Avalon » Publicystyka » Artykuł

Zvalony 2011

Od 27 grudnia głosowaliście w Avalon i Zvalonach. Nadszedł czas abyście zobaczyli kogo wybraliście z pośród tych najgorszych w tym roku. Rónocześnie będzięcie też świadkami pojedynku między "Fear Itself" a "Schism" w liczbie zdobytych statuetek.

Najgorszy ongoing

Ongoing4%5B300%5D.jpg


a1.jpg

Uncanny X-Men na szczęście nie obroniło tytułu z zeszłego roku i chyba już nawet za rok dzięki Kieronowi Gillenowi nie znajdzie się wśród nominowanych. Warto wspomnieć, że drugi tytuł, który jest nominowany już trzeci rok - Invincible Iron Man, jeszcze ani razu nie wygrał. O prym próbowali walczyć tegoroczni debiutanci Wolverine: The Best There Is, oraz The Mighty Thor. Laur jednak przypadł głównemu tytułowi Marvel Universe - Avengers. To chyba nie za dobrze, prawda? Przy okazji zaczynamy prowadzić rywalizacje między "Fear Itself" a "Schism". Jako, że Avengers gościło na swoich łamach ten pierwszy event, rywalizację zaczynamy od stanu 1:0.

Lokus: Tu dla mnie faworyt był jeden od samego początku i jest to seria Avengers. Ani jednej ciekawej fabuły, bezsensowne manewrowanie składem grupy i tragiczne rysunki Romity - miał być hit, a wyszedł shit.
Łukasz: The Mighty Thor. Jak spieprzyć bardzo fajnie rozpoczęte przez J.M. Straczynskiego wątki (później też dobrze pisane przez Gillena) - tu macie okazję się przekonać. Rysunki Oliviera Coipela nie są w stanie jej uratować. Fraction - giń, przepadnij maro nieczysta!
Raptorius: Wolverine: The Best There Is. Naprawdę jest popyt na tego typu serie w regularnym uniwersum Marvela?
Vóyek: Wolverine: The Worst There Is - jedno słowo by to opisać - przegięcie. Zbędne i obrzydliwe. Ktoś to w ogóle czyta? Ja osobiście zerknąłem na 2 czy 3 zeszyty i się poddałem.
Wilsonon: The Mighty Thor
 - Fraction w szczytowej formie.
 - Znieważenie jednego z moich ulubionych rysowników.
 - "Genialne" dialogi Fractiona.
 - Nieposzanowanie pracy poprzednich scenarzystów.
 - Jakże "logiczna" logika postaci.
 - #%$&lony Fraction.
czarny_samael: The Mighty Thor. Ta seria wygląda, jakby miała miejsce w innym uniwersum, a niestety nie ma. Zamiana Surfera na Pastora. Wrzucenie jakiegoś nasiona prosto do Asgardu, który z Abstraktami nie ma nic wspólnego, Odin vs. Galactus. Thorowi wyrasta broda w dwa kadry. To jest straszne.
colossus28: Avengers. Marvel zrobił naprawdę wiele, by ten tytuł znalazł się w tej kategorii. Mianowanie Bendisa na scenarzystę trudno uznać za winę, któż mógł wiedzieć, że ongiś szanowany przez czytelników pisarz zacznie parodiować samego siebie, ale już powierzenie strony graficznej JRJR to typowy strzał w stopę.
Darth: Ponieważ nie czytałem The Mighty Thor, wybór mój jest podobny jak w zeszłym roku, gdyż uderzam w jeden z flagowych tytułów Marvela, który zawiódł mnie na całej linii. Proszę państwa oto Avengers i jego grzechy główne: szkaradne rysunki, szkaradnie kolory, napięcie którego się nie czuje, spektakularne walki porównywalne do fascynacji oglądania rosnącej trawy. To, co Bendis wyprawia w tym tytule (zresztą nie tylko bo w New też), woła o pomstę do nieba. Jak można tak się stoczyć, jeśli chodzi o scenariusze, ja się pytam?
Arachnid: Avengers. Historie słabe z paskudnymi rysunkami. Po scenarzyście takim, jak Bendis, spodziewałem się czegoś naprawdę dobrego, a tutaj niestety bardzo się zawiodłem. Miałem nadzieję, że było to tylko jednorazowe potknięcie, ale myliłem się. Historie były kiepskie, a sposób narracji w postaci wywiadów, z numeru na numer robił się coraz bardziej męczący. Nagromadzenie zbyt wielu postaci oraz wciskanie na siłę do drużyny Spider-Mana i Wolverine'a było bardzo złym posunięciem. Poza tym, w moim przekonaniu rysunki działały również na niekorzyść tej serii i to w bardzo dużym stopniu.
Pariah: Avengers. Jak nisko potrafi upaść seria z długimi tradycjami... Bendis od jakiegoś już czasu wyczerpywał swoje pomysły w New Avengers, danie mu kolejnej serii o niemal identycznym temacie było ogromnym błędem. Brak pomysłów pan Bendis próbował nadrabiać zalewając nas wciskanymi na siłę popularnymi postaciami i wielkimi hasłami/przeciwnikami, jak Ultron, Hood, Kang, Osborn czy Infinity Gauntlet. Nic z tego nie wyszło. Były za to same braki: brak dobrych rysunków, brak emocji, interesujących historii czy pojedynków, brak rozwoju postaci i relacji między nimi. Koszmarnie nudny i drętwy komiks.
Archie: Wybrałem Avengers bo to jest przerażające, jak Bendis obniżył loty. Nie wykorzystał potencjału większości postaci jakie wprowadził. Jedynie wątek z Hoodem był ciekawy, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Jakby tego było mało, ostatnio Brian przywrócił ot tak po prostu Visiona. Po co nam ta postać? Śmierć była efektowna i znacząca, a do tego mamy jego następcę w Young Avengers. Bendis ma wystarczająco postaci do dyspozycji, żeby wprowadzić świeżość w drużynie i rozpocząć nowy rozdział. Wątek Protectora od początku serii praktycznie nie ruszył z miejsca. Wypadałoby rozwinąć nowych bohaterów i dać im miejsce, zamiast polegać na stałych filarach drużyny. Nie ma co bawić się w przywracanie trupów i psucie własnych historii. Do tego wszystkiego rysunki Romity szpeciły wcześniejsze numery, które zamiast wyglądać monumentalnie i przyciągać wzrok po prostu odpychały.
bastek66: Avengers, wyprzedza konkurencje dzięki Romicie i słabym historiom, w których Bendis cały czas męczy tą narracją jak z reality show.
Hotaru: Avengers. Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale okazuje się, że miałem wobec tej serii pewne oczekiwania. Musiałem mieć, bo inaczej lekturze nie towarzyszyłoby uczucie zawodu. Wiem, na co stać Romitę, więc ze strony oprawy graficznej odczuwałem tylko rezygnację, ale to scenariusz - nienatchniony, nudny, przegadany, przeładowany postaciami i nieprawdopodobnymi relacjami między bohaterami - spowodował, że typuję to na najgorszą serię roku. Po dekadzie Bendis odchodzi od pisania Mścicieli i po tym tytule doskonale widać, że ta decyzja powinna była być wcielona w życie 2 lata temu.
Sc0agar4k: Jeżeli przez kilkanaście numerów nie można przebrnąć przez cały numer bez bólu głowy czy zgrzytu zębami, to znaczy, że coś z tym numerem jest nie tak. Jeżeli sytuacja się powtarza, to coś z serią jest nie tak. I w tym roku tak było z serią Avengers vol. 4. Dlatego do niej wędruje mój głos.
Undercik: Całe szczęście, że w tym roku Bendis ma skończyć przygodę z Avengers, bo już dawno temu się wypalił.



Najgorsza Mini-Seria

li3.jpg


a2.jpg

Fear Itself nie wystraszyło X-Men: Prelude to Schism i ze stratą ośmiu głosów zajęło drugie miejsce. Dzięki temu w pojedynku tych dwóch eventów mamy remis 1:1. Co zabawne, znów triumfuje miniseria, która jest związana z jakimś eventem. W 2009 było Ultimatum, w 2010 Hulked-out Heroes. Przed "Avengers vs. X-Men" stoi więc wyzwanie. Byle AvX nie próbowało go podjąć.

Łukasz: Fear Itself - polecam osobom które mają problemy ze snem, kilka stron lektury tej serii to minimum 8 godzin spokojnego snu - lek bez recepty, wymyślony przez doktora Matta Fractiona ;).
Raptorius: X-Men: Prelude To Schism. Seria bez pomysłu, wątku, sensu. Nie ma związku z eventem, do którego jest podpięta. Wyciągacz pieniędzy najgorszego rodzaju. Pozostałe serie (z tych, z którymi miałem styczność) przynajmniej opierały się na myśli innej niż "i tak to kupią".
Vóyek: Jak wyżej. W dodatku paskudnie narysowane.
Wilsonon: Fear Itself. Jak zobaczę, że ktoś to czyta i mu się to podoba, to pobiję tą osobę. Jak ktoś to kupi, znienawidzę i jego opinią będę sobie podcierać tyłek.
czarny_samael: X-Men: Schism. Fear Itself byłaby blisko, gdyby nie to, że Schism kompletnie zrujnowało super pomysł jakim IMO jest Utopia.
Krzycer: I znowu ręka mi nie drgnęła. Bo choć przynajmniej połowa pozycji bezdyskusyjnie zasługuje na znalezienie się w tej kategorii (a obecność pozostałych jest zrozumiała), żadna nie zasługuje na Zvalona tak, jak X-Men: Prelude To Schism. I jestem gotów tego dowodzić na ubitej ziemi forum dyskusyjnego.
W tej miniserii nic się nie wydarzyło - a mimo to nie da się jej wcisnąć w wydarzenia głównej miniserii, gdzie teoretycznie powinna pasować. Jak osiągnąć taki rezultat? To wie tylko Paul Jenkins, i redaktor który go pilnował.
Arachnid: X-Men: Prelude To Schism Bez dwóch zdań mój faworyt w tej kategorii. Prelude To Schism - czyli stanie przy oknie i rozmyślanie, jak obronić się przed zagrożeniem, którym jest... No właśnie - co/kto? Historia beznadziejna i nie wnosząca nic konkretnego do "X-Men: Schism", z którym to właściwie powinna się wiązać. Nudna i słaba miniseria, o której powinno się szybko zapomnieć i nigdy więcej nie wspominać.
colossus28: Tak samo jak i historia beznadziejna tak i sama miniseria to szczyt miernoty. Chaos War.
Darth: Najgorsza miniseria roku to bez wątpienia X-Men: Prelude To Schism. Miniseria o... no właśnie, o czym? Tam przecież nic się nie wydarzyło. Wszyscy tylko myśleli, dumali, nad wielkim nienazwanym zagrożeniem, ale nic z tym nie robili - jak w Sejmie. Nudne i do tego okraszone słabą warstwa graficzną. Nawet Fear Itself czyta się jak komiks wysokiego lotu, w porównaniu z czymś takim.
Pariah: X-Men: Prelude to Schism. Choć było tym roku wiele miniserii, które wzbudzały we mnie złość, najbardziej drażniąca była mini nie wzbudzająca jakichkolwiek emocji, poza znudzeniem. Nadal nie wiem, co łączy ją z samym "Schism" i szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. Pozostaje nadzieja, że nie zobaczymy prędko czegoś tak żenującego.
wolvie111: X-Men: Prelude to Schism - miniseria, która z początku stosunkowo mi się podobała. Zasługuje jednak na głos z uwagi na to, że nie miała potem najmniejszego znaczenia w późniejszych wydarzeniach. Wyciąganie pieniędzy.
Archie: Największy wpływ na obraz Marvela miało katastrofalne Fear Itself. Ta miniseria była po prostu beznadziejna, a zwroty akcji, które powinny nieść emocje, niestety były z nich wyprane. Matt Fraction postawił na wepchanie do tych siedmiu numerów masy elementów nad którymi nie zapanował. Było "mega hiper ultra", tylko że nie na plus, a na minus. Totalnie idiotycznym ruchem było zaprojektowanie strojów bohaterów, żeby wyglądali jakby urwali się prosto z TRON-u. Przecież ta historia skupiała się wokół nordyckich bogów, a nie komputerów!
medyk: X-Men: Prelude To Schism - beznadzieja. Przeczytałem pierwszy numer, drugi przejrzałem, później czytałem już tylko opinie reszty forumowiczów. Wkurzał głównie brak powiązania z główną mini.
Hotaru: X-Men: Prelude To Schism - było to dla gigantyczne rozczarowanie, i to nawet pomimo tego, że nie miałem wobec niej oczekiwań. Pierwsze zapowiedzi wskazywały na prolog do "Schism", a potem konsekwentnie się z tego wycofywano. Efekt końcowy to nudna jak flaki z olejem, przegadana, naciągana, pozbawiona konkluzji i brzydka laurka wystawiona ku czci i chwale Cyclopsa-co-ma-jaja-jak-arbuzy.
Sc0agar4k: "Schizm" było złą historią, ale X-Men: Prelude to Schizm było jeszcze gorsze, a co chyba ważniejsze, bez najmniejszego ładu i składu i zupełnie niepotrzebne.
Undercik: Tym razem Fear Itself się upiecze, bo X-Men: Prelude to Schizm to największe zło roku, jeśli nie większego okresu czasu. Nic tu nie było dobrego. Nie miało sensu, fabuła była kiepska, nigdzie się tego nie da umiejscowić, wyciągało tylko kasę i tak dalej. Można wymieniać jeszcze dłużej.



Najgorszy One-Shot

fear_itself_monkey_king@m.jpg

a3.jpg

W poprzedniej kategorii się nie udało, ale tą "Fear Itself" już zdominował rywalizację. Black Widow i Monkey King bili się ze sobą o tytuł najgorszego, że rozdzielił ich tylko jeden głos - na korzyść tego drugiego. Reszta, nawet gdyby połączyła siły, nie miała by tylu głosów, aby zdobyć drugie miejsce. Po trzeciej kategorii 2:1 dla "Fear Itself".


Łukasz:
Fear Itself: Black Widow. Oddałem głos na ten komiks, bo obecni scenarzyści w Marvelu nie potrafią wykrzesać na dłuższą metę nic ciekawego z tą postacią. A szkoda. Przygody Nataszy w jej ojczyźnie, a także retrospekcje z czasów młodości w ZSRR, zaprawione sosem "bondowości", byłyby ciekawe, a tak mamy przygody bez ładu i składu. :(
Darth: Co by tu wybrać? Co by tu wybrać? Avengers Academy Giant Size nie czytałem. Fear Itself: Monkey King było niepotrzebne, ale całkiem fajne. New Avengers vol. 2 Annual miało ekstra rysunki. X-Men Regenesis... dobra, miejscami dziwne, ale miało swój klimat. Fear Itself: Black Widow słabe i nudne, ale czy najgorsze? No ale z braku laku muszę głosować Fear Itself: Black Widow, bo nic słabszego w zestawieniu nie ma.
Pariah: Głos na Black Widow za te wszystkie pseudofilozoficzne dyrdymały na temat śmierci i zmartwychwstań bohaterów. Tym bardziej to wszystko jest z dupy, kiedy się to połączy z epilogiem FI na temat Capa, z którego wynika, że Wdowa od razu wiedziała, że śmierć Bucky'ego została sfingowana...
Sc0agar4k: Głos na Fear Itself: Black Widow. I to wszystko, co mam do powiedzenia na temat tego komiksu.




Najgorsza historia


a4.jpg

Chaos War narobiło dużo szumu dyskusją na forum, jednak wystarczyło to na zaledwie 4 miejsce. Wygrało "Fear Itself" z dużym zapasem. Walkę próbowało jeszcze nawiązać "Schism", ale w połowie dystansu złapało zadyszkę. Z tyłu zostało natomiast Infinity, na które połowa głosów została oddana przez redaktorów Avalonu. Zerkając na naszą małą rywalizacje eventów, FI prowadzi już 3:1.

Łukasz: Fear Itself. Pomysł na sam event od początku wydawał mi się z dupy wzięty. Zeszyty składające się na tą mini nie zawierają nic dobrego, prócz rysunków :/. Nawet gdy zabraknie nam papieru toaletowego w WC, odradzam podcieranie się kompletem tej historii, bo oprócz tego, że po lekturze dostaniemy porażenia mózgu (z powodu nadmiaru głupiego scenariusza), to jeszcze możemy nabawić się uszkodzenia otworu potrzebnego każdemu człowiekowi do życia!
Raptorius: The Galactus Seed. Jedyna historia tego roku, której po rozpoczęciu nie byłem w stanie doczytać do końca. Chciałoby się powiedzieć: Fraction at his best.
Vóyek: Z tego wszystkiego czytałem tylko "Fear Itself" i "Schism". Głos na "Fear Itself", bo "Schism" przynajmniej dałem radę doczytać do końca.
czarny_samael: The Galactus Seed. Kwintesencja Fractiona z tego roku, bez choćby jednego dobrego momentu, a w kilka numerów zdążyło zepsuć bardzo wiele. A FI miało wiele dobrych momentów (Kuurth, Loki, Designate, czy Paryż były świetne). Drugie raczej "Schism", ale chociaż miało dobre numery - "Galactus Seed" nie.
Krzycer: "Schism" moim zdaniem było w połowie udane. "Fear Itself" miał przynajmniej kilka fajnych tie-inów, nawet, jeśli główna miniseria leżała i kwiczała. "Heart of the Monster" mi się osobiście podobało, aż do przedostatniego numeru. "Chaos War" było słabe, ale przynajmniej finał miało niezły. "The Galactus Seed" nie czytałem, a na ślepo nie chcę oceniać (choć perspektywa pogrążenia Ułamka zawsze kusi). Głosuję na "Infinity" - dwie historie w jednej, jedna (Avengers lat 50) marna, druga (walka z Superią, postrzelenie i ratowanie Mockingbird) głupia, całość miała schrzanione tempo i nie trzymała się kupy. Do tego nie trawię rysunków Chaykina, a i Deodato od jakiegoś czasu, moim zdaniem, przechodzi kryzys. Jakby tego było mało, Doktor Strange po raz kolejny udowodnił, że może być świetnym przewodnikiem po Abstrakcyjnych Równinach Horroru, ale jeśli zostaniesz postrzelony - należy poszukać prawdziwego doktora.
colossus28: Strasznie mnie kusiło "Heart of the Monster" ale jednak było to zbyt lokalne i praktycznie bez żadnego znaczenia. Kusi mnie "Fear Itself", bo to, że był mierny, to każdy wie, ale w jakiś tam sposób zmienił świat bohaterów. Głos idzie na Chaos War bo nie dość, że okrutnie beznadziejne to było, to jeszcze - jak przytomnie zauważył straznik - nie poniosło za sobą praktycznie żadnych reperkusji.
Arachnid: Infinity. Pierwszy numer mi się podobał. Kolejne już niestety nie. Miałem nadzieję, że na koniec się poprawi, ale zawiodłem się. Historia z przeszłości nie dość, że bez większego związku z teraźniejszą opowieścią, nie dość że nudna i beznadziejna, to jeszcze zilustrowana w sposób tak paskudny, że aż odrzuca. Historia teraźniejsza była natomiast słaba pod względem fabularnym. Całe to zamieszanie, tylko po to, by dać Mockingbird nadludzkie zdolności, które - jak później się okazało - ograniczyły się do tego, że potrafi ona skakać jak żabka po budynkach. Było to głupie, nudne i beznadziejne. O niemocy Avengers i Doctora Strange'a wobec postrzelonej Mockingbird nawet nie będę wspominał. Po Bendisie spodziewałem się czegoś lepszego.
Darth: The Mighty Thor nie czytałem i nie żałuje, "Chaos War" nie było jakieś tragiczne, "Heart of the Monster" mi tam się nawet podobało, "Infinity" było słabe, a "Fear Itself" przewidywalnie kiepskie. Ale mój głos idzie na Schism. Dużo sobie po nim obiecywałem, bo to naprawdę kapitalny pomysł wyjściowy był. Potem nastąpiły jednak, jedynie same rozczarowania, od Prelude po główną historię. Idiotyczni przeciwnicy, zbyt prosta fabuła, debilne zachowania przywódców obu frakcji i co najwyżej średnia warstwa graficzna. Reperkusje, co prawda znaczne, ale sposób w jaki je przeprowadzono jest naprawdę niefajny. Zawiodłem się na Aaronie, oj zawiodłem.
Archie: "Schism" miało idiotyczne wcielenie Hellfire Clubu w którym za sterami były dzieci nie mające problemu z rozstawianiem po kątach wyszkolonych strategicznie i zaprawionych w boju X-Men. Jakby tego było mało, Aaron grubo strzelił sobie w stopę źle prowadząc Wolverine'a. Ale to jest nic przy tym, co zaserwował Fraction w Fear Itself. Jakość głównej mini-serii jest tak niska, że szkoda gadać. Tie-iny o Speedballu, Lokim, X-Men i one-shot ze zmartwychwstaniem Bucky'ego jakoś starają się to ratować, ale nie udaje się. Mamy masę postaci, zalew tie-inów, a główna mini-seria zamiast przyciągać i interesować - odpycha. Fraction postawił na to, żeby co rusz prześcigać się w podnoszeniu wrażenia za pomocą niesamowitych momentów. Jest tego tak dużo, że większość wątków nie robi wrażenia, a do tego są one kiepsko poprowadzone. Dla przykładu: o tym, że Rogers podniósł młot Thora kompletnie zapomniałem i przypomniałem sobie wertując ostatni numer na potrzeby Zvalonów. Za to pamiętałem, że nasz dzielny Captain America wybrał się ze strzelbami na lecącą wyspę. Brawo, Matt. Nie dość, że ten event był słaby to dobrze się sprzedał i dał Marvelowi kasy na tworzenie kolejnych głupot pisanych na kolanie.
Hotaru: Zagłosowałem na Infinity. "Fear Itself" było nijakie i nudne, "Schism" było zupełnie nieprawdopodobne i naciągane, ale to "Infinity" było po prostu kiepskie. Nie wyobrażam sobie, jak ktoś mógł przeczytać scenariusz czegoś takiego i pomyśleć "to będzie dobre". A to, że powstał z tego spin-off w postaci miniserii przechodzi zupełnie ludzkie pojęcie.
Sc0agar4k: Głos wędruje na Fear Itself. Historia z ogromnym potencjałem, który zupełnie nie został wykorzystany. A co gorsza, bezsensowne lub nielogiczne momenty następują tu jeden po drugim. Śmierci, które są, ale tak naprawdę ich nie ma. A wszystko dzięki jednej osobie, ale o niej wspomnę przy jego kategorii.
Undercik: Fear Itslef broni się przynajmniej Tie-Inami. Infinity nie broni się niczym. Co najwyżej pogrąża się miniserią Avengers 1959.



Najgorszy numer

sentry

a5.jpg

W tym roku stawka była bardziej wyrównana, niż ostatnim razem. Mimo dominacji "Fear Itself" w liczbie nominacji, najgorszym został ostatni numer X-Men: Schism. Schism zaczyna gonić, na razie przegrywa z FI 2:3.

Łukasz: Fear Itself #3. Śmierć (później odkręcona) jednej z ciekawszych postaci ostatnich lat w Marvelu, ukazana jako pojedynek Dawida z Goliatem, tym razem ze złym zakończeniem.
czarny_samael: The Mighty Thor #6. Jedyną kontrkandydaturą mógłby być... MT #5. Odin vs. Galactus? Straszne? A co jak widzimy niepotrzebny depower Surfera i mianowanie na herolda Galactusa jakiegoś pastora i wyrastającą z kadru na kadr bródkę Thora? Osobiście uważam, że te dwa numery powinny być tu liczone razem, ale skoro zostały na razie zapomniane, to proszę tych którzy mają podobne wnioski o głosowanie na jeden numer, bo jemu ten Zvalon po prostu się należy.
Krzycer: Avengers #16. Idiotyczna historyjka, wciśnięta na siłę nie wiadomo gdzie, między wydarzenia głównej miniserii, kompletnie pogrążająca jakikolwiek wydźwięk śmierci Bucky'ego. To, że tak szybko mu się poprawiło, to zupełnie inna sprawa.
colossus28: New Avengers #16, bo wygląda na to, że zawiera najgłupszą scenę w tym roku. Do tego dochodzi Bendis zupełnie nie w formie oraz Deodato, któremu do optymalnej coraz więcej brakuje.
Darth: Do tej pory "Fear Itself" jakoś udało się uniknąć mojego głosu w Zvalonach, ale przy takim wyborze nie miało żadnych szans. Głos idzie na Fear Itself #3, w którym jest akcja, chaos, śmierć jednej z najciekawszej postaci, symboliczne zniszczenie (dobra - uszkodzenie) tarczy i to wszystko kompletnie bezpłciowe. Kompletnie nie czułem żadnych emocji w czasie lektury tego komiksu, a to przez brak napięcia i fatalne dialogi. A sama scena śmierci - najgorzej przedstawiona w ciągu ostatnich lat. Słabe to było, oj słabe.
Arachnid: Fear Itself #3. Bardzo słaby numer. Nawet rysunki go nie ratują, choć są najjaśniejszym punktem numeru. Fatalne dialogi. Zero napięcia. Zero akcji. Niby wszędzie wszechobecny chaos, ale jakoś nie czuć tego. I jeszcze scena końcowa, czyli najgorzej przedstawiona śmierć w ostatnich czasach. W sumie to się cieszę, że tak szybko przywrócili Bucky'ego do życia, gdyż jest zbyt ciekawym bohaterem, by uśmiercać go w tak fatalny sposób. Słabiutki numer, ale nie ma się co dziwić, wystarczy spojrzeć kto go napisał.
Archie: Oddałem głos na Fear Itself #7. Dlaczego akurat na ten numer? Captain America, który ma lata doświadczenia bojowego i jest sprawnym taktykiem postanawia mierzyć ze zwykłych strzelb do latającej wyspy? Brak mi słów O_o. Do tego odzyskuje swoją tarczę, która została naprawiona i teraz ma rysę. Sam fakt jej złamania przez Serpenta był idiotyczny i niepotrzebny, ale przecież już raz się rozpadła i została złożona do kupy. Po co odgrzewać stary i niedobry kotlet, a do tego starać się być bardziej @W3$0M3!!11! i teraz dawać jej skazę? Domyślam się, że Fraction liczył, że inni scenarzyści oraz rysownicy będą respektować ten fakt i że będzie to coś, co pozostanie w Marvelu na długo. Może i świadomość rysy zostanie, ale jak widać po obecnej sytuacji, jego koledzy po fachu zlewają to sikiem koszącym. Ten numer jest finałem miniserii, która symbolizuje zmarnowane pomysły, niepotrzebne wątki i totalną głupotę scenarzysty, który postawił na efekciarstwo zamiast jakości.
Sc0agar4k: New Avengers vol. 2 #16 - ten numer jest o tyle specjalny, że oprócz mojej nominacji w tej kategorii, dostaje również nominację, za Najgorszą Scenę. Daredevil z CKM to naprawdę szczyt głupoty i bezmyślności autora.
Undercik: Fear Itself #5. Byłem podczas eurotripu przez dwa dni w Paryżu. Stwierdziłem, że odwiedzę tamtejszy comicshop (dzięki Foxdie za World Tour!). Niestety, oprócz zakupu kilku brakujących mi pojedynczych zeszytów, popełniłem ogromny błąd. Stwierdziłem, że chce zobaczyć, co Ułamek tym razem nawyczyniał w FI, a że przelicznik w sklepie wynosił 1 dolar = 1 euro, to wyrzuciłem w błoto 4 euro. Do tej pory usprawiedliwiam się, że chciałem wesprzeć Immonena. Przejdę jednak do meritum. O tym, co Fraction zrobił w tym numerze, mogę powiedzieć dokładnie to, co Russel Hantz powiedział o grze Brandona w ostatnim sezonie Survivora. Nic tu nie było zrobione dobrze, wszystko co Ułamek robił, było złe. "Out of character" wręcz wylewało się z tego numeru. Nie będę za bardzo tego rozpamiętywał, wystarczy, że przypomnę, co powiedział Thor: "You were always a giant pain in the ass". Come on! Takie coś w ustach Thora. Do tego usprawiedliwianie się Ułamka, że on piszę boga piorunów tak jak chce, i nie patrzy na to jak był kiedyś pisany.




Najgorszy scenarzysta


zvalony6.jpg

Matt Fraction obronił zeszłoroczny tytuł! Z taką samą ilością głosów jak poprzednio. Tyle, że ostatnio głosowało więcej osób. Na dobrą sprawę Mattowi nikt nie chciał zbytnio zagrozić. Warto też zauważyć, że Jeph Loeb znów poprawił swoje notowania w waszych oczach i znów zmniejszył o połowę liczbę oddanych na niego głosów. Czy to wynika z poprawy, czy po prostu z tego, że nie miał za dużo szans, aby coś zepsuć? Przy okazji Fraction umacnia przewagę Fear Itself do 4:2.

Lokus: Głos poszedł na Ułamka, absolutnie za wszystko, co nawyczyniał w tym roku. Tymczasem widzę w gronie nominowanych Cullena Bunna. Serio? A Jason Aaron za swoje wyczyny przy "Schism" i Wolverine? A Way za Deadpoola? A Charlie Huston za Wolverine: The Best There Is? A Victor Gischler za wszystko, czego się tknął?
bastek66: Fraction za niszczenie Thora i "Fear Itself". Podobnie jak Lokus sądzę, że tam nie powinno być Bunna, The Deep było jednym z lepszych tie-inów do tej abominacji. Millar się zrehabilitował Superiorem (którego to ostatniego numeru już nie mogę się doczekać). Tam powinni być Way bo zawsze był fatalny i Gischler z tymi jego bezużytecznymi wampirami.
Łukasz: Matt Fraction - nagroda anty Nobla w dziedzinie zje... wszystkiego czego się dotknie, ląduje w rękach Matta :). Hip hip Hura, hura...
Raptorius: Matt Fraction. Kompletny brak czucia pisanych postaci, umiejętność zabicia nawet najlepszego pomysłu w taki sposób, że człowiek się zastanawia, czy ten pomysł kiedyś miał sens, traumatyczne przeżycia związane ze zniszczeniem kilku ciekawych serii.
Pozostali - Mark Millar, Jeph Loeb już od dawna psują wszystko czego się dotkną, ale przynajmniej nie dotykają centralnych postaci uniwersum.
BMB powinien rzucić w diabły Avengers i dalej pisać Ultimate Comics Spider-Mana - ta seria (z drobnymi potknięciami) cały czas mu świetnie wychodzi.
Cullen Bunn nie pasuje do wymienionych tu tuzów.
czarny_samael: Matt Fraction. JIM, Mighty Thor, UXM, Fear Itself... Czy on coś jeszcze (oprócz Defenders) pisał? Jak mocno to schrzanił? Bendis w "Siege" z Loebem w Rulku tak nie na odwalali, jak Ułamek w tym roku.
Krzycer: Głosowałem na Bendisa. Bo po Fractionie nie spodziewam się już niczego dobrego, a komiksy BMB nie przestają mnie zawodzić i rozczarowywać. I tak zwyczajnie, po ludzku irytować. (Tak, Ultimate Comics Spider-Man pozostaje wyjątkiem.)
colossus28: Bendis, bo facet ewidentnie się wypalił. Poza tym, danie mu najważniejszych tytułów w tym roku było grubym błędem wydawnictwa, ale któż w styczniu mógł przewidzieć, że tak to się potoczy.
Darth: Powinienem wybrać Fractiona, ale nie czytałem The Mighty Thora, a w Fear Itself byłem mentalnie przygotowany na słabiznę, która mnie nie poruszyła. Mój głos idzie na Briana Michaela Bendisa, żywy przykład na to, że im wyżej się wzniesiesz, tym boleśniejszy jest twój upadek. Kiedyś zwyciezca Avalona w kategorii najlepszego scenarzysty, który niespodziewanie się stoczył, pozbawiając swego stylu pisania tego czegoś, co zapewniało mu sympatię czytelników. Teraz zostało tylko złość, rozczarowanie i irytacja.
Arachnid: Brian Michael Bendis. Zastanawiałem się między Bendisem, a Fractionem. Wybrałem Bendisa ze względu na bardzo widoczny spadek formy. Po Fractionie nie spodziewałem się niczego wielkiego, więc w przypadku jego "dzieł" nie byłem bardzo negatywnie zaskoczony. W przypadku Bendisa spodziewałem się czegoś dobrego, ale niestety wielokrotnie się rozczarowałem.
Archie: Pośpieszyłem się i w ankiecie kliknąłem na Jepha Loeba ze względu na koszmarną historię o Rulku, a wcześniej zabicie Sabretootha. Jego Avengers: X-Sanction jest głupie i martwi mnie, że to ta miniseria będzie podwalinami pod kolejny event. Prawda jest taka, że to i tak nic przy tym, co wyprawiał w tym roku Matt Fraction. Jego Fear Itself jest wstrętne, wyprane z emocji i po prostu tanie oraz festyniarskie. Co gorsza, jego Steve Rogers zachowuje się jak idiota, a nie wprawiony strateg.
Szczepi: W tym roku statuetkę Zvalona 2011 znów dostaje Matt Fraction. Pewno jak zwykle nie zjawi się na ceremonii rozdania, no trudno. A tę niesławną nagrodę otrzymuje za beznadziejne Fear Itself i swój wkład w Uncanny X-Men.
Hotaru: Matt Fraction. I to nawet pomimo tego, że nie czytuję jego Mighty Thor i Invincible Iron Man. Dałem mu szansę przy Defenders, ale jej nie wykorzystał, lecz to głównie za sprawą Fear Itself zasłużył na to wyróżnienie. Jak zwykle, jakiś potencjał historia wykazywała, a Ułamek zdołał z niebywałą wręcz wprawą uniknąć wykorzystania wszystkich okazji. Fear Itself to festiwal nijakości, równie emocjonujący, jak dłubanie w nosie, i jedyna refleksja, jaka mi się przy jego lekturze nasuwała, to "można było rozegrać to o wiele lepiej".
Sc0agar4k: Głos idzie na Matta Fractiona, który nie potrafi napisać niczego dobrze, pomimo posiadaniu w swoich rękach kilku serii komiksowych. A tegoroczne "Fear Itself" potwierdziło tylko, że już dawno powinien zrezygnować ze stanowiska scenarzysty.
Undercik: Matt Fraction - czego się nie dotknie, zamienia w bobki. Jakiej tylko postaci nie ruszy, napiszę ją out of character. Do tego na siłę próbował zrobić momenty, które miały być awesome w Fear Itself, ale to, że mu się nie udało, to za mało powiedziane. A pomyśleć, że miał taki dobry start w Marvelu w Immortal Iron Fist.



Najgorszy Rysownik


a7.jpg


Tak jak i Matt Fraction, John Romita Jr. broni zeszłorocznego Zvalona. Już nie z taką przewagą jak wtedy, bo gonić postanowił go Chris Bachalo, jednak bez większego skutku. Tymczasem "Fear Itself" umacnia się na prowadzeniu. Obecny stan rywalizacji ze Schism to 5:2.

Łukasz: Pan Bachalo musi nieźle popijać jeśli myśli, że komiksiarze potrafią połapać się w jego chaotycznej plątaninie bez składnie rysowanych kresek. Ten pan pogubił się w labiryncie własnego zadufania w sobie i w wiary we własny talent.
Raptorius: Rob Liefeld popełnia taki sam błąd jak pozostali rysownicy wymienieni tutaj - ludzie tak nie wyglądają. Pozostali jednak mają swoje momenty, potrafią stworzyć kadry tak, że można zrozumieć ich podejście do sztuki, jaką jest rysowanie komiksów, a nawet znaleźć w nich coś pięknego.
Vóyek: Bachalo - jakoś nie mogę ogarnąć, o co chodzi w jego rysunkach. A to odbioru komiksu raczej nie ułatwia.
Krzycer: Ok, JRJR jest irytujący, Bachalo miejscami mu dorównuje, a Liefeld jest koszmarny, ale rysował tylko Deadpool Corps - powiedzmy sobie szczerze, kto to w ogóle czytał (poza mną)? Za to David Lafuente takie czary odprawiał nad tie-inem New Mutants do "Fear Itself", że głowa mała. Polecam przejrzeć, bo tam miejscami naprawdę niczego nie widać.
colossus28: Chris Bachalo za popadanie w coraz większy chaos i manieryzm artystyczny. Pamiętam jeszcze kilka lat temu, że oglądałem jego prace z przyjemnością, na chwilę obecną to, co robi, jest niedopuszczalne.
bastek66: Tak jak rok temu głos na Landa. Dopóki się nie oduczy trace'ować.
Misiael: Romita. Pozostali w sumie albo mi zwisają, albo ich nawet nie znam, ale to JRJR na starcie zniechęcił mnie do Avengers.
Darth: Poważnie myślałem nad kandydaturą John Romita Jr. i jego bohomazach z serii Avengers. Zamiast niego zdecyduję się jednak na Chrisa Bachalo. Ja wiem, ma swój własny specyficzny styl, który nie każdemu musi się podobać, ale to, co ostatnio wyprawia, to przegięcie. Bywa tak, że nie jestem nawet pewien, co się dzieje w całym komiksie, czego koronnym przykładem jest drugi numer Wolverine and the X-Men. Aha i wyróżnienie dla David Lafuente, którego plamy na kadrach zepsuły całkiem nieźle zapowiadający się tie-in.
Pariah: John Romita Jr. Wahałem się nieco, bo najstraszniejsza krowa świata na długo pozostanie w mojej pamięci. Mimo to, Johnny długo pracował na tą nagrodę i nie mogę mu jej odmówić. Dzielnie współgrał z Bendisem, by kompletnie pogrążyć Avengers vol. 4.
Arachnid: John Romita Jr. Powierzenie mu głównej serii o Avengers było - w moim przekonaniu - strzałem w stopę. Razem z Bendisem świetnie się uzupełniali i przyczynili się do tego, że Avengers znajdują się w tym roku, w kategorii "Najgorszy ongoing". Jego styl bardzo mi się nie podoba i psuje mi odbiór lektury. Jego rysunki zniechęcają mnie do czytania. Są po prostu brzydkie.
Archie: Rob Liefeld nie miał ważnej serii w Marvelu. Jakieś Deadpool Corps to sobie może psuć. David Lafuente oszpecił New Mutants. Jego Magik jest koszmarna. Tfu. Ale głos idzie na Johna Romitę Juniora, który zepsuł flagową serię o Avengers. W tym tytule, patrząc przez perspektywę historii, rysunki powinny być niesamowite i pokazywać ogrom sytuacji. Niestety, są brzydkie. Silna i zdecydowana kreska jest domeną Romity, ale jego rysunki nie sprostały wyzwaniu i po prostu nie pasują do tej serii i tylko ją psują. John, nie wracaj do tego tytułu.
Szczepi: Z początku myślałem, że mój głos pójdzie na Johna Romitę Jr-a, ale mam do niego sentyment z czasów, jak rysował Daredevila i Punishera. Zatem mój wybór pada na pana znanego jako Chris Bachalo. Jego wyczyny w X-Men Gischlera można było jakoś przełknąć, ale to, co on wyprawia w Wolverine and the X-Men, zwłaszcza w #2, woła o pomstę do nieba.
Undercik: Romita Jr. jest z roku na rok coraz gorszy. A pomyśleć, że kiedyś był jednym z moich ulubionych rysowników, za to co robił w TASM podczas runu Straczynskiego.
Sc0agar4k: Głos bez namysłu trafia w ręce Johna Romity Juniora. Takiego rysownika nie daje się do serii, która właśnie została zresetowana, jeśli chce się przyciągnąć nowych czytelników.




Najgorsza postać męska

m2.jpg

a8.jpg

Wolverine postanowił wziąć przykład z syna i wygrać Zvalona. Czyżby Logan znów miał zaniki pamięci i zapomniał, że przykład powinno brać się z lepszych? Patrząc po Waszych opiniach, to rzeczywiście - Rosomak ma ostatnio jakieś małe problemy z pamięcią. Za to na pewno "Schism" zaczyna gonić "Fear Itself" i poprawia nieco swój wynik do 3:5.

Łukasz: Spider-Man - najnudniejsza postać od bardzo długiego czasu. Za brak pomysłów na jego przygody, wikłanie go w coraz to inne związki z kobietami, które nie dorastają do pięt Mary Jane.
czarny_samael: Jak to już dziś pisałem: "Bez żadnych wątpliwości". Oprócz Capa, nikt z pozostałych czymś konkretnym "nie błysnął", a Wolvie i jego obraza majestatu na Utopii przebija wszystko. Zajechało w nim hipokryzją totalną, strzeleniem focha i narażeniem swoich dzieciaków na prawdziwe niebezpieczeństwo. Odejście od lidera, który przy prawie zerowych stratach wygrał ładnych parę wojen, to skrajny debilizm. Skrajny. Mam faceta dosyć bardziej niż Fractiona, a to już coś mówi.
Krzycer: Wolverine. Bo od Schizmy minęło parę ładnych miesięcy, a ja wciąż jestem przeświadczony, że Loganowi odwróciły się poglądy o 180 stopni, bo redaktorzy tak sobie zażyczyli. A co gorsza - nic tego nie uzasadnia w samych komiksach.
Może poza zabiciem własnych dzieci, co jakimś szokiem musiało być. Ale ta historia była tak marna, że... ale to temat na inny temat. A Red Hulk załapał się tu chyba za zeszłoroczne zasługi. Moim zdaniem pod skrzydłami Parkera wyrasta na całkiem ciekawą postać.
colossus28: Wolverine. Po pierwsze za schizmę i argumenty z kosmosu, po drugie za jego wszędobylstwo. Jedyny komiks, w którym nie drażnił, to Uncanny X-Force, ale to akurat nie jest trudne, biorąc pod uwagę, że głównie był tam po to, by dostawać wciry. No i pisał to Rick. W większości innych niemutancich tytułach po prostu zbędny.
Darth: Jaka postać męska irytowała mnie najbardziej? Jednak mimo wszystko dostosuje sie do większości i postawię na Wolverine'a. Moje zarzuty są te same. Nagła, niczym nie wytłumaczalna zmiana poglądów, momentami pachnąca straszną hipokryzją, biorąc pod uwagę jego dotychczasowe działania.
wolvie111: Od kiedy ustawiłem sobie Wolverine'a na awatara minęło już sporo czasu i trochę się pozmieniało. Cała akcja w rozłamem w X-Men jest zdecydowanie porażką tej postaci. Jednak swój głos oddam... no właśnie nie wiem. Zdziwić może fakt, że wśród nominowanych mamy trójkę głównych Mścicieli. Myślę, że umieszczenie tu Thora jest delikatną przesadą, na Kapitana nie zagłosuję, bo ostatnio polubiłem Secret Avengers. No i ten Iron Man. O ile bardzo lubię jego przygody w filmie, o tyle jego komiksy nigdy mnie nie zaciekawiły... jest dla mnie po prostu nudny. Cyclopsa nie wybieram, bo nie zaszedł mi mocno za skórę w tym roku. Spider-Man wciąż bez pomysłu. Red Hulk jest chociaż czasem zabawny. Więc tak, na podium będzie Wolverine, potem Iron Man, a na szczyt dam Odina. Takie podsumowanko na temat "Fear Itself".
Arachnid: Wolverine. Głównie za sprawą nagłej zmiany poglądów przy Schizm. Zmiana ta, i tu się powtórzę, jest bezsensowna, bez racjonalnego wyjaśnienia i wieje hipokryzją na kilometr. Poza tym, jego seria Wolverine and the X-Men jest słaba i odstrasza rysunkami. Wolverine dyrektorem szkoły - jakoś mi to nie pasuje. O jego zdolności do bycia w kilku drużynach i w różnych możliwych seriach jednocześnie nawet nie wspomnę.
Archie: Mój głos idzie na Spider-Mana. Nadal nie podoba mi się umowa z Mephisto, która zaprzepaściła małżeństwo z MJ i ciekawe wątki, które zostały otwarte po zdemaskowaniu w "Civil War". To, co się obecnie dzieje u Petera, jest nudne. Sięgnięcie po Jackala i Kaina, który będzie robił za Scarlet Spidera pokazuje, jak bardzo twórcy są zdesperowani. W The Amazing Spider-Man najciekawsze są sceny, kiedy pojawia się MJ i jest nadzieja, że może się znowu zejdą. W drużynowych seriach daje radę jedynie w New Avengers Vol. 2. Sceny z Victorią Hand są definitywnie na plus. To jedna z niewielu rzeczy, która obecnie się udaje Bendisowi. Nie mniej jednak wymazanie lat historii i zrobienie bałaganu w ważnych wątkach nie wyszło Parkerowi na dobre. To był milowy krok do tyłu, który ciągle jest odczuwalny.
Szczepi: Jak już wcześniej pisałem, Steve Rogers na stołku szefa S.H.I.E.L.D./Avengers czy jak oni się tam teraz nazywają, nie dorasta Nickowi Fury do pięt, co pokazał podczas "Fear Itself".
bastek66: Odyn, wszyscy inni nie byli aż tak fatalni. Red Hulk to nawet nie powinien być wśród nominowanych.
Undercik: Wolverine, za to, co z tą postacią zrobili redaktorzy w czasie "Schism". Rogersa uratowały występy w komiksach Brubakera. Rulk w tym roku za to nie zasłużył na nominację, ale chyba już z rozpędu ktoś go nominował. Tak to jest jak do kogoś przyklei się zła łatka na początku.
Sc0agar4k: Głos na Wolverine'a, który raz, że pojawia się w nieskończonej ilości serii, a dwa doprowadził do Schizmy, która nadal pozostaje zupełnie niezrozumiała.



Najgorsza postać żeńska

zpostac4%20%5B700%5D.jpg

zvalony9.jpg
W zeszłym roku Demogorgon był rozczarowany, w tym chyba ta wiadomość poprawi mu humor. Carlie Cooper została wybrana jako ta najgorsza w Marvel Universe. Nie, żeby ktoś w tym roku chciał z nią wygrać, ale warto odnotować nieudane próby Hope i Idie.

Łukasz: Carlie Cooper. Przykład na to, że scenarzyści poszli po najmniejszej linii oporu i dali brzydką okularnicę naszemu ulubionemu Pajęczarzowi.
Raptorius: Hope Summers. W większości momentów nudna, w pozostałych albo terrorystka, albo irytująca. W ciągu tego roku miała cały jeden ciekawy moment (Uncanny X-Men, choć tu mógłby ją zastąpić chociażby inny telepata z zacięciem do militariów...) - to zdecydowanie za mało aby pokazać sens tej postaci. Zaskakuje jedynie obecność Oyi na liście, jest to postać, która jak pozostałe Światełka, była mocną stroną serii o mesjanistycznym rudzielcu.
Krzycer: Black Widow pióra Fractiona. Jej reakcja na śmierć Bucky'ego - załamanie i kompletna bezużyteczność - nawet zretconowane (tylko udawała, żeby nikt się nie domyślił, że Bucky przeżył) - katapultują ją na czoło stawki.
colossus28: Przestałem czytać Generation Hope po kilku numerach między innymi za Hope, ale także za jej "światełka". Nie potrafię zapałać sympatią do żadnego z nich, ich los jest mi obojętny jak zeszłoroczny śnieg, więc wybór Oya sam mi się nasuwa.
Demogorgon: Carlie Cooper. Jako zadedykowany przeciwnik TEGO PASOŻYTA muszę się wypowiedzieć, bo niestety jedyny, kto do tej pory na nią zagłosował, poddaje się stereotypom. By było jasne - nie mam nic przeciwko wyglądowi Carlie. Problem jest w tym, że ta kobieta to drugie przyjście Wesleya Crushera! Musi być zawsze wyjątkowa, w chwili gdy dostaje pajęcze moce od razu radzi sobie tak dobrze, jak Peter, mimo wielkiej różnicy doświadczenia, z miejsca dedukuje, że za Spider Island stoi Jackal, CHOCIAŻ NIE POWINNA NAWET WIEDZIEĆ, ŻE ON ŻYJE! Jak chcę Spider-Mana, to chcę Spider-Mana a nie MARY SUE DANA SLOTTA Z JAKIMIŚ LUDŹMI W PIŻAMACH.
Arachnid: Niejednokrotnie wspominałem, że nie lubię tej postaci. Jest żałosna i beznadziejna. Do Mary Jane jej brakuje i to bardzo wiele. I nie mam tu na myśli jej wyglądu, a charakter. Najbardziej żałosna scena z jej udziałem to ta, w której po pijaku chciała sobie zrobić tatuaż. Spider Island sobie darowałem, ale jak widzę po opiniach, to i tutaj poprawy względem Carlie nie było. Ta postać jest po prostu źle pisana.
Darth: Kurczę blade, kompletnie nie mam pojęcia, kto powinien dostać nagrodę. Muszę to przemyśleć. <Intensywnie myśli>. Chyba mimo wszystko Hope Summers, głównie za niewykorzystany potencjał, jaki kryje się w tej postaci. Wydawało się, że zacznie odgrywać jakąś znaczna rolę, stanie się bardziej samodzielna, a tu okazuje się, że nadal trzeba ją niańczyć, bo zaraz popada w tarapaty. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że wychował ją Cable, po tym, co pokazują nam scenarzyści, a samo zainteresowanie militariami to za mało, bym zmienił zdanie.
wolvie111: Głos na Oyę. W szkole Wolverine'a jest ok i nic do niej nie mam, ale chodzi o sam pobyt na Utopii i jej rolę w jakże kiepskim "Schizm". Nie podoba mi się sposób, w jaki pokazuje się jej niewinność i zacofanie. Cały czas gada jak psycholka z uśmiechem na twarzy, że jest potworem. Na pudle postawiłbym pannę Cooper i Emmę F. oskarżoną o żałosną akcję z Sebastianem Shaw.
Archie: Głos na Carlie Cooper. Beznadziejna postać, a historia z tatuażem jest totalnie odpychająca i żałosna. Mary Jane wracaj, a Carlie niech zdycha.
Szczepi: Mój głos idzie na Oyę, gdyż ona denerwuje mnie bardziej niż jej mentorka Hope Summers - swoim męczeńskim podejściem do bycia mutantem. Może i została wychowana w duchu, że odmieńcy są skazani na potępienie, ale ja tego nie kupuję.
bastek66: Carlie, bo nie przestała mnie wnerwiać.
Undercik: Miałem zagłosować na Oyę, która strasznie mnie denerwowała w czasie "Schism". Jednak Carlie Cooper irytuje mnie od pierwszego pojawienia się w komiksie i nic nie zapowiada by miało się to zmienić. W tym roku dołożyła jeszcze jakże wspaniały występ w "Spider Island", podczas którego była w swojej najwyższej formie... w denerwowaniu mnie.
Hotaru: Miałem zagłosować na Oyę, bo nie znoszę religijnych dewotek, ale potem uświadomiłem sobie, że gdyby nie Hope Summers, to tej postaci nigdy by nie było, więc pyskata i rozwydrzona Summersówna odpowiedzialna jest zarówno za dyskomfort powodowany przez Idie, jak i przez siebie samą. Mam nadzieję, że w finale Avengers vs. X-Men Nadzieja zejdzie w niebyt, gdzie od dobrych kilku lat tak wygodnie jest innemu irytującemu rudzielcowi.
Sc0agar4k: Ponieważ żadna z tych pań do mnie nie przemawia i żadna mnie wielce nie interesuje, dlatego żeby zapewnić uczciwy wybór, zdecydowałem się na losowanie. I ślepy los wybrał Carlie Cooper. [Ślepy los widać nie taki ślepy i widział co się szykuje - dop. Undercik]




Najgorszy Villain

v7.jpg

a10.jpg

Pokonały Godnych. Pokonały Krakoę. Pokonały nawet Serpenta. Ach ta dzisiejsza młodzież... tfu, dzieci. "Fear Itself" natomiast prowadzi już tylko 5:4 w pojedynku dwóch eventów.

Łukasz: Serpent - przykład bardzo szybkiej kariery, ale jeszcze szybszego upadku. Pogrożenie wielką mocą i pomachanie młotkiem nie wystarczyło mu, by wygrać.
Raptorius: Hellfire Kids. Villain najbardziej nie na miejscu w serii, która jest jego debiutem. Ciekawi pojawienie się na tej liście aż 5 łotrów z "największego wydarzenia roku". Zostało ono sprowadzone do wielkiej bójki pomiędzy dobrymi i złymi, a siłą takich historii są antagoniści - pokazuje to tylko jak bardzo słabym wydarzeniem był i z jak słabym wykonaniem spotkał się ten event.
Krzycer: Serpent przynajmniej fajnie wypadł w Journey Into Mystery (choć też nie typowo łotrowsko, ale to dla mnie nigdy nie jest problem). Hellfire Kids są wkurzający i nadal nie wiem, czy mamy ich traktować serio - ale to nie oni pogrążyli Schizmę, tylko potraktowanie tematu na odwal się przez większość scenarzystów, o redaktorach nie wspominając. A Wonder Man... może i było go mało. Zgoda. Ale jak dla mnie jest porażką na całej linii z jednego, prostego powodu - spośród wszystkich nominowanych tylko przy nim mam taki oto problem: nie wiem, dlaczego robi to, co robi. Bendis próbował dać mu motywację, ale ciąg logiczny "uważam, że Avengers są złym pomysłem" - "zbiorę ekipę i zbiję Avengers, żeby im uświadomić, że są złym pomysłem" jest tak porąbany, że głowa mała. Po prostu nie mogę tego pojąć. I tyle. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co w takiej sytuacji muszą czuć fani Wonder Mana (wszyscy trzej).
colossus28: Hellfire Kids - bo pomysł genialnych, złych dzieciaczków, to już naprawdę cios poniżej pasa i ponad moje siły. To najwyrazistszy przykład, czego wystrzegać się, jeśli staramy się napisać - przynajmniej w naszym przekonaniu - poważny komiks.
Darth: Jason Aaron ma tendencje do tworzenia złoczyńców kuriozalnych, ocierających się o kicz. Ale w przypadku choćby Ghost Ridera to zbytnio nie przeszkadzało, bo zwykle udawało mu się trafić klimatem. To, co jednak nie przeszkadzało w owej serii, w innej okazało się niewypałem. Hellfire Kids to banda wkurzających, przemądrzałych gnojków, mordujących i niszczących hurtowo, tylko dlatego że mają taką ochotę. Takim jak oni się nie kibicuje, tylko czeka się aż ktoś je ubije w bolesny, krwawy i długi sposób. Aha - Serpent za Journey Into Mystery nie zasługuje na ten tytuł, Grey Gargoyle/Mokk za akcje w Paryżu, Krakoa bo za krótko, Wonder Man i Sin też nic takiego nie zrobili aby zaraz ich tak karać, a Thing/Angrir oraz Hulk/Nul w sumie pełnili rolę tanków, więc czego niezwykłego można było się po nich spodziewać?
Arachnid: Hellfire Kids. Jak dla mnie to wprowadzenie tych postaci było strzałem w stopę. Są irytujący, beznadziejni i naprawdę ciężko jest mi brać ich na poważnie. Przykro się robi człowiekowi, kiedy czyta o tym jak X-Men, którzy walczyli z Apocalypsem, Mr. Sinisterem i innymi, męczą się teraz z bandą wkurzających gnojków. X-Men zasługują na poważniejszych przeciwników.
wolvie111: Nie zagłosuję na pewno na Sin. Całe "Fear Itself" może i było kiepskie, ale jednak to duże wydarzenie zapoczątkowane właśnie przez tą wariatkę. Poza tym, podoba mi się jej wizerunek w Fearless. Z trójki młoto-dzierżących najsłabiej wypadł Thing... nie za bardzo wypadły jego dialogi. Lepiej by było, gdyby milczał, jak Juggernaut. Grey Gargoyle za to nie powinien tu się znaleźć. Jak ktoś już wspominał, przemiana całego Paryża w kamień nie jest powodem do wstydu. Krakoa akurat mi się podobała. Zabawnie wyszło jej dołączenie do X-Men, co dobrze wpisuje się w styl nowej serii Wolverine'a - z przymrużeniem oka. Za to nie znoszę dzieciaków-dziwaków z Hellfire Club. Nie chce mi się traktować ich serio i szkoda na nie czasu. Głos dla nich.
Archie: Bezapelacyjnie wygrywają Hellfire Kids. Nie da się traktować tych postaci poważnie, a poza tym one nawet nie są tak pisane. Jak ktoś taki ma być przeciwnikiem doprowadzającym do rozłamu wśród X-Men? Zrozumiałbym jeszcze gdyby Kade Kilgore był jedynym dzieciakiem i okazał się robotem. Taka współczesna wersja Pinokio - tyle, że zły. Tłumaczyłoby to jego inteligencję i machlojki. Ale zwykły, bogaty dwunastolatek przy akompaniamencie rówieśników pogrywa z X-Men, jak chce? Z tymi X-Men, którzy walczyli z takimi liderami jak Apocalypse, Sinister, Stryfe oraz Magneto? Żenada.
Szczepi: Hellfire Kids, gdyż zgadzam się ze swoim przedmówcą. Te dzieciaki nie dość, że są nie są zabawne (tak jak pewnie w mniemaniu Aarona powinny być) to jeszcze są groteskowe. Żenujący jest też fakt, że przez nich doszło do schizmy wśród X-Men.
bastek66: Serpent - nie dość że overpowered, to jeszcze nie zrobił niczego ciekawego i za łatwo zginął.
Hotaru: Hellfire Kids - bo symbolizują wszystko, co poszło nie tak w "Schism". Ci "złoczyńcy" pasowaliby raczej do linii Marvel Adventures, a nie "mutanciego eventu roku". To oznaka kierunku, na jaki redakcja się zdecydowała w przypadku jednego z dwóch flagowych x-tytułów - kierunku na infantylizm i campowy humor. Coś, na co się nie zgadzam.
Undercik: Hellfire Kids byliby dobrym pomysłem na jakąś jedną groteskową historię w x-tytule. Jednak rola głównego przeciwnika w "Schism", a do tego w Wolverine and the X-Men to o wiele, wiele, wiele, wiele (...) wiele za dużo. Szczególnie, że z X-Manami - póki co - robią, co chcą.
Sc0agar4k: Hellfire Kids. Za najgorszy możliwy zespół złoczyńców, z jakim się do tej pory spotkałem. Dzieciaki są irytujące, głupie i po prostu nie sposób mi je oglądać, czy o nich czytać.



Wydarzenie Roku

a11.jpg

Cóż można więcej powiedzieć, eventy zdominowały tegoroczne Zvalony. Nagroda za najgorsze wydarzenie nie jest więc specjalnym zaskoczeniem. Jednak Marvel skasował za mało tytułów, żeby dogonić swoje eventy. Miejmy tylko nadzieje, że Dom Pomysłów wyniesie chociaż małą lekcje ze swoich porażek. A, zapomniałbym, "Fear Itself" - "Schism" 6:5.

Lokus: Zacytuję sam siebie z DCM - "Crossover Flashpoint nie należał do historii wybitnych czy nawet bardzo dobrych (...) Osobiście uważam, że Flashpoint i tak jest jednak najlepszym tegorocznym eventem/crossoverem, a wszystkie trzy wielkie historie z Marvela (X-Men: Schizm, "Spider-Island" i bój się Boga... ekhm, znaczy się "Fear Itself") oraz Infestation z IDW, nie dorównały poziomem dziełu Johnsa i Kuberta". Stąd też głos na opcję numer 1: Chaos War, Schism, Fear Iself - czyli eventy z żenująco niskim poziomem.
Łukasz: Chaos War, Schism, Fear Iself - czyli eventy z żenująco niskim poziomem. Niestety Axel Alonso nie okazał się godnym następcą Joego Quesedy, do pięt mu nie dorasta. Zatwierdzanie takich historii, jak Fear Itself, to brak logicznego myślenia ze strony osoby, która piastuje tak bardzo wpływowe i odpowiedzialne stanowisko.
Raptorius: Ogłoszenie masowej kasacji numerów pod koniec roku. Zabijanie serii o różnym poziomie - nawet tych średnich, ale z pomysłem (Daken), czy dobrych (X-23), zamiast prób podniesienia poziomu serii flagowych (praktycznie cała linia Avengers). Czy naprawdę warto pisać więcej?
Vóyek: Jak dla mnie to reset numeracji UXM - jedynego tytułu Marvela, który do tej pory takiego zabiegu nie przeszedł. Nie wydaje mi się, żeby resetowanie numeracji wpływało jakoś znacząco na poziom tytułu. W dodatku, jak znam życie, za jakiś (pewnie niedługi) czas i tak stara numeracja będzie przywrócona. W dodatku to się kupy nie trzyma. Jeśli miało to być podkreślenie, że Regenesis to nowy początek dla mutantów, to numeracje wszystkich X-tytułów powinny być zresetowane.
colossus28: Kasowanie projektów, które nawet nie ujrzały światła dziennego to mój typ w tej kategorii. Uświadamia on niezbicie, że Marvel jest w kropce, miota się bezskutecznie szukając wyjścia z trudnej sytuacji. Do tego wszystkiego dochodzi niewątpliwie sukces sąsiada zza miedzy, który na pewno nie napawa włodarzy Marvela pozytywnie. Żeby tylko z tego nie wyszła jeszcze większa bieda.
Darth: Ogłoszenie masowej kasacji numerów pod koniec roku, to niestety może być przejaw tego, że źle się dzieje w wydawnictwie Marvela. Co prawda zdarzały się momenty już wcześniej, że dobre tytuły szły do kasacji, ale nigdy w tak hurtowych ilościach. Koniec X-23, Ghost Ridera, Alpha Fight (a niedawno zrobili z tego serię), Black Panther, skrócenie Villains for Hire, chyba też i Herc, wszystko praktycznie na raz. Miejmy nadzieję, że to tylko odosobniony przypadek i w przyszłym roku nie będzie takiej niespodzianki.
Arachnid: Ogłoszenie masowej kasacji numerów pod koniec roku. Rozumiem, że jest to spowodowane brakiem zysków ze sprzedaży, ale to hurtowe kasowanie nie podoba mi się. Pokazuje to, że coś się dzieje. I to coś nienapawającego optymizmem. Skoro usuwane są serie tak dobre jak X-23, a pozostawia się kolejne serie ze Spider-Manem i Wolverinem w rolach głównych, a poza tym serie o Avengers - póki co - też są raczej na niskim poziomie. Może to trochę niepokoić.
Archie: Chaos War, Schism, Fear Iself - czyli eventy z żenująco niskim poziomem to jest bolączka Marvela. Wydawnictwo wkręciło się w sytuację, gdzie krążą od eventu do eventu, bo kolejne "mega hiper łamiące na pół Internet" wydarzenie podnosi im sprzedaż i tie-iny dobrze się rozchodzą. Niestety, jakość tych przedsięwzięć jest badziewna i czytając je możemy się czuć, jakby ktoś nam urągał. Mam nadzieję, że ludzie masowo przestaną je kupować, a wydawnictwo sięgnie po rozum do głowy i zacznie skupiać się na jakości historii, a nie na ich masowym produkowaniu.
Spideyx: Kasowanie tytułów - kryzys jest! Z eventów znam na razie tylko "Chaos War" i "Fear Itself", bo były streszczone na Avalonie - Chaos War na minus, Fear Itself na plus. Głupie jest restartowanie numeracji - i na to głosuję. Ale nie martwmy się tym! Przy kolejnej setce wrócą do starej.
Hotaru: Ostatnim porządnym eventem, jaki czytałem, był "Messiah CompleX". Dlatego nie nominuję słabizn pokroju "Fear Itself", "Schism" czy "Chaos War", których marnego poziomu można było się spodziewać. Nominuję za to Kasację X-23, w sukces której wątpiłem. Marjorie Liu zdołała nie tylko mnie przekonać, że jest godnym następstwem dla Kyle'a i Yosta - przekonała mnie, że jest im równa. Przygody Laury są na łamach tej serii wyjątkowe i charakteryzują je autentyczne emocje. Dlatego zdecydowałem, że zagłosuję na zarzynanie czegoś dobrego, a nie konsekwentne wypuszczanie słabizny.
Undercik: A na co innego mam zagłosować jak skasowali moją ulubioną serię - X-23, jak nie na kasacje X-23?
Sc0agar4k: Chociaż kasacja tak dużej ilości serii jest powodem do niepokoju, to już Kasacja X-23 jest dla mnie jednym wielkim nieporozumieniem. Jedna z moich ulubionych postaci, zostaje pozbawiona swojej solowej serii, w momencie, gdy jest w szczytowej formie. This is bad, very bad.



Najgorsza Okładka

spider-island_avengers@m.jpg

Fear Itself: Dracula #1 - 1
Secret Avengers #20 - 1
Wolverine and The X-Men #2 - 1

Walka była wyrównana, ale dopiero ostatniego dnia na prowadzenie wysunęła się okładka do Spider-Island: Avengers. Brawo za bycie najbrzydszą okładką.

Łukasz: Fear Itself: Dracula #1 - niezbyt dokładne cieniowanie, kolory - wszystko. :(
Krzycer:
Jeśli o moją nominację chodzi - wiem, że są na forum fani JRJR. Temu artyście zdarzają się kadry, które sprawiają, że rozumiem, za co można go polubić. Alternatywna okładka do Avengers #11 nie jest jedną z tych ilustracji.
Darth:
Romita i okładka do Avengers vol. 4 #11. Przy Zvalonach dla rysownika mu się upiekło, ale zasłużył chociaż na takie wyróżnienie.
Arachnid: Wolverine and The X-Men #2. Bachalo. I wszystko jasne. Po prostu nie przemawia do mnie jego styl.
Archie: Avengers Vol. 4 #16. Niby jest walka, ale całość prezentuje się po prostu nudno i na tle innych okładek ta nie przyciąga wzroku. Kolory są beznadziejne, a Maria Hill ma niesamowicie odrażającą twarz.
Hotaru: Próbowałem znaleźć jakąś gorszą opcję, lecz okładka Spider-Island: The Avengers tak mnie do siebie przekonała swoją konsekwentną i kompletną brzydotą, że koniec końców muszę ją wytypować. Brzydka jest kompozycja, brzydkie rysunki, nieistniejące tło i - wisienka na torcie - brzydkie kolory.
Undercik: Avengers Vol. 4 #16. Okładka jest najprościej w świecie brzydka. Całe szczęście, że umieszczono ją w beznadziejnym numerze.
Sc0agar4k: Głos na Spider Island: Avengers. Ta okładka jest po prostu brzydka.




Najgorsza Scena


scena m.jpg

Daredevil z CKM - 10
Iron Man oddający cześć Octopusowi - 5
Ostatnie starcie Wolverine'a i Cyclopsa w Schism - 1
Parker pierwszy raz spotyka Mary Jane z mocami - 1
Śmierć Thora - 1
Śmierć Serpenta - 1
Galactus odlatujący z pastorem jako swoim heroldem - 1

Daredevil karabinem
zrobił sobie przewagę na samym początku i mimo tego, że Tony próbował go gonić, to jednak za długo oddawał cześć Octopusowi. Poza tym gratulacje dla "Fear Itself" i "Schism". Pierwszy event - siedem statuetek, drugi - pięć.

Lokus: Ten rok w Marvelu obfitował w sceny, gdzie waliło się jednego facepalma za drugim. I tu pojawia się problem, ponieważ było tego tak dużo, że aż ciężko wybrać. Wydaje mi się jednak, że motyw "dajmy wszystkim moce Spider-Mana" przoduje w idiotycznych pomysłach tego roku, a najmocniej utkwiła mi w pamięci scena, gdy Parker pierwszy raz spotyka Mary Jane z mocami, przyozdobiona wyjątkowo słabymi rysunkami Ramosa.
bastek66: Zacząłem przeglądać "Fear Itself" od głównej miniserii i nagle mnie olśniło, najgłupsza scena z całego eventu. Daredevil w New Avengers vol.2 #16.
Krzycer: Nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z bastkiem66. Daredevil z CKMem jest niedorzeczny, że głowa mała. Oczywiście, konkurencja jest spora - samym Fractionem można by zapisać kilka stron - ale powyższe dziełko autorstwa Bendisa wryło mi się w pamięć.
colossus28: Daredevil z karabinem. Oczywiście mógłbym przejrzeć komiksy z tego roku i pewnie znalazłbym niejedną scenę dorównującą tej poziomem swojej głupoty, ale po co, jeśli ta w tej swojej beznadziejności jest mistrzostwem świata.
Vóyek: Chociaż tego osobiście nie czytałem to przychylę się do opinii że Daredevil z ogromną spluwą to dno i warstwa mułu. Toż w tej sytuacji nawet Punisher wyglądałby debilnie.
Krzycer: Akurat do Punishera spluwa pasuje zawsze. Co innego Daredevil, który "oślepia" się każdym strzałem...
Darth: Najgorsza scena? Chyba postawię na Daredevila z CKMem. Raz - wystrzały z broni zawsze uszkadzają jego zmysły, przez co gorzej postrzega otoczenie, a im bliżej niego odgłos wystrzału to gorzej dla niego. Dwa - skoro już tak był oślepiony, to po co chwytał za karabin i walił gdzie popadnie ryzykując trafienie jakichś cywili? I trzecie - Daredevil to jeden z tych herosów, którzy dziwacznie wyglądają z jakąkolwiek bronią palną.
Dr. Crunchips: Bardzo się bał (Fear Itself, anyone?) i zdecydował się na ostateczność, coś czego w normalnych okolicznościach nigdy by nie zrobił. Scabam, scabam!
Archie: To nie był zamierzony zabieg. Nigdzie nie dostaliśmy info, że The Man Without Fear odczuwał jednak fear. Bendis dał ciała. Matta ruszyło dopiero jak padło Avengers Tower (po raz kolejny, meh).
Dr. Crunchips: Poza tym, taki gatling to nie jest piórko i można go wyczuć w łapach. To nie jest trudne skierować go nieco wyżej i grzmocić powyżej linii wzrostu przeciętnego człowieka. Serpentboty to nie mototerminatory.
Archie: Daredevil powinien być w takiej sytuacji kompletnie bezradny. Przecież te huki mechów i wystrzałów powinny go osłabić i rozregulować jego zmysły. Powinien się zwijać, a nie rozwalać wszystko naokoło. Bendis już w przypadku Echo z New Avengers udowodnił, że ma w nosie ograniczenia postaci i totalnie o nich zapomina podczas pisania. Widocznie został za to ładnie skrytykowany, bo w nowej serii Moon Knighta już się pilnuje, co do tej postaci. Oby za DD też dostał ochrzan.
Dr. Crunchips: Aha, mi wcale nie zależy na przekonaniu kogokolwiek, że Bendis to geniusz, a tą scenę można by było powtórzyć w realnym świecie. To się dzieje w krainie komiksowych supermocy, superfizyki i super zbiegów okoliczności. Mnie akurat to nie gorszy.
Arachnid: Daredevil z karabinem to faktycznie beznadziejna scena. Dla mnie jednak najgorszą sceną roku jest Iron Man oddający cześć Octopusowi z Invincible Iron Man #503. Scena ta utkwiła mi w pamięci, gdyż głównie przez nią odpuściłem sobie lekturę przygód Iron Mana na dłuższy czas. Od tej sceny też przestałem oczekiwać czegoś niezwykłego po dziełach Fractiona, stosując się do zasady: Jeżeli Fraction jest scenarzystą, to cudów nie będzie.
Krzycer: Ojej. Nie wiedziałem, że takie perełki mnie omijają przez nieczytanie fractionowych komiksów. A i Sal się rysunkami nie popisał, bo Tony wygląda na zadowolonego na kadrze z macką.
Malpiszon: Iron man tentacle porn. Kadr z Tonym całującym mackę rozwalił mi mózg i będzie śnił mi się po nocach.
Hotaru: Zagłosuję na pojedynek Cyclops vs. Wolverine ze "Schism". Może i jestem naiwny, ale jeszcze wtedy miałem nadzieję na jakieś pozytywne zaskoczenie. Coś, co sprawi, że będę ten event oceniał neutralnie, a nie negatywnie. Każdy kolejny kadr tej bitki rozwiewał jednak moje nadzieje. Na koniec tej sceny byłem równie obity niedorzecznością tej sceny, co występujący w niej bohaterowie.
Sc0agar4k: Głos na Daredevila strzelającego z CKMu. To jest tak zła scena, że nawet nie chcę jej komentować.


Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.