrzeniem rysownika czy przezornością Gage'a - z jednej strony Quentin powinien w trymiga przejrzeć blef Rogue, z drugiej Gage pokazał w Avengers Academy, że nie bardzo czuje, jak pisać telepatów.
W pierwszej chwili nie byłem również przekonany do wpychania Gambita w objęcia Frenzy i na odwrót, miałem wrażenie, że wraz ze zmianą scenarzysty wyparowała jakakolwiek subtelność (niemal tak, jak to było z Wandą i Pietro, gdy Loeb przejął Ultimates). Ale potem wujek Google powiedział mi, że ich przeszły związek nie został rzucony przez Gage'a ot tak, a był sugerowany jeszcze w latach 90. przez Niciezę, więc znowu - albo Gage się dobrze wstrzelił, albo naprawdę się przygotował. A poza tym między nimi iskrzyło jeszcze u Carey'a, więc rozwinięcie tego jest naturalne. I tyle.
W skrócie: podobało mi się. Nie na tyle, żeby wszystkie moje obawy poszły precz, ale wystarczająco, żebym nie czepiał się zanadto przez najbliższe kilka numerów.
Rysunki są niezłe, choć mimika bohaterów jest zanadto kreskówkowa. A miejscami po prostu dziwna.
No i pan rysownik dał Husk okropny kostium.
Za to plusik dla Gage'a za męczenie Rockslide'a przez Rogue i upgrade mocy. Mam nadzieję, że przynajmniej tutaj dawni New X-Men nie będą wyłącznie tłem.

Gil: Iii... już słyszę odgłos wody spuszczanej po moich nadziejach. Legacy Gage'a to nie jest Legacy Careya i to bez mała w takim samym stopniu jak New Austena nie było New Morrisona. Postacie zachowują się zupełnie inaczej, chociaż autor podejmuje próbę pociągnięcia niektórych wątków. Dialogi, akcja, rozwiązania fabularne, ton... To wszystko sprawia, że ten numer i poprzedni nie tylko nie mają podobnego klimatu, ale nawet nie leżą w tej samej strefie klimatycznej. I niestety, każą mi podejrzewać, że całość zostanie utrzymana w tonie podobnym do Avengers Academy, którą to serię uważam za kupę... No, wręcz nieprzyimkową. I graficznie też mnie nie przekonuje, zwłaszcza gdy wszyscy robią takie same miny, a proporcje między twarzą a resztą głowy zawodzą. Nie moja bajka, więc 4/10.
Arachnid: Nie jest źle. Co prawda nie jest to Carey i do jego poziomu Gage’owi jeszcze bardzo dużo brakuje, ale jak na razie jest całkiem przyzwoicie. Podobał mi się początek numeru z grą w football, zakończoną upgradem Rockslide’a. Późniejsze walki też bardzo dobrze prowadzone.avalonpulse230f%20%5B1600x1200%5D.JPG Co do związku Gambit – Frenzy, to szczerze mówiąc z lekka mnie to zaskoczyło. Myślę jednak, że będzie to tylko przelotny romans, gdyż cały czas mam nadzieję na powrót związku Gambita z Rogue. Ogólnie jest całkiem nieźle, chociaż rysunki mogłyby być trochę lepsze.
Zombie of MrG: A ja tylko dla odmiany chciałem rzec, że mi się Legacy Gage'a nawet podobało.
Nie jest to poziom Careya, ale jest całkiem dobrze. Nie zgadzam się też, żeby podlatywało tutaj Avengers Academy. To robi bardziej wrażenie, jakby Gage szukał złotego środka między Careyem a Aaronem.
Do czego się można poprzyczepiać:
Rogue pożycza moc od wszystkich. Mam nadzieję, że to jednorazowa zabawa, nie po to Carey ją rozwijał, żeby teraz takim bezczelnym sposobem wyrzucić to wszystko.
Cannonball wykładający etykę i mówiący na luzie o nie zabijaniu. Gage nie czytał New Mutants Wellsa? Ale przynajmniej pozbyli się jego tragicznych fryzury i kostiumu.
Mało Marvel Girl.
Brak Chambera.
Na plus:
Frenzy+Gambit.
Character development dla Husk. Pierwszy raz od milionów lat.
Gage kontynuuje po Carey'u wyciąganie niedomkniętych wątków.
Studenciaki dostają trochę miejsca.





Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse230a.jpgMagneto: Not a Hero #3
Autor: Clay Mann

Hotaru: Postanowiłem wytypować tą okładkę, bo jest minimalistyczna i bardzo wymowna. Do tego świetnie oddaje główny konflikt tej miniserii. Clay Mann świetnie wcielił swój pomysł w życie.









Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2012.01.11


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4kRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.