Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #10 (24.09.2007)


Poniedziałek, 24 września 2007                                                                                            Numer: 10/2007 (10)

 

Za nami ciekawy tydzień - Marvel zaserwował nam aż trzy tytuły tworzące World War Hulk i na dodatek grudniowe zapowiedzi.

Dziesiąty Avalon Pulse to dobry moment na zadanie wam pytania o ocenę tej kolumny - zachęcamy do zgłoszenia swoich sugestii, uwag i krytyki na forum . W ramach jubileuszowego prezentu umożliwiamy Wam łatwy dostęp do wszystkich numerów Pulse'a (dostępny również z menu: Fandom -> Avalon Pulse). 

 


 

Grudniowe zapowiedzi
Gil: Grudzień jak to grudzień - dużo specjali, coś się kończy, coś zaczyna. Z tych pierwszych najciekawiej zapowiada się Giant Size Avengers oraz Holliday Special, który będzie pewnie przezabawny. Kończą się Exiles - może to i lepiej, bo od dawna jadą po równi pochyłej. Kończy się też kilka miniserii, ale od razu wyskakują nowe, jak Warbound czy Ultimates 3. Jest też zerowy numer The Twelve Straczynskiego, a w imprincie Marvel Illustrated debiutuje Iliada - może się skuszę. Ponadto, Messiah Complex w pełni, Conquest wchodzi w decydującą fazę i po raz pierwszy mamy potrójną dawkę Amazing Spider-Mana. Będzie co czytać przed świętami, oj będzie ;)

 

Jaro: Czeka nas mocny grudzień, przynajmniej teoretycznie. Co będzie najgorętsze? Na pewno początek "Brand New Day" w TASM, podczas którego będziemy mieli okazję sprawdzić, czy wydawanie trzy razy w miesiącu wyjdzie na dobre Spider-Manowi (chociaż tak naprawdę rzetelnie oceniać ten pomysł Marvela będziemy mogli dopiero po pewnym czasie, gdy zobaczymy, jak poszczególnym parom twórców idzie praca pod presją czasu). Zapowiedzi dotyczące Pająka są na całe szczęście dość enigmatyczne, co jednak jest zupełnie zrozumiałe. Dużo działo się będzie także u X-Men - grudzień przyniesie sam środek crossa "Messiah Complex", pojawić ma się też w końcu ostatni numer Astonishing. Obawy może budzić debiut pomysłowego Jepha Loeba w The Ultimates 3, lecz ten scenarzysta nic gorszego od przekozaka Romulusa chyba wymyślić już nie może, więc może nie będzie tak źle (obym się nie mylił). I jeszcze Captain America #33 ma przynieść zaskoczenie porównywalne z tym z #25. Kto jak kto, ale Bru potrafi zaskoczyć, więc ten komiks jest też jednym z tych, na które najbardziej czekam.

 

Gamart: Pierwsze w kolejce to Captain, bo zaskoczenie naprawdę może być ogromne, potem Iron Man za powrót oryginalnej zbroi. Oczywiście przebojem dalej będzie Iron Fist, bo cały turniej jest lajtowy. Giant-Sized będzie dobre, bo Spider w kontaktach z New Avengers jest zabawny. Do tego jak zawsze wysoki poziom tytułów głównych z Avengers. No dajcie spokój, wrzucić do jednego tytułu Taskmastera i Ant-Mana? Przebój. Thor już wyrobił sobie markę, więc też wyczekiwany, do tego dużo Amazingów, Ultimate tytuły. Będzie co czytać.

 

Ozz:
- Bo najwyraźniej Avengers: The Initiative jest za mało miodne, więc do obsady dołączają Taskmaster (chyba) i Eric O'Grady. Dużo słodyczy. Oczywiście to dobra rzecz, jakby ktoś nie wiedział.
- Dużo dobrych TPB-ów do kupienia (dla mnie zdaje się 9) sobie pod choinkę.
- Szkoda, że nie ma Thunderbolts, ale biorąc pod uwagę przesunięcia ostatnich numerów, całkiem możliwe, że jakiś się w grudniu pojawi, ale niekoniecznie ten, którego się spodziewano.
- Zakończenie (chyba, że jeszcze będzie ten Giant Size Astonishing X-Men, o którym się mówiło) X-Men Whedona i Cassadaya jeszcze w tym roku? Uwierzę, jak zobaczę.
- Exiles nie żyje (prawdopodobnie, aby narodzić sie na nowo). Mnie to nie rusza, bo dla mnie ta seria umarła po numerze 68-ym.
- W zapowiedziach dotyczących Ultimate Marvela największą uwagę nie zwraca to, co nareszcie jest (bo o tym było wiadomo od jakiegoś czasu, lub w przypadku Ultimate Iron Mana 2 od tygodnia), ale to, czego brakuje: nie ma Ultimate Origins. Ale nie przejmujcie się, na stronie Marvela pierwszy numer tej mini-serii do tej pory nie figuruje, więc w listopadzie też jej raczej nie uświadczymy. Szkoda, biorąc pod uwagę zapowiedzianą rewolucję w imprincie, że stare problemy wciąż żyją i mają się dobrze.

  


 

Annihilation: Conquest - Quasar #3

Gil: Jest coś takiego jak syndrom trzeciego numeru i ten komiks na to właśnie cierpi. Przed ostatnim numerem konieczne jest popchnięcie akcji i pokazanie czegoś na zachętę, ale ponieważ nie wolno pokazać zbyt wiele, resztę trzeba jakoś dopchać. Część merytoryczna tego numeru jest więc bardzo dobra, ale dopychacze już słabowite. Niestety, dopychaczy jest więcej i z tego wychodzi najsłabszy jak dotąd numer Conquestu.

S_O: Co jest lepsze od dwóch lesbijskich kochanek? Dwie lesbijskie kochanki, z których jedna jest smokiem! Swoją drogą, seksowna panienka ujeżdżająca smoka to chyba jeden z popularniejszych tematów na arty fantasy, zauważyliście? Z innych rzeczy, panie w końcu dotarły do owego "zbawcy", ale żeby nie psuć niespodzianki, Phalanxy zamotały go w kokon. No i dziwi zachowanie Phyli, która, mając do dyspozycji wielkiego smoka, sama wali we wraże wojska całym swym arsenałem tylko po to, żeby zapewnić cliffhanger. Ble.

Jaro: No, to pojawiło nam się trochę dramatyzmu, gdyż Heather teoretycznie nie może już wrócić do ludzkiej postaci, zbawca jest trzymany przez Super-Adaptoida w jakimś kokonie, a na dokładkę Quantum Bands padły całkowicie. Troszkę tego tragizmu za dużo, jak na jeden numer, lecz mimo to jest całkiem przyzwoicie, lecz w dalszym ciągu uważam tę mini-serię za najsłabszą ze wszystkich conquestowych. Nie jest jednak bardzo źle - dialogi może nie stoją na bardzo wysokim poziomie, lecz przynajmniej nie drażnią, rysunki naprawdę mogą się podobać i całość jest zupełnie sprawna i przyjemna w odbiorze. Malutki plusik.


Captain America #30
Gil: Po kilku numerach biegania za własnym ogonem, mamy rozwiązanie. I to jakie! Z jednej strony, trudno o coś bardziej oczywistego, ale z drugiej - nikt by się tego nie spodziewał i pewnie na tym polega całe piękno sytuacji. Sharon Carter z wypranym mózgiem urodzi nam małego Kapitanka. Wow... To zdanie brzmi strasznie dziwnie, ale tak właśnie jest. Na razie nie wiem, co o tym myśleć, bo chyba jestem w szoku :P Na pewno to odważny krok, ale łatwo go zepsuć, więc trzymam kciuki za Bru. A oprócz tej zaskakującej rewelacji mamy jeszcze kilka innych mocnych punktów: S.H.I.E.L.D. wpada na ślad Faustusa i Sharon, Antoś wreszcie rusza mózgiem, Winter Soldier przeżył, ale pewnie jeszcze tego pożałuje, Falcon i Black Widow łączą siły, chociaż z raczej marnym skutkiem... Dzieje się, dzieje!

Gamart: Uwielbiam Bru i tyle. Od początku rozwija jedną historię i chociaż rozbił to na kilka wątków to i tak widać, że zbliża się to wszystko to logicznego finału. Do tego rzeczy, które zrobił w serii całkiem zmieniają obraz Captaina, takie jak powrót Bucky'ego, Skull w glowie Lukina, śmierć samego bohatera, czy teraz dziecko Steve'a. Tony, który powoli przejmuje tytuł, zaczyna coś robić, no i zapowiedź tego, że Winter Soldier może przejąć rolę Captaina. Brawo, nie ma żadnych zastrzeżeń do Bru i Eptinga i czekam na dalsze części, bo ten komiks to szczyt ekstraklasy komiksowej.

Jaro: Ha, Sharon będzie miała małego ślicznego Kapitanka. Albo Kapitankę, co byłoby jeszcze ciekawsze z "przyszłościowego" punktu widzenia. Tak czy inaczej, motyw małego Rogersiątka na pewno wniesie coś nowego do serii o Capie bez Capa. Chociaż to prędzej czy później się zmieni - vide list Rogersa do Starka i "America needs a Captain". Do tego Tony odrobinę za późno poznał się na Sharon, dzięki czemu mamy przyzwoity cliffhanger. I jeszcze rysunki na tradycyjnie bardzo wysokim poziomie i mamy komiks na mocnego plusa. 

 

Irredeemable Ant-Man #12
Gil: Dobry finał dobrej serii. Przez chwilę bałem się, że Eric zmięknie, ale jednak mnie nie zawiódł i dokonał właściwego niewłaściwego wyboru. Najważniejsze jest jednak to, że Ant-Man przetrwał i wróci w Initiative. Już Dan Slott będzie wiedział, co z nim zrobić :D No, to do zobaczenia, Eric. A dla Kirkmana brawa!
Ozz: Bardzo dobre zakończenie serii. Kirkman zakończył to, co trzeba było zakończyć jak należy. "Pogodzenie się" z Black Foxem, odrzucenie Veroniki, które pokazało, że Eric to drań, ale na swój sposób potrafi zdobyć się na szczerość. No i spotkanie z Abigail, które z kolei pokazuje, że jest jeszcze dla niego szansa, aby stał się człowiekiem. Ja (jak i zapewne inni fani serii) żałuję, że to już koniec, ale z drugiej strony solowe przygody takiego Ant-Mana wydają się być pomysłem o ograniczonej żywotności i prędzej czy później ten komiks stoczyłby się. Jestem pewny, że Ericowi będzie dobrze u Dana Slotta w Avengers: The Initiative.


Marvel Comics Presents #1
Gil: Pierwsza historyjka zaciekawia, ale jest w niej coś typowego dla Guggenheima, czego nie lubię. Druga zupełnie mnie nie bierze. Może dlatego, że nie lubię Hellcat, a może po prostu jest o niczym. Dziwny sen Piotrusia Pająka jest miejscami zabawny, ale ta sugestia na końcu, że może to prawda, zupełnie psuje odbiór i zamienia "heh" w "you kidding me?" Początek dłuższej historii z Omega Flight ni mniej, ni więcej, tylko średni. Może coś z tego będzie. Końcówka lekko śmiesznawa. Ogólnie? Może być, ale nie lubię tego typu wydawnictw, w których prezentuje się historie poszatkowane na kawałki i dopycha tym, co akurat jest pod ręką. Ponadto, nie wierzę, że na podstawie 8 stron można wydać opinię o nowym, nieznanym twórcy, więc nadrzędne założenie projektu mi nie leży.

S_O: Zaczyna się od guggenheimowego CSI na sterydach, by następnie przejść w jakiś chick flick (scenarzystka dostała tę robotę tylko dlatego, że sypia z jednym z rysowników ;p). Skoro już o snach mowa - historyjka z Pająkiem jest całkiem dowcipna (W końcu wiemy, co by było, gdyby w jednej walce uczestniczyło czterech dowcipnisiów pokroju Spidey'ego - the horror... the horror... the horror). "Weapon Omega"... jest, i tylko tyle można o niej w tej chwili z całą pewnością powiedzieć. No i na koniec dosyć miła opowieść o Benie Grimmie z perspektywy Alicii Masters. Całość może się podobać. Ale nie musi.

New X-Men #42

Gil: Wiecie, co mi przypominają dokonania Younga w New X-Men? Dokonania Sienkiewicza w New Mutants, ot co! Wcześniej uważałem ten komiks za mdły i kiepski, ale zaczyna się z niego robić coś naprawdę dobrego i klimatycznego. Chyba jest coś w tych deklaracjach autorów, że usunęli zbędne elementy i mogą wreszcie zacząć naprawdę tworzyć coś swojego. Ten numer ma być zwolnieniem tempa, ale dość dużo się dzieje i jest dobrym punktem zaczepienia dla osób, które wcześniej nie czytały serii. Pixie i Anole rządzą, a X-Men w gościnnych rolach wypadają świetnie - zwłaszcza Wolvie ("@#$%&ing unicorns!") i Beast.
W Endangered Species najpierw niezbyt zachęcająca wizyta u Gutriech i trochę ględzenia, a potem zaskakujące zakończenie. Dark Beast nadal jest dark, a Gutriech znowu ubyło - oby tak dalej ;)

Gamart: Lekkie i naprawdę zabawne. Szczególnie dialogi, jak wytłumaczenie sytuacji przez X-23, chociaż scena walki Logana z Pixie niezapomniana. Postacie dobrze prowadzone i podoba mi się to jakieś parę razy bardziej niż "Quest for Magik". Niestety, dalej rysuje Skottie Young, do tego paskudniej niż ostatnio. Dużo bardziej lubiałem Paco Medinę. Fabularnie jest świetnie, graficznie nie bardzo, ale i tak na plus duży za humor.

TheNewlyAwoken: Muszę przyznać, że duet Kyle & Yost powoli i mozolnie, ale zyskuje stopniowo moje uznanie. Mimo tego, iż zabicie jednych z moich ulubionych bohaterów nadal uważam za nieuzasadnione i całkowicie niepotrzebne, to ostatnimi czasy panowie się rehabilitują. Pierwsza część "Children of X-Men" jest naprawdę ciekawa i świetnie rozwija niektórych bohaterów, zwłaszcza Santo, Elixira, Pixie, Anole i, poniekąd, także Wolf Cuba. Kompletnie za to nie podobają mi się rysunki - o ile byłem w stanie zaakceptować mocno kreskówkowy styl Younga i pod koniec "Quest for Magik" naprawdę zaczął mi się podobać, o tyle ten numer był po prostu okropny, a chyba po nocach będą mi się jeszcze śniły podwójne stawy Colossusa, których zapewne nabawił się po WWH: X-Men #3.

Demogorgon: Nie skupiłem się zbytnio na części głównej, więc napiszę tylko o Endangered Species. Muszę przyznać, że jestem zauroczony. Co prawda można sie było spodziewać, że Dark Beast wywinie taki obrzydliwy numer, ale za samą jego rozmowę z chłopakiem gotów jestem uznać dzieło za wybitne. Muszę przyznać, że od dawna marzę o posiadaniu super-mocy (tak mniej więcej od kiedy przeczytałem pierwszy komiks w swoim życiu) i po raz pierwszy to moje marzenie zostało zachwiane. Dark Beast, z fryzurą niczym diabelskie rogi, oferujący małemu chłopcu możliwość zostania bohaterem tak, jak jego starsze rodzeństwo, to piękna scena. Była taka chwila, kiedy sam poczułem się w roli tego chłopca. I jestem pewien, że nie tylko ja postąpiłbym tak samo na jego miejscu. Dlatego też tak wstrząsnęło mną zakończenie. A komentarz Dark Beasta, czyli zamiast jakichkolwiek słów skruchy te jego "To jak? Próbujemy teraz z dziewczynką?" To dla mnie cytat numeru.

S_O: Zasadniczo wszystko zostało już powiedziane wcześniej. Dzieciaki mają parę niezłych tekstów, Santo wrócił do swej poprzedniej postaci, tym samym naprawiając błąd popełniony w jakimś innym X-tytule (w bezprzymiotnikowych? Dobrze pamiętam?), a Predator X najwyraźniej upolował Skrulla. Rysunki nie są odpychające, ale znajdzie się kilka paskudztw. Kreska jakoś tak mi się kojarzy z Peanutsami. Tylko czemu dzieciak Angel i Beaka się nie liczy? Przecież wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, to on jest Night Thrasherem!
W Endangered Species #12 Mamuśka Guthrie nie chce podzielić się swoimi genami, bo każe jej to cytować Biblię. Nie jestem bioinżynierem, ale czy do badania genów nie wystarczyłby pukiel jej włosów, wykradziony z grzebienia? No i Dark Beast stosuje stary jak świat chwyt pod tytułem "przekonaj kogoś, że to on dokonuje wyboru". Przynajmniej Lewis spotka swojego starszego brata.

Hotaru: Uwielbiam tę drużynę! Naprawdę. Są wspaniali! Autorzy doskonale ich znają i ten numer pokazuje, że czasem jeden kadr wystarczy, bo dobry scenarzysta na spółkę z rysownikiem udowodnili, że "jeden obraz znaczy więcej niż tysiąc słów". Postaci są tak krwiste, że aż trudno uwierzyć, że całkowicie zmyślone. Cały ten numer to jedna wielka uczta dla fanów. Nie zapomniano nawet o mutantach nie należących do Instytutu, jak Molly (która teraz jest w przeszłości, dlatego Cerebra jej nie wykrywa), czy Franklin. Scottie Young zastosował bardziej szkicowy styl i potrzeba chwili, żeby się na niego przerzucić, ale idealnie współgra z klimatem historii - chociaż jestem pewien, że niektórzy będą kręcili nosami. Mi się podoba i żałuję, że w numerze 44 ołówek przejmie Ramos.


Penance: Relentless #1
Gil: W tej chwili nie wiem, co o tym myśleć. Są zalążki ciekawych wątków, ale jest też atmosfera pewnej sztuczności. To, co czuje się czytając ten numer, mija się zupełnie z uczuciem, jakie towarzyszy czytaniu Thunderbolts - zupełnie jakby to były dwa całkiem różne światy. Do tego dochodzą średniej jakości, nijakie rysunki, które może w dwóch miejscach tworzą jako taki klimat, a wszędzie poza tym go rujnują. Cała nadzieja w tym, że Jenkins nie zawiedzie i z tych kilku zalążków wyciągnie coś porządnego.
Gamart: Dobrze się miniseria zaczyna. Jak wiadomo Jenkins najlepiej czuje postać Baldwina i dobrze, że to właśnie on dostał szansę go prowadzić. Dialogi są dobre, szczególnie rozmowa Penance'a z Osbornem. Ciekawi sekret liczb, które powtarza Robbie, no i zakończenie, w którym piesek Osborna w końcu zerwał się ze smyczy. Do tego stylowe kolczyki w sutkach ma główny bohater :)

S_O: O, kolczyki na sutkach. Fajnie. Po to, żeby sprawiało większy ból przy "zakrętasie", jak mniemam? Rysownik się zbytnio nie popisał, zastępując rany kłute ciętymi.
Fabuła za to intrygująca. Kosmiczne numery z kosmosu, jakieś potajemne sprawki z Doomem, panienka z kawiarni, u której Robbie najprawdopodobniej będzie się ukrywał... Baaardzo interesujące i warte przeczytania. 

Jaro: Całkiem niezła rzecz. Pomysł z wypuszczaniem Baldwina na kawę dobry, tak samo jak jego tajemnicze liczby. Jenkins dobrze prowadzi Penance'a i do jego roboty zastrzeżeń mieć nie można. Co innego rysunki - nie są tragiczne, lecz na wszystko, co związane z T-Bolts monopol powinien mieć Deodato, i tyle. Tak czy inaczej, plus.  
 

Terror Inc. #2
Gil: Kum-kum, rabe-rabe... :D Jeśli uważacie, że Thor był śmieszny jako żaba, to tym razem na pewno zaliczycie ROTFLa. Świetny numer! Po prostu świetny! Ma bardzo filmowy klimat, tak samo dzięki fabule, jak i rysunkom, przez co czyta się lekko i przyjemnie. Intryga posuwa się wprawdzie nieco wolno, ale towarzyszące temu dodatki w pełni to wynagradzają. Zaczynam mieć pewne podejrzenia co do Death's Reign i jej szefa, ale na razie nie będę się z nimi wychylał. Czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością. 

Archie: Dave Lapham znakomicie prowadzi tę mini-serię. W pierwszym numerze poznaliśmy głównego bohatera i jego moce, a w drugim dowiadujemy się, jak bardzo jest wytrzymały. To dosyć nieprzyjemne dla gościa, który potrafi zastąpić każdą część swojego ciała kończynami i organami należącymi do innych. Do tego oczywiście dochodzi piękna kobieta, szybki samochód, ścigający ich rząd Stanów Zjednoczonych, główny wróg, no i standardowo dużo krwi i przemocy. Czego można chcieć więcej od komiksu z imprintu MAX? Co do szaty graficznej, to Patrick Zircher spisał się bardzo dobrze i jego klimatyczne rysunki są jeszcze lepsze niż w pierwszym numerze. Całość tego komiksu dopełnia świetna okładka Jeleny Djurdjevic. Jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z tą mini-serią, to gorąco polecam.

 

Wolverine Origins #17
Gil: Przeczytałem, bo nie miałem akurat nic do roboty. Nadal mi się nie podoba, bo wszystkie wątki wydają mi się wzięte z kosmosu, a rysunki Dillona nie pasują do superhero.

S_O: Rzadka okazja, żeby spojrzeć prosto w oczy (tak, w liczbie mnogiej!) Fury'emu. I to wszystko, co można o tym numerze powiedzieć dobrego. Biadolenie Logana, jak to pozwalał się zmieniać w zwierzę, powoli zaczyna nudzić, podobnie jak pomysł, że zawsze za wszystkim stali "oni". Zieeew. Przynajmniej nie pojawia się imię na "R". 

 

World War Hulk #4
Gamart: Od początku do końca szczęka leżała na ziemi. Walka ze Strangem, rozterki Sentry'ego, niesamowita walka na arenie i N I E S A M O W I T A zapowiedz następngo numeru. Hulk już praktycznie całkowicie jest pozbawiony zdrowego rozsądku, chociaż prawda leży na wyciągniecie ręki, gdyby tylko wysłuchał Illuminati [zresztą rozumiem, że wysłanie Hulka było decyzją pochopną, ale bez tego nie uwolniłby Warbound, którzy nadal by się zabijali i nie poznał Caeiry, więc nie wiem, o co oni się rzucają tak. Zresztą ciekawa będzie sytuacja jak wyda się, że wybuch to sprawka Mieka, co jest bardzo prawdopodobne, gdyż nie ma go na okładce miniserii Warbound]. Dużo akcji, emocji i naprawdę mi się żal zrobiło bohaterów, bo w każdym przypadku chcieli dobrze, a wyszło, jak wyszło. Do tego świetna jak zawsze dynamika Romity Jr. Czekam na finał, bo historia przednia.

Gil: Poprzednie części mi się podobały, ale ta jakoś nie bardzo. Początek jest niezły - Strange pozamiatał Hulkiem, ale na przeszkodzie stanęła mu moralność. Gdy ten pojedynek dobiega końca, kończą się też pozytywne wrażenia z tego numeru. Pomysł z areną od początku był ryzykowny, a ostatecznie okazał się zwyczajnie głupi. Niby Zielony próbuje udowodnić, że każdy może być potworem, ale nie od dziś wiadomo, że jak się kogoś podłączy do prądu, to można go zmusić nawet do oświadczenia, że jest wielbłądem. To, w połączeniu z gorzkimi żalami wybranych ludków sprawia, że całość jest naciągana jak majty Bloba. Spodziewałem się też jakiegoś konkretnego przełomu z Sentrym, a tu nic, tylko przypomniał sobie coś, uśmiechnął się i wyszedł. Cóż... cross zaczął się nieźle i mam nadzieję, że skończy się jakimś zaskoczeniem, ale tym razem było miernie.

S_O: Well I'll be damned! Gil nie wspomina o Romicie i to największe zaskoczenie tego numeru. Komiks cierpi na syndrom przedostatniego numeru i to czuć. Niemniej, całkiem nieźle wyszedł Rick strofujący Hulka za uratowanie ludzi, czy nasz kochany bezimienny prezydent wszystkich Amerykanów. Średnio natomiast wypadły oskarżenia. Śmieszy oskarżenie rzucone Strange'owi - wychodzi na to, że gdyby od razu pozwolił się zabrać, nie mieliby na niego haka i musieliby go puścić.
A w następnym numerze walka Złotego z Zielonym. Kurs dolara wobec PLN od jakiegoś czasu spada, więc mam złe wieści dla Hulka.
 

Jaro: Nie jest źle, chociaż poprzednie numery były lepsze. Opamiętanie się Strange'a wyszło całkiem wiarygodnie, potem ładnie został obity przez Hulka, a przy okazji nieźle pokazano nastroje tłumu wielbicieli Zielonego. Walki na arenie zupełnie przyzwoite, Sentry stojący sobie w drzwiach i ruszający potem z dość obłąkanym twarzy też, opuszczony kciuk Hulka obala nam tezę Amadeusa Cho, show kradnie jednak prezydent USA. Rysunki? W poprzednich numerach były chyba lepsze, jednak dalej jestem zdania, że Romita świetnie pasuje do WWH. Plus. 

Demogorgon: Hulk pokonuje Strange'a w wielkim stylu, przy okazji ratując kilkoro cywili. Mimo to w tym numerze bardziej błyszczą Rick Jones i nieco również Tom Foster. Mam dziwne przeczucie, że Goliath mógłby nie być zadowolony z postawy siostrzeńca, ale raczej się tego nie dowiemy, póki Thor nie postanowi go wskrzesić. Wreszcie dowiadujemy się też, czemu Sentry nic nie robił, ale nie przekonuje mnie jego wyjaśnienie. Ten facet pokonał Galactusa, a teraz sie boi, że mógłby użyć za dużo mocy, stracić nad sobą kontrolę i jako Void znowu połamać wszystkie kości zielonego. Przepraszam bardzo, ale czy on nie wie, że prezydent i spółka oczekują, że to właśnie zrobi? A tak poza tym, to numer dobry, aczkolwiek nie umiem przez niego umiejscowić Silent War #1 na linii czasowej.

Hotaru: Te rysunki są szkaradne! Nie wiem, co Romita próbował osiągnąć, ale efekt końcowy przerósł wszelkie oczekiwania. Wszystkie twarze wyglądają jak po zderzeniu z tirem rozpędzonym do prędkości podświetlnej. Zero ładu, okropna kompozycja kadrów. I do tego ta "wciągająca" fabuła. Proszę. Niedorzeczność goni niedorzeczność. Kiedy Hulk jest zły, najwyraźniej nie działa na niego grawitacja (bo jak inaczej wytłumaczyć jego utrzymanie się na powierzchni Księżyca, a nie lot w przestrzeń wraz z kawałem gruntu wielkości Rhode Island, na którym de facto stał?). Po cholerę Sentry ileś tam godzin stał w drzwiach? Nie mógł usiąść? I po co prezydent podleciał najpierw do NY, a potem do domu Robertsa? Właśnie, po nic. Pak nie ma pomysłu na swój własny pomysł. Do 2007-mego zostało jeszcze kilka miesięcy, ale już teraz nominuję całą WWH do nagrody "Porażka roku". 


World War Hulk: Frontline #4
Gil: Część pierwsza jest trochę nijaka. Więcej dzieje się na drugim planie niż na pierwszym, gdzie jedynie Jameson wydaje się cokolwiek robić. Dla odmiany część druga jest wprost wyśmienita. Korg wymiata prawie na każdym panelu, a Detectivedannygranville dotrzymuje mu kroku. Dodatkowy plus za ciekawy cliffhanger. A komediowa wstawka na końcu w ogóle uszłaby mojej uwadze, gdyby nie Captain Rectitude. My hero! ;)

S_O: Biedny lew. Muszę stwierdzić, że przemyślenia Bena niespecjalnie mnie zachwycają. "Jestem otoczony przez żądnych krwi barbarzyńców", cóż za nowe i świeże spostrzeżenie (choć może wydaje mi się tak tylko dlatego, że mieszkam w kraju, w którym ludzie brodzą po kostki w krwi po każdym meczu Wisła-Legia). Scena w barze natomiast bardzo dobra, i to mimo wciąż włażących w kadr Sally i Jamesona. Numer jednak zdecydowanie kradnie tercet Korg-Detectivedannygranvile-Elmo. Ale nawet bez czerwonego futrzaka chłopaki nieźle sobie radzą.

Jaro: Pierwsza część niezbyt porywająca, chociaż potrzebne było pokazanie walki na arenie z punktu widzenia siedzącego na widowni Uricha. Mimo to, jest jedynie poprawnie. Za to przy Dannym i Korgu kilka razy naprawdę się uśmiechnąłem, do tego ciekawie zapowiada się wyjaśnienie "morderstwa" robota. I jeszcze świetne, klimatyczne rysunki. "War Is Heck"? Danny i Korg rozśmieszyli mnie o wiele bardziej. Za całość - plus.

World War Hulk: Gamma Corps #3
Gil: Kiedy zorientowałem się, że znowu zaczynamy od retrospekcji, zwątpiłem na chwilę, czy w ogóle coś z tego będzie, ale na szczęście moje wątpliwości szybko zostały rozwiane. Jest wreszcie akcja! Co prawda, jest nieco monotonna, bo ile można rzucać sie Hulkowi na kark, ale zawsze to jakaś akcja i nawet prowadzi do czegoś w miarę interesującego. Znowu jednak retrospekcje kradną numer i historyjka nieszczęsnej Lucy Ryker jest tu najciekawszym punktem. Jest dobrze, ale wciąż czekam na jakiś fajerwerk w finale.

S_O: Walka dosyć monotonna i tylko dzięki Griffinowi w ogóle warto ją przekartkować. A flashbacki pomagają komuś, kto dopiero przy okazji Planet Hulk (jak ja) bądź WWH zainteresowali się Sałatą. Ogólnie średnio potrzebny tie-in, ale nie czyta się źle.

Jaro: Poprzednie numery były dobre, więc po tym spodziewałem się tego samego. Niestety, retrospekcje z życia Rykera są wprawdzie zupełnie przyzwoite, lecz o walce Gamma Corps z Hulkiem tego samego powiedzieć nie można. A, i to niby skręcenie karku Zielonemu to ma być cliffhanger? Naprawdę? Za takie coś i za to, że ten numer nieco psuje dobre wrażenie po poprzednich - minus. 

 


 
Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2007.09.19.
 

 
Wieści redakcyjne: 
Z przyjemnością informujemy, że plan naukowy Avalonu na rok 2007 został wykonany w 100 procentach: Bosnas, Gil oraz Kakteen dokonali brawurowej obrony pracy magisterskiej. Tradycyjnie zaowocuje to dwukrotną podwyżką redakcyjnej pensji, wzrostem jakości przygotowywanych materiałów oraz przede wszystkim pozwoleniem na zwracanie się do pozostałych redakcyjnych magistrów per "panie kolego".
 
Jednak najbardziej dumni jesteśmy z byłego redakcyjnego kolegi, Christoffa, który jeszcze w czerwcu przyjął święcenia kapłańskie i obecnie przygotowuje się do misji w Tybecie. 
 


Redaktor prowadzący: Lex                                                                                          Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.