Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #218 (24.10.2011)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 24 października 2011Numer 43/2011 (218)



Najnowszy numer Avalon Pulse ma dla swoich czytelników dwie wiadomości. Jedną dobrą, a drugą złą. Dobra wiadomość to zakończenie "Fear Itself". Zła natomiast to ostatni numer Uncanny X-Men, sztandarowej serii o mutantach. I nie poprawi tego fakt, że zostaje ona zresetowana. Ale jest też w dzisiejszym wydawniu "perełka", która mimo wszystko poprawi nastroje fanów grupy z pod znaku X.



DeadpoolMAX 2 #1
Krzycer: Pierwszy numer drugiej serii wskazuje dużo konkretniejszy kierunek fabuły, niż w pierwszej serii. Zastanawiam się, czy ten stan się utrzyma. A sam numer zapewniał więcej tego, za co lubię DeadpoolMAX. Zwłaszcza otwierające numer strony były wyjątkowo udane.


avalonpulse218b%20%5B1600x1200%5D.JPGFear Itself #7
Hotaru: Finałowy numer nie odkupił dla mnie tego eventu. To trochę tak, jakby zaproszono mnie na koncert wybitnego artysty, a potem kazano słuchać go z drugiej strony ulicy, na której trwają prace drogowe. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś fabuła tak kompletnie do mnie nie trafiła. Podczas lektury nie poczułem żadnej emocji, poza zniecierpliwieniem i irytacją. Chciałbym zwalić całą winę na Fractiona, ale obiektywnie muszę przyznać, że tym razem również redaktorzy się nie popisali. Zaczynam się obawiać, że to nie czysty zbieg okoliczności, że dwa tak kiepskie eventy ("Schism" anyone?) wyszły, kiedy Axel Alonso zaczął szefować...
Krzycer:
...z dużej chmury kozi zad. Fraction ma czasami fajne pomysły (wojna Asgardu z Serpentem, w ramach której Odyn chce zniszczyć Ziemię - rewelacja!; Thor, któremu przeznaczone jest polec w walce, ze swoim przeciwnikiem - standard, ale można z niego coś ciekawego wyciągnąć), które zarzyna wykonaniem tak złym, że zaczynam podejrzewać, że robi to celowo. Worthy, wokół których kręciły się wszystkie niemal tie-iny, nie robią absolutnie niczego. Mighty podobnie. Thor ginie nie wiadomo od czego (z nudów?). Nawet Immonen się nie postarał i zrobił parę bardzo kuriozalnych rzeczy (patrz rozkładówka na której Mighty wskakują do akcji i baletnica Black Widow).
Może inaczej - co się udało? Cap podnoszący młotek po Thorze i pokonujący Sin. Mniejsza o dialogi (I can do this all day i inne klisze) - to było ładne. Przeplatanie scen z bitwy wiadomościami telewizyjnymi, bo obyło się bez któregoś bohatera mówiącego "patrzcie, nadzieja wraca" (a spodziewałem się czegoś takiego po Fractionie). No i udział zwykłych ludzi - brakowało ich przez większość eventu, przynajmniej w głównej serii, dobrze, że choć na końcu się pojawili. Ogólnie - marnie.

bastek66: Nareszcie koniec tej męczarni. Najsłabszy event w ciągu ostatnich 10 lat. Nuda, brak klimatu, wyjątkowo jak na Fractiona brak przegadania, za to kilka momentów, które próbują ratować ten komiks. Całe to straszenie tytułem okazało się już dawno bzdurą a potęga Serpenta w tym numerze pokazała swoją mierność. The Mighty nie zaprezentowali niczego ciekawego. Na cały cross zginęły dwie ważne i popularne postacie, których zmartwychwstanie jest praktycznie przesądzone - za dwa, trzy lata film. Fraction czegokolwiek się dotknie obraca w popiół. Jedyne plusy tego komiksu to rysunki Immonena i epilog dotyczący Incredible Hulka.
Pariah: Komiks nudny i bez historii. Wszystkie walki są pokazane pobieżnie i nic z nich nie wynika. The Mighty pokazują jedynie, że mogą się równać z The Worthy, ale nie wnoszą kompletnie nic do ostatecznego wyniku starcia. Wszystko zaczyna i kończy się na Thorze, któy w jakiś bezsensowny sposób uśmierca siebie i Serpenta w eksplozji, która nie wiadomo nawet skąd się wzięła. Od razu widać, że Fraction nie miał żadnego pomysłu na ten event.
Lokus: Marvel w tym roku dokonał dwóch niezwykłych rzeczy. Najpierw jako pierwszy na rynku postanowił wydawać dwa eventy i jeden crossover jednocześnie, a następnie wszystkie spektakularnie spartolił. Do drętwej Schizmy nie warto już wracać, ponieważ wszystkie jej błędy i nielogiczności już dawno wytknięto. "Spider Island" wciąż trwa, ale jak dla mnie patrzenie na kolejne postaci z pajęczymi mocami, od niesławnego "Hulked-Out Heroes" różni się tylko tym, że ma chociaż odrobinę sensu. Ale nie porywa prawie wcale. Czas więc trochę jadu porzucać na Serpenta i resztę nic nie Wartych.
"Fear Itself" przestałem czytać przy okazji numeru czwartego. Najzwyczajniej w świecie nudziło mnie to. Poczytałem jednak kilka z powyższych opinii i z tlącą się w głowie myślą "to nie może być AŻ TAK złe", postanowiłem nadrobić główną miniserię. Co otrzymałem? Na stronę plusów mogę wymienić tylko jedną rzecz - rysownika. Immonen dał radę, utrzymał swój dobry poziom. I tyle.
avalonpulse218c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Matt Fraction natomiast postanowił za wszelką cenę wygrać rywalizację o miano najgorszego crossa/eventu XXI wieku. Dotychczas bezkonkurencyjne w mojej opinii było Amazons Attack z DC. Ułamek jednak dał radę - sprawił że już nigdy nie dotknę palcem (lub kursorem myszki) jakiegokolwiek jego komiksu. Ułamek dał radę - pierwszy raz zabierałem się za 32-stronicowy komiks (konkretnie za numer #7) z taką niechęcią, że wolałbym już tygodniową porcję lewatywy po trzy razy dziennie. No i wreszcie Ułamek dał radę - napisał absolutnie każdą ważniejszą postać źle.
W imieniu fanów Thora i swoim, dziękuję za "pisanie tej postaci po swojemu". Udowodnił Pan tym samym, że oznacza to nic więcej, jak zwykłą katastrofę. Wielbiciele Kapitana Ameryki z pewnością długo nie zapomną debilnej końcówki numeru szóstego i równie złego początku siódmego. Podobnie rzecz ma się z fanami Spider-Mana i Iron Mana, których nonsensy związane z ich ulubieńcami nie ominęły. No i wreszcie prawdziwa niespodzianka: The Mighty okazali się równie produktywni co Resistance z konkurencyjnego "Flashpoint". Tyle tylko, że tamto wydarzenie nie zeszło poniżej pewnego poziomu, którego "Fear Itself" prawie wcale nie osiągał. Kupa, mości Panie i Panowie. Uważać, wdepnięcie w nią nie kończy się miło.
1/6.
Arachnid: Dzięki Bogu to już koniec. Bardzo słaby komiks jak również bardzo słaby cały event. Kiepska fabuła, słabe dialogi, o walkach nawet nie wspomnę. Śmierć Thora, jak dla mnie całkowicie bezsensu, chyba tylko po to żeby przeznaczenie się wypełniło. I tak za niedługo go wskrzeszą. Tu nie ma najmniejszej wątpliwości. Ogólnie nędza i to straszna. Jedynie rysunki były całkiem niezłe. No i epilog z Hulkiem bardzo ciekawy.

Fear Itself: The Fearless #1
Hotaru: Jestem mile zaskoczony. Nie spodziewałem się, że z tak słabego eventu powstanie coś zdatnego do lektury. Może to dlatego, że Fraction był "tylko" jednym z pomysłodawców, a skrypt napisał ktoś inny? W każdym razie wreszcie poczułem coś, czego nie było, kiedy ginął Bucky, Thor, czy tarcza Kapitana się rozsypała. Poczułem, że to może mnie obejść. I chociaż Valkyrie nigdy nie należała do postaci, którymi się interesowałem, to dopuszczam do siebie myśl, że to może się zmienić.
wolvie111:
"Fear Itself" niby się skończyło, ale jednak nie do końca. I bardzo dobrze, bo po tym numerze mam duże apetyty. Numer zachowany jest w fajnym, chłodnym klimacie - jak to po bitwie bywa. Brunhilda ma jak najbardziej sensowne argumenty, za to Cap nie bardzo. Zapowiada się ciekawa historia z Valkyrie, która wreszcie pokaże na co ją stać i może będzie lepsza niż samo "Fear Itself". Od strony graficznej ok. Oceniam pozytywnie.
Pariah:
Widząc FI w tytule podchodziłem do tego tytułu bez żadnych oczekiwań. Ot kolejny rozległy epilog do i tak już przydługawej i nudnej historyjki. Nic bardziej mylnego. Historia skupia się na domykaniu wątków z głównej mini, a dokładniej kwestii "co zrobić z młotami" i "dorwać Sin". Od razu pojawiają się ziarna niezgody i radyklane działania już na wstępie nadając ton tej historii i pokazując nam czego się po tej historii spodziewać. Jak narazie zapowiada się bardzo ciekawie i chętnie przeczytam resztę.
Arachnid:
Bez większego entuzjazmu podszedłem do tego komiksu, gdyż obawiałem się, że będzie na tym samym poziomie co "Fear Itself". Na szczęście myliłem się. Numer ten bardzo mi się podobał. Sama postać Valkyrie została bardzo dobrze przedstawiona. Ma ona swoje zdanie i nie podporządkowuje się rozkazom, z którymi się nie zgadza. Świetna była również konwersacja Valkyrie z Capem. Osobiście bardziej byłbym przekonany do argumentów tej pierwszej. Rysunki także bardzo przyzwoite. No i jeszcze ciekawe zakończenie. Może być z tego naprawę niezła historia.

Fear Itself: The Home Front #7
Krzycer: Ładne domknięcie zapoczątkowanej w Stamford historii Speedballa to największa zaleta tej serii. Inne historie które w jej ramach opublikowano były... No, nie ukrywajmy, mniej udane. Historia Van Lente'a z młodymi bohaterami była chyba największym rozczarowaniem.

Fear Itself: Youth In Revolt #6
Krzycer: Wiem, że to wynika z tego, że nie miałem pojęcia o tym, kim/czym jest Thor Girl, ale końcówka pasowała mi do reszty jak pięść do nosa. Poza tym głupio, że Hardball, Firestar, Gravity i kto tam jeszcze był zostają uratowani bez żadnego wkładu ze swojej strony. Może nie odebrałbym tego w ten sposób, gdyby nie to, że od poprzedniego numeru zdążyłem zapomnieć, że byli w niebezpieczeństwie. Bo i cała historia jest do zapomnienia. Wciąż lepsza od głównej miniserii, ale nie ma się nad czym zachwycać.


Herc #9
Krzycer: Miejscami przezabawne. Jest szansa, że team-up Herculesa z Zeusem dorówna historii "Thorcules" (w której też mieliśmy do czynienia z team-upem tej dwójki, ale sytuacja trochę się zmieniła).
Choć pod koniec opary absurdu osiągnęły krytyczne stężenie, mniej więcej w okolicach kadru z Elektrą w chacie na kurzych nóżkach. Nic to, zobaczymy, co z tego dalej będzie.


Hulk vol. 2 #43
Krzycer: Nie znałem dotąd Arabian Knighta, ale to chyba całkiem ciekawa postać. Numer podobał mi się - choć można mieć zastrzeżenia co do sztampowej bójki bohaterów, którzy potem będą współpracować, ale nie przeszkadzało mi to szczególnie (może właśnie dlatego, że nie znałem Arabian Knighta, i nie wiedziałem, że to bohater). Jedyne, co mi przeszkadzało, to wykastrowanie Aarona Stacka z charakteru, z którym obnosił się od czasów Nextwave. Mimo to rzucił kilka wystarczająco złośliwych uwag, żebym miał nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone.


Journey Into Mystery #629
Hotaru: Naprawdę tego nie rozumiem. Pamiętam, że Portacio umiał rysować. Wydane przez TM-Semic numery X-Men z jego ilustracjami należały do moich ulubionych. Co więc się stało, że nagle (?) tak dogłębnie stracił talent? Czy z tym nie powinno być, jak z jazdą na rowerze? A może w wyniku jakiegoś chorego zakładu, Portacio rysuje teraz lewą ręką? Uważam, że Gillen może być tak dobrym scenarzystą, jak Peter David. Boję się jednak, że tak jak niegdyś PADowi Stromana, tak i Gillenowi będą przydzielać bazgroł-makerów. A, i nie muszę chyba wspominać, że poziom tego tie-ina jest i tak nieporównywalnie wyższy od głównej miniserii?
Krzycer:
...nie podołało, tytuł numeru tygodnia idzie do X-Factor. JIM jest bardzo dobre, sposób, w jaki Loki osłabia Serpenta idealnie wpisuje się w klimat serii, ale ocenę tego numeru ciągną w dół rysunki i, niestety, fakt bycia tie-inem z gatunku tych, który niby są bardzo ważne, ale kompletnie pomijane przez główną miniserię.
Ciekaw jestem, czy "Magic Action Squad" będzie się dalej pojawiał, czy wraz z zakończeniem eventu przyszedł jego koniec.


Uncanny X-Men #544
Krzycer:
A mi się podobało. Zamknięcie pewnej epoki - w sumie może niepotrzebne, bo epoka, którą tu zamykają, skończyła się już jakiś czas temu - poprzez interakcje między Cyclopsem, Icemanem i Beastem wypada nieźle. Plus za śnieżkę, bo to się ładnie kojarzy.
Największą zaletą numeru jest pierwsze spojrzenie na Sinistera, jakim widzi go Gillen. I muszę powiedzieć, że podoba mi się to, co tu nam pokazano. Jest dążenie do doskonałości - i jest coś strasznego w spokoju, z jakim kolejny klon akceptuje, że ma wrodzoną wadę, i idzie do pieca. Spodobało mi się również to, jak pokazano, że Essex zna X-Men na wylot. Mam tylko nadzieję, że jest jakiś pomysł na skoordynowanie jego występu tutaj ze wszystkim, co działo się z Ms. Sinister (i że nie oznacza to końca tamtej postaci, bo zdążyłem ją polubić).
avalonpulse218d%20%5B1600x1200%5D.JPG
Co mi się nie podobało w tym numerze? Land, który w ostatnim numerze starej numeracji wspiął się na wyżyny swej sztuki. Dawno nie widziałem takiego szkaradzieństwa, jak rozkładówka z przeszłymi dziejami X-Men (swoją drogą "Hey, do you remember the time we..." "Sure I do..." - rozkładówka - "...but I haven't got time for nostalgia." to bardzo ładna scena - szkoda, że tak okropnie narysowana). Poza tym nie do końca pasowała mi argumentacja Beasta, że plany Cyclopsa nigdy nie kończą się tym, że to Scott jest poddany torturom - bo transformacja Scotta w przywódcę wszystkich mutantów zaczęła się w Astonishing X-Men Whedona, gdzie właśnie na tym polegał plan Cyclopsa, a po drodze jeszcze mu się zginęło. Ale nie od dziś wiadomo, że to, co zrobił Whedon zostało przez kolejnych scenarzystów doprowadzone do jakiejś karykatury, więc...
Poza tym można uznać, że Beast ograniczał się do wydarzeń od przeprowadzki do San Francisco. Tak czy inaczej, mi się ten numer podobał.

Pariah: Po co to wogóle było potrzebne? Przez cały ostatni numer w starej numeracji słyszymy o tym..., że jest to ostatni numer w starej numeracji. Nie dzieje się kompletnie nic. Nawet Sinister nie ratuje tego numeru (choć jego nowy design jest bardzo fajny i klimatyczny). Dobrze, że mamy to już za sobą.
wolvie111: Fajny numer. Ogólnie od początku wydawało mi się, że stanę po stronie Cyclopsa (wbrew avatarowi), ale po tej historii nie jestem taki pewny. Jednak brakuje mi trochę klimatu starych X-Men (tych, których widzieliśmy na obrazach), a Scott chce z tym zdecydowanie zerwać. W sumie dobrze, że chociaż Sinister wraca. Wątek z Bobbym fajny i mam nadzieję, że chociaż u Wolverine'a będzie miał więcej znaczących ról. Land jak zawsze nie zachwycił. O i jeszcze jedno... tęsknie za Jean Grey!
Arachnid: Ogólnie nie było to złe. W zasadzie to nawet mi się podobało. Zwłaszcza przedstawienie Sinistera oraz relacje między Cyclopsem, Icemanem i Beastem. Sinister, oprócz rewelacyjnego, klimatycznego wyglądu został świetnie przedstawiony pod względem charakteru. Jego niezmierna wiedza o X–Men oraz chęć ciągłego doskonalenia napawają optymizmem. Mam nadzieję, że scenarzyści nas nie zawiodą i nie zepsują tej postaci, gdyż ma ona olbrzymi potencjał. Co do relacji między postaciami, to interakcja między Cyclopsem a Beastem, tak średnio mi się podobała. Natomiast relacja Cyclops – Iceman bardzo mi się podobała. Oczywiście kwintesencją tego numeru była śnieżka. Co do rysunków to raczej słabiutko, zwłaszcza te sceny z przeszłości – paskudnie narysowane.

Vengeance #4
Krzycer: Lubię Casey'ego, Vengeance nawet fajnie się czyta, ale jedyne postaci, które mnie cokolwiek obchodzą, to Beak i Angel. Poza tym nadal nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi, do czego to zmierza i po co.
Przynajmniej Mini-Loki pokazał, że należy się z nim liczyć. No i okładki są rewelacyjne.
...taak, to jednak nie jest szczególnie udany komiks. Choć może należy do tych, gdzie zakończenie rzuci nowe światło na całość i sprawi, że zrozumiemy, że obcowaliśmy z geniuszem. Ale nieszczególnie na to liczę.


Wolverine vol. 4 #17
Krzycer: Obiecywano, że wątki z kung-fu miniserii Wolverine'a, której tytułu nie pamiętam od lat, będą kiedyś kontynuowane, no to wreszcie mamy (ok, Sons of the Tiger pojawili się wcześniej na kilku kadrach jednego numeru). Właściwie z całego numeru najbardziej interesująca jest informacja, że Logan sam jest w stanie sfinansować budowę Instytutu Jean Grey.
A sama historia? Mamy tu triady, człowieka-goryla, i przemyt narkotyków przez tunele wydrążone przez smoki. Dawno nie czytałem tak wyrafinowanej pulpy. Jeśli tylko Aaron pójdzie w kierunku nagromadzenia absurdu, może być całkiem przyjemnie. Na razie cieszę się z powrotu mistrza kung-fu z "Kill Billa".

avalonpulse218e%20%5B1600x1200%5D.JPGX-Factor #226
Hotaru: Jestem mile zaskoczony tym, że pozwolono PADowi na kilka "dorosłych" żartów. Może mam trochę uprzedzone nastawienie do purytańskich Amerykanów, ale inteligentne i zabawne aluzje do religii i seksu w mainstreamowym komiksie superbohaterskim to coś, o co ich nie podejrzewałem. Strona graficzna dla mnie to tym razem przede wszystkim klimatyczna kolorystyka. Leonard Kirk też odwalił porządną robotę, nic mi nie przeszkadzało przy pierwszej lekturze, ale przy kolejnej zauważyłem, że więcej niż kilka razy poszedł na łatwiznę. Nawet pomimo tego jednak, jest świetnie w porównaniu do niektórych artystów, którzy ilustrowali tą serię w przeszłości. Numer tygodnia.

Krzycer: Perełka. I prawdopodobny numer tygodnia (trzeba jeszcze z Journey Into Mystery porównać). Interakcje między postaciami, dialogi, humor, trochę powagi, zaskoczenie - wszystko na najwyższym poziomie. Akcja i rysunki na odrobinę niższym. Akcja - bo jest jej w sumie niewiele i niczym się nie wyróżnia. Rysunki - bo Kirk ma jakiś problem z drugim planem. Albo jest mało szczegółowy, albo mężczyźni zaczynają być identyczni (z jakiegoś powodu przytrafia się to Rictorowi i Longshotowi - przynajmniej nigdy na jednym kadrze, ale problem jest).
Spadek poziomu, który towarzyszył przedłużającej się historii z podróżami w czasie, należy do przeszłości. Od zmiany numeracji X-Factor konsekwentnie pozostaje jednym z najlepszych x-tytułów - a wraz ze zbliżającym się odejściem Carey'a z Legacy i wciąż rozczarowującymi New Mutants DnA wiele wskazuje na to, że będzie po prostu najlepszym x-tytułem. Na który to tytuł zasługiwałby i bez opadającego poziomu konkurencyjnych serii.

wolvie111: Świetny numer. Relacje między członkami jak zawsze fajnie przedstawione, ciekawa historia, zabawne dialogi i dobre rysunki. Ten skład X-Factor tworzy naprawdę znakomita atmosferę i szczerze mówiąc to nie wyobrażam tam sobie Havoka i Polaris. Mam nadzieję, że moje obawy są niepotrzebne. Pożyjemy zobaczymy.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse218a.jpgX-Factor #226
Autor: David Yardin

Hotaru: Yardin zaczyna awansować w mojej prywatnej hierarchii ulubionych twórców okładek. Jego praca przy okładkach X-Factor jest przesycona tą samą inteligencją, co skrypty Petera Davida. Pewno, mógłbym wytknąć zbyt pucułowatą twarz Layli, ale po co, kiedy efekt całościowy jest taki dobry? I po raz kolejny zastanawiam się nad systemem cenzury w Stanach. Polska gra "Dead Island" musiała za oceanem zmienić okładkę, bo powieszony na palmie zombie był zbyt harcorowy. Tutaj mamy nie jednego zombiaka, ale piątkę głównych bohaterów. Gdzie w tym konsekwencja...?






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2011.10.19


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: Sc0agar4k Redaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.