Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #13 (15.10.2007)


Poniedziałek, 15 października 2007                                                                                        Numer: 13/2007 (13)

 

W Pulsie #13 jak zwykle opinie na temat premier z zeszłego tygodnia oraz dodatkowo reakcje na temat ogłoszonego powrotu (?) Kapitana Ameryki.

 


 

Nowy Captain America  

Hotaru: Cóż, chyba powrót Kapitana, w takiej czy innej formie, nie był dla nikogo zaskoczeniem. Spodziewałem się wprawdzie, że dadzą mu się "odstać" trochę dłużej, ale przyznaję, że początek roku to dobry moment na wprowadzenie nowej wersji. Co się tyczy samego designu, to plusik za zaprojektowanie nowoczesnej wersji stroju, która jednocześnie nie jest wersją z uniwersum Ultimate - mniemam, że było to dość duże wyzwanie. Motywów narodowych nie będę tutaj rozpatrywał, bo stanowią esencję tego bohatera. Dziwi mnie pozostawienie tych skrzydełek na czerepie, bo do niczego nie pasują. Ale jeszcze bardziej dziwi mnie danie Kapitanowi broni palnej do ręki. Przecież stanowi on wzór dla młodszych fanów czytających komiksy i wyjaśnienia, że "trzeba było iść z duchem czasu" do mnie nie trafiają. W ciągu ostatnich 2 lat było w amerykańskich szkołach więcej strzelanin, niż u nas w Pruszkowie przez ostatnie pięciolecie! To za czymś takim chcą podążać? Przez te wszystkie lata legendarna tarcza Kapitana służyła świetnie nie tylko jako narzędzie defensywne, ale i do ataków na odległość. Obawiam się, że motyw broni palnej jeszcze zemści się na twórcach.

Gil: Uważam, że jeszcze za wcześnie na oceny i powinniśmy poczekać do numeru 34., gdzie okaże się, czy pomysł był dobry czy zły, jak poprowadzony i jaki ma feeling. Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że bardzo nie chcę, aby to był Winter Soldier. Wydaje mi się to zbyt oczywiste i jakoś ogólnie nie leży. Natomiast jeśli chodzi o sam nowy design kostiumu, to jest mi on raczej obojętny, chociaż podobała mi się kolczuga Steve'a.



 

Fantastic Four #550
Gil: To miło ze strony pana McDuffiego, że zechciał włączyć się w akcję "Stop pneumokokom!", tylko szkoda, że wszyscy musimy na to patrzeć. Najlepiej całość podsumowuje cytat z jednego z narracyjnych boxów: "Nie wiem, o co chodzi, ale brzmi cool." Z tym, że wcale nie jest cool, bo niedorzeczności wylewają sie prawie z każdej strony. Coolowatości nie przysparzają nawet kolejni bohaterowie wyskakujący zza krzaka, ani sama pęknięta Eternity. Dobrze, że Storm ma mocną głowę, bo by nam sie Wszechświat rozpękł. Ale, jak to mówili w starożytnym serialu Wojna Domowa: "Oby do dżdżownicy!" Millar już się zbliża!

TheNewlyAwoken: Contrasepsis pojawili się, Contrasepsis zniknęli. Panther i Fantastic okazali się być ekspertami nie tylko w dziedzinie fizyki, ale również metafizyki, magii i Bóg sam wie jeszcze czego. Watcherzy okazali się być dupkami bez instynktu zachowania gatunku, pozostawiając jednego ze "swoich" na pewną śmierć. Storm okazała się być "najsilniejszą duchem" w drużynie (cokolwiek to miałoby znaczyć), a Greg Willis okazał się być skalpelem. Jedyna dobra rzecz, jaka z tego wynika, to ta, że od przyszłego numeru nie będzie w FF aryjskich czarnych.

Hotaru: Chyba za wcześnie pochwaliłem McDuffiego. No, może "pochwaliłem" to zbyt mocne słowo. Ale jeśli teraz powiem, że scenarzysta się "nie popisał", to z drugiej strony będzie to nie dość dobitnie powiedziane. Wszystko leci na złamanie karku: dowiedzmy się, o co chodzi, zawołajmy takiego jednego, on doprowadzi nas do tamtego innego, pojawi się jeszcze następny, który przywoła kolejnego, aby jeszcze kolejnego przenieść do głowy tej poprzedniej. McDuffie wplótł w ten numer tyle postaci, że zabrakło miejsca na sens. Aż szkoda takich ładnych rysunków na taki banalny scenariusz.

 

Friendly Neighborhood Spider-Man #24

Gil: Odczuwam jakby nieco większą zawartość sensu w tym numerze, ale nadal nie dostrzegam go w całej historii. Innymi słowy, wszystko, co Strange powiedział i zrobił, miało sens, a wszystko, co robi Piotrek gdzieś go zgubiło. Miejmy nadzieje, że pojawienie się małej rudej przyniesie wreszcie jakiś przełom w bieganiu za własnym ogonem. Robotę Straczynskiego oceniam więc jako średnią, ale o robocie Quesady nie mogę powiedzieć inaczej niż "kiepska". Owszem, podoba mi się ornamentacja, ale już postacie nie bardzo (zwłaszcza kadry, na których Pajęczak wygląda jak wymięta kartka papieru). Chyba najlepiej byłoby, gdyby jeden Joe zajął się tylko Thorem, a drugi tylko okładkami.

Foxdie: Już prawie pół roku May próbuje zejść z tego świata, a jej upierdliwy bratanek za wszelką cenę próbuje jej w tym przeszkodzić. Poprzedni numer OMD był z dawna wyczekiwany, bo miał być początkiem rewolucji. Póki co rewolucji brak, jest za to zamęczanie czytelnika nieustającą walką Petera o życie ciotki. To już nie jest ten Straczynski, którego znamy i kochamy. Kolejna odsłona OMD wykazuje tendencję spadkową, zarówno w kwestii scenariusza, jak i rysunków. Trzy z minusem.

Kakteen: Dzieląc się swoimi odczuciami w odniesieniu do pierwszej części OMD jakiś miesiąc temu napisałem, że cały czas nie wierzę, że ta bajka się skończy źle. Numer drugi, który miał być sinusoidą nadziei Petera na uratowanie ciotki (z początkiem okresu nad kreską przypadającego na pojawienie się tajemnicznej rudej dziewczynki) utwierdza mnie tylko w takim przekonaniu. Numer metafizyczny, Straczyński sili się na stworzenie czegoś oryginalnego, ale większość gdzieś już to widziała, dlatego komiks budzi mniejsze emocje. Część mniej poruszająca od poprzedniej, za to z większym suspensem, co daje nadzieję na uratowanie historii i godne pożegnanie świetnego scenarzysty jej drugą połową.

Jaro: Widać poprawę w stosunku do pierwszego numeru historii, jednak w dalszym ciągu zachwycać się nie ma jak. Postępowanie Strange'a jest logiczne, dodatkowo dobry pomysł z szybkim spytaniem o radę "autorytetów", całkiem dobrze pokazana została też desperacja Petera. Co jest nie tak? Wydaje mi się, że ta historia powinna dziać się tuż po końcu Civil War, zamiast Back in Black, wtedy inaczej by ją się odbierało. A tak, jest jedynie poprawnie (przynajmniej w tym numerze), ale bez żadnych emocji. Rysunki podobały mi się, widać, że Joe Q przyłożył się bardziej, niż w pierwszej części OMD. Daje temu numerowi maluteńkiego plusika, ale bez entuzjazmu.

Demogorgon: Nie ma co, numer o niebo lepszy od pierwszej części One More Day. Szkoda tylko, ze to dalej o wiele niższy poziom, niż pierwsze komiksy Straczynskiego. Swoja drogą, może sam autor zdaje sobie sprawę, że jest o wiele gorzej, niż kiedy zaczynał z tym tytułem (stąd odwołanie do jednej z pierwszych historii). Mimo to czekam na kolejny numer, a nuż nas czymś uraczy ciekawym? I tak na marginesie: Błagam, niech ta mała dziewczynka nie będzie Mephisto (który był zapowiadany w tej historii). Jeżeli Straczynski wskrzesi jednego z najbardziej martwych czarnych charakterów w Universum, to się wścieknę i nazwę komiks maliną roku.

 

Ghost Rider vol. 5 #16
Foxdie: Mam wrażenie, że Way pobierał nauki u samego Claremonta, albo przynajmniej na nim się wzoruje. Anioły z grubą nadwyżką hormonu wzrostu i trup w ciężarówce przypadkowej laski Johnny'ego nie wróżą, aby poziom historii miał się poprawić. Jak tak dalej pójdzie, to kolejna regularna seria Ghost Ridera zakończy swój żywot. Ponieważ Claremont sięgnął w tym tygodniu po tytuł gniota roku, GR spokojnie zasługuje na miano gniota tygodnia. 

Gil: Obawiam się, że ta historyjka nie zrobi takiej furory, jak inna o niepokalanym poczęciu, aniołach, diabłach i takich tam. Nie zrobi nawet takiej kariery, jak bajka o imperatorze Xenu, bo zwyczajnie brakuje jej oryginalności i polotu. Mam wrażenie, że pan Way nie bardzo wie, do czego zmierza, bo kolejne numery wypełnia skeczami, jak pojedynek na zianie ogniem, a postępu fabularnego jak nie było, tak nie ma. Przynajmniej rysunki niezłe. 

 

Heroes for Hire vol. 2 #14

Gil: Eee... To w końcu ilu najwyższych dowódców S.H.I.E.L.D. bierze udział w tej wojence? Widzę już chyba piątego i każdy jest "najważniejszy". Poza tym zgrzytem, numer można opisać jako ciszę przed burzą - więcej gadania i planowania niż konkretnej akcji. Wyraźny postęp tylko w sprawie Humbuga. Trzeba jednak przyznać, że Black Cat i Misty miały swoje momenty. Tylko coś się porobiło z rysunkami i klimat padł twarzą w błoto.
Foxdie: Oj ciężko, ciężko z tytułami w tym tygodniu. Z tym także. Numer cierpi na syndrom przedostatniego numeru historii, dlatego nie ma żadnego przełomu. Na obiecaną śmierć jednego z członków zespołu musimy poczekać na następny numer. Humbug wydaje się zbyt oczywistym kandydatem na trupa, raczej stawiałbym na Tarantulę lub Colleen. Rysunki bardzo kiepskie, na dodatek fatalny inker. Nie zgadniecie jaka ocena... 3-.

Krzycer: Hm... nawet niezłe. Fajne spotkanko z Paladinem (w ogóle fajny z niego skurczybyk... zwłaszcza kradzież czołgu na krótkie spięcie sympatycznie wyszła), wcześniej cat-fight Black Cat i Scorpion, choć to tylko jeden kadr... No i wyjaśniło się, że Brood jednak jest w stanie błogosławionym z Miekiem. Rozczulające. Tylko Humbug w pelerynce jakoś nie z tej bajki się wydaje...

 

New Avengers #35 

Gil: New Avengers bez New Avengers wypadło całkiem przyzwoicie, skupiając się na zakulisowych gierkach Hooda. Trzeba przyznać, że chłopak zmontował sobie niezłą czeredę i ma potencjał, żeby zamieszać. Najlepsza jest oczywiście scena z katowaniem Tigry. Chyba nikt w Marvelu jej nie lubi, więc to bardzo przebiegła zagrywka ze strony Bendisa. Dla odmiany Deathlok jakby za szybko zniknął, więc spodziewam się, że wróci jeszcze. I przede wszystkim udało się uniknąć (na razie) problemów z wyprzedzeniem akcji z symbiontami. 

Foxdie: Jedyny komiks na poziomie, który przeczytałem w tym tygodniu. Bendis sięga po retrospekcje, z których korzystał często i gęsto w Daredevilu. Wychodzi mu to jak zwykle świetnie, ale czuje się trochę zmęczony jego fascynacją gangami i mafijnymi strukturami. Podobne chwyty już były, a Hood nie jest pierwszym, który chce zmontować mafię składającą się z super-łotrów. Fakt, że robi to w oryginalny sposób, a ponieważ to Bendis, mogę przymknąć oko i zdzierżyć ten jeden numer w oczekiwaniu na dalszy rozwój historii. Pozostaje jeszcze pytanie, czy Deathlok faktycznie kaput? O rysunkach nie wspomnę, bo to jak zwykle wielka szmira w wykonaniu Yu. Numer na ocenę dobrą.

Jaro: Sprytne. W Mighty jest ciągle Ultronka, a w New już symbioty, więc co zrobimy? Skupimy się na Hoodzie. Nie jest to jednak żadna zapchajdziura, wręcz przeciwnie - taki numer był bardzo potrzebny. Do tego dialogi i rysunki na wysokim poziomie i mamy komiks na mocnego plusa. 

Demogorgon: Względem graficznym, to zdecydowanie mamy tutaj do czynienia z klimatycznymi, ale też i nie za ładnymi rysunkami. Tylko tyle i aż tle. Fabularnie muszę zaś stwierdzić, ze Bendis w zgrabny sposób uniknął spoilerowania na temat ataku symbiotów. Nie dowiadujemy się o nich nic, ponieważ numer kradnie nowy król przestępców - Hood i jego banda. Za to możemy oglądać, jak zły sadysta katuje Tigrę (na szczęście obywa się bez hentaiowania), której wiele osób nie lubi (ja zawsze wolałem jej wersję z Mangaverse, tak na marginesie), wiec będzie miało to społeczny poklask. Zabawne, że szpieg Starka w czasie Civil War będzie teraz szpiegować Inicjatywę. Stark się zdziwi, kiedy się o tym dowie. Dla mnie numer tygodnia.
 

New Avengers/Transformers #4
Ozz: Cross-overy Transformerów z innymi grupami były do tej pory (z jednym czy dwoma wyjątkami) bardzo słabe. Ten się wpisuje w ten schemat, a wręcz jest jeszcze gorszy, bo do tej pory przynajmniej G.I.Joe (z którymi najczęściej roboty się (s)potykały) były pisane z sensem, a tu niestety Avengers nie są. Idiotyczne (czasami bardzo) dialogi i głupota fabularna sprawiają, że o tym numerze (jak i wszystkich poprzednich) najlepiej szybko zapomnieć. Niestety, o ile fani Avengesrs mogą to zrobić bez problemu, to coś mi się widzi, że ja będę musiał to coś zaakceptować jako część bardzo dobrej wersji Transformerów, którą serwuje teraz IDW Publishing.
Żeby być sprawiedliwym, rysunki nie są najgorsze, ale to też głównie dotyczy postaci ludzkich. No i ciekawi mnie, czy jedyna rzecz, jaka mi się autentycznie w tym numerze podobała, czyli nawiązanie do okładki marvelowskiego Transformers #3, była zamierzona, czy nie.

 

New Warriors vol. 4 #5
Foxdie: Sofia dostaje łomot, a nowy Night Thrasher rozwiązuje New Warriors. Tym jednym zdaniem można praktycznie opisać cały ten numer. To wszystko wiedzieliśmy już trzy miesiące temu z zapowiedzi, więc nie ma tu żadnych rewelacji. Dodatkowo ograny już do bólu motyw "światełka w tunelu" w wykonaniu umierającej Sofii. To najsłabszy numer z dotychczasowej piątki. Kolejna trója z minusem.

Gil: Zgodnie z przewidywaniami, na ujawnienie tożsamości Night Trashera będziemy musięli poczekać conajmniej do następnego numeru, ale za to dostajemy kolejnych kandydatów do tej roli. Niestety, to przeciąganie sprawia, że zagadka z interesującej przeistacza się w irytującą. Najciekawszym punktem numeru jest rozmowa Starka z sekretarzem czegośtam, która rzuca nieco nowego światła na pozycję New Warriors. Natomiast rozpacz za Dziewczyną-Skwarkiem zupełnie nie rusza, a anielskie wizje rannej Zośki są tak schematycznie patetyczne, że aż mdłe. Na pocieszenie mamy przynajmniej Sally Floyd. 

Demogorgon: Zdecydowanie lubię styl, w jakim Grevioux prowadzi ten komiks. Jest tajemniczo, jest fajnie, dalej nie wiemy, kim jest Night Thrasher (i chyba dowiemy się tego, jak nie zostanie nikt inny do zdemaskowania), ale... Wszystko co miało się wydarzyć, wiedzieliśmy już z zapowiedzi, więc nie było żadnego zaskoczenia. Mimo to, czekam niecierpliwie na kolejny numer.

Hotaru: Nie liczyłem na to, że wyjaśni się w końcu tajemnica, kto kryje się za maską. Wiec zawód w tej materii mnie nie spotkał. I chociaż cieszy mnie wątek Starka, śledztwo prowadzące do ambasady Wakandy (tak przy okazji, to kiedy oni zdążyli ją odbudować?), to główny nurt fabuły jakoś mnie nie porwał. Jak woda po Kaczce (ach, ta kampania wyborcza jest wszędzie!) spłynęła po mnie śmierć jednej z paczki (proszę, nawet nie pamiętam, jak jej tam było na imię), jak i near-death-experience Sophii. Po następnym numerze spodziewam się więcej.

 

Nova vol. 4 #7

Gil: Niestety, Ko-Rel nie zmartwychwstała. To największy minus tego numeru, ale także jedyny, bo reszta jest rewelacyjna. Największym plusem jest bez wątpienia najlepszy dialog wewnętrzny, jaki czytałem od... dawna. Problem infekcji Phalanx nie został rozwiązany do końca i pewnie jeszcze powróci, a mamy też dobry wstęp do kolejnej historii i zaskakujący przebieg wydarzeń, jeśli chodzi o Gamorę i Draxa. Tu się może wydarzyć coś naprawdę ciekawego.
Ozz: Na swoim typowym poziomie. Podobał mi się pomysł, w jaki autorzy uwolnili Novę spod wpływu Phalanx (bo przecież musiało się to stać), a jeszcze bardziej to, że nie uwolnili go całkowicie. Mam nadzieję, że Drax również pójdzie jego śladem, bo taki gość nie może być sługusem tych maszynek na długo. I zakończenie, którym Abnett i Lanning chyba sobie rozwiązali problem pt. "Co zrobić z solową serią Novy, kiedy trwa Annihilation: Conquest?". Ano, wyrzucić Richarda na koniec galaktyki i odsunąć od walki z Phalanx.

Jaro: Bardzo ładnie wybrnięto z Conquestu, a dodatkowo taka podróż na drugi koniec Wszechświata daje okazję do wprowadzenia nowych postaci, lokacji, zagrożeń i innych bajerów. Fajnie. Dodatkowego miodu dodaje do całości wyrzucenie tam razem z Novą Gamory i Draxa. Szkoda Kor-El, ale przynajmniej jej śmierć nie poszła na marne. Samo wydostanie Richarda spod kontroli Falangi też zostało logicznie wytłumaczone, a że jeszcze rysunki były bardzo ok, jest mocny plus.
 

The Punisher: War Journal vol. 2 #12

Gil: Skoro tie-in do WWH z udziałem Ghost Ridera nazwałem zbędnym, ten muszę nazwać całkowicie zbędnym i bezsensownym. Punisher walczący z robakami to coś, czego nie spodziewałem się zobaczyć i sensu nie dodaje temu nawet kilka w miarę fajnych scen z piłami mechanicznymi. I o co właściwie chodzi z tym kryzysem tożsamości? Najpierw Franek udawał Kapitana, a teraz bawi się w Venoma. Co dalej? Strój Emmy Frost? Szczytem bezsensu jest natomiast broń strzelająca rozkładanymi nożami. Nie było pod ręką miotacza grzebieni?
CrissCross: Ciekawe nawiązanie do WWH. Fabuła dobra i logiczna, choć bez fajerwerków. Całość jednak psują rysunki. Albo zbyt blade, albo zbyt sterylne... Przez to akcja traci na rozmachu i dynamice.


Runaways 2 #28
Gil: Zdążyłem już trochę zapomnieć o czym była ta historia, ale i tak kolejny numer czytało się przyjemnie. Jest kilka zaskakujących zwrotów akcji, kilkoro starych znajomych i ciekawych nowych postaci (zwłaszcza trybunał inkwizycyjny), trochę drażliwych tematów. Słowem - dobrze. Najbardziej podobała mi się solowa akcja Spieler i wyjaśnienia Molly.

Hotaru: Jeśli dobrze kojarzę, to numer ten ukazał się dwa miesiące po terminie. Nie opłacało się czekać. Aż mnie skręca, że muszę skrytykować Whedona, ale nie będę mu gratulował kiepskiej roboty. Nie rozumiem, co się stało - przy Astonishing potrafi przekazać maksimum treści w minimalistycznych, acz krwistych i dobitnych dialogach, a tutaj gadają, gadają, i gadają... i jakoś mało w tym treści. Doceniam walory edukacyjne, realia, związkowcy, gangi, ale nie tego spodziewałem się po Whedonie. Jestem tak mocno zawiedziony, że cieszę się, że jego run przy Runaways potrwa tylko ten jeden arc. Rysunki za to mogę z czystym sumieniem pochwalić.

 

Wolverine vol. 3 #58
Jaro: Skusiłem się na to, bo nawet lubię to, co pisze Guggenheim i całkiem fajnie czytało mi się Vendettę. Ale. Wolvie rozkładający anioła śmierci? OMG LOL!!! Nic innego nie jestem w stanie o tym wynalazku napisać, ale czasu spędzonego na lekturze nie uważam za stracony, bo śmiać się lubię. A, i muszę przyznać, że Chaykinowi naprawdę fajnie wyszła plansza, na której Wolvie "zabija" anioła, a potem jest pokazany ten aniołek właśnie. O reszcie rysunków tego powiedzieć nie mogę. Miiinus.

 

Word War Hulk: Front Line #5
Gil: Nareszcie numer dobry od początku do końca. Sally po pijaku wyśmiewająca Moon Knighta - bezcenne! Zdeptany Ben - auć! Cierpiący Jameson - to zawsze chce się oglądać. A dalej, rozwiązanie zagadki zniszczenia robota. Możemy sobie pogratulować, panowie koledzy, bo słusznie je przewidzieliśmy. Majstersztykiem jest natomiast podsumowanie Korga na temat ludzkiej natury. I wreszcie końcówka, czyli 10 powodów, dlaczego powinniśmy nienawidzić Sally Floyd. Dziesięć razy się zaśmiałem, z czego trzy zarechotałem, trzy zachichotałem i cztery wybuchnąłem szczerym śmiechem. Tylko, kurcze, zdradzili zakończenie Secret Invasion...

CrissCross: Gdybym powiedział, że bez rewelacji, to powiedziałbym za mało. Numer ogólnie słabszy od poprzednich, nie wnoszący nic, albo niewiele, do całości. Pierwsza historia pokazująca chaos na ulicach właściwie jest po to żeby... być. Druga historia napisana zupełnie bez jakiejś iskierki, Był robot, nie ma robota. I koniec. Całość ratuje " Top 10 reasons to hate Sally Floyd"

X-Factor vol. 3 #24

Gil: Albo nastała moda na niepełne zakończenia, albo przyszedł prikaz z góry, że wszystkie historie mają się zakończyć natychmiast, bo idzie Messiah Complex. Po raz pierwszy czytając X-Factor poczułem niedosyt, bo jednak szybka rejterada Hubera nie jest tym, czego oczekiwałem. Wytłumaczył się co prawda i obiecał, że wróci, ale... jakoś nie to. Na szczęście, jest dużo momentów, które mogą nam to przynajmniej częściowo wynagrodzić, a wśród nich prym wiodą sceny ze śnieżycy. W Endangered Species znowu nic się nie dzieje i po woli zaczynam mieć tego dość.

Jaro: Wszystko ok, logicznie, fajnie się czytało, ale... No właśnie, ciężko do czegokolwiek się przyczepić, ale wrażenie, że numer jest trochę gorszy od poprzednich mam. Jednak za świetną scenę z Laylą, grosikiem i pociągiem w rolach głównych i ładne rysunki, a także za wyżej wymienioną logikę i ogólne "trzymanie się kupy" daję plusa.

Hotaru: Nikogo nie zaskoczę, ale jest to numer tygodnia. Peter David nie jest może w szczytowej formie, ale to, czego dostarczył, i tak wystarcza. Nie wątpię, że wróci do postaci Hubera zaraz po Messiah CompleX, które wcięło mu się w plany. Nie rozumiem jednak, ja to się stało, że Monet nie wykryła robota? Przecież nie miał umysłu. Dzięki temu wprawdzie Layla mogła się znów popisać i to może stanowić wystarczający powód. Ciekaw jestem dalszych losów kryształów, czy Siryn coś grozi ze strony towarzystwa, w jakim teraz przebywa (chociaż to by było zbyt wielką powtórką z historii) i gdzie się podziewa Pietro.

CrissCross: Słabsze niż poprzednie numery. Zemsta Layli na poziomie, ale reszta numeru nieco gorzej. Kiedy okazało się, że także zadanie dla M i Siryn było wcześniej zaplanowane przez Hubera, poczułem się, jakbym czytał kolejny numer Wolverine Origins. Wszystkie najdrobniejsze wydarzenia, zbiegi okoliczności i inne takie z góry zaplanowane itd. Nieco przesadzone. A na końcu jak gdyby nigdy nic Huber się znudził, zabrał swoje zabawki i poszedł do innej piaskownicy. Mam nadzieję, że ten numer to tylko mały wypadek przy pracy i następnym razem wszystko wróci na właściwy poziom. Kreska natomiast jak zawsze świetna.

Piętnaste Endangered Species tak jak większość poprzednich rozdziałów nie wnosi kompletnie nic. W tej sytuacji nieważne, co pokażą w ostatniej części, całość możnaby zmieścić w jednym komiksie. Dużo hałasu tak naprawdę o nic.
 

X-Men: Die by the Sword #1

Gil: Przerywamy blok recenzji, aby nadać specjalny komunikat od autora serii:
"Cześć, nazywam się Krzyś Claremont i przejąłem kontrolę nad serią Exiles, żeby ją zniszczyć i skrzyżować z Excaliburem tylko po to, aby wcisnąć wam więcej wątków, które zaczęły się 30 lat temu i o których dzisiaj nikt już nie ma ochoty pamiętać, a co dopiero czytać. Co mnie obchodzi, że nie podoba się komuś, co robię z postaciami z Exiles, czy jakimś Wisdomem. Ważne, że znowu mogę wyciągnąć Braddocków, Jaspersa i cały ten omniversalny bullshit. Nie podoba się, to nie czytajcie. Jak przejmę kolejną serię, te wątki i tak będę wam wciskał.
Cordialy, Chris."
Oczywiście, wypowiedź jest sfabrykowana, ale możecie potraktować ją jako impresję na temat "co autor myślał, kiedy tworzył." Dodam tylko, że klęsce fabularnej towarzyszy mocno średnia, a wręcz kiepskawa grafika. Nie chce mi się dalej tego czytać, chyba, że w jakimś kolejnym przypływie masochizmu.

Foxdie: Żenada, oto i gwóźdź do pisarskiej trumny Claremonta. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałem tak słaby, nielogiczny i równie brzydki (to już wina rysownika) jak durny, komiks. Kaczor Donald z Myszką Miki, Reksiem i kotem Filemonem razem wzięci prezentują poziom dużo wyższy od tych wypocin. Od tej pory nie tknę już żadnego komiksu aktualnie pisanego przez Claremonta i Wam też odradzam. Chociaż do końca roku jeszcze prawie 3 miesiące, to już teraz widzę malinę 2007 za najgorszego scenarzystę i najgorszą mini-serię. Oto gniot roku. 



 
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2007.01.10.
 

Redaktor prowadzący: Lex                                                                                          Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.