Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #190 (11.04.2011)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 kwietnia 2011Numer 15/2011 (190)



Jedna pozycja spowodowała, że dzisiejszy Pulse rozrósł się trochę pod względem objętości, jak i recenzentów. Oczywiście, mowa o pierwszym numerze Fear Itself. Nastroje wywołał mieszane i zdominował całą dyskusję w tym tygodniu. Ale nie powinno to dziwić, skoro rozpoczął on kolejny wielki event. Inne ciekawe propozycje to podwójna dawka DnA oraz kolejna część Dziecięcej Krucjaty. Zapraszam do lektury.



Annihilators #2
Hotaru: Coś nie wyszło. Po lekturze tego komiksu uzmysłowiłem sobie, że o wiele więcej frajdy sprawiła mi historia z Rocketem i Grootem, niż ta główna o Annihilatorach. To perypetie szopa mnie wciągnęły. Rysunki Timothy'ego Greena II jeszcze nigdy mi się tak nie podobały - są świetnie zgrane ze skryptem, odpowiednio klimatyczne, prześmieszne i wprost wykopane w kosmos. Po kolejny numer sięgnę właśnie z powodu drugiej historii, chociaż i pierwszej nie ominę.
Demogorgon: Iskrzy coś między Ikon a Quasarem. Problem w tym, ze nie wiem czy mi się to podoba, bo jak na razie nie lubię Ikon. Chociaż, poprawiło jej się względem poprzedniego numeru. Podobały mi się nawiązania do ROM: The Spacekniht, których nie mogło zabraknąć i którego mam teraz ochotę przeczytać. Za to numer zgarnął, o dziwo, Ronan, który miał okazję się bardzo fajnie popisać w walce. Tymczasem u Groota i Rocket Racoona dalej zabawnie, chociaż ta deprecha szopa zaczyna mnie nieco męczyć.
Volf: Historyjka o najpotężniejszej grupie herosów wszechświata póki co prezentuje się jak na DnA mocno nijako. Może przez to, że w drużynie ewidentnie brakuje postaci wprowadzających nieco humoru - mamy do czynienia z oddziałem superpotężnych ponuraków. W Strażnikach był Rocket Raccoon, Groot i wszechobecny komizm sytuacyjny, w Novie humor wprowadzały interakcje z Worldmindem - tutaj nie ma ani jednego, ani drugiego. Ale i tak czyta się to całkiem przyjemnie. Z kolei druga historyjka to jeden wielki abstrakcyjny majstersztyk, spokojnie dorównujący najlepszym chwilom z kosmosu Marvela. Klauny, Rocket Raccoon, Groot i gryzoniowaty ruch oporu - czego chcieć więcej?
Krzycer:
W sumie zgadzam się z przedmówcą. Ale jednak u Annihilatorów trochę humoru wprowadzili Ronan i Beta-Ray Bill. Mnie przynajmniej rozbawili.
Ale i tak szkoda, że GoG się rozwiązali. I nawet Cosmo nie ma w tym odcinku.
Za to La Resistance gryzoni, owadów i grzybów (grzyby mają najlepsze teksty!) jest rewelacyjne. A scena, gdy Szop zagrzewa ich do boju... Majstersztyk. Mam nadzieję, że będę o niej pamiętał, gdy przyjdzie pora na Avalony
.

avalonpulse190c.JPGAvengers: Children's Crusade #5
Hotaru: Jesteśmy już za półmetkiem i Scarlet Witch wreszcie się pojawiła. Jestem pewien, że jej powrót stosownie zamiesza i zamąci i tak już mało klarowną sytuację. Niektórzy mogą, a nawet kręcą nosami z powodu kolejnej podróży w czasie, ale mam całkowite zaufanie w osobie scenarzysty - przecież w pierwszej historii Heinberga, od której zaczął się marsz Young Avengers po zdobycie serc fanów, czasowe zawirowania były głównym motywem. Jimmy Cheung to magik. Dzięki niemu (i jego partnerom w zbrodni - w szczególności Justinowi Ponsorowi), ta seria wygląda cudownie i trafia w dziesiątkę za każdym razem, kiedy trzeba dotrzeć do czytelnika - czy to sceną emocjonalną, czy też napakowaną akcją. Jestem zachwycony.
Demogorgon: Rany, nie spodziewałem się, że można jednocześnie tak dobrze znać gatunek w którym się występuje i popełnić wszystkie możliwe błędy. A jednak - Young Avengers znają wszystkie możliwe klisze a mimo to i tak w nie popadają. To wymaga podwójnego poziomu głupoty. Zdecydowanie nie podobał mi się ten komiks, w porównaniu z poprzednimi numerami wypada to zwyczajnie słabo.
Krzycer: Zawodny wehikuł czasu Iron Lada dał najzabawniejszą scenę numeru. A jednocześnie umożliwił coś, co - obawiam się - nie może się dobrze skończyć. I to podwójnie. Po pierwsze, grzebanie w czasie nigdy nie kończy się dobrze dla bohaterów. Po drugie, grzebanie w czasie rzadko kiedy owocuje pozytywnymi zmianami w continuity. Nie wiem, co Heinberg planuje, ale jeśli ma wyjść z tego jakaś trwała zmiana... No, zobaczymy. Przynajmniej rysunki są śliczne, a interakcje między postaciami stoją na wysokim poziomie.
Volf: H
istoria jako całość wciąż opiera się na zbyt wielu zbiegach okoliczności i szczęśliwych trafach, by mogła zostać uznana za udaną. Ale ten konkretny numer wypada naprawdę przyjemnie. Dialogi i chemia między postaciami odczuwalna jest na każdym kroku, natężenie potężnych postaci faktycznie uwidacznia dramatyzm sytuacji, a nie jedynie, jak by to było u Bendisa, służy rzuceniu kilku dowcipnych dialogów. A do tego kadry pełne są rysunków, na które aż chce się patrzeć. No i finał sprawia, że już się nie mogę doczekać kolejnego numeru.
Bertoluccio: Jak dla mnie ta seria wiele traci przez długie okresy oczekiwania na kolejne numery, ale taka jest cena genialnych rysunków. Fabularnie zaś nie jest źle. Mam tylko nadzieję, że scenarzysta nie pójdzie po najmniejszej linii oporu i nie odczyni magicznie wszelkiego zła, jakie uczyniła Wanda. W najgorszym razie, niech przynajmniej bohaterowie będą dalej w stosunku do niej nieufni, zamiast wybaczyć jej wszystko, jakby nigdy nic się nie stało.
Cyclone: No nareszcie. Jeśli o mnie chodzi, to okresy pomiędzy wydaniem jednego a drugiego numeru są stanowczo zbyt długie. Chociaż jeżeli popatrzy się na zawartość, to stwierdzam że naprawdę warto czekać. Równie ciekawy jak poprzednie i trzyma poziom. Chwilami jest zabawnie, w połowie numeru zaliczyłem facepalm - Iron Lad, you moron. No i Scarlet Witch is back! Mam nadzieję, że zrobi Wolviemu duże kuku (z drugiej strony, naprawdę mam nadzieję, że scenarzysta JEJ zaraz czegoś nie zrobi).

Fear Itself #1

avalonpulse190d.JPGHotaru: A to niespodzianka. Spodziewałem się, że fabuła będzie co najwyżej średnia i w tym obszarze nic mnie nie zaskoczyło. Ale byłem tez pewien, że kiedy za stronę graficzna odpowiadają Stuart Immonen i Laura Martin, to ta powyciera mną podłogę. Nic z tych rzeczy. Ten numer wygląda jedynie poprawnie. Żadnych monumentalnych kadrów, żadnych epickich ujęć, żadnych zapierających dech w piersiach teł - każdy z kadrów jest tak nijaki, że nie zasługuje nawet na chwilę refleksji. Czyżby zespół artystów równał w dół do scenarzysty? A może zaczynają z niższego pułapu, by pozostawić sobie pole do manewru i równoważyć wartość każdego kolejnego numeru, kiedy fabuła będzie pikować? Możliwe? Tak. Ale czy prawdopodobne?
Demogorgon: Zacznijmy od tego, że sam koncept jest ciekawy, ale trochę mi pachnie nieco inną mitologią, z Zeusem i Kronosem. Trochę za bardzo nawet. W dobrych rękach jednak byłbym skłonny dać mu kredyt zaufania. Ale w rękach Fractiona - nie bardzo. Już pierwszy numer zawodzi. Całość można podsumować tak, że Odyn jest dupkiem. Facet zachowuje się jak dziecko albo koleś z ego rozmiarów odwrotnie proporcjonalnych względem rozmiarów penisa. Thor jest nie wiele lepszy, bo nawet nie próbuje z nim porozmawiać, tylko od razu leci do bójki. Asgardczycy są niewiele lepsi, bo ślepo podążają za tym czubkiem. Tak jak wspomniał Kryczer, scenę zamieszek szło rozegrać lepiej. A przy okazji, czy tylko mnie zaskoczyło jak bardzo unikali jakiejkolwiek wzmianki o World Trade Center? Fraction twierdzi, że nie chciał zamykać komiksu w jakimś konkretnym przedziale czasowym, ale to źle wróży w takim razie całej tej tematyce "ważnych i aktualnych problemów", którą komiks miał, jakoby, poruszać - czy wszystkie będą potraktowane tak na odwal się, by nie blokować komiksu w jakimś przedziale czasowym?
Krzycer: Zacznijmy od najważniejszego - to nie jest zły komiks. Ma bardzo fajne rysunki i niezły koncept, by grać na medialnych demonach gnębiących obecnie Usan. I pewnie przez otwarcie nawiązujące do "debaty" o meczecie koło Ground Zero i wszystkie odniesienia do recesji seria zbierze nie-do-końca-zasłużone pochwały za Wielką Wodą.
W każdym razie, koncept jest niezły. Scenariusz, z drugiej strony... Odyn to porażka, bez dwóch zdań. Thor, niestety, niewiele lepszy. Sin... Nie powinna gadać. Nie powinna się tłumaczyć przed swoimi podwładnymi a przede wszystkim nie powinna prowadzić monologu wewnętrznego. Nic nie wnosi i obdziera ją z aury tajemniczości i niebezpieczeństwa, którą mogła jej zapewnić przemiana po sięgnięciu po młotek. To są ewidentne wady.
Otwarcie komiksu nie jest złe, ale mogłoby być dużo lepsze. Dziwnie wypada Sharon łudząca się, że w magiczny sposób powstrzyma zamieszki, ale to jakoś ujdzie. Natomiast Kapitan... Nie pamiętam z jakiego to komiksu - bo nie miałem go w rękach, gdzieś widziałem tylko fragment, bodajże jakiś autor wspominał swój ulubiony moment - gdzieś, kiedyś Kapitan został opisany jako "człowiek o głosie, który mógłby rozkazywać bogom - i rozkazuje" (w tej samej scenie Thor na jego polecenie sprowadza deszcz, by ugasić pożar).
W związku z tym nie potrafię zrozumieć, jak Fraction nie rozumie, że Rogers powinien - czy nawet (nie lubię używać zbyt dużych słów w odniesieniu do komiksów, ale co tam) bezwzględnie musi - przemówić do tłumu w takiej sytuacji. Wskoczyć na samochód, krzyknąć o ciszę a następnie zacząć od "My, Naród...", jak Wałęsa.
Oczywiście - ponieważ o tym jest event - powinno się to spotkać z zerową odezwą. Ale na początku powinna być scena, gdy Steve konfrontuje się z tłumem po obu stronach, przemawiając prosto z serca - i ponosząc porażkę, tłum na jego oczach powinien rozedrzeć się na strzępy.
I to byłoby mocne i wymowne otwarcie eventu o strachu i bezradności. A nie młotki spadające z nieba.

Mr. M.: It's chaos. No, it's democracy.
Powiem szczerze, iż spodziewałem się czegoś naprawdę złego. I, mimo że na pewno nie można powiedzieć, aby wyszło coś udanego, to nie jest aż tak nieudolnie, jak myślałem, że będzie. Ale po kolei - pomysł na uczynienie strachu jednym z głównych sił napędowych eventu, dodatkowo związanego z obecnymi wydarzeniami na świecie podobał mi się od samego początku. Nic więc dziwnego, że początkowa scena demokratycznych zamieszek na ulicach wzbudzała bardzo pozytywne odczucia. Jednak im dalej w las, tym więcej młotków. Rogers zachowuje się bardzo nieudolnie, a jego bolączki co do stanu mentalnego ludzi wypadają nieprzekonywająco. Tym bardziej, że informuje nas o nich Iron Man, zamiast umieszczenia ich w zachowaniu samego Steve'a. Jego działania wśród tłumu wypadają naprawdę miernie. Miły jest za to krótki wątek małomiasteczkowego strachu, który narasta w ludziach. Mam nadzieję, że będzie on jakoś kontynuowany, gdyż dodaje on trochę rzeczywistości do eventu, który oparty jest w końcu na (do pewnego stopnia) rzeczywistych nastrojach. Kolejne minusy to Sin i Odin. Sin zachowuje się niczym podręcznikowy złoczyńca, który wszystkich informuje o swoich kolejnych posunięciach. Nie dość, że psuje to narrację, jak i nastrój, to jeszcze wypada nienaturalnie. Również jej transformacja w młotkową nie ma w sobie wystarczająco siły. Odyn zaś... Sam nie wiem, co napisać. Na Odyna szkoda słów - sfrustrowany, stetryczały pan, który za wszelką cenę chce rządzić bogami wokół. Jeśli taki jest Wszechojciec, to dziwi mnie, że Asgard nie przypomina jakiegoś królestwa trolli czy lodowych gigantów. Biorąc pod uwagę jego zachowanie, i kroczących za nim bogów, tym komiczniej wypadają końcowe słowa Rogersa. Podsumowując, wolałbym, żeby Fear Itself było miniserią czy rozbudowanym one-shotem, nawiązującym do obecnych wydarzeń. Pewną odskocznią od klasycznego superhero, nieco na wzór "1 Month 2 Live". Jako event mnie nie przekonuje w wydaniu, jakie przygotował Fraction. Czyta się szybko, ale prowadzenie postaci, wątki i wszystko wokół jest nazbyt marnej jakości, by się czymkolwiek przejmować i by cokolwiek zostało w głowie na dłużej. Chyba prawie nikt nie spodziewał się wspaniałej lektury, więc prawie nikt się nie zawiedzie. Oby tie-iny wypadły lepiej, bo kilka zapowiada się intrygująco.

avalonpulse190e.JPGVolf: Mając zerowe oczekiwania przynajmniej się nie rozczarowałem. Nie zdenerwowało mnie to, jak idiotycznie pisany jest Odyn. Nie wkurzyło, że dowódca najpotężniejszych sił porządkowych na Ziemi, superżołnierz mający pod sobą potężne organizacje ORAZ najpotężniejszych herosów nie potrafił opanować zwykłych zamieszek. Wreszcie, niespecjalnie przejąłem się faktem, że Sin się w ogóle nie nadaje do roli głównej rozgrywającej w takim evencie, na takim poziomie mocy. Za to pooglądałem całkiem ładne obrazki. Przeżyłem Ultimatum, przeżyję i Fear Itself.
Misiael: Ała. Ała! AŁA! Tak mniej-więcej wyglądała moja lektura tego komiksu, choć zapowiadało się przyzwoicie. Pierwsze strony napawały optymizmem - ludzie protestujący przeciwko budowie meczetu w pobliżu Ground Zero i Rogers wraz z Sharon usiłujący ich uspokoić... Wait, what? Rogers? Najlepszy żołnierz na Dzikim Zachodzie wysłany do stłumienia zamieszek? Jak tak dalej pójdzie, to niedługo agenci S.H.I.E.L.D. zaczął chodzić po ulicach i wlepiać mandaty za nieprzepisowe parkowanie. Nic to jednak, bowiem były Cap, człowiek o zwinności Spider-Mana obrywa cegłą. Ja rozumiem, że ta scena miała mieć charakter symboliczny, ale to olbrzymi bullshit from the bullshit dimension, który osłabia wymowę tej sceny (czytelnika komiksu zresztą też). Dalej mamy zarysowanie wątków całej opowieści, która i tak w końcu sprowadzi się do refleksyjnego mordobicia tych dobrych z tymi złymi. A zatem porównania do CW były zaledwie chwytem reklamowym, a poruszanie "ważnych tematów społecznych" najprawdopodobniej ograniczy się do paru rachitycznych, wciśniętych na siłę, scen pokroju tej otwierającej pierwszy numer eventu. Ten komiks jest po prostu źle napisany. Rozwlekłe, niewnoszące niczego do fabuł dialogi, infantylne monologi wewnętrzne, źle skrojona akcja... Wady można mnożyć, zalet jakoś brak.
Chyba, że mówimy o szacie graficznej - tu jest wprost przeciwnie. Immonen odwalił kawał naprawdę dobrej roboty, podobnież kolorysta. Powiem brutalnie - tylko znakomite ilustracje trzymały mnie przy tym komiksie.
Podsumowując - nie, spokojnie, nie jest to poziom Ultimatum. Tym niemniej, event będzie słaby, bo po Fractionie nie spodziewam się niczego ponad to, co zaprezentował tutaj. Cała nadzieja w tie-inach. 3+/10
.
lunatik8: Więc jest tego jeszcze pięć numerów.... Zastanawiam się, gdzie się logika w tym komiksie podziała. Po pierwsze - co robili Rogers z Sharon otoczeni przez tłum ludzi? Z pierwszej sceny wydawało się, że są otoczeni przez tysiące wrogów. Ogólnie ich pozycja sugerowała gotowość do ataku. To było dziwne.
Scena zdobywania młotka i uwolnienie starego Wszechojca daje radę.
Broxton - strach ludzi nawet sensowny.
A potem mamy zabawy Odina i Thora. Odin zachowuje się jak klasyczny beton wojskowy. Wydawać rozkazy - tak, ale już wyjaśnić o co chodzi - nie łaska. A potem tacy się dziwią, że dochodzi do buntu tych co bardziej rozgarniętych.
No i kilka pytań. Czemu przez tych kilka miesięcy nie odbudowali Asgardu? Czemu ten stary twierdzi, że jest jedynym wszechojcem jednocześnie sugerując że Odin jest uzurpatorem (jakby innych panteonów nie było)? Jak to jest, że Odin po CW się zmienił, a Asgard nie? i przede wszystkim - czemu Odin ma moc nad młotkiem?

straznik: Nie wiem, czemu czepiacie się trafienia Steve'a cegłą. Facet jest zdenerwowany, w obu rękach podtrzymuje przechodnia i jeszcze gadał z reporterką. 'Ex' Spider-Sense, to on jednak nie ma, a w takiej sytuacji każdy może być rozkojarzony. Chociaż istotnie, to że tam w ogóle został wysłany jest nieco z dupy (ale można łatwo obronić - był w pobliżu, chciał delikatnie załagodzić spór - w końcu ciężko zaprzeczyć temu, że by odmówił czy to olał, prawda?)
Chociaż pomysł z Broxton nie jest zły, to Odyn faktycznie zachowuję się tam beznadziejnie. Inna sprawa, iż mam nadzieję, że został wskrzeszony tylko po to, by paść w tym evencie. W ogóle, jak on może ot tak zabrać Thorowi młot i skopać go jak niemowlę? Wiem, że Thor oddał sporą część mocy przy uratowaniu ukochanej, ale naprawdę? I wszyscy go grzecznie słuchają. Dla mnie parodia, ale może przemawia przeze mnie niewiedza + niechęć do postaci Odyna (i runu Fractiona, który ledwo musnąłem szczerze mówiąc i do dziś uznaję te wszystkie wskrzeszenia, i zgony za przysłowiowe z dupy)avalonpulse190f.JPG.
Sin faktycznie póki co się nie nadaje, ale to było też wiadome wcześniej prawda? I coś mi się wydaje, że będzie robiła za głównego mięśniaka, a rozgrywającymi będą Odyn z bogiem strachu.
I w sumie pomijając "to" i "tamto", to komiks nie był zły. Rysunki fajne. Sceny strachu i niepewności nie są złe. Parę rozmów też całkiem sensownych. Jeśli to dalej będzie nieźle prowadzone, to może wyjść dobry cross z tego. W sumie SI miało świetny prolog, iapóźniej było źle. Siege - wszystko pięknie, ale zakończenie zniszczone. Może tu będzie odwrotnie?

Wilsonon: Kolejnymi rzeczami, po jakich można poznać komiksy Fractiona, oprócz braku logiki, nędznych dialogów i postaci out-of-character są rzuty cegłami przez rozsierdzony tłum i plucie się bohaterów, którzy mają coś do głównej postaci w komiksie. Jak zobaczyłem Odyna. to miałem wrażenie, że zamiast niego postawili gigantycznego ślimaka z doczepioną sztuczną brodą i posypali go solą. Cała dobra opinia, jaką zebrał po runie Straczynskiego, jest strasznie szargana przez tego czlowieka mieniącego się tytułem scenarzysty.
Arachnid: Matt Fraction scenarzystą. Czego się spodziewaliście? Kiedy widzę to nazwisko nie spodziewam jakiegoś wielce wybitnego dzieła. Dlatego też, skoro moje wymagania co do tego komiksu nie były zbyt wysokie, mogę powiedzieć że numer ten był znośny. Nie za bardzo przekonuje mnie Sin jako Red Skull oraz jako główna „zła” tej historii. Zachowanie Odyna jest dziwne i niezbyt zrozumiałe, ale... Patrz pierwsze zdanie... I wszystko jasne. Wad jest wiele. Do zalet można z pewnością zaliczyć rysunki, no i otwarcie jest całkiem przyzwoite, chociaż mogło być zdecydowanie lepsze. Ogólnie nie skreślałbym od razu tej historii. Mam nadzieję, że się następne numery będą lepsze.

Fear Itself: Home Front #1
Hotaru: Moja opinia dotyczy tylko i wyłącznie historii Speedballa, przedstawionej przez Christosa Gage'a i Mike'a Mayhew. Przede wszystkim, jest bardzo miła dla oka. Mayhew przyłożył się i jego styl świetnie przedstawił dramat Robbiego. Co więcej, artysta oddał hołd talentowi Steve'a McNivena - jeden z kadrów przedstawiających Miriam Sharpe jest praktycznie kopią jego pracy z Civil War. Fabularnie jest całkiem okay do momentu, w którym "sekret" Baldwina wychodzi na jaw. potem jest to trochę zbyt... spójne z główną miniserią. Mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy, i przy kolejnych odsłonach Gage nie będzie brał przykładu z Fractiona.

Mr. M.: Ludzką stronę, której brakuje głównej mini, odnaleźć można w Home Front. Na pierwszy plan wysuwa się część o Speedballu - doskonale wykorzystuje ona medium internetowe, by przedstawić narastający strach, frustracje i ogólny niepokój społeczny w USA, wspominając również o tym, co dzieje się na całym świecie. Dodatkowo umiejętnie rozmieszczone nawiązania do Civil War, Secret Invasion, Shadowland, śmierci Human Torcha i tego, co Fraction napisał w pierwszym "FI" świetnie sytuują fabułę w ramach wydarzeń w Marvelu. W skali mikro widzimy, jak rozwścieczony tłum atakuje Speedballa, przy czym czuć jego niemoc i niepewność. Świetnie poprowadzona część.
Następny fragment o ATLAS wypada również dobrze. Nie oferuje tylu emocji, co poprzedni, lecz pokazuje rozprzestrzenianie się negatywnych emocji. Pomysł z neonazistami czczącymi Thule'a i wieszającymi wężowe symbole obok schwarze sonne jest całkiem niezły. Do tego wyraźne nawiązanie do Red Skulla. Zobaczymy, jak się rozwinie, póki co prezentuje się zadowalająco.
Przemówienie J.J.J. dolewa oliwy do ognia sugerując, że złe wydarzenia z FI są zainspirowane przez superbohaterów. Zajmuje jednak tylko dwie strony, więc służy jako przerywnik.
Na koniec zaglądamy do Broxton, które musi sobie radzić z przypływem turystów. Naturalne dialogi i taka fabuła to plusy, lecz nie ma tutaj nic, co byłoby szczególnie warte uwagi. Oprócz, oczywiście, faktu, że widzimy świat Marvela z ludzkiej perspektywy.
Z takiej też perspektywy właściwie prezentuje się cały Home Front, który wypada zdecydowanie lepiej aniżeli właściwa mini. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Krzycer: Zaskakująco dobra historia o Speedballu - na wyższym poziomie niż Avengers Academy. Atak tłumu na Baldwina przypomina atak na Torcha podczas Civil War. Nie przekonało mnie wykorzystanie internetowej przepychanki. Ludzie w Internecie nawołują do głupich rzeczy, skrajne opinie przebijają się najczęściej, a głos rozsądku zostaje zakrzyczany. Nowość? Ni cholery. Ale może to właśnie coś takiego uchodzi w USA za dowód, że komiks jest na czasie.
Historia o Atlasie mocno nijaka. Przerywnik z JJJJrem... Po co? Historyjka z Broxton - w gruncie rzeczy twórcze rozwinięcie tej strony czy dwóch z FI#1 z wyprowadzającą się rodziną, ale czyta się przyjemnie.
Ogólnie - jeśli tak dalej pójdzie to może być najlepszy Front Line/Embedded/Whatever od Civil War: Front Line.


Herc #1
Demogorgon: Tie-in do Fear Itself. Tylko, że nie, bo nie ma tu ani wzmianki, za to Herc kosi baru młotków i walczy z kiepską podróbką Deadpoola, zwaną Hobgoblinem. Nie wiem czy do końca podoba mi się nowy styl, zdecydowanie uleciał nieco humoru, ale Incredible Hercules też zaczynał średnio-poważnie, więc jestem pełen optymizmu.
Krzycer: Ma to pewien urok, ale sporo rzeczy mi nie klika. Hercules chce udowodnić, że nadal może być bohaterem? OK, ale co ma do tego odcinanie ludziom rąk i zamienianie ich w kamień? Na team-up z Pająkiem nie ma co liczyć w takich warunkach.
Słyszy modlitwy - przecież miał być człowiekiem bez żadnych mocy. No i kto w ogóle się do niego modli i czemu?
I czemu w ogóle jest bezdomny (przynajmniej na początku)? Nie musi od razu się wprowadzać do Avengers Mansion jeśli nie chce, ale żeby spał w parku w sytuacji, gdy jego eromenos dysponuje diabli wiedzą jakimi funduszami Olympus Group?
Właściwie na każdym kroku zadawałem sobie takie czy inne pytania... Nie wiem, może po prostu przyzwyczaiłem się do komediowego Herculesa z czasów takich historii jak "Love and War" czy "Thorcules" i ten gritty reboot mnie uwiera. Ale zobaczymy, co będzie dalej.

Mr. M.: Muszę przyznać, że podobało mi się. Nigdy nie byłem wielkim fanem Herculesa, lecz teraz jestem zmotywowany do śledzenia jego losów. Trochę zaskakuje mnie fakt, że Herc zabija przestępców i odcina im ręce. Może będzie team-up z Punisherem, jeśli tak dalej pójdzie. Wątek pracy w barze wypada zachęcająco, choć na razie nie można wiele o nim powiedzieć. Podobało mi się również pojawienie się nowego Hobgoblina, Urich zasługuje na bycie znanym bad guy'em. Herc zaczyna się więc dobrze, oby teraz było tylko lepiej.
Arachnid: A ten komiks chyba czytało mi się najlepiej z całego tygodnia. Hercules bez mocy, z odpowiednim wyposażeniem daje radę. Przede wszystkim nie cacka się z bandytami (scena w tramwaju/pociągu - nie wiem, co to dokładnie było). I oczywiście nie przepuszcza okazji, żeby zaliczyć, tzn. obdarować miłością, pewną niewiastę. Osobiście nie jestem jakimś wielkim fanem Herculesa, ale ten komiks bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Rysunki też przyjemne dla oka. Mam nadzieję, że kolejny numer będzie jeszcze lepszy od tego. Z pewnością po niego sięgnę.

Heroes For Hire Vol. 3 #5
Mr. M.: Punisher okazał się nieskuteczną bronią w rękach Puppet Mastera. Nie potrafił trafić Misty, za to Misty potrafiła wyłączyć z akcji Mastera. Sam ich pojedynek niestety nie trzymał w napięciu. Pojawienie się Black Widow, Falcona i Moon Knighta jest dobrą sceną, lecz sama walka nie odgrywa tu większej roli. Najlepiej więc wypadają sceny poza główną akcją. Paladin, który walczy nie tylko dla pieniędzy i jego pojawienie się na koniec pokazują, że jego postać wciąż się rozwija. Bardzo podoba mi się jego prowadzenie w HfH, więc liczę na więcej scen tego typu. Dodanie momentu, które wcześniej pojawiły się we śnie Misty dodało nastroju niepewności, co również jest dużym plusem. Ostatecznie, numer jest udany, choć można było z niego wycisnąć więcej.

Arachnid: Bardzo dobry numer. Wątek Misty i Punishera całkiem niezły, choć czegoś mi tam brakowało. Za to zakończenie w iście punisherowym stylu bardzo mi się podobało. Najlepiej moim zdaniem wypada scena z Paladinem i Iron Fistem. W ogóle postać Paladina jest świetnie prowadzona w tej serii. Pojawienie się Black Widow, Moon Knighta oraz Falcona dobrze przedstawione, ale sama walka dosyć słabo. Ogólnie bardzo dobra lektura i miłe dla oka rysunki.

Skaar: King Of The Savage Land #1
Krzycer: Czy tylko mnie dziwi, że te wszystkie - nomen omen - dzikusy mają swoją Organizację Plemion Zjednoczonych, na obrady której co do jednego stawiają się w garniturach? O co tu właściwie... Co?
Nie rozumiem.
Also: Ka-Zar i Sheena mają synka. Od kiedy właściwie? Pierwszy raz szczyla widzę.
Za to Skaara swawole z dinozaurami i robotami wypadły całkiem sympatycznie.
Swoją drogą - skoro wiek Skaara po raz kolejny pojawia się jako kwestia w komiksie - czy gdzieś kiedyś było wytłumaczone, czemu na Sakaarze minęło parę lat, podczas gdy na Ziemi minęło dużo mniej? Wiem, że Skaar wyszedł z planety już całkiem duży, ale chyba nawet w miniserii Paka (już nie pamiętam jak się nazywała... Skaar: Son of Hulk?) była mowa o tym, że tam parę lat mija.


Thunderbolts: From the Marvel Vault
Krzycer:
Co za prehistoria... Zastanawiam się, czy było po co to wydawać. Już nie będę męczył retorycznymi pytaniami w stylu "kto jeszcze pamięta tych Thunderboltów?", ale w sytuacji, gdy grupa zdążyła pięć razy zmienić status quo, a Jack Monroe odszedł na śmietnik historii (nawet nie chce mi się sprawdzać kto, kiedy i w czyim komiksie go zabił) ten komiks nijak się ma do jakichkolwiek obecnie wydawanych historii...
Mr. M.: Drugi Marvel Vault wypadł w moich oczach gorzej niż poprzedni. Szczerze mówiąc, nie widzę wielkiego sensu na wydawanie tej historii teraz. Może lepiej byłoby zaczekać na lepsze okoliczności. Z drugiej strony, okoliczności na nawiązanie do Nomada mogą nie nadejść szybko. Sama historia to w miarę przyjemna, nieco oldschoolowa fabuła. Nie wzbudza wielkich emocji, nie zapada w pamięć. Typowy średniak. Muszę jednak napisać, że sama idea Marvel Vault bardzo mi się podoba. Liczę na niewydane historie dot. któregoś z lubianych przeze mnie herosów.

Uncanny X-Men #534.1
Krzycer: Po pierwsze, Gillen jest trzecią po Parkerze i Aaronie osobą która załapała, o co chodzi w point one.
Po drugie, niestety zostało mu parę nawyków po Fractionie jak np. wciskanie Namorowi "Imperius Rex" w usta przy każdej okazji. No, może w tym komiksie pada tylko raz, ale i tak od czapy.
Po trzecie, Namor ma później kilka w miarę zabawnych tekstów, które - wypowiedziane przez niego - robią się szalenie zabawne, więc wybaczam punkt drugi.
Po czwarte, wątek Magneto - kluczowy - jest poprowadzony bardzo porządnie, a sam Magneto pisany jest niemal tak dobrze jak u Carey'a.
Po piąte, w ewangelii według Gillena Magneto zniszczył pocisk z Breakworldu. Co przeczy temu, co widzieliśmy u Fractiona, ale ponieważ to, co widzieliśmy u Fractiona było idiotyczne, bardzo mnie to cieszy. Już drugi tydzień z rzędu. :) Co prawda to nie załatwia tego, jakim cudem Magneto mógł to zrobić, biorąc pod uwagę magiczne zabezpieczenia tego pocisku i tak dalej, ale lepiej już tego nie rozgrzebywać.
avalonpulse190g.JPGPo szóste, Pacheco bardzo ładnie to wszystko zilustrował. Choć rysowanie wszystkich pań jako modelek o nieskazitelnej cerze (to może być winą kolorysty) jest naciągane już w wypadku specjalistki od PRu, a jeszcze 25-letnia pani burmistrz... Zaraz, coś mi tu znajomo wygląda... Czy to ten sam kolorysta który nadaje wszystkim buraczaną cerę w Invincible Iron Man? Jeśli tak to zrzucam winę na niego. W każdym razie Magneto dobrze wyszedł.
Po siódme, dlaczego nie zobaczyliśmy tego "instant-iconic" zdjęcia Magneto? Skoro fotograf mówi, że je zrobił, to zdecydowanie w końcówce powinno się je pokazać na pierwszej stronie jakiejś gazety. Show, don't tell.
Po ósme, redaktor i/lub osoba odpowiadająca za korektę powinni mieć obciętą pensję. Literówki, przesunięte dymki zasłaniające mówiących (to akurat tylko na jednym kadrze, ale i tak - to nie powinno się zdarzyć).
Po dziewiąte [fan mode], Magneto uratował San Francisco przed trzęsieniem ziemi, how awesome is that? [/fan mode]
Podsumowując: bardzo dobry point one, bardzo przyjemny sam z siebie, wpadki głównie techniczne, do rysownika i scenarzysty trudno się przyczepić. O ile Herc lub HfH mnie bardzo nie zaskoczą, to chyba będzie numer tygodnia.





Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse190a.jpgHeroes For Hire #5 (Thor Goes Hollywood Variant)
Autor: Greg Horn

Demogorgon: Ta okładka odwołuje się do wewnętrznego fanboya, który siedzi w każdym z nas. Do fanboya, który domaga się Ostatecznego Pojedynku Ostatecznego Przeznaczenia. Thor kontra Szczęki, w bardzo dynamicznym starciu. Na kogo stawiacie?








avalonpulse190b.jpgSkaar: King of the Savage Land #1
Autor: Michael Komarck

Hotaru: Nie przepadam za Hulkiem. Jeszcze bardziej nie lubię Rulków, Skaarów i innych pseudoklonów jednej z bardziej topornych marvelowych postaci. Jedynym wyjątkiem potwierdzającym tą regułę, jest She-Hulk. Której nie ma na tej okładce. Dlaczego wiec ją wytypowałem? Bo chociaż mógłbym zignorować świetne tło, ciekawą perspektywę, detale, genialną grę światła i cienia oraz dynamikę, tak hipnotyzujących radioaktywnych oczu o niesamowitym szmaragdowym odcieniu zignorować nie mogę. Mogłaby to być czarna plama i jarzące się na jej tle oczy, a też bym to wytypował.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacieNew Spoilerownia - 2011.04.06


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: PuppetMasterRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.