Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #15 (29.10.2007)


Poniedziałek, 29 października 2007                                                                                        Numer: 15/2007 (15)
 

 

Już po raz piętnasty z rzędu Avalon wita nowy tydzień świeżym numerem Pulsa. Dziś pewna nowość - startuje sekcja, w której będziemy omawiać najlepsze i najsłabsze okładki z mijającego tygodnia.

 


 

1602 i jeszcze cztery Muchy
Lex: Po Astonishing X-Men i Elektra: Lives Mucha Comics wyda miniserię 1602: Fantastick Four. Nie czytałem tej miniserii, bo dałem sobie spokój ze światem 1602 podczas słabego 1602: New World i raczej nie skorzystam z oferty Muchy. Spotkałem niezbyt pochlebne recenzje tej miniserii i przypuszczam, że bez trudu znajdę 1602 lepszych komiksów w niższej cenie.

redevil: 1602 to dla mnie świetny komiks, o odpryskach czytałem wiele złego, ale skoro scenarzystą jest Peter David to liczę, że poniżej pewnego poziomu komiks nie spadnie. Do tego przystępna cena (wiadomo, że okładkowej się nie płaci) i mucha ma we mnie swojego klienta. Czy jednorazowego? Czas pokaże. Niemniej jednak raid na owady latające odstawiam póki co na półkę. 


One More Da... ekhm, month. Of waiting.

Lex: Opóźnienia crossoverów to już normalka i niestety nikogo nie dziwi kolejny obsuw Civil War czy World War Hulk. Ale czy nie można zadbać o terminowe wydawanie czteroczęściowej historii, która ma zmienić status quo Spider-Mana? Ciekawe czy to wina rysownika (Joe Quesada jest znany z tego typu opóźnień), czy może jest trochę prawdy w plotce, że zmieniane jest zakończenie OMD. Pozostaje nam poczekać do grudnia (oby).

Demogorgon: Pomijając samo przesuniecie o miesiąc, zastanawia mnie tajemnicza lista postaci, z których jedna ma "ocalić Spider-Mana". Przypomina mi to lekko sytuację z podobną listą, zwiastującą nowych członków Fantastic Four po Civil War. Oby OMD nie reprezentowało tak niskiego poziomu jak historie z FF i Black Panther. Z listy analizując po kolei mamy różne opcje. Ezekiel pojawiał się przy ważnych magicznych historiach Straczynskiego, a wyjaśnienie jego powrotu zza grobu nie byłoby trudne. Iron Man miałby szansę na rehabilitację. Super Skrull odpada, ponieważ bawi sie w Annihilation: Conquest. Daradevil nie bardzo mi tutaj pasuje, ale znana okładka z rękawiczką z ostatniej części One More Day daje mu szanse. Loki i Valkyrie to moim zdaniem najlepsza opcja. Może wprowadzenie wątków z Thora poprawi poziom eventu? Eddie wydaje się nie na miejscu i kompletnie mi tu nie pasuje. Gwen to dla mnie bezsensowna opcja, o ile nie wróci jako duch (ale tak mógłby wrócić też Ezekiel, co by mnie bardziej cieszyło). Z drugiej strony, gdyby to nieboszczka Gwen miała mieć wpływ na koszt ratunku dla May, to być może rozbicie małżeństwa Parkerów nie byłoby aż tak bezsensowne, jak sie wszyscy spodziewają? No i na koniec Wanda - byłaby to dziwna opcja, ale z drugiej strony, patrząc na wyczyny Scarlet Wich w House of M i Decimation, uleczenie May i wymazanie małżeństwa Petera, to dla niej jak splunąć. 

Jaro: Obsuwę (kolejną już, na dodatek) przy czteronumerowej bardzo-bardzo ważnej historii porównać można tylko do strzału w stopę, który odbija się rykoszetem prosto w zęby. "One More Day" ma teraz wielkie szanse przepadnięcia w natłoku wydarzeń, jakie przetaczają się przez uniwersum Marvela, chociażby o takim "Messiah CompleX" będzie się duuużo mówiło i wszystko wskazuje na to, że obsuw tu nie będzie. Szkoda, bo Straczynski zasługuje na to, by zakończyć pajęczy rozdział swojej twórczości w odpowiedni sposób. A przesuwanie kolejnych numerów historii mu w tym wcale nie pomoże, bo nie dość, że siłą rzeczy wpływa na odbiór historii negatywnie, to dodatkowo przecieki w sprawie fabuły są nieuchronne, a nic tak jak one nie niszczy "big eventów". Cóż, stało się, pozostaje mieć tylko nadzieję, że Marvel będzie odpowiednio dawkował materiały w rodzaju "obrazka pocieszenia", jaki pojawił się przy okazji info o obsuwie "OMD". Inaczej zainteresowanie spadnie, a nakręceni fani zdążą się odkręcić. No, i oczywiście kolejna obsuwa to będzie strzał nie w stopę, a prosto w głowę. Strzał z armaty, dodam jeszcze.

 

Endangered Species
S_O: ES dobiegło końca. Hurraoptymistyczne zapowiedzi nie znalazły oparcia w rzeczywistości. Historia bardzo szybko stała się monotonna i schematyczna i mniej więcej od piątego, szóstego odcinka czytelnicy mogli się domyśleć, że opowieść o poszukiwaniu rozwiązania na M-Day można streścić w jednym zdaniu: "Wstęp i szesnaście ślepych uliczek". Nie rekompensuje tego ani bardzo dobrze przedstawiona powolna utrata wiary Hanka w naukę i narastająca frustracja, ani pojawienie się tych kilku postaci, których karierę przerwał HoM (Dark Beast, jedna z postaci całkiem dobrego jak na Claremonta Excalibur v3, rozpłynęła się w powietrzu, a jedyne role Bishopa po zamknięciu District X to "główny kucharz 198" u Claremonta i "zdrajca rasy na smyczy białego człowieka" u Hudlina - o Civil War - X-Men lepiej zapomnieć) i paru ważnych miejsc (jak zawsze lubiany AoA, czy Oświęcim mutantów - Neverland). Z wielką przykrością stawiam doktorowi Henry'emu McCoyowi wymęczoną trójkę.

Hotaru: Do tej pory nie komentowałem tej historii, bo nie było czego - odsłony były za krótkie. Teraz, gehenna Beasta się zakończyła. I tyle. Rozwodzenie się nad czymś, co można było załatwić kilkoma liniami dialogu. Na szczęście, Marvel dodawał stronice z Endangered Species za friko, także nie żądał od czytelników kasy za taką fabularną wydmuszkę. Podobno cała historia ma zostać potem wydana w osobnym one-shotcie. Nie wiem, kto takie coś kupi. Ile by nie zapłacił - przepłaci.

 

X-Men Legacy
Gil: Wszystko wskazuje, że taki tytuł będzie nosić nowa, postcomplexowa seria, pisana przez Mike'a Careya. To chyba znaczy, że adjectiveless X-Men ma jednak przechlapane, chociaż oficjalnie nie potwierdził i nie zaprzeczył. Powiedział za to, że głównym bohaterem będzie postać związana z X-Men od początku, co w połączeniu z faktem, że Cyke i Beast zostają w AXM, a Angela nikt nie kocha oraz z zawartymi w wywiadzie zachwytami nad Bobbym, sugeruje Icemana właśnie. Właściwie, byłbym za, jeśli chodzi o wszystkich czterech, bo to mocne postacie. Podobno mają mu towarzyszyć dwie panie - jedna z dużym stażem i jedna stosunkowo nowa. Jako pierwszą, obstawiałbym Rogue, bo podobno Carey ma co do niej dalsze plany. Jako drugą? Kurcze, nie wiem. Może Karima? Tak czy inaczej, zapowiada się nieźle. Zwłaszcza, że Carey dostał więcej swobody twórczej, a wtedy pracuje zdecydowanie lepiej niż w teamie.

 

"Punisher War Zone": porównanie
Kakteen: W tym tygodniu spośród wiadomości srebrno-ekranowych wyróżnia się ta wykopana z bloga Lexi Alexander. Nietuzinkowa reżyser (mistrzyni karate i kick-boxingu, odpowiedzialna za produkcję "Hooligans" – iście książkowy wzór kobiety) pragnie odbudować nadszarpnięty w kinie wizerunek Pogromcy. Może jej słowa: "najlepsza obsada na Ziemi" są trochę na wyrost, ale trzeba przyznać, że porównanie zdjęć aktorów i ich komiksowych odpowiedników prezentuje się nienajgorzej, co pozwala mieć nadzieję, że szykuje się przyzwoity sequel. A na pewno przynajmniej lepszy od pierwowzoru sprzed trzech lat.

 

Art Arena - Finał!
S_O: W końcu doczekaliśmy się finału. Naprzeciw siebie stanęli uznawany przez wielu za artystę Jae Lee i nieco bardziej rzemieślniczy, ale dlatego też bardziej pasujący do superhero David Finch. Obaj mają własny, rozpoznawalny styl, obaj mają zastępy wiernych fanów. Kto zwycięży? Wy to wybierzewcie - pamiętajcie, że każdy głos się liczy! 



 

Annihilation Conquest: Wraith #4
Gil: Zakończenie na równie dobrym poziomie, co reszta serii, ale jakichś większych zaskoczeń nie było. Supremor nie zmartwychwstał, a Ronan się opamiętał, choć również nie do końca, no i wreszcie Wraith został z nami. To wszystko dobrze wróży nadchodzącej głównej serii.

S_O: Pojawienie się wraithowego tatusia zostało bardzo zgrabnie wytłumaczone, bardzo mnie to cieszy. Ronan został zdephalanxowany, jedna z kilku superbroni Phalanx zdeaktywowana, a Supremor... wchłonięty przez Bladolicego? Wow. Mam graniczące z pewnością wrażenie, że nasz gotycki ufoludek jeszcze namiesza.

Jaro: Powstrzymanie falangizacji Supremora i jednoczesne podkręcenie Wraitha (o czym na dodatek nikt nie wie), a na dokładkę jeszcze trzymające się kupy wyjaśnienie, po co i na co zjawa ojca - wyszło to lepiej, niż oczekiwałem. Szkoda trochę, że dzięki zwiastunowi A:C #1 wiedzieliśmy już wcześniej, że Ronan zostanie wyrwany z technoszponów Phalanx, ale ostatecznie bardzo dobre wrażenie po tej mini zaciera ten drobny zgrzyt. Co dalej? Mam nadzieję, że Wraith przetrwa główną mini-serię i potem będziemy jeszcze o nim długo słyszeć, bo to chyba najciekawsza postać, jaka przydarzyła się ostatnio kosmosowi Marvela. Mocny plus, zarówno za ten numer, jak i za całą mini.

Black Panther vol. 4 #31

Gil: Ojacie! Reggie Hudlin musiał coś przypalić z kumplami z dzielnicy, bo tripa miał takiego, że kolejny występ magicznych żab wydaje się tu najrozsądniejszym punktem fabuły. Gdyby nie śmieszyło mnie to do łez, pewnie bym się czepiał, ale zdążyłem już nauczyć się przyjmować Hudlina na kalafiora, więc hahaha i tyle.

Demogorgon: Scena z X-Men wypadła zabawnie. Reszta była kompletnie do bani, nawet tego nie skomentuję. No i jakim cudem tylko Ben wie, jak wygląda Al Capone ? Black Panther i Storm są z "rasy panów", więc mogą bimbać na tę część historii świata, która nie dotyczy czarnych?

S_O: Brawo, Reggie! Bardzo profesjonalny sposób rozwiązania historii z zombieverse! Już nie wspominając o "Pokonaliśmy iluzje Psycho-Mana potęgą naszej czarnej miłości!" Szkoda tylko, że do Hudlina nigdy nie dotrze, że jego scenariusze komiksowe to crap, bo wygląda na to, że amerykańscy recenzenci za bardzo obawiają się oskarżenia o "Racial Profiling", żeby wystawić negatywną opinię.

Hotaru: ... (brak mi słów na określenie takiego bezmiaru tępoty)

Cable & Deadpool #46
Gil: Kilka wyjątkowo długich i raczej nudnych nanosekund. Gdyby nie Bob, nie byłoby z czego się pośmiać, bo Wade się nie popisał - pewnie już wie, że mu serię zamkną. Chociaż, w końcówce powiało trochę optymizmem i kto wie, może są realne szanse na powstanie serii z Agency X? Przy okazji, chciałbym pozdrowić sąsiadkę pana Wilsona, panią Nowicki!

Demogorgon: No i to jest dobrze prowadzona Fantastic Four. Hudlin i McDuffie mogą Nicezie buty czyścić. Całkiem dobra zabawa z FF, parę ciekawych momentów, niezły bałagan w wykonaniu Wade'a i Boba, ładnie posprzątany przez dwie Fantastic Four. Najlepiej wypadły jednak Sandi i Outlaw, klejące sie do Storma. Mam nadzieję, że po Messiah CompleX dostaniemy to wymarzone "Agency X". Ale póki co, mam jeszcze parę numerów C&D przed sobą, a już w najbliższym słowo "Cable" na okładce zajmie "Dr. Strange".

S_O: Znany także jako "Fantastic Four & Bob, Agent of Hydra". Wade się za bardzo nie popisał (może poza "okay" na ostatniej stronie, które naprawdę mnie powaliło), ale sytuację uratował jego przyjaciel/zakładnik/zwierzątko, prezentując m.in. hydrowe techniki znikania. Podobały mi się za to wizje alternatywnych rzeczywistości, przedstawione podczas podróży w czasie (Ironpool! Yeah!). Aha - i mimo wszystko okazuje się, że New Fantastic Four można napisać ciekawie!

Daredevil vol. 2 #101
Gil: Historia ta powinna nosić tytuł "Dlaczego nie powinno się ruszać żony superbohatera". Matt się wkurzył i doskonale pokazał, dlaczego. Ogólnie jest dobrze, jak zwykle, ale momentami robi się nieco zbyt melodramatycznie jak dla mnie. Najciekawszym momentem jest natomiast występ Hooda w końcówce. Jeśli Brubaker skrzyżuje wątki z Bendisem, może wyjść z tego coś naprawdę dobrego, zarówno dla DD, jak i New Avengers. Pozostaje poczekać i zobaczyć.

redevil: Kolejny świetny numer świetnej serii. Mila na prochach bezcenna. Historia jest cudowna, w każdym kolejnym zeszycie poznajemy jej fragment i gdy się zeszycik (raptem 22 strony) kończy, pozostaje nam miesiąc czekania. Szczęśliwcy to ci, którzy teraz zaczynają czytać volume od pierwszego numeru.

Foolkiller vol. 2 #1
Gil: Gdyby nie fakt, że nowe wcielenie Foolkillera wydaje mi się nieco zbyt punisherowate, to miałby nawet szanse na numer tygodnia. Dostajemy porządny thriller dla dużych dzieci, który doskonale oddaje to, czym powinna być seria z MAXa. Na początku trochę trudno się zorientować, kto jest kim i co mówi, ale od pewnego momentu wszystko staje się jasne. Jest barwnie ukazana przemoc, tak samo fizyczna, jaki psychiczna i emocjonalna, a napięcie prawie wisi w powietrzu. Bardzo dobrze.

S_O: Nowy "Głupcobójca" dobry jest. Ale czego innego się spodziewać po miniserii z imprintu MAX? Wszystko jest świetne. Przedstawienie bohatera-narratora i jego problemów, ukazanie Foolkillera jako miejskiej legendy, z doczepianymi pelerynami i laserowymi spluwami (szkoda, że się pojawił, ciekawiło mnie, czy plotkarze wsadzą go w końcu do czarnej wołgi), śledztwo bohatera-narratora, aż w końcu, na ostatniej stronie, ujawnienie się. Po przeczytaniu tego numeru nikt, kto choć raz został nazwany głupcem, nie będzie mógł zasnąć.

She-Hulk vol. 2 #22

Gil: Przyszedł Peter David i od razu zamieszał. Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, jak to oceniać, bo zupełnie nie wiem, co się dzieje, a złego słowa nie chciałbym powiedzieć, bo jestem pewien, że wszystko się wyjaśni. Chociaż zdecydowanie wolałem Jen na sali sądowej. Zmienił się też trochę humor, ale nadal jest go dość dużo i nadal jest dobry. Tylko czy Sentry nie pozbył się Creela na dobre? Jest za to coś, co mogę skrytykować od razu - rysunki. Nie są złe, ale bardzo boleśnie oddają pełne znaczenia słowa "średniactwo", a momentami brak dynamiki i ekspresji popycha je jeszcze w dół. Debiut średnio udany, ale perspektywy są.

S_O: Cóż, She-Hulk nie jest już zieloną Magdą M. Szkoda.
A teraz pojawiają się pytania: Ile na świecie jest kobiet nazywających się Jennifer Walters, które potrafią się zamieniać w ponaddwumetrowe, zielone superbohaterki? I czemu co najmniej dwie z nich pracują w jednym miejscu? PAD jak zwykle intryguje i zmusza do przeczytania kolejnego numeru, by znaleźć odpowiedź.
Tylko będę tęsknić za poczuciem humoru Slotta.

Krzycer: PAD in da house! I zaczyna się... dziwnie. Jen jako łowczyni nagród? Kryzys wieku średniego? Do tego żeby jeszcze udziwnić sprawę, ledwo co Shulkie Alpha została odesłana do swojego świata, a tu PAD ponownie dubluje Jen. Czyli zaczyna się ciekawie, fajna akcja w prologu ze złodziejem udzielającym pierwszej pomocy swojej ofierze, potem fajne aresztowanie go przez Shulkie i - co nie jest zaskoczeniem - fajna rozróba, z której nic na razie nie wynika. Jak na pierwszy numer historii - jest dobrze, może być jeszcze lepiej. PADowego humoru trochę mało, ale znowu nie każda seria ma Laylę...

Thunderbolts #117
Gil: Wow! Ostro! Wygląda na to, że każda postać, która trafia na strony Thunderbolts, od razu dostaje świra. Tak przynajmniej można by sądzić po zachowaniu Samsona i jego niezwykle bogatej wyobraźni. Nie zmienia to jednak faktu, że w rozmowie z Robbiem był profesjonalny do bólu i stworzył jego świetny profil psychologiczny. Powiedzmy sobie szczerze - Penance Ellisa łyka Penance'a Jenkinsa w każdej sytuacji. Ponadto, Chen Lu jakiego nie znamy i Songbird, która wreszcie coś robi, a także Normi i jego drugie ja. Wątek z łotrzykami, którzy coś knują wymaga jeszcze rozwinięcia, ale za to mamy obiecane, że znowu zobaczymy Bullseye'a w traumie. Bezapelacyjny numer tygodnia!

S_O: Tradycyjnie genialne. Świetne rozmowy Samsona z Penancem i Songbird z Radioactive Manem. I niech mnie diabli, jeśli terapia piwem i telewizją nie odniesie efektu. A tymczasem Góra Thunderboltów zostaje infiltrowana, a Osborn znajduje niespodziankę w szufladzie. I jak to się skończy?

Jaro: Samson i jego szalejąca wyobraźnia rulez, jak to mówią - "lekarzu, lecz się sam". Sesja terapeutyczna, jaką zafundował Baldwinowi - majstersztyk, a nie można też zapomnieć o takim uciesznym szczególe, jak sposób, w jaki traktował Moonstone i Osborna. Trochę na drugim planie surprajz pod tytułem "tak, ci niezarejestrowani naprawdę za łatwo dali się złapać". Pozostaje pytanie, o co im w ogóle chodzi, ale znając Ellisa będzie dobrze. Wisienką na torcie jest szuflada Normana i goblinia maska zamiast pigułek. Yeah baby, we wanna see your green ugly mordę! Kandydatką numero uno do podrzucenia tego suweniru do szuflady jest oczywiście Moonstone, chociaż są jeszcze wspomniani wcześniej za-łatwo-złapani, znalazłoby się też jeszcze parę sztuk innych osobników chcących, by Normie odleciał w zielone szaleństwo. Mocny plusior.

redevil: Co tu dużo pisać, masta Ellis rządzi i tyle. Sprawił, w swoim już kolejnym numerze tej świetnej serii, że z zaciekawieniem czytałem o postaci Leonarda Samsona - a to duże osiągnięcie. Niemniej jednak cały numer, jak zwykle, skradli Penance - obecnie chyba moja ulubiona postać w uniwersum i Norman "ileż biurko może mieć szuflad" Osborn.

What if... Planet Hulk
Gil: Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby zamiast trzech krótkich historyjek wsadzić tu jedną porządną. I najlepiej jeśli byłaby to rozbudowana wersja tej pierwszej, bo jako jedyna mnie zainteresowała. Caiera zrobiła niezłą rozwałkę i gdyby pokazać to bardziej szczegółowo, to byłoby naprawdę coś. Druga opowieść trochę przynudza, a o tej trzeciej w ogóle nie warto wspominać.

S_O: Pierwsza historia mogłaby być dobra, ale mała ilość miejsca nie pozwoliła jej się rozwinąć, ot, pozabijać najpotężniejszych herosów na trzech-czterech panelach, pokazać, że zawsze mogło być gorzej.
Druga jest warta przeczytania głównie z tego powodu, że nie korzysta ze wspomnianego w poprzednim zdaniu schematu What Ifów. Kłótnie typowe dla rozbitków, dzielenie wyspy na dwie części itp. ciekawie wyglądają, gdy oboma rozbitkami jest jedna osoba. No i ciekawy pomysł z Hulkiem jako obrońcą i bogiem powstającej cywilizacji.
Trzecia historia? Meh. Krótkie, śmieszne historyjki powinien pisać Giarrusso i tylko on.

Jaro: Zły tytuł, zamiast What If? powinno być WTF?!. Pomysł na Caierę szalejącą po Ziemi jak najbardziej zacny, ale wykonanie - mierniutkie. Druga historyjka za to zupełnie znośna i sympatyczna, mimo końcówki z stealth-mode-Hulkiem bawiącym się w anioła stróża calej rasy. No i to coś na końcu jeszcze, to się pośmialiśmy, ha ha. Minus. 

Demogorgon: Muszę przyznać, ze byłem sceptycznie nastawiony do wpakowania w numer trzech historii. Ale jednak nie wyszło tak źle. Pierwsza historia, czyli atak Caiery na Ziemię, dobrze wypada w takiej formie. Klęska największych bohaterów na kilku stronach - to tylko pokazuje, jak potężna stała się Caiera. No i plus za rozwalenie Boba - przynajmniej wiemy, czemu w Silent War tak bardzo bał się głosu Black Bolta. Druga historia też nie jest zła. I tu również długa forma byłaby dla niej krzywdząca. Hulk jako opiekun młodej cywilizacji sprawdza sie dobrze. A jego przepychanki z Bannerem nudziłyby na większej ilości stron, tak jest dobrze. Ostatnia historia niestety, jest przewidywalna do bólu.

 

X-Men #204
Gil: Cisza przed burzą. Jedyny interesujący moment to chwilowe przebudzenie Rogue, który daje nadzieję, że coś się ruszy w jej sprawie, chociaż monolog Gambita trochę ckliwy wyszedł. Nawet bardziej ckliwa okazała się jednak scena z Bobbym przy łóżku Sama - miałem wrażenie, że najpierw się popłaczą, a później pocałują na zgodę. Więcej mojej uwagi niż sama treść przykuły rysunki. Trzeba przyznać, że Mike Choi nieźle rysuje panie, ale panowie wychodzą mu raczej kiepsko. Esencją kiepskości jest Sinister, który wygląda, jakby uciekł z Tokyo Hotel i po drodze zaliczył Kruka. The horror...! Zdecydowanie najlepiej wypada Blindfold, a dodam jeszcze, że chwilami wyczuwałem mocno mcnivenowy styl. Endangered Species wreszcie się skończyło i do niczego nie doprowadziło, ale przynajmniej rozmowa z Wandą była całkiem fajna.

S_O: Czy będzie dziwne, gdy ja też nazwę ten numer "ciszą przed burzą"? Ale tak jest w istocie. Nie ma co prawda wiele akcji, ale gęsty klimat oczekiwania to rekompensuje. Dowiadujemy się za to, że nasz ulubiony nowoorleańczyk znów jest taki, jak dawniej. Grafika też jest bardzo dobra, jeśli nie liczyć Billa Sinistera z Tokio Hotel.
W podwójnym odcinku Endangered Species jesteśmy swiadkami dwóch rozmów z Wandą Maximoff, i obie są ciekawe. Niewiele co prawda wnoszą (chociaż z drugiej strony, który odcinek coś wniósł?), ale zamykają ten przydługi wstęp do Messiah Complex i kończą bardzo mądrym morałem, że jeśli czegoś nie umiesz, to tego nie rób, bo tylko spieprzysz.

Hotaru: Bardzo wyciszony numer. Oprócz końcowej akcji z Ruth praktycznie nic się nie stało. Ale to nie wada. Siła tkwi w dialogach, szczególnie tych pomiędzy Samem i Bobbym, Blindfold i Beastem oraz Kitty i Emmą. A już w ogóle wygrała dla mnie konwersacja Bobby'ego ze Scottem. Uzmysłowiłem sobie, że polubiłem Icemana. Wprawdzie nadal jak widzę Cyclopsa, to mam nadzieję, że Whedon jednak go uśmiercił, a ten okaże się Skrullem i po Secret Invasion na tym skończy się historia tej postaci, ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Co zaś się tyczy rysunków, to jest pewna rzecz, która mi przeszkadzała. I nie, nie chodzi mi o Sinistera, który w końcu przeszedł swój coming out jako transwestyta (tolerancja musi być!). Wadziły mi te wszechobecne nabrzmiałe żyły na przedramionach facetów. Jakoś tak kuły mnie w oczy. Za to Ruth - przepiękna. Chcę zobaczyć Choia w jakiś regularnym x-tytule.

CrissCross: Cisza przed burzą. Bardzo dobry numer, skupiony na odczuciach niektórych postaci. Szczególnie spodobały mi się sceny Scotta z Bobbym i Gambita z Rogue (ten powrót do ich wspomnień był bardzo na miejscu). Mimo powagi sytuacji nie zabrakło miejsca na troszeczkę humoru, zawsze towarzyszącego relacjom Kitty i Emmy. Dużym plusem jest kreska. Po ostatnich numerach doczekałem się nareszcie wyraźnych, miłych dla oka rysunków. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to jedynie do zbytniego "odmłodnienia" Sinistera. Ale po rewelacjach rysunkowych poprzednich numerów, to da się przeżyć.

Krzycer: świetny numer. Cisza przed burzą? Może i cicho, ale na pewno nie spokojnie... Dużo się tu dzieje, dużo dobrych dialogów, dużo emocji. Najfajniej wypada wspomniana rozmowa Bobby'ego ze Scottem (i genialne, stopniowe zlodowacenie Icemana i oszronienie Cyclopsa), przebudzenie Rogue (no i świetny splashpage ze wspomnieniami Rogue... heh, nawet dialogi Claremonta znalazły tu swoje miejsce :) Ale to chyba z X-Treme a tam był jeszcze w większości w porząsiu) oraz - zdecydowanie! - końcówka. My już ze spojlerów wiemy, że bezpieczniki siadły, bo Cerebra wykryła mutanciątko. Blindfold też już zresztą wie. A na tych ostatnich stronach wypadła co najmniej... no, ciarki po plecach przeszły.

Jeśli coś mi się nie podobało w tym numerze to - paradoksalnie - rysunki. W wyżej wspomnianych trzech scenach był świetne, ale na niektórych stronach były jakieś takie... zbyt sterylne. Ale może to kwestia tuszu i kolorów. Poza tym ustawienie i pozy postaci na niektórych kadrach jakieś takie dziwaczne (pierwsza strona z naradą X-Men). No i twarze miejscami zbyt mangowe. Ale może się czepiam. No i pierwszy kadr z Sinisterem - ja nie mogę, Sinister była kobietą! Ale poza tym czepianiem się nierównych rysunków - numer na piątkę.

Jaro: Pesymizmu ciąg dalszy. Klimat ciszy przed burzą został oddany bardzo dobrze, do tego świetnie pokazany został kontrast pomiędzy spokojem i dokładnym rozplanowaniem u Sinistera, a miotaniem się w niewiedzy X-Men. Wreszcie mamy reakcję Cyke'a na stratę Cable'a, którego śmierć (?) musi wpłynąć na postawę Scotta podczas nadchodzących wydarzeń. Wyjaśnione też zostało, po co Sinisterowi była potrzebna Rogue, całkiem nieźle jest prowadzony Gambit, a Mystique po raz kolejny daje do zrozumienia, że gra we własną grę i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że główną rozdającą w trakcie "MC" lub tuż po nim będzie właśnie ona. Rysunki? Baaardzo nierówne, ale za to panie wyszły Choiowi bardzo dobrze. I jeszcze ostatni kadr z Blindfold - obrazek z gatunku tych, o których się wnukom opowiada. Ogólnie - komiks na mocnego plusa. 


X-Men First Class vol. 2 #5
S_O: Jeśli ktoś myślał, że w związku z WWH przynajmniej serie "wspomnieniowo-przeszłościowe" będą wolne od zieleni i miażdżenia, to się myliliście. Numer na normalnym "pierwszoklasowym" poziomie ("Not bad." - heh) i nawet jeszcze lepszy recap-page. A co do dodatkowej "halloweenowej" historyjki... "Oh My God, Professor Xavier is a jerk!"

 

X-Men Die By The Sword #2
S_O: Okej, rozumiem, że widząc umierającego brata, można się zdenerwować, ale żeby z tego powodu zapomnieć, że jest się TELEKINETKĄ i rzucać się z nogami i pięściami na oddział uzbrojonych żołnierzy? Nie podchodzi mi też za bardzo zachowanie Dazzler, która postanawia się zabić na dobre dlatego, że jej dawny kochaś jej nie pamięta, chociaż wie, dlaczego tak jest i wie, że można to odwrócić (*ekhm*ekhm*samatakmiała*ekhm*ekhm*). No i kolejne pojawienie się Miłego Starszego Pana o Boskich Mocach. Krzysiu, daj już spokój i idź na zasłużoną emeryturkę, co? 

Krzycer: Jest lepiej niż ostatnie Exiles. Przynajmniej ludzie zwrócili uwagę na TJ. Mystiq i Rogue - co oni tam w ogóle robią? Czemu ni z tego, ni z owego należą do Exiles? Jeśli CC kiedyś przedstawi ich motywy to odszczekam, na razie - marniutko...
Tak mi się marzy, żeby CC zabrał swoje zabawki do nowej piaskownicy - New Exiles w składzie Rogue, Mystique, Sage, Dazzler, Longshot, Braddock, ew. jeszcze Psylocke - a Wisdoma, TJ, Blink, Morpha, Sabretootha i ew. T-Birda (który nigdy nie powinien był się obudzić) zostawił w 616 w rękach innego scenarzysty...
Ech... marzenia. 

 



Okładka tygodnia

 

W tym tygodniu ruszamy z nowym stałym elementem w naszym Pulsie. Już nieraz analizowaliśmy okładki (chociażby przy okazji takich eventów 198, czy Civil War), a od tego tygodnia będziemy regularnie przyglądać się i opisywać najciekawsze z nich.

 

Hity tygodnia: 

 

Annihilation: Conquest - Wraith #4
autor: Clint Langley

Hotaru: Zapewne każdy z nas pamięta z języka polskiego zasady sporządzania opisów. Była to jedna z nielicznych przydatnych rzeczy wykładanych na tym przedmiocie. Zasady te można streścić w jednym równoważniku: od ogółu do szczegółu.
Powyższa zasada odnosi się nie tylko do literatury, ale również do sztuki. Taki schemat sporządzania opisu wydaje się naturalny, bo naśladuje nasze postrzeganie świata. Najpierw zauważamy ruch, gabaryty, potem kolory i wreszcie coraz to mniejsze szczegóły. Ale do czego zmierzam?
Otóż okładka do Annihilation: Conquest - Wraith #4 stanowi zaprzeczenie przedstawionej powyżej zasady. I o dziwo, zdaje egzamin. Kiedy pierwszy raz spojrzałem na ten obrazek, od razu skupiłem się na twarzy Wraitha, pełnej szczegółów, przepięknie wycieniowanej, skupionej i spokojnej. Następnie zacząłem podziwiać pełne detali rękawice i rękojeść miecza. Dopiero kiedy nacieszyłem oko szczegółami, dostrzegłem całą postać i ruch, przedstawiony dość oszczędnie: poza Wraitha, rozmazany odblask na klindze, powiewające szaty. Co dziwniejsze, kiedy się już na ten ruch zwróci uwagę, to dynamizm ujęcia aż wylewa się z kadru. Abstrakcyjne tło stanowi doskonałe dopełnienie kompozycji.

 

Moon Knight vol. 5 #13
autor: Tom Coker
Gamart: Uwielbiam okładki, które mają jakiś pomysł, a nie są to tylko sylwetki postaci stojące w jakimś sztucznym ustawieniu. Jeszcze bardziej lubię, gdy to nie postać, a przedmiot jest elementem, na którym skupia się twórca okładki. Za czasów swojej pracy przy Daredevilu zachwycał mnie takimi pomysłami Alex Maleev, że wspomnę okładki numerów 30 czy 39 [zresztą, Cokera łatwo można właśnie z Maleevem pomylić]. Właśnie tym pomysłem zaskoczył mnie pan Coker, który jest nowy w branży, chociaż ma już za sobą parę ciekawych okładek Exiles czy Agents of Atlas. Mamy tu po prostu kartę rejestracyjną głównego bohatera, niby nic wielkiego, ale już dodane krwi i opisu numeru pozwala nam idealnie wczuć się w klimat tej mrocznej serii. Od pierwszego spojrzenia wiemy już, że Marc będzie załatwiał sprawy związane z rejestracją i na pewno użyje siły. Strasznie podoba mi się ta okładka, bo jest to niebanalny pomysł. Na pewno jedna z najlepszych związanych z Civil War. Bo ileż razy można oglądać prężących się X-Men czy Spider-Mana? 

 

 

Thunderbolts #117
autor: Marko Djurdjevic
Lex: Po tragicznych wydarzeniach, które zapoczątkowały Civil War i późniejszej ewolucji ze Speedballa w Penance'a, Robbie Baldwin stał się bardzo wdzięcznym tematem dla rysowników. Metamorfoza z wesołka w postać tragiczną to ciekawe zagadnienie, idealnie pasujące do artystycznych upodobań niektórych twórców. W zeszłym tygodniu dostaliśmy bardzo intrygującą okładkę Paula Gulacy'ego, która mogłaby być jeszcze lepsza, gdyby zamiast hełmu była na nim widoczna maska.
W tym tygodniu spróbował Marko Djurdjevic i poradził sobie znakomicie. Okładka Thunderbolts #117 idealnie charakteryzuje Penance'a: to przepełniony żalem i bólem samotnik. Autor nie epatuje nawet specjalnie krwią, ale postawa bohatera, jego strój oraz samo tło sprawiają, że rysunek "krzyczy" z bólu. Charakterystyczne dla tego autora barwy: różne odcienie czerni i czerwieni idealnie pasują do tej postaci.

 
 

Shit tygodnia:

Black Panther vol. 4 #31
autor: Billy Tan
Lex: Billy Tan postąpił wbrew modzie na rysowanie okładki niezwiązanej z treścią komiksu i wybrał główny wątek fabuły: manipulacje Psycho-Mana, któe doprowadzają do starcia Storm i Black Panthera. Pomysł w porządku, wykonanie fatalne. Storm i T'Challa mieli w założeniu być w trakcie dynamicznej walki, natomiast wyglądają, jakby byli wycięci z dwóch różnych starć i nałożeni na siebie. Te nienaturalne pozy psują zamierzony efekt. Rażą również kolory. Większość okładki jest ciemna, z plamami brzydkiej zieleni i żółci. Połączenie wypada bardzo słabo, bo kolory po prostu ze sobą nie współgrają. Zbyt dużo na rysunku obszarów cienia.
Okładka tego komiksu to jawne ostrzeżenie: "nie kupuj mnie, nie warto!" i jedynie to można zaliczyć na plus artyście, bo historia przedstawiona w środku z pewnością nie jest warta swojej ceny.
 
 
 

 
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2007.10.24
 


Redaktor prowadzący: Lex                                                                                          Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.