Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #142 - Dark Avengers: Ares TPB

Dark Avengers: Ares TPB
Scenariusz: Kieron Gillen, Michael Avon Oeming
Rysunki: Manuel Garcia, Travel Foreman
Okładka: Ed McGuinness
Ilość stron: 192
Cena okładkowa: $24.99
Zawiera:
Ares: God Of War #1-5, Dark Avengers: Ares #1-3

ares.jpgDemogorgon: Długo szukałem cytatu, którym mógłbym zacząć tę recenzję. W końcu trafiłem na jeden, który najlepiej pasuje do omawianego dziś wydania zbiorczego – jego autorem jest niemiecki pisarz Ernst Jünger:

"Wojna stanowiła pramgławice możliwości psychicznych, w której kłębiły się zarodki rozwoju; kto w jej wpływie dostrzegał tylko surowość i barbarzyństwo, ten z ogromnego całokształtu zjawisk wyłuskiwał jedną jedyną właściwość z podobną ideologiczną samowolą, co ten, który widział w niej wyłącznie objaw patriotyzmu i heroizmu."

Jest coś w tym cytacie co niezwykle kojarzy mi się z Aresem. Jak na to spojrzeć, Marvelowe wcielenie boga wojny wzbudza równie skrajne opinie co sama wojna. Jedni go kochają, inni do tej pory pukają się w głowę na myśl o nim jako członku Avengers. Tak jak wojnie którą opisuje Jünger, nie sposób mu przypisać tylko jednej twarzy. Doskonale pokazują to dwie mini-serie, zebrane w tym wydaniu zbiorczym.

Pierwsza, ze scenariuszem Michaela Oeminga i ilustracjami Travela Foremana, to komiks któremu zawdzięczamy nagły wzrost popularności Aresa, który wcześniej był pamiętany tylko jako pomniejszy antagonista w klasycznych przygodach Thora, jeszcze z czasów Stana Lee i Jacka Kirby'ego. Tutaj widzimy Aresa, który zdaje sobie sprawę, że nigdy nie znajdzie akceptacji wśród Bogów Olimpu i postanawia odwrócić się od dawnych metod i żyć na ziemi, wśród śmiertelników. Co więcej, dorabia się syna i zostaje kochającym ojcem. Ale szczęście nie trwa wiecznie i gdy Alex zostaje porwany, Ares wraca do dawnych metod by go uwolnić, wkraczając na ścieżkę, która zaprowadzi go do starcia z okrutnym japońskim bogiem Amatsu-Mikaboshim.

Oeming jest fanem mitologii i lubi pisać o bogach, wystarczy spojrzeć na jego bibliografię, by się o tym przekonać - ma na swoim koncie nie tylko komiksy o Thorze i Beta Ray Billu, ale też wychodzący z bardzo podobnego założenia ''God Complex'', gdzie ponownie rozważa kwestię co by było, gdyby bóg porzucił swoją funkcję. Fabuła jaką nam serwuje nie jest zbyt odkrywcza i porusza się raczej przewidywalnym torem, ale za to dostajemy bardzo duży rozwój charakteru Aresa - widzimy jak odmieniło go zostanie ojcem i jak, z znającego tylko wojnę okrutnika, stał się gościem, który jest gotów zgotować piekło każdemu, kto waży się tknąć jego syna. Oeming odrobił lekcje z zakresu mitologii i analizuje historię w kontekście relacji między ojcami i synami w greckiej mitologii, oraz ich długiej tradycji do mordowania się nawzajem. Na tym tle relacja między Aresem a Alexem jest naprawdę wyjątkowa i jest coś budującego w tym, że ojcostwo zdołało tak boga wojny odmienić. Całość jest też bardzo filmowa - scenariusz aż się prosi o przeniesienie na duży ekran z porządnym budżetem. Drobna wadą jest tylko to, że styl w jakim Oeming pisze dialogi potrafi być czasami denerwujący, czy wręcz pretensjonalny. Nie jest to co prawda nieszczęsna staroangielszczyzna, ale czasami potrafi sprawić, że czytelnik zawiesza brew z uśmiechem niedowierzania na twarzy.

Rysunki to zupełnie inna sprawa. Foreman się niestety nie stara - potrafi narysować świetne panele obok absolutnych szkaradziejstw, wiele scen w jego wykonaniu wygląda jak zrobione na odwal się, szczególnie te na wielopanelowych stronach. To strasznie rozprasza i odrywa od lektury.

Druga seria ukazuje nam inną, o wiele bardziej znaną nam, twarz Aresa. Twarz bohaterskiego socjopaty, który może i walczy po stornie dobra, ale nie stroni od naprawdę strasznych metod. Kieron Gillen wpadł na świetny pomysł, by pokazać nam Aresa widzianego oczyma śmiertelników, w tym wypadku żołnierzy z jego nowego oddziału. Daje nam to o wiele bardziej ludzkie spojrzenie na boga wojny i pozwala pokazać w pełni jego boskość. Podobnie jak Oeming, Gillen odrabia też lekcje z mitologii i continuity, co się chwali. Podoba mi się też, że, pomimo zaczerpnięcia sporej ilości wątków z Incredible Herculesa, seria wciąż pozostaje przyjazna dla nowego czytelnika. Ciekawie w roli złoczyńcy prezentuje się Kyknos, który okazuje się tak odrażającym psychopatą, że nawet sam Ares nie może go dłużej znieść. Choć również i ta historia jest przewidywalna, dostarcza sporo rozrywki, zapewniając dobrą dozę akcji i humoru. Był to komiks po którym bardzo polubiłem Kierona Gillena w roli scenarzysty i obecnie rozkoszuję się jego kolejnymi komiksami.

Rysunki w drugiej historii niestety znowu nie dorastają do scenariusza. Owszem, większość czasu brudny styl Garcii pasuje do scenariusza, nadając mu odpowiedni klimat, ale są panele wyglądają szkaradnie, a to, jak autor rysuje Herę i miejscami Kyknosa woła o pomstę do nieba.

Między Aresem z pierwszej i drugiej historii widać znaczny kontrast. Ares Oeminga chce tylko spokojnego życia i próbuje zerwać z dawnym stylem życia, podczas gdy Ares Gillena czerpie niesamowitą przyjemność z tego, co robi i aż za dobrze się przy tym bawi. Jednak obu łączy bycie kochającym ojcem, który dla ratowania swego syna gotów jest rzucić się w same odmęty Tartaru oraz nieustraszonego wojownika, mistrza każdej broni i absolutnego twardziela. To wszystko składa się na pełny obraz postaci, ukazując jej złożoność w pełnej krasie. Jeśli miałbym się do czego przyczepić to do braku dodatków oraz antologii Savage Axe of Ares, która by tu pasowała jak ulał. Dla wszystkich fanów Boga Wojny, którzy pokochali go, tak jak ja, na stronach różnych tytułów o Avengers i Incredible Herculesa, to wydanie zawiera dwie obowiązkowe lektury. W wakacyjnym szaleństwie na pewno znajdziecie chwilę by położyć się, puścić składankę porządnej, ostrej muzyki -; osobiście polecam mieszankę Manowaru, Sabatonu i Rhapsody of Fire - i rozkoszować perypetiami Aresa, boga wojny jakiego nie znaliście.


nietendon: Chyba każdy wychowany na komiksach superhero dzieciak, wyobraża sobie bogów greckich w formie przypominającej drużynę super istot z różnymi mocami. Herkules - super siła; Zeus - strzelanie piorunami. Nie wiem. Przynajmniej ja tak mam. Pewnie dlatego, że najpierw poznałem Byrne'a, Claremonta, DeMatteisa, a dopiero dziesięć lat później Parandowskiego. Do czytania "Mitologii" zostałem niejako zmuszony w szkole. Szybko jednak odkryłem, że jest to kompletnie inna lektura od innych narzuconych mi na języku polskim. Mity greckie formą przypominały opowiadania fantasy, a główny bohater jednej opowieści często przewijał się jako postać epizodyczna w drugiej. Brzmi znajomo?

Całkiem szybko Marvel zaadaptował bogów Olimpu na własne potrzeby. Hercules po raz pierwszy pojawił się w 1965 roku, a Ares, na którym chcę się skupić, zaledwie rok później. Przez pół wieku obaj zmienili się jednak kompletnie. Ares na początku odgrywał role złoczyńcy w komiksach o przygodach Thora czy Avengers. Był zupełnie inną postacią niż znany i lubiany dziś bóg wojny. Ostateczny szlif jego charakterowi nadał chyba Brian Michael Bendis na łamach
Mighty Avengers, ale na odpowiednie tory nakierował Aresa inny trzyczłonowy Michał, Michael Avon Oeming. Jego pięcioczęściowa miniseria z 2006 roku Ares: God Of War uwspółcześniła i kompletnie przedefiniowała postać.

Na jej łamach Ares prowadzi spokojny żywot ojca, mieszkając w małym domku na przedmieściach, ze swoim synem Alexandrem. Nie interesuje się tym, że jego rodzina walczy o życie z Amatsu-Mikaboshim, japońskim bogiem zła, którego armia najechała Olimp. Odmawia udzielenia im pomocy, gdy prosi go o to Hermes. Zeus posuwa się więc do porwania Alexandra, aby zmusić swojego syna do powrotu. Czyn ten na nowo rozbudza we wzorowym tacie, Johnie Aaronie naturę boga wojny. Ponownie przyjmuje on tożsamość Aresa i udaje się na Olimp, w celu uratowania Alexa i poinstruowaniu Zeusa, że tak się nie robi.

Oeming ładnie rozkręca fabułę. Zaczyna w małym domku Johna Aarona, a kończy epickim starciem Olimpijczyków z hordą demonów Mikaboshiego. świetnie przedstawiony jest kontrast pomiędzy ziemskimi problemami Aresa (prozaiczny brak numeru polisy ubezpieczeniowej, sprowadzający kłopotliwe pytania ze strony policji), a dylematami związanymi z jego boskim pochodzeniem. Wyraźnie widać, że życie na Ziemi jest tylko przykrywką, która wcześniej czy później musiała odsłonić prawdziwą naturę boga wojny. We wstępie do pierwszego numeru poznajemy również powód, dlaczego Ares odwrócił się od swojej rodziny i chyba już pod koniec tej sceny tytułowy bohater zyskuje sympatię czytelnika. Jeśli nie, to pozostaje jeszcze moment dwadzieścia stron później, gdzie Ares, już z charakterystycznym irokezem na głowie, wyjeżdża z buta na twarz policjanta...

Ilustracjami zajął się Travel Foreman. Kreskę posiada mocną, pewną; kadry komponuje z rozmysłem, często mieszcząc mnóstwo informacji na malutkim prostokąciku. Zdarza mu się też upraszczać rysunki, ale też nie wychodzi to wtedy źle. Istotna częścią strony wizualnej tej historii są kolory, nałożone przez Lena O'Grady'ego w specyficzny, delikatny sposób, z pozostawieniem wielu białych plam i pustych teł. Daje to efekt zbliżony do użycia akwareli.

Przedstawiona tu bitwa z Mikaboshim jest nieoficjalnym prologiem do wydarzeń znanych jako Chaos War. Myślę, że również dlatego komiks warty jest sprawdzenia. Trzeba pamiętać jednak, że zachowanie Aresa odbiega nieco od tego, do czego przyzwyczaiły nas współczesne komiksy. Hercules też pisany jest trochę off character, zwłaszcza w porównaniu do jego zachowania w serii Incredible Hercules. Nie jest to również komiks superbohaterski. Bardziej wrzuciłbym go do szuflady z naklejką "heroic fantasy".

Tytułowa, trzyczęściowa miniseria Kierona Gillena, wrzucona na początek tomu to już zupełnie inna bajka z zupełnie innym Aresem.

W pierwszej scenie widzimy go z olbrzymim gatling gunem w jednej ręce i puszką piwa w drugiej. Wyrzucającego tony amunicji w żołnierzy, których obiecał wytrenować. Takie ćwiczenia. Dzień jak codzień. Ares też dokładnie taki, jakiego znamy z Mighty Avengers i
Incredible Herculesa - dumny, zdający sobie sprawę z własnej wyższości, zwracający się do swojego oddziału per "mortals".

Pierwsza część miniserii obejmuje morderczy trening czwórki żółtodziobów. "Full Metal Jacket" w wersji hardcore. Dalej ma miejsce ich pierwsza misja, podczas której dostaną oni możliwość sprawdzenia swoich umiejętności.

Dark Avengers: Ares również nie nazwałbym komiksem superhero. Mamy tu do czynienia z hm... militarnym thrillerem fantasy. I przy okazji bardzo męskim komiksem. Głównymi bohaterami jest pięciu drani, którzy zmuszeni są do stworzenia mini oddziału żołnierzy-zabójców idealnych, a którzy najchętniej pozabijaliby się nawzajem. Całkiem zgrabna, dysfunkcyjna drużyna z potencjałem na regularną serię Ares and the Shades. Elementy magiczne, nadprzyrodzone ograniczone są do niezbędnego minimum

Komiks jest błyskawiczny. Czyta się go szybko, wszystkie wydarzenia pędzą na łeb na szyję. Wypełniony jest po brzegi akcją. Gillen bawi się mitologią postaci Aresa, odwołując się do jednych wydarzeń z jego przeszłości (walka Zeusa z Kyknosem), a nawiązując do drugich (chora wersja akcji "koń trojański").

Rzuca się jednak w oczy brak spójności pomiędzy przedstawieniem mocy Aresa. Raz zostaje powalony przez wybuchającą w pobliżu torbę granatów, innym razem bez szwanku wychodzi z (tu uwaga:) wybuchającej mu pod nogami bomby wielkości ciężarówki, na której surfując wyskoczył z lecącego samolotu.

Za świetne i klimatyczne rysunki odpowiada Manuel Garcia, którego styl bardziej pasowałby mi do Punishera z imprintu MAX niż komiksu o Avengers. Ilustracje są brudne, obficie pochlapane tuszem przez Stefano Gaudiano i Marka Penningtona. Kadry duże, przez co komiks czyta się szybciej. Zresztą Gillen i Garcia wcale nie udają, że historia nastawiona była na coś więcej niż akcja. Nie znaczy to jednak, że jest bez znaczenia dla postaci Aresa. Gillen posprzątał trochę między gałęziami drzewa rodzinnego boga wojny. Udało mu się też pokazać go od ciekawej strony. Biorącego pod swe metaforyczne skrzydła (czy przepoconą pachę, jak nazwał to jeden z kadetów) grupkę śmiertelników, z którymi udaje mu się zbudować coś na kształt wykrzywionej, zdeformowanej wersji przyjaźni. Według mnie jest to lepsza połowa tomiku, choć z czystym sumieniem polecam obie.

[tekst ukazał się równocześnie na stronie kaseta.org]

LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.