Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #184 (28.02.2011)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 28 lutego 2011Numer 9/2011 (184)



Marvel po raz kolejny obdarował nas pokażną ilością komiksów. W tym tygodniu najwięcej emocji wzbudzały pożegnania. Jedno miało miejsce w najnowszym TASM, drugie stanowiło pożegnanie jednego z członków rodziny, ale i również z serią Fantastic Four. Dużo działo się też wśród mutantów. A wśród nich prym wiedzie oczywiście Age of X. Ponieważ dzisiejszy numer jest dość obszerny, to by nie przedłużać powiem tylko: przyjemnej lektury.



Amazing Spider-Man #655
Undercik: Pierwszy komiks z tego tygodnia jaki przeczytałem i już wiem, że będzie to numer tygodnia. To było rewelacyjne! Jednak na początku nic tego nie sygnalizowało. Pierwsze wrażenie - o matko, znów źle z rysunkami. Ku memu zaskoczeniu, w momencie kiedy fabuła przeskoczyła na sen Parkera, szata graficzna o dziwo mi się spodobała. Sam fakt, że Slott zdecydował się w pierwszej połowie numeru zdecydował się, aby skorzystać z "'Nuff Said" jest wielkim plusem. To było chyba najlepsze wyjście, aby pokazać pogrzeb, a potem przejść odpowiednio do głowy Petera. Tam zaczął się już majstersztyk. Slott świetnie pokazał i do tego ładnie przechodząc ze sceny do sceny, wszystkie śmierci związane z otoczeniem Spider-Mana. Twist z Ciocią May przeistaczającą się w Marlę nasuwa natychmiastowe skojarzenia z OMD. No i tu się mi nasuwają mi się pytania. Czy Marvel powoli nie otwiera sobie furtki do uświadomienia Parkerowi tego, że zawarł pakt z Mephisto? Moje obawy pojawiły się w momencie, kiedy wszystko zaczęło się toczyć w kierunku tego, aby Spider-Man mordował złoczyńców. Cap w telewizorze, Punisher i Wolverine robiący jatkę w barze, Sentry niszczący Carnage'a. Na szczęście całość dobrze dopina postanowienie Spider-Mana, które jest fenomenalną sceną zresztą. Po co zabijać przestępców skoro mogę się sprężyć i nie pozwolić nikomu zginąć. Takie proste i takie pajęcze.
W ogóle z całego tego snu można wyciągnąć kilka interpretacji. Na przykład, że ocalenie May przed śmiercią spowodowało, że tą martwą osobą będzie Marla. Albo, że chyba muszę to skończyć, bo za bardzo próbuje napisać co autor miał na myśli, jakby to była matura z języka polskiego.

avalonpulse184b%20%5B1600x1200%5D.JPGMr. M.: Ostatnio pisałem, że (chyba) jest na co czekać. I faktycznie było. I nadal jest. Nowy numer Spideya okazuje się być najlepszym scenariuszem odkąd Slott przejął serię. Właściwie jest to jeden z lepszych i bardziej pomysłowych komiksów Marvela, jakie ostatnio wydaje. Pogrzeb bez dialogów robi ogromne wrażenie, a wejście Jonaha do kościoła to po prostu genialna scena. Dawno nie było śmierci na łamach ASM, który byłaby tak dobrze przedstawiona. Właściwie to teraz przypominają mi się tylko scenariusze DeMatteisa i śmierć Gwen Stacy, które są przykładami świetnie zaprezentowanych zgonów. To, co stanowi jednak o sile tego numeru to dość surrealistyczna sekwencja snu Parkera, w którym bije się z własnymi wyrzutami sumienia. Na uwagę zasługują też świetne przejścia między scenami w koszmarze Petera, a sieczka w barze (Scourge, Punisher, Wolvie mordujący bohatera czy Cap w telewizorze) jest genialna. Co więcej, we śnie pojawiają się chyba wszystkie osoby, jakie zginęły w otoczeniu Petera, można więc zrobić sobie małe who is who. Pojawia się nawet także Spider-Mobile. Ostatecznie Spider-Man postanawia, że nikt nigdy więcej nie zginie w jego otoczeniu. Czy oznacza to brutalniejsze działanie Pająka? Zobaczymy. Na deser debiut niestroniącego od przemocy Massacre, który designem nie zachwyca, poziomem mocy pewnie też nie, lecz dla Spider-Mana bez pajęczego zmysłu będzie pewnie jak znalazł. Ciekawe czy brak zmysłu odbije się również na innych tytułach ze Ścianołazem.
Pete: Chyba dawno nie miałem tak mieszanych uczuć w stosunku do jakiegoś numeru. Z jednej strony fenomenalnie poprowadzona i oryginalnie przedstawiona historia. Z drugiej tragiczna kreska, która uratowała się tylko faktem, że im dalej w las, tym mniej twarzy. No i ta końcówka. Zwyczajnie nie mogę pozbyć się tego uczucia, że to już było. Kolejna tragedia, rozterka, wielkie postanowienie, które w ostatecznym rozrachunku niczego nie zmienia - Peter nadal ratuje i nadal nie ma zamiaru strącić nikomu włosa z głowy.
Zostaje mi tylko czekać na kolejne numery z nadzieją, że wbrew temu, czego nauczyło mnie doświadczenie po komiksie, dwóch wszystko i tak będzie wyglądało, jakby nic się nie wydarzyło.
Poza tym, tylko mi nie pasuje tam Cap? Nawet jeśli faktycznie ma na liczniku pluton nazistów, to współcześnie i tak jest przeciwnikiem zabijania, co zresztą tyczy się też towarzyszy: Wolverine na początku New Avengers, Punisher podczas Civil War. Spider-Man prędzej widzi w nim kogoś takiego.
avalonpulse184c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Krzycer: Rewelacyjne sekwencje z pobudką Jamesona i na pogrzebie. Koszmar Parkera miał swój urok - zwłaszcza surrealistyczna panorama miasta. Ale, niestety, ciągnie się za mną poprzedni numer. Nie podobała mi się śmierć Marli. Nie podobał mi się Smythe jednym ciosem powalający pięciu Avengerów na raz. Zgaduję, że Slott celował we wrażenie, że ta śmierć jest tragiczna bo przypadkowa, ale dla mnie było po prostu niechlujnie napisana.
I z tego bierze się kolejny problem - w finale Jameson mówił, że nie oskarży Spider-Mana bo tym razem to wszystko było jego winą... I w sumie ma rację. Wielkie postanowienie Petera wykrzyczane z dachu świata (romantyzm, Konrad, te sprawy) jest o tyle - nie wiem, dziwne, nieuzasadnione - że w przeciwieństwie do wujka Bena (czy nawet zgonów z Grim Hunt) nic tutaj nie zawinił. Już bardziej winni powinni się czuć jego kumple z Avengers, którym wszystkie moce funkcjonowały jak należy.
Więc... To dobry numer. Ale ciąży na nim poprzedni i strasznie przeszkadza mi w odbiorze.

Arachnid: Stratę po śmierci kogoś powinno się przedstawiać właśnie w taki sposób. Bez zbędnych słów. Niestety rysunki - co tu dużo mówić - są brzydkie. Ale na szczęście fabuła jest rewelacyjna. Sen Parkera, jego rozterki i wielkie postanowienie są na duży plus dla całości. Ogólnie numer bardzo dobry. 9/10.

Avengers Vol. 4 #
10

Hotaru: Cóż mogę powiedzieć - John Romita Jr. przeszedł samego siebie. O ile pierwszych kilka stron próbują ratować jeszcze inkerzy i koloryści, tak od połowy numery i oni dają za wygraną. Nie dziwię się - tego, co nabazgrał Romita nie uratowałby Michał Anioł. Trudno mi się wypowiadać na temat samego scenariusza, bo rysunki nastawiły mnie do niego totalnie negatywnie i nie jestem w stanie powiedzieć, czy wszystkie zarzuty, jakie mam, są obiektywne, czy tylko wywołane szkaradną grafiką. Jeśli to jest flagowy tytuł o Mścicielach, to ktoś powinien zdjąć płótno z masztu i je wyprać, zeszyć, a najlepiej wymienić na nowe.
avalonpulse184d%20%5B1600x1200%5D.JPGMr. M.: Póki co, żaden numer Mścicieli nie zachwyca. Scenariusz jest niezbyt dobry, a rysunki, jak zwykle, dodatkowo obniżają wartość komiksu. Ponadto mało się tutaj dzieje. Thor, Red Hulk i Namor pokonują jakiegoś podwodnego stwora, rozmowy Iron Mana ze Stevem już nie są tak zajmujące jak wcześniej. Walka w dawnej bazie X-Men nie robi wrażenia, a komediowa scena ze Spider-Manem i Protectorem nie śmieszy. Mam nadzieję, że teraz Hood rozrusza serię, bo teraz niezbyt „Avengers” mi się podoba.
Krzycer: Nie sądziłem, że to napiszę, ale chyba chciałbym, żeby Romita wrócił do rysowania Parkera w cywilu. Pewnie, wyglądał wtedy jak Mad Thinker. W kapturze wygląda jak... Jak się nazywał zakapturzony stworek z He-Mana? A może myślę o jakimś draniu z Troskliwych Misiów? W każdym razie - nieodparcie kojarzy mi się z jakąś dobranocką.
A poza tym... Fajne pomysły na ukrywanie klejnotów (choć co to właściwie znaczy, że Xavier ukrył swój w programie? Danger Room nie działa jak, dajmy na to, Tron - nie wsysa przedmiotów do komputera. Nie mówiąc już o tym, że po buncie Danger, Danger Room w Instytucie nie został naprawiony do jego zburzenia...). Gorzej z ich wykorzystaniem. Rysunki brzydkie, akcja niemrawa, Beast (znowu!) przestał być kotem...
Znowu wychodzi na to, że im więcej Hooda tym lepiej ;) .

Arachnid:
Paskudne rysunki to największy minus całej tej serii. Poza tym fabuła też jakoś nie porywa. Według mnie jest tutaj za dużo postaci, które są tylko dlatego, że były wolne miejsca. Konfrontacja z Hoodem zapowiada się nawet ciekawie. Dialogi są OK. Scena ze Spider - Manem i Protectorem bez rewelacji. O wiele bardziej podobała mi się scena z Ant-Manem i Iron Fistem. 4/10.

Captain America #615
Pete: Steve please come back...
No więc mamy jeden proces, który kończy się, rzecz jasna, szczęśliwie. Niestety, nie dostałem nawet jednej strony na odreagowanie tej całej pseudointrygi, bo już zaczyna się druga rozprawa. Sam nigdy nie wymyśliłbym tak idiotycznej historii. Już nawet nie będę mówił, że ten wewnętrzny monolog nowego Capa to dość kiepska podróbka oryginału. Generalnie Bucky jakoś do mnie nie przemawia. Nawet nie chodzi o to, że nie jest tak "patriotyczny" jak Rodgers. Steve zwyczajnie zawsze kojarzył mi się z gościem, który używa głowy. Barnes jak na super szpiega, w którego zawodzie cierpliwość to zdawałoby się jedna z podstawowych cech, ma poważne problemy z samokontrolą.

Arachnid: Wcześniej Bucky jako Cap sprawdzał się całkiem przyzwoicie, ale ostatnio jest z tym gorzej. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy. Natomiast Sin jako Red Skull jakoś zupełnie do mnie nie przemawia. Co do samego numeru to jest on raczej przeciętny. Jak na zakończenie historii, która całkiem nieźle się zapowiadała, to spodziewałem się czegoś lepszego. A tak bez większego zaskoczenia. 5/10.
chimp: Zapowiadało się ciekawie i nawet początek był dobry. Ale im dalej, tym gorzej i dziwniej. A końcówka to już w ogóle jakaś parodia spraw sądowych i cliffhangerów. Szkoda, że dalej planują ciągnąć ten cyrk, zamiast skupić się na jakiejś ciekawszej historii. Ocena 4/10.

Ender's Game: Speaker For The Dead #2
Hotaru: Podoba mi się. Obawiałem się, że Aaron Johnston okaże się gorszy w sztuce adaptacji, niż jego bardzie doświadczeni poprzednicy. Okazuje się jednak, że dotrzymuje kroku zarówno Chrisowi Yostowi, jak i Mike'owi Careyowi. Zmian w stosunku do powieściowego oryginału nie dało się uniknąć, ale są wyważone i całkowicie logiczne, nie wpływając przy tym na wydźwięk historii. Jestem usatysfakcjonowany. Podobnie prace Popa Mahna bardzo mi się podobają. Jego wersja prosiaczków wybitnie przypadła mi do gustu, a interpretacja wioski Milagre i jej mieszkańców może i różni się od mojej, ale nie znaczy to, że jest gorsza. Jak do tej pory, jestem bardzo zadowolony z tego projektu. Oby tak dalej.

Fantastic Four #588
Pete: Ludzie odpowiedzialni za ten numer naprawdę mogli najpierw rzucić okiem na nowego Pająka. Skoro uparli się na uniknięcie dialogów i narracji, mogli chociaż zobaczyć jak powinno prowadzić się taką historię. Jedyn,e co mi się podobało to tych kilka ujęć z Reedem otwierającym portal do Negative Zone. Poza tym za duży chaos. Przeskakiwanie ze sceny do sceny sprawiło, że osobiście nie byłem w stanie wczuć się w te emocje, które prawdopodobnie miały im towarzyszyć. No, ale nie żebym narzekał - istnieje spora szansa, że w FF pojawi się ciekawa więź między Franklinem i Spider-Manem, a to zawsze dobra rzecz, kiedy bohaterowie robią coś więcej poza staniem obok siebie.

Krzycer: Biorąc pod uwagę wszystko, co napisałem o tegotygodniowym Spider-Manie ten numer FF podobał mi się - choć ASM góruje, bo gdy nie ma dialogów ciągłość akcji służy komiksowi, a tu mamy rozbicie na nie powiązane ze sobą scenki i niektóre są dużo słabsze. Najlepiej wypadła Valeria odcinająca się od taty polem siłowym i planująca następną lekcję oraz Thing dający upust swoim emocjom na pustyni.avalonpulse184e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Dodatkowa historia z Pająkiem i Franklinem - fajna, ciepła. Ale jeśli pomysłem na ten numer było pozbawienie go dialogów, to ten dodatek stawia go pod znakiem zapytania. I tak sobie myślę, czy większego wrażenia nie zrobiłoby na mnie, gdyby ta część również (albo zamiast) była ich pozbawiona. Że trudno wtedy przekazać złożone treści? Ale tu ich przecież nie ma! A poza tym - da się, że przypomnę numer "'Nuff said" New X-Men Morrisona z psychiczną operacją Jean i Emmy na Xavierze by uwolnić go spod wpływu Cassandry. Tam sięgnięto po rebusy pojawiające się nad głowami bohaterów i tu też, jak sądzę, coś podobnego mogłoby się sprawdzić.
I jeszcze na koniec - co jest tym rysownikom, że zawsze kiedy w Baxter Building zbiera się większa grupa bohaterów pokazują to z takiej perspektywy by byli stłoczeni jak w tramwaju? (Piję do kadrów z Civil War).
Mr. M.: Kolejny cichy pogrzeb w tym tygodniu, niestety gorszy niż pożegnanie Marli. Jest kilka dobrych scen, jak wyładowanie frustracji przez Thinga czy moment, gdy pojawia się grób Johnny'ego. Jako całość jest jednak zbyt poszatkowany. Zdecydowanie przestawienie miesiąca żałoby na tych kilkunastu stronach było złym pomysłem. Lepiej było skupić się na mniejszym wycinku czasowym. Pojawienie się Spider-Mana i jego dialog z Franklinem bardzo przewidywalny, spodziewałbym się lepszego wykonania po Hickmanie. Ogólnie numer, mimo iż nie najgorszy, zawiódł mnie.
Arachnid: Strata po śmierci bardzo dobrze przedstawiona. Brak zbędnych dialogów. Reakcje poszczególnych postaci też na duży plus. Zwłaszcza reakcja Sue, która chce się odizolowac od wszystkiego i w samotności przeżywać stratę. Reakcja Bena, który chce wyładować swoją złość również OK. Rozmowa Spider - Mana z Franklinem też całkiem nieźle. Ogólnie numer bardzo mi się podobał. 9/10.

Invincible Iron Man #501
Mr. M.: Iron Man będzie budował nowe miasto, udziela długiego wywiadu w telewizji, zostaje zmuszony przez Octopusa do uratowania mu życia, Electro i Sandman porywają jego współpracownika, a do tego sceny sprzed kilkunastu lat, z pierwszego spotkania Starka z Octaviusem. Dzieje się więc sporo, a mimo to komiks nuży. Dialogi są czerstwe, fabuła się ciągnie, wszystko mogłoby być pokazane o wiele krócej. Ostatecznie jednak plan Otto wydaje się działać i jego gra na arogancji Tony'ego pomaga. Nie jest ciekawie, lecz liczę, iż doczytam do końca tę historii.


Iron Man 2.0 #1
Krzycer: Ciekawa zagadka... Której rozwiązanie odgadujemy na długo przed tym jak zostaje ujawnione (a to, czy za ujawnienie weźmiemy ostatnią stronę czy widoczną wcześniej zgodę na pobranie organów to już nasza sprawa). A ponieważ ta zagadka była jedyną interesującą rzeczą w tym numerze. Po następny raczej nie sięgnę.

Mr. M.: Miałem nadzieję na przyjemną lekturę, lecz srodze się zawiodłem. Jest nudno. Wątek tajemnicy się rozwiązuje, przez co seria traci swój największy plus już na samym początku. Dialogi są czerstwe, a pomysł pokonania Iron Mana przez robota Blizzarda jest strasznie pretekstowy. Jedyne, na co można liczyć w przyszłości, to dobre sceny walki i relacje Rhodesa z ludźmi z bazy wojskowej. Na razie jednak jest słabo.

Namor: The First Mutant #7
Krzycer: Nadal nie wiem, skąd ten Doom wiedział, że jest potrzebny. Nadal nie wiem, po co mu to wszystko, a kiedy jeszcze mówi o tym, jak walczył ramię w ramię z Namorem przeciw nazistom, to już naprawdę się gubię.
Ale poza tym ma parę fajnych akcji. A i Loa nie robi tam tylko za ozdobę, więc jest nieźle.
Tylko ten Olivetti... Jak można tak schrzanić takie samograje jak fantazja Namora o Sue i Emmie? Toż to materiał na fototapetę powinien być, a tu... Strach w oczy kole.


New Mutants Vol. 3 #
22

Hotaru: Druga część Age of X jest równie dobra fabularnie, jak i pierwszy rozdział. Dlatego nie będę się powtarzał i skupię się raczej na różnicach w warstwie graficznej. Odpowiada mi bardzo styl Claya Manna. Zgoda, nie pozostaję ślepy na pewne braki, ale w ogóle wrażenie mam wybitnie pozytywne. W przypadku Steve'a Kurtha, który narysował ten numer, nadal jestem zadowolony, ale już nie tak bardzo. Artysta ma potencjał, niektóre kadry - szczególnie zbliżenia na twarze - są bardzo dobre, ale zdarza mu się walnąć jakiegoś paszkwila, który równoważy te perełki. Całość sprawia wrażenie niedoszlifowanego kamienia szlachetnego - nie diamentu, ale kto by się skupiał na rozróżnianiu błyskotek. Mając na uwadze to, co Kurth robił w jednym z tytułów Ultimate wiem, że stać go na więcej.

Power Man And Iron Fist Vol. 2 #2
Krzycer: Zastanawiam się, ilu odniesień do Lady Gagi nie wyłapałem. W każdym razie ostatnia strona mnie rozłożyła. Van Lente zapełnia świat Marvela tak przekombinowanymi łotrami, że głowa mała - a jednocześnie udaje mu się balansować między komizmem a w miarę poważną akcją, nie pogrążając się w otchłani autoparodii. Na razie.
Swoją drogą, nie miałbym nic przeciwko pojawieniu się paru złych gości z jego mini o Taskmasterze.
Na dodatek nowy Power Man powoli robi się znośny (choć nadal daleko mu do bycia interesującym). Tylko sekwencje w szkole są dość drętwe...


Punisher: In The Blood #4
Krzycer: O. Z jednej strony - zastanawiałem się, skąd niby zmartwychwstała Maria miałaby mieć przeszkolenie wojskowe, więc miło, że to było przemyślane.
Z drugiej strony to jej obecność była mocnym akcentem, a tak...
Ale i tak jest dobrze. A ja nawet nie lubię Franka. Ten Remender to zdolna bestia.
Mr. M.:
Trochę mniej przypadło mi do gustu niż poprzednie brodzenia we krwi Franka, aczkolwiek nadal czyta się przyjemnie. W końcu wiemy, co jest nie tak z żoną Castle'a, Stuart spotyka swój koniec, chłopak zauważa kłamstwa i wszystko każe oczekiwać agresywnego starcia w finale miniserii. Remender nadal udowadnia, że pisze dobre scenariusze.

Secret Avengers #10
Hotaru: Nie wiem, dlaczego to jeszcze czytam. Ani rysunki Deodato nie dorastają do pięt temu, co artysta prezentował w ostatnich numerach Dark Avengers, ani skrypt Brubakera nie ma w sobie ani jednego elementu, który by mnie zainteresował. Dotrwam chyba do końca runu scenarzysty, ale potem pożegnam się z tym tytułem. Nie będę tęsknił, nie mam za czym.
Mr. M.:
Zakończenie historii jest odrobinę lepsze od tego, co działo się poprzednio. Co nie znaczy, iż ten numer jest dobry. Cały story arc jest doskonałym przykładem niewykorzystanego potencjału. Jedynie kilka zachowań Moon Knighta, Valkyrie i Steve'a jakoś tam się bronią, lecz jest to zdecydowanie za mało. Lubię Brubakera za Sleepera czy Incognito, lecz przy Secret Avengers się nie popisał. Miał za to dość przyzwoitości, by samemu się do tego przyznać.

Thor #620
Hotaru: Nadal twierdzę, że rysunki Ferry'ego mają potencjał. I nadal uważam, że kolory Holingswortha nie pozwalają im rozwinąć skrzydeł, wręcz ciągnąc je w dół. Co się tyczy fabuły, to cóż... Zeszyt ma swoje momenty. Chociaż jest ich jak na lekarstwo i giną w miażdżącej nijakości. Zupełnie nie czuję, że stawką jest los wszystkich królestw, Ani na moment nie sądzę, że antagoniści stanowią realne zagrożenie. Jestem emocjonalnie odcięty. Szkoda. Miałem nadzieję, że może przygody Thora będą mnie obchodzić trochę dłużej.

Ultimate Comics Doom #3
Hotaru: Bardzo dobrze mi się ten komiks czyta i ogląda. Może i nie jest to Mount Everest komiksu superhero, ale co z tego - widoki z Rysów również zachwycają malowniczością. Nie ma żadnych zgrzytów, wszystko gładko sunie ku finałowi, każda z postaci dostaje swój moment i wszyscy są zadowoleni. Tym bardziej, że Rafa Sandoval nie odwala fuszerki i wyniki jego pracy mogę określić jednym słowem - spektakularne. Jaka szkoda, że to już przedostatni numer...

Ultimate Comics Spider-Man #154
Hotaru: Oj, z każdym kolejnym numerem przepaść pomiędzy Pichelli a Lafuente jest coraz głębsza. Obawiam się, że niedługo będzie nie do przebycia. Nad czym pracuje teraz Lafuente, że nie może się przyłożyć nawet do tych marnych kilku stron, które zostały mu przydzielone? A może się wkurzył, że nie jest już jedynym artystą i postanowił sabotować ten projekt? Nie wiem... Sama fabuła trochę mnie zawiodła. Uważam, że ukłon w stronę slapstickowej komedii pozbawił fabuły fajnego wydźwięku. Bendis jest dobry w dodawaniu elementów komediowych, ale nie powinien tego robić za wszelką cenę.

Uncanny X-Men #533
Krzycer: Chyba trzeba rozbić ocenę na trzy części.
Rysunki to niby typowy Land, ale mam wrażenie, że przestał kopiować całe sylwetki i zamiast tego zszywa postaci z kilku różnych wzorów, tworząc miejscami koszmarne potwory. Chyba najwyraźniej widać to na pierwszym kadrze z Kitty wbijającą rękę w Shawa - jej postawa nijak nie pasuje do położenia tej ręki. A potem zdarzają się jeszcze brzydsze stwory jak pseudo-Storm na imprezie u Lobe'a.
Fabuła jest nadal nienajgorsza, choć szczegóły skrzeczą. Zapełnienie sali bandą frajerów, którzy nagle dostali moce nie powinno być aż takim zagrożeniem dla obecnych tam X-Men. Ta banda przeciwników, na chłopski rozum, ani nie powinna umieć walczyć, ani tym bardziej działać zespołowo. Dla porównania - pięcioosobowy oddział X-Men w Messiah Complex podjął równą walkę z Acolytes i Marauders jednocześnie... Ale to w sumie detal.
Dialogi są co najmniej dobre. Nie wiem, czy to Fraction czy Gillen wkłada teraz słowa do ust bohaterów (obstawiam tego drugiego, ale to niczym nie poparte przypuszczenie), ale podoba mi się.
Ogółem jest co najmniej nieźle. A jak tylko odejdzie Fraction...


X-23 Vol. 2 #6
Hotaru: Podobnie jak to było w przypadku Ultimate Comics Spider-Man #154, zmiana rysowników wybitnie nie przysłużyła się temu komiksowi. Bardzo estetyczne i pięknie pokolorowane rysunki Willa Conrada gryz się z narysowanymi na kolanie i nienatchnionymi stronicami Lopeza. Do skryptu się nie przyczepię. Nie śledzę za bardzo historii Ms. Sinister, więc cokolwiek by scenarzystka nie postanowiła z nią zrobić, raczej bym to przełknął. Uważam zresztą, że to zakończenie ma w sobie pewną dozę elegancji.
Krzycer:
Z jednej strony pomysł Liu na to, kim właściwie jest Claudine jest identyczny z moimi domysłami (...i pomysłem na fanfic :)). Z drugiej to, na co ja nie wpadłem - że będzie z niej próbował wykluć się Essex - zupełnie mi się nie podoba. Ale wygląda na to, że to już koniec tego wątku. Pozostaje pytanie co z Claudine zrobi Miss Sinister-bis.
Reszta - zachowanie Laury i jej relacje z Gambitem - jak najbardziej w porządku.

chimp:
Trochę się zawiodłem. Ogólnie to nie był zły numer. Ot, taki średniak. ale wcześniejsze numery trzymały lepszy poziom. Do tego jeszcze ta ciągła mieszanka rysowników tym numerze spowodowała artystyczny bałagan. Szkoda, że Conrad nie robił całego numeru, bo Lopez mnie nie zachwycił. Ocena 5.5/10.

X-Men Legacy #245
Hotaru: Nareszcie! Carey nie żartował, kiedy mówił, że Age of X będzie historią, dzięki której na stale w pisze się w panteon x-scenarzystów. Już pierwszy numer powala klimatem. To nadal moje ulubione postaci, ale na tle, które wydaje się jednocześnie świeże, tajemnicze i intrygujące, ale i komfortowo znajome jednocześnie. Zaś to, czego dokonał Clay Mann przeprojektowując bohaterów, to czysta poezja. Zgoda, scenom akcji przydałoby się trochę więcej teł, ale co z tego, kiedy pierwszy plan zachwyca tak mocno, że nie patrzy się już na drugi. Niektóre kadrowania, wybór perspektywy, są tak fenomenalne i wybitnie wspierają scenariusz, że nie mogę wyjść z podziwu. Od czasów Dark Reign: Elektra Mann zawsze rysował dobrze, ale nigdy tak klimatycznie. Jestem zachwycony.

X-Men: To Serve And Protect #4
Hotaru: Sięgnąłem po ten komiks, aby zobaczyć zakończenie historii z Anolem i Rockslidem (nie zawodzi), a całkiem niespodziewanie dostałem też dwie inne fajne historyjki. Randka Gambita i Hellcat od państwa Immonen, czy historia znajomości Psylocke i Herculesa autorstwa Jamesa Asmusa to prawdziwe komediowe perełki. Jedynie przez historię o Dazzler nie przebrnąłem - za względu na rysunki i główną bohaterkę. Allison nie była interesująca od czasów Fall of the Mutants. Ale podsumowując - zaskakująco dobry numer.
Krzycer:
Ożesz ty! To się rzadko w marvelowych antologiach zdarza - na cztery historyjki jest tylko jeden słaby punkt... A jest nim pseudoszekspirowski angielski Herculesa którego Herc wyzbył się już jakiś czas temu.
Poza tym - X-Dudes Yosta rządzili i rządzą nadal, państwo Immonen przedstawili tak absurdalną randkę Hellcat z Gambitem że całkowicie mnie kupili po paru stronach, tête-à-tête Psylocke z Herculesem wygrywa mimiką bohaterów na paru kadrach i nawet podczas kosmicznej bzdury z Dazzler uśmiechnąłem się dzięki urywkowi z gazety i doktorowi Bongowi (!).
Pozytywne zaskoczenie tygodnia.


X-Men Vol. 3 #8
Hotaru: Jest dobrze, nawet lepiej niż się spodziewałem. To zasługa Chrisa Bachalo, chociaż nie mam tu raczej na myśli jakości jego rysunków, ale fakt, że bardzo dobrze wspominam jego współpracę z Mikiem Careyem przy bezprzymiotnikowych X-Men i ten numer wybitnie przypomina mi tamten klimat. Cieszy fakt, że Wolverine nie zawładnął całym numerem. Drobne uszczypliwości Storm i Emmy są całkiem smaczne i tylko Spider-Man jest trochę bardziej sztywny, niż bym oczekiwał (ale może to dlatego, że mam wyrytą w głowie wersję Bendisa). Kolejny dobry numer Gischlera - kto by się spodziewał.

Krzycer: Gischler odpuścił sobie wampiry i poziom serii skoczył co najmniej o klasę. Jest tu klimat, nawet, jeśli komiks opiera się o łopatę byle czytelnicy zrozumieli, że to historia o nich. I jest coś, czego w Curse of the Mutants okrutnie brakowało - autentycznie zaskakujący cliffhanger.
Do tego Bachalo, który nie jest w szczytowej formie ale i tak co parę stron potrafi albo zauroczyć szeroką perspektywą albo zaintrygować jakimś detalem. Idiotyczne tylko - i niepotrzebne - było wejście w świat gry. Chyba, że to wizualizacja wyobrażeń gracza na temat gry.
Jeszcze garść uwag ogólnych - podoba mi się, że Gischler wziął grupkę mutantów i wykopał ją gdzieś w cholerę, z dala od Cyclopsa, Utopii i jej stukilkudziesięciu mieszkańców. Jeszcze bardziej podoba mi się kontynuowanie wątków z historii spoza mutanciego getta. A że mowa o Shed, to już w ogóle jestem wniebowzięty. Tę serię reklamowano jako tytuł, w którym świat mutantów będzie się spotykał z resztą uniwersum - i gdyby miało to wyglądać tak, jak tutaj, to jestem jak najbardziej na tak.
Ale i tak cieszę się, że na parę numerów stery przejmie Yost.


avalonpulse184f%20%5B1600x1200%5D.JPGAge of X (Chapter I & II)
Krzycer: Opisuję razem, bo to jedna historia, przeczytałem je jeden po drugim i w ogóle oddzielanie ich wydaje mi się stratą czasu, bo o obu myślę to samo. Rewelacja.
Zgodnie z zapowiedziami Careya - jesteśmy wrzuceni w sam środek akcji, której bohaterowie - nawet wykręceni na różne, zaskakujące sposoby - pozostają sobą (może tylko przy Pixie/Nightmare autor ździebko przesadził). Od pierwszych teaserów nasuwały się skojarzenia z Age of Apocalypse. I choć niektóre nadal są aktualne (świat bez X-Men... zaraz, bujda, w AoA X-Men przecież powstali; więc z aktualnych podobieństw pozostaje Magneto jako przywódca i obecność kogoś, kto wie, że świat nie powinien tak wyglądać. A teraz opisuję House of M...), to klimat jest zupełnie inny. W AoA mutanci spod iksa toczyli może nierówną ale wojnę, przeciwko konkretnemu przeciwnikowi i mieli nikłą nadzieję na zwycięstwo. Tu nie ma głównego złego (przynajmniej na razie - mamy już parę sugestii, że sporo z tego, co bohaterowie wiedzą o wydarzeniach za barierą to bujda), mutanci są przyparci do muru i walczą tylko o kolejny dzień. A przede wszystkim już na ostatniej stronie pierwszego rozdziału mamy prawdziwą bombę - Xavier jest w tym świecie, więc odpowiedź na pytanie "dlaczego nie ma X-Men" nie będzie taka prosta jak się niektórym (w tym i mi) wydawało.
Pytań zresztą jest dużo więcej. Między innymi o rolę Pryde i to, co właściwie było w aparacie, ale moją uwagę zwróciła przede wszystkim Blindfold - nie tylko jako jedyna świadoma tego, że świat się zmienił, ale i jako jedyna która nie została zmieniona wizualnie, co biorąc pod uwagę wysiłek Manna w projektowanie tych wszystkich postaci, na pewno jest istotne.avalonpulse184g%20%5B1600x1200%5D.JPG
A skoro o Mannie mowa, to dokonał czegoś niesamowitego, przerabiając całe mutancie uniwersum. To zresztą nie koniec dobrej roboty, bo i ze strony na stronę się bardzo dobrze sprawdza, ale to już zdążył wcześniej udowodnić na łamach XML. Kurth ma inny styl, ale mieści się w ramach nakreślonych przez Manna, więc nic nie kole w oczy. Poza tym fajnie mu Chamber wychodzi.
W ogóle diabeł tkwi w szczegółach - jest tu ogromna ilość detali, czy w rysunkach czy w scenariuszu, które szalenie mi się podobają, choć znaczenia pewnie żadnego nie mają - takie rzeczy jak światła na rękawach Northstara, dziwna techno-medytacja Danger czy Namor grający w karty przy piwie.
Jestem niemal pewien, że mamy bardzo silnego kandydata do tegorocznych Avalonów.
Tylko nadal nie mam pojęcia kim jest piąta członkini Force Warriors, dziewczyna z warkoczem której tożsamość próbowaliśmy wytypować kiedy pojawiały się kolejne zajawki.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

avalonpulse184a.jpgDeadpool Team Up #884
Autor: Skottie Young

Hotaru: Nie oszukujmy się, nie jest to najbardziej graficznie wyczesana okładka z tego tygodnia. Ale najśmieszniejsza - na pewno. Może i przemawia teraz moje niedojrzałe poczucie humoru, ale dosłowna interpretacja nazwy rasy Watchera jako Podglądacza Łazienkowego jest moim zdaniem przezabawna. Brawa dla artysty!








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2011.02.23


Redaktor naczelny: Sc0agar4kKorekta: PuppetMasterRedaktor techniczny: Sc0agar4k
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.