Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #139 - Hulk vol. 6: World War Hulks HC

Hulk vol. 6: World War Hulks HC lt139.jpg
Scenariusz: Jeph Loeb
Rysunki: Ed McGuinness
Okładka: Ed McGuinness
Liczba stron: 112
Cena Okładkowa: $19,99
Zawiera: Hulk vol. 2 #22-24

nietendon: Jepha Loeba lubić mi jest ciężko. Znaczy, to pewnie złoty człowiek. Wygląda na takiego nawet. Wesołego, uprzejmego pana, który uśmiecha się na zdjęciach, ma zapewne trzycyfrową liczbę kolegów w branży i córkę, na ostatniej stronie piszącą jakże błyskotliwe skecze. Gdy przychodzi jednak do lektury pisanych przez niego komiksów, przestaję myśleć o nim jako o istocie ludzkiej. Bardziej wizualizuje mi się jako niszczycielska siła, swego rodzaju przykre zjawisko... lub precyzyjniej - zjawiska tego symptom.

Ogarnięcie filozofii wydawniczej Marvela jest dla mnie wyzwaniem. Edytorzy, wydawcy, redaktorzy (czy kto tym całym domem poronionych pomysłów zarządza) uparcie budują w mojej głowie wizerunek masochistów, konsekwentnie obcinających sobie złote jajka (muszę popracować nad metaforami, wiem). Dlaczego, gdy tylko wydawnictwo ma szansę zrobić coś dobrze, nonszalancko odwraca się na pięcie w stronę kolejnego kuriozum? Tak jest na każdym kroku. Uzasadnianie "Brand New Day" tym, że "obecni czytelnicy też chcą dorastać wraz z Peterem Parkerem" miałoby sens, gdyby nie istnienie linii Ultimate (która również dla wielu skończyła się na Ultimatum). Zapowiadanie powrotu bohatera na długo przed jego śmiercią, czy też "śmiercią"... whatever. Trywializacja pieczołowicie budowanej przez wielu znakomitych autorów (Straczynski, Brubaker, Pak) mitologii postaci (Spider-Man, Daredevil, Hulk) przez niepotrzebne i/lub słabe eventy (One More Day, Shadowland, World War Hulk(s)), żeby tylko mieć jakikolwiek powód do zresetowania numeracji.

Może o to właśnie chodzi. Marvel co rusz wychodzi z kolejną inicjatywą, która ma na celu zachęcenie nowych czytelników i sprawienie, żeby było przystępnie. Co jednak ze starymi, stałymi fanami serii? "Nie podoba się, to nie czytaj", tak? Ale dlaczego mam nie czytać, jeśli mi realia kreowanego od kilkudziesięciu lat uniwersum odpowiadają, a postacie wielu bohaterów najnormalniej w świecie lubię?

Krew mnie więc zalewa, gdy widzę Fractiona odbierającego Eisnera lub kolejny rekord sprzedaży miesięcznika Hulk. Bo hej, to nie jest dobry komiks.

Nie mam pretensji do Loeba w tym miejscu. Gdybym dostał możliwość pisania scenariusza do jakiejkolwiek serii dla Marvela, też bym nie odmówił. Zero mam do tego predyspozycji, doświadczenia jeszcze mniej, ale dałbym z siebie wszystko i jeszcze zgarnął konkretną wypłatę. Wierzę, że tak samo stara się Loeb. Trzeba przyznać, że jakąśtam wizję miał już od pierwszego numeru serii. Tom, na którym skupiamy się w tym tygodniu, zawiera w sobie trzy ostatnie zeszyty jego runu. Teoretycznie powinny one zamknąć intrygę rozpoczętą dwa lata temu rozstrzelaniem Abominationa w numerze pierwszym. Teoretycznie. W praktyce wszystko rozjechało się już jakiś czas temu. Historia przerosła scenarzystę, wymknęła się spod kontroli edytorom i na dobrą sprawę już podczas jej trwania wielu fanów Gamma fanaberii po prostu zrezygnowanych czekało, aż World War Hulks się skończy.

Wielki finał walki bohaterów ze złowieszczą Intelligencią obfitował w przełomowe dla gałęzi uniwersum momenty. Głównie chodzi tu o wyjawienie tożsamości czerwonych Hulków obojga płci, wprowadzonych przez Loeba podczas trwania serii. Podczas czytania tych scen jednak, zamiast wyrazu zdziwienia na twarzy, przewróciłem jedynie oczami. Cały #23, będący środkową częścią tomiku, opowiada historię Red Hulka od lat dziecięcych aż do chwili obecnej. Dzięki pierwszoosobowej narracji osiągnięty został efekt zbliżony do oglądania filmu z włączonym komentarzem. Widzimy, że dzieje się jedno, a narrator mówi nam, co naprawdę zaszło w tym miejscu. Takich dwuznacznych sytuacji jest dużo. Wydaje mi się jednak, że dużo więcej, niż Loeb pamiętał przy pisaniu tego numeru. Nie będę szukał konkretnych przykładów, bo musiałbym spoilerować. Poza tym ten komiks nie jest warty aż takiej analizy. On zły jest i ja nie chcę się w niego wczytywać.

Całość World War Hulks nabyć można w trzech tomach. I teraz uwaga - "Hulk vol.6: World War Hulks" nie jest tym najsłabszym. Tytuł grzmota roku wędruje do zbiorku "World War Hulks: Hulked-Out Heroes". Krótkie historyjki w nim zawarte nawet nie udają, że aspirowały do czegoś innego niż nawalanka na każdym kadrze. To, co tu się wyprawia, wręcz szokuje infantylizmem i głupotą. Co więcej, wydarzenia te nie mają większego wpływu na główną historię, więc nie potrafię wymiślić innego powodu do zakupu tego komiksu niż potrzeba posiadania na półce całości "WWHs".

Przykro jest tym bardziej, że pisany przez Paka trzeci tom, zbierający trzy zeszyty Incredible Hulka, nawet da się czytać. Widać, jak scenarzysta miota się desperacko, próbując wyłamać się ze schematu "dwa Hulki dowolnego koloru i płci walczą ze sobą". Pak miał pomysł na Gamma Uniwersum i go realizował. On jako jedyny ze scenarzystów rozumiał, że walka z Intelligencią polegać powinna na ciągłym planowaniu, próbach przechytrzenia przeciwnika. Nie zbudujesz jednak intrygi, gdy wokół biega kilkuset Hulków, a za partnera masz scenarzystę, który skończył się na "Kill'em All".

Bez sensu.

Bertoluccio: "Hulk vol. 6: World War Hulks HC" zbiera trzy finalne numery tytułowego crossovera i zarazem całego runu Loeba w Hulk. Mnie jednak przyszło przeczytać ten komiks z całkowitym brakiem znajomości jego umiejscowienia w szerszym kontekście wydarzeń, które przedstawia, co, jak się później okazało, wpłynęło na bardziej pozytywny odbiór całości.

Jedną z rzeczy, które często zarzuca się Jephowi, jest dowolne zmienianie historii postaci i ich charakterów oraz ignorowanie, co się dzieje w innych komiksach z tymi samymi bohaterami. Jednak, kiedy odjąć te elementy, dostajemy zazwyczaj całkiem ciekawe historie. Nie inaczej jest i tym razem. Loeb koncentruje się w swojej opowieści na Thunderbolcie Rossie - żołnierzu i ojcu, którego życie zostało nierozerwalnie związane z Zielonym Olbrzymem. W sekwencji retrospekcji pokazuje jego narastającą obsesję i pragnienie pokonania Hulka, które powoli dominuje jego życie, aby w finałowej walce pokazać, jak walcząc z potworem można się nim stać. I tak generał Ross umiera w metaforyczny (i bardziej dosłowny sposób dla opinii publicznej), a pozostaje tylko Red Hulk.

Rysunki McGuinnessa jak zwykle są bardzo przyjemne w odbiorze. Jego przerysowany styl świetnie nadaje się do przedstawiania olbrzymów, jakimi są Hulki. W czasie wspominek Rossa mamy też okazję zobaczyć innych artystów, co daje ciekawy efekt, ale trochę odciąga uwagę od samej historii.

Jak można podsumować ten komiks? Na pewno nie jest to dzieło sztuki, ale wydaje mi się, że jest to całkiem solidna lektura na wolne pół godziny.

LTminus.jpg

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.