Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #194 (09.05.2011)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 9 maja 2011Numer 19/2011 (194)



Fear Itself. Ten event zdominował dzisiejsze wydanie Avalon Pulse. Aż trzy pozycje biorące w nim udział ukazały się w poprzednim tygodniu. Natomiast trzy inne komiksy podzieliły między sobą resztę zainteresowania naszych recenzentów. Są to mianowicie kolejne przygody w Avengers Academy i drużyny Uncanny X-Force oraz debiutujący, nowy Moon Knight. Zapraszam do lektury.



Annihilators #3
Demogorgon: Przyznam rację, że historia z Rocketem jest lepsza - akcja posuwa się do przodu, kilka kart zostaje wyłożonych na stół, humor jest niezły, zwroty akcji są zaskakujące. Ale to nie znaczy, że główna historia jest zła. Wręcz przeciwnie, wiele elementów mi się tu podobało - spotkanie Wraith Queen z jej ludem, usadzenie Ikon przez Surfera, połączenie się umysłowe Surfera z królową i w końcu - ujawnienie kto naprawdę za tym wszystkim stoi, co ma sens, ale też rodzi kilka pytań. Co mi się nie podobało, to rysunki - zamiast narysować bohaterów gotujących się do walki, Huat rysuje ich jak sobie stoją z minami jakby gadali o pogodzie. Historia z Annihilators - 6/10. Z Rocketer - 7/10. Końcowa ocena - 7/10
.
Krzycer: ...Czyli to jest pomysł na tę serię, tak? W cliffhangerze każdego numeru wrzucać jeszcze większe zagrożenie? I nie skupiać się na budowaniu mającej sens fabuły, bo po co? Nie podoba mi się.
Poza tym zagrożenie z końcówki tego numeru wydaje mi się dużo mniej poważne od Dire Wraiths.
Za to u Szopa dzieje się, że hej! Dla drugiej historii zdecydowanie warto sięgnąć po ten tytuł... Niestety, historia tytułowa zawodzi oczekiwania.


Avengers Academy #13
Hotaru: Nie myślałem, że to możliwe, ale na widok rysunków Seana Chena poczułem sentyment do X-Men: the End. To chyba jedyny komiks, z którego kojarzę tego artystę, ale wtedy nie rzucił mnie na kolana. Dlaczego więc od razu to sobie przypomniałem? Ten długi wywód dąży do jednego - odnotowania, że rysunki Chena są lepsze od Raneyowych. Fabularnie zaś jest... Lekko. Może nawet przyjemnie. Ale poza kilka momentami, jak reaktywacja związku Greer-Pym, czy powrót Reptila do swojego ciała, to zwyczajna zapchajdziura, którą upchnąłbym w kilku kadrach. Dobrnąłem jednak do końca, czyli tragicznie nie było.
Krzycer:
To jest najzabawniejszy komiks jaki wyszedł spod ręki Gage'a. Trzy czwarte czytało się znakomicie, w końcówce zrobiło się obrzydliwie słodko, ale i tak dotąd nie bawiłem się tak dobrze przy lekturze tego tytułu.
Należy odnotować szybką poprawę stosunków gościnnie występujących Komodo i Hardballa, odbywającą się w tle i bez dialogów. Mało brakowało, a bym ją przegapił - gdyby ograniczyła się do trzech kadrów. Dopiero przy czwartym zwróciłem na nich uwagę. A to jedna z fajniejszych scen numeru.

avalonpulse194c%20%5B1600x1200%5D.JPGDżentelmen: Czy ktoś poza mną uważa, że żeby nie marnować tych bohaterów to powinno się uzupełnić akademię? Seriously. Jak oni mogą to nazywać szkołą, skoro mają tylko 6 uczniów. Young Allies mogli by tam zamieszkać (taka Spider-Girl i tak mieszka bez rodziny). Tak samo, mam nadzieję, że Thunderstrike przyjmie propozycję Steve'a i razem z Grunny dołączy do teamu. Kolejnymi dobrymi typami byliby X-Dudes. Goście chcą być superbohaterami, a na Utopii specjalnie się nie przydają, tylko jak jest jakieś większe niebezpieczeństwo to walczą o przetrwanie. Pomoc przydałaby się jeszcze Elixirowi, który chyba wpadł w traumę po tym co przeżył w X-Force (i chyba wszyscy mają go w dupie).
Arachnid:
Chyba jeden z lepszych numerów tej serii. Bardzo dobrze mi się to czytało. Bal w akademii wyszedł bardzo zabawnie. Numer lekki, łatwy i przyjemny. Do tego rysunki miłe dla oka. Wiele gościnnych występów również na plus. Relacje między postaciami też bardzo ciekawe. DJ Speedball i imprezujący bohaterowie to fajna odskocznia od tych poważniejszych historii. Można się świetnie bawić przy lekturze tego numeru. Jest naprawdę zabawnie.
wolvie111:
Też uważam, że jest to jeden z lepszych numerów tej serii, jeśli nie najlepszy. Dlaczego? Bo się przy nim nie nudziłem ani przez chwilę. Może ze względu na dużą ilość postaci, gdyż na co dzień Akademia liczy tylko sześciu członków. Błyskotliwe dialogi i zabawne momenty, na dodatek dzieciaki zaczęły się dogadywać i oczywiście wątek Hazmat i Mettle. Numer czyta się niemal jednym tchem, co uznaję za duży plus, bo czasem dłuugie dialogi przytłaczają całkowicie tempo serii.

Avengers Academy Giant-Size #1
Hotaru: Dramat. Nudne to jak flaki z olejem, powrót Arcade'a nie był nostalgiczny - był infantylny. Całość w ogóle sprawiała wrażenie, że jest skierowana do sześciolatków. A ja już nie mam sześciu lat. Do tego Reptil jest młody, chociaż z Avengers Academy #13 wynika, że nie był. Strasznie mnie wymęczył ten komiks.

Fear Itself #2
Hotaru: Widzę na naszym forum wiele pozytywnych opinii na temat tego numeru. Podczas pierwszej lektury, moje wrażenia były zupełnie odmienne. Więc wróciłem do tego komiksu, by upewnić się, czy coś mi się nie przewidziało, ale nie - lektura okazała się równie bolesna, jak za pierwszym razem. Rozwlekłe to, powtarzalne i nietrafione (wielokrotnie zapowiadany okrzyk "Avengers Assemble" Rogersa bez odpowiedzi to po prostu kpina). Za to wiem już, kto sabotuje stronę graficzną - Wade Von Grawbadger. Jego tusz, nakładany hojną ręką, sprawia, że rysunki Immonena wyglądają ociężale i wręcz topornie. Nawet lekkie kolory Laury martin nie są w stanie ich podźwignąć. Wprawdzie nadal wygląda to lepiej niż Secret Invasion, ale tam po papierze bazgrał Leinil Yu. Reasumując, ten numer wprawdzie nie pogrzebał jeszcze całego eventu, ale też nie zrobił nic, aby go podźwignąć ze średniawy.
avalonpulse194d%20%5B1600x1200%5D.JPGDemogorgon: Zaraz, czyli Serpnet wprawił świat w chaos samą swoja obecnością? Nie wiemy nic o gościu, ale tak to wygląda. Tyle tylko, że jeżeli Fraction tego w żaden sposób nie zasygnalizuje, to założę, że te wszystkie katastrofy wydarzyły się same z siebie i to czysty zbieg okoliczności.
Tytuły Worhty nie są złe, cieszy nawiązanie do World War Hulk, ale... Breaker of Stone? Nie Breaker of the Mountains czy coś?
Kolejna sprawa - Steve Rogers to skończony debil, który nie ma prawa dowodzić S.H.I.E.L.D. ani czymkolwiek. W obliczu zagrożenia takiego jak to ostatnią rzeczą jaką robi dobry strateg jest dzielenie swoich sił. Ja rozumiem, że to było zrobione po to, by mogli bohaterowie poszaleć w swoich tie-inach, ale nie dałoby się tego zrobić w bardziej sensowny sposób?
Na plus zaliczam o wiele lepiej pisanego Odyna. Na minus to, że Fraction olewa Baldera, który powinien też mieć coś w tej całej sprawie do powiedzenia (modlę się tylko, by nikt mnie nie upomniał, że Balder zginął w Fractionowym Thorze) - jego ojciec zachowuje się jak dupek, jego brat jest w kajdanach, a ten nawet się słowem nie odezwie. Dam 6/10, znajcie moją łaskę.

Krzycer: Na początku: naprawdę mi się podobało - Odyn odbudowujący planetę Asgard (?), trochę bardziej sensownie wykładający swoje racje Thorowi i zgromadzonym Asgardczykom - to mi się podobało.
Sceny chaosu które następują potem na początku mi się podobały. Przestały mi się podobać kiedy zorientowałem się, że już nic więcej w tym numerze nie dostaniemy. Czterdzieści lat temu Stan Lee zmieściłby to wszystko na dwóch, trzech panelach i przeszedłby do rozróby ze sprawcą całego zamieszania, my dostajemy pół numeru z hakiem, które w ogóle nie posuwa akcji do przodu. Przypomina mi się jak Bendis zmarnował cały numer House of M na pocztówkowe scenki z całego zaczarowanego świata.
Najgorsze jest to, że - gdzie są ci wszyscy bohaterowie? Rogers ich zebrał, wydał im polecenia i - nic. Oczywiście, jego dramatyczne wołanie na końcu świadczy chyba o tym, że to celowy zabieg i w następnym numerze dowiemy się, co ich zatrzymało. Ale wypada to bardzo marnie.
Ponieważ jednak nie ma tu treści, właściwie ciężko mi się przyczepić do czegoś konkretnego. Może poza Reedem dzwoniącym do Rogersa z tekstem "Commander Rogers, this is Reed Richard on behalf of the Future Foundation". Serio? Goście setki razy ratowali wspólnie świat i Reed musi mu się przedstawiać?
Mr. M.:
Fraction w zaskakująco dobrym wydaniu. Trzeba przyznać Mattowi jedno: potrafi czasem pisać przyzwoite wstępy do historii. Jednak w tym wypadku jest to zarazem zaleta, jak i wada. Wada, gdyż jest to już drugi numer miniserii, a my wciąż jesteśmy na początku - jeszcze nawet wszyscy młotkowi się nie ujawnili i nie rozpoczęła się właściwa walka. Nie czuć przez to, przynajmniej jeszcze, ciężaru eventu. Zaletą jest całkiem niezłe prowadzenie po odmętach marvelowego uniwersum. Asgard odbudowany przez Odyna, Waszyngton zaatakowany, Juggernaut i Hulk zmienieni. Do tego atmosfera ludzkiego strachu jest podtrzymywana, choć wciąż nie jest wystarczająco mocno wyczuwalna uwagami z mediów. Wygląda też na to, że Juggernaut nie stał się negatywną postacią z własnej woli, co mnie raduje, gdyż obawiałem się, że przez to usuną go z Thunderboltsów. Fear Itself prezentuje się więc zaskakująco przyzwoicie jak na spodziewany poziom fabuły, choć wciąż mam wrażenie, że czytam kolejną zwykłą historię, a nie wielki event.avalonpulse194e%20%5B1600x1200%5D.JPG
wolvie111: Naprawdę chciałbym, żeby ten poziom się utrzymał w kolejnych odsłonach, bo to był bardzo dobry numer. Chaos roznosi się po Ziemi, a młoty odnajdują po woli właścicieli. Nie śledziłem ściśle wcześniejszych zapowiedzi, więc mile zaskoczyło mnie dzierżenie jednego z nich przez Titanię (można by zrobić fajny pojedynek z She-Hulk). Podobał mi się też wątek Hulka i jego czerwonej dziewczyny.Strona graficzna przyczynia się do ogólnego wrażenia. Immonen jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych rysowników. Ogólnie bardzo mi się podobało. 9/10.
Misiael:
To było... Dobre. Tak, autentycznie podobał mi się ten numer. Matt nad podziw sprawnie żongluje wątkami i całkiem nieźle wychodzi mu budowanie fundamentów pod dobry event. Nie znalazłem w tym komiksie żadnych większych głupot czy niedoróbek, które jakoś specjalnie obniżyłyby mi przyjemność z czytania. Ja wiem, że to dopiero początek i wiele obrażających moją inteligencję rzeczy może się jeszcze po drodze wydarzyć, ale nie psujmy sobie przyjemności z lektury czczym czarnowidztwem. Rysownik ponownie dał czadu, choć niestety drugi plan wychodzi mu dość kulawo, a ulepiony z plasteliny Juggernaut... Szkoda gadać. Poza tym jednak jest znakomicie. Z przyjemnością wystawiam więc 9/10 i mam nieśmiałą nadzieję na utrzymanie się tego poziomu w dalszych numerach.
Arachnid:
Nie jest tak tragicznie jak można było przypuszczać. Powiedziałbym nawet, że jest całkiem nieźle. Nie ma jakichś rażących głupot w fabule. Kolejne postacie otrzymują młoty i jest to całkiem przyzwoicie pokazane. Relacje Odyn-Thor też całkiem nieźle. Rozprzestrzeniający się chaos również świetnie przedstawiony. Jedyną wadą jest to, że cały czas jest wstęp do historii. Akcja dosyć wolno posuwa się do przodu. Rysunki również bardzo dobre. Jak na Fractiona to naprawdę dobry numer.

Fear Itself: Home Front #2
Krzycer: Historia Speedballa rozwija się w bardzo fajnym kierunku, a cliffhanger - choć przewidywalny (shotgun Czechowa i te sprawy) - stawia na głowie relację Baldwina z mieszkańcami Stratford. Jak na razie to najfajniejszy element FI. Szkoda, że pozostałe historyjki nie dorastają mu do pięt.
A Purple Man narysowany przez Chaykina woła o pomstę do nieba.
Mr. M.:
Historia ze Speedballem nadal trzyma wysoki poziom - tak fabularny, jak i wizualny. Zgodnie z przewidywaniami, świetnie prezentuje tę bardziej ludzką stronę działania strachu, choć tym razem pojawienie się kilku superłotrów sprawia, iż obserwujemy coś pomiędzy "ludzkim" komiksem a klasycznie superbohaterskim. Fabuła nie jest zaskakująca, lecz prowadzona bardzo dobrze i z wyczuciem.
Historia z Agentami ATLASu niestety jest już gorsza. Zarówno od tej o Speedballu, jak i od poprzedniej historii o Agentach ATLASu. Niezbyt ciekawe błąkanie się po średniowiecznym zamku nie jest właściwie niczym rekompensowane, choć nawiązanie do księgi Skulla i wydarzeń opisanych w prologu do Fear Itself są pewnym plusem. Cieszyłbym się, gdyby tego typu historie na koniec okazały się ważne w głównej miniserii, żeby odkrycia Agentów wpłynęły na cały event. Pewnie jednak nic takiego się nie stanie, a ta historia szybko odejdzie w zapomnienie.
Purple Man wygląda brzydko, a sama historia/przerywnik nie zapada w pamięć. Nigdy nie byłem fanem Chaykina i zdania nie zmieniam. Oglądanie odpłynięcia przestępcy można pominąć, choć Howard próbuje go psychologicznie podbudować przez zastanowienie się dlaczego on nie jest Godnym.
Na koniec historia o Liz Allan. Szczerze mówiąc, w ogóle nic z niej nie zostało mi w głowie, musiałem zajrzeć do komiksu, żeby przypomnieć sobie, co w nim znajduje się na koniec. A co się znajduje? Liz jedzie pociągiem z synkiem, dwie osoby uciekają przed Killer Sharkiem i chowają się w tymże pociągu. Trochę strachu, ale na koniec jest stonowany happy end. Nic wielkiego.


Fear Itself: Spider-Man #1
Krzycer: Ciekawe... Zaraz, w tym komiksie rozgrywa się niemal cała doba od początku eventu. Może mały zakładzik o to, czy w głównej serii został zarezerwowany czas na tie-iny? "Matt, pamiętaj, Spider-Man znika na dobę, możesz go wprowadzić z powrotem dopiero w numerze siódmym..."
Już to widzę.
Poza tym... Cóż, Yost nie zawodzi - ale i nie zachwyca. Najmocniejsza scena jest na początku - lincz na irańskim taksówkarzu, wejście Spider-Mana i irański taksówkarz wykładający Spider-Manowi swoją filozofię przetrwania. Potem robi się nudniej.
Swoją drogą Parker rozpacza za ciocią May, a nikt się nie zająknie o Jamesonie seniorze, który chyba całkiem wyparował z komiksów. Tzn. był na pogrzebie żony Jamesona juniora, ale to chyba tyle...

Mr. M.: Yost postarał się, aby pokazać przestraszoną twarz Nowego Jorku i wyszło mu to całkiem dobrze. Niestety, poza kilkoma scenami komiks niczym nie zachwyca. Jednak pomaganie przestraszonym ludziom czyta się szybko, więc nie ma tutaj większych wad. Na koniec pojawia się Vermin, przez co, pamiętając historie DeMatteisa, liczę na strach i szaleństwo u Spider-Mana. Oby tak się stało, gdyż dzięki temu może zrobić się naprawdę ciekawie. Póki co jest po prostu dobrze.

Herc #2
Krzycer: Jakiś zapóźniony jestem ostatnio, dopiero przy lekturze tego numeru skojarzyłem, że obecny status quo Phila Uricha/Hobgoblina jest lustrzanym odbiciem życia, jakie bardzo długo wiódł Peter Parker. Fajne. Punkty dla Slotta, który do tego doprowadził na łamach TASM.
Wracając do Herca... Starcie z Hobgoblinem wypada przyzwoicie. Później robi się ciekawie ze względu na niezapowiedzianą wizytę Kingpina, w końcówce zaś mamy przypomnienie, że mimo krwawych jatek na ulicach Wielkiego Jabłka to nadal komiks o mitologicznych korzeniach.

Mr. M.:
Dopiero drugi numer, a już jestem niemal fanem. Właściwie jest tu prawie wszystko, czego można oczekiwać od rozrywkowego komiksu. Jest walka, jest niejeden zwrot akcji, są dobre dialogi i jest przyzwoity cliffhanger. Herc świetnie wykorzystuje sytuację, by zostać bożyszczem dzielnicy, a Kingpin pokazuje się jako idealny szef wielkiej organizacji przestępczej. Jedynie Hobgoblin znów zawodzi, pokonany przez Spider-Mana, pokonany przez Spider-Girl, a teraz pokonany przez Herculesa, chyba do tej pory Kingpin powinien zacząć poważnie kwestionować jego użyteczność. Teraz wypada czekać na połączenie wątku Kingpina, Kyknosa z okolicznościami Fear Itself.
Arachnid:
Kolejny numer i nadal dobrze mi się to czyta. Świetnie ukazana walka z Hobgoblinem. Sporo zwrotów akcji i bardzo dobre dialogi. Kingpin w swojej roli szefa grupy przestępczej wypada rewelacyjnie. Hercules przemawiający do ludzi - całkiem ciekawie to przedstawili. Ogólnie bardzo dobry numer i świetne rysunki. Z niecierpliwością czekam na kolejny. Ciekawe, czy pokażą nam wkrótce popis umiejętności barmańskich Herca.

Heroes For Hire Vol. 3 #6
Mr. M.: Gdyby nie to, że kolejne numery HfH zbyt szybko się czyta i pokonują małymi krokami fabułę, to seria pewnie byłaby jedną z najlepszych. A tak jest tylko dobra. Tym razem głównym punktem programu jest spotkanie Paladina ze Spider-Manem. Wyszło naprawdę świetnie, a moment pojawienia się Pajęczaka na ciężarówce szczerze mnie rozbawił. Humoru tutaj w ogóle nie brak, akcji też, a ponadto kolejny kroczek w moralnym rozwoju Paladina pokazuje, że i dalsze plany są tu obecne. Czyli, jak pisałem, jest dobrze, ale nadal zbyt szybko dociera się do ostatniej strony każdego numeru w tej serii.

Arachnid: Seria wciąż nie zawodzi. Kolejny numer i po raz kolejny bardzo porządna lektura. Dostajemy tutaj świetny występ Spider –Mana oraz Paladina, który zachowuje się jakby miał alergię na naszego ścianołaza. Relacje Paladin-Misty są również całkiem nieźle pokazane. Ten numer jest wstępem, nie wiem tylko czy do jakiejś dłuższej historii, czy tylko do wspólnej przygody Spider-Mana z Paladinem i Misty. Jak na razie jestem bardzo zadowolony. Jest tu sporo akcji, humoru (nabijanie się z Batroca) i - przede wszystkim - rewelacyjne rysunki. Jestem bardzo ciekaw kolejnego numeru, w którym zobaczymy Spider-Mana w roli bohatera do wynajęcia.

Moon Knight Vol. 6 #1
Mr. M.: Wyczekiwany przeze mnie Moon Knight w końcu zajmuje terytorium Los Angeles. Nie mogę powiedzieć, żebym był zachwycony, lecz również się nie zawiodłem. Po kolei jednak. Wątek trójki Avengers, którzy "proszą" o wznowienie działalności jest przewidywalny. Poza tym nie widzę satysfakcjonującego wytłumaczenia, dlaczego Moon Knight miałby teraz przejmować ich osobowości. Lockley i Grant wydawali się zawsze bardziej interesujący z punktu widzenia psychoanalizy. Dzięki nim Mooney miał 4 odmienne osobowości (bogacz-filantrop, biedny taksówkarz, najemnik z kryminalną przeszłością, superbohater), a tak ma aż 4 osobowości superbohaterskie. Jeśli jednak Bendis dobrze je poprowadzi i wyciągnie różnice w charakterze każdego herosa na powierzchnię umysłu Spectora, to może wyjść bardzo dobra fabuła. Za to pod względem stricte komiksu akcji, dodanie mu osobowości Capa, Spidera i Wolviego jest pomysłem dobrym. Czekać należy aż prawdziwi Avengers się zainteresują sprawą. W samej historii zaś rozpoczyna się wątek tajemniczego Kingpina Los Angeles, więc za dużo o nim nie można jeszcze powiedzieć. Zapowiada się interesująco. Jakoś jednak Moon Knight wyglądał na dość słabego herosa tutaj, nie czuło się jego siły. Powinien, nieco na wzór Batmana, wzbudzać w swych wrogach choć trochę strachu, powinna go w akcji cechować większa tajemniczość. Tutaj tego brak, acz jest to dopiero początek - może Bendis i Maleev niedługo lepiej wczują się w postać. Na koniec drobna uwaga - czy Mr. Hyde nie powinien być teraz w więzieniu zamiast walczyć z Moon Knightem? Zawsze mnie irytują takie nieścisłości. Choć w przypadku Bendisa można się już do nich przyzwyczaić.

Krzycer: Muszę przyznać, że Bendis kupił mnie tym cliffhangerem. Nie domyśliłem się prawdy. Tylko co to oznacza dla poprzednich tożsamości/jaźni/czegokolwiek Spectora? Poza tym... Dlaczego niby ta trójka miała zamieszkać w jego głowie? I jak?
Ale jeszcze ciekawsze jest to, kim jest Kingpin Los Angeles.
Pierwszy numer stawia sporo pytań - nie wiem jak inni, ale chętnie sięgnę po następne, by poznać odpowiedzi.

Arachnid: Całkiem niezły numer. Nie za bardzo podoba mi się pomysł, żeby Moon Knight przyjmował kolejne osobowości, bo to takie trochę dziwne, ale jeżeli dobrze rozwiną ten wątek to może zmienię zdanie. Ciekawi mnie natomiast, kto jest tajemniczym Kingpinem LA. Rysunki są niezłe, choć osobiście nie przepadam za taką sztuką, ale nie przeszkadały mi one w lekturze. Ogólnie jest nieźle. Z ciekawości sięgnę po kolejny numer.

Uncanny X-Force #9
Hotaru: Remender... Kiedy rozumie jakąś postać, to potrafi z niej wycisnąć wszystko, co ma do zaoferowania, a nawet więcej. Tak było z Doctorem Voodoo. Jednak kiedy ma o kimś mylne wyobrażenie, wtedy czytanie jego wariacji na temat niektórych postaci jest... Bolesne. Wcześniej Deadpool, a teraz Magneto dołącza do tego ekskluzywnego klubu. Proszę, niech na koniec okaże się, że to były Skrulle... Fabuła jest płytka. Jeśli okaże się, że nie ma drugiego dna, to nawet nie zmoczycie sobie w niej kostek. A to dziwne i niepodobne do Remendera...
avalonpulse194f%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Ponieważ zapomniałem przy okazji poprzedniego numeru, tym razem zacznę od pochwalenia Billy'ego Tana, który rysuje UXF zupełnie inaczej niż swoje poprzednie komiksy, bardzo ładnie trafiając w styl narzucony temu tytułowi przez Opeñę. Co prawda hełm Magneto wygląda na parę numerów za duży, ale to detal.
Sama historia jest prościutka, ale zawiera potężny ładunek emocjonalny. Prośba Magneto i wydarzenia w Brazylii... Jestem pod wrażeniem. Co prawda kojarzę, że był specjalny retrospektywny numer Wolverine'a z Loganem w obozie koncentracyjnym, który rozgrywał ten sam chwyt - w konfrontacji z nazistą Logan nie wypowiada ani słowa - ale to nie zmienia tego, że ten chwyt się świetnie sprawdza.
Podsumowując - to numer X-Force jakiego jeszcze nie było. Tylko tyle i aż tyle.
No i... Nie dowiadujemy się czym właściwie ów nazista zawinił. Czym konkretnym. Na zdjęciu na końcu - to Magneto i Magda? Ale Magda przeżyła Auschwitz... To w żadnym razie nie osłabia komiksu, wręcz przeciwnie, potęguje wrażenie. Teraz przemawia przeze mnie wyłącznie ciekawość fana.

Mr. M.:
Tym razem zupełnie nie wczułem się w historię. Wolvie idzie zabić byłego nazistę na życzenie Magneto. Ani to oryginalne, ani porywające. Do tego przez duże kadry czyta się zbyt szybko. Plusem są świetne rysunki, fabularnie chyba tak naprawdę liczy się jedynie fakt, że Magneto dowiedział się o istnieniu X-Force. Spodziewałem się więcej, ale to dopiero pierwszy raz, gdy jakiś numer serii mniej mi przypadł do gustu, więc nie będę zbytnio narzekał.
wolvie111:
Jestem pod całkiem dobrym wrażeniem. Historia tak zwięzła i jednocześnie dobra. Niewiele dialogów i niezłe rysunki, pasujące do klimatu numeru. Nie jest to Jerome Opena, ale Tan daje radę.
Jedyne do czego można się przyczepić to niepotrzebne przedłużanie, bo to jak Magneto pije niekoniecznie jest na tyle interesujące żeby rozrysować to na dwie strony. Rozumiem, że w ten sposób chcieli przedstawić jego trudną sytuację.
Arachnid:
Po przeczytaniu tego numeru byłem lekko zszokowany, że tak szybko się skończył. Numer naprawdę rewelacyjny. Prosta historia z mocnym zakończeniem. Bez zbędnych dialogów, refleksji oraz opisów. Znakomite rysunki to kolejna zaleta numeru. Jedyną wadą jest to, że nie powiedziano nam, co takiego zrobił ten nazista, że tak podpadł Magneto i Loganowi. Ale mimo to bardzo dobra lektura. Przeczytałem niemalże jednym tchem i do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem.

X-Men: Prelude To Schism #1
Hotaru: Najwidoczniej ludzie zapomnieli już, że Cyclops ma balls of steel. Trzeba więc im było przypomnieć, że w Schizm będziemy mieli do czynienia z konfliktem pomiędzy kolesiem z metalowymi kośćmi, a kolesiem z metalowymi jajami. Widocznie dzięki temu szanse będą wyrównane. Rozumiem to, ale żeby wyegzekwować to w taki sposób? Toż tutaj tylko rysunki są znośne. Dziwię się, że nikt jeszcze nie obmył Cyclopsowi stóp łzami i nie wytarł ich swymi włosami (no co? Xavier tylko na głowie jest łysy). Chociaż, z drugiej strony, czeka nas jeszcze kilka numerów tej grafomańskiej laurki, więc nic straconego...

Krzycer: Aj. Mam nadzieję, że to nie jest pomysł na całą miniserię. Cztery numery stania i gadania o wielkim zagrożeniu, bez pokazania czy choćby powiedzenia czym to zagrożenie jest, mogą być ponad moje siły. Już ten jeden mnie zirytował.
Natomiast retrospekcje Xaviera o Cyclopsie wyszły porządnie.

wolvie111: Numer spełnia swoje zadanie. Swoją wysoką jakością zachęca do dalszego śledzenia losów mutantów w czasie Schizmy. Bardzo fajnie streszczona historia mutantów i pokazana relacja Scotta z profesorem. Zazwyczaj gdy komiks opiera się tylko na dialogach lub przemyśleniach to mnie nudzi, ale nie tym razem. Z tym rysownikiem o egzotycznym nazwisku nieczęsto mam do czynienie, ale ten specyficzny styl zdecydowanie trafia w moje gusta.
Podsumowując, numer był dla mnie przyjemnością, jak większość pozycji z tego tygodnia.

Arachnid: Trochę nudnawy numer. Wiemy że mutanci obawiają się jakiegoś zagrożenia, ale nie wiadomo o co tak naprawdę chodzi. Relacje Cyclopsa z Xavierem przedstawiono całkiem nieźle. Rysunki również nienajgorsze. Ogólnie za dużo gadania, a za mało akcji. Mam nadzieję, że w kolejnych numerach będzie lepiej. Bo jak na razie jest raczej słabo.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse194a.jpgAvengers Academy #13
Autor: Billy Tan

Hotaru: Nominuję tą okładkę ze względu na pomysł, nie wykonanie. Niby Tan nie popełnił żadnych rażących błędów, ale jednak jego kreska nie zasługuje na pochwały. Pomysł... O, to co innego! Zestawienie tańczących w skupieniu, z zamkniętymi oczami Hazmat i Mettle, oraz szalejących na drugim planie imprezowiczów, wydało mi się... Romantyczne i stylowo słodkie. A ja rzadko uznaję coś romantycznego za stylowe.





avalonpulse194b.jpgHeroes For Hire vol. 3 #6 (Variant Cover)
Autor: Harvey Tolibao

Demogorgon: Okładka prosta i klasyczna, niby nic nadzwyczajnego, ale jest coś w niej, co robi na mnie wrażenie. Może to tylko Misty będąca twardzielką, ale to wciąż fajna rzecz.










Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2011.05.04


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: PuppetMasterRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.