Avalon » Publicystyka » Artykuł

Secret Wars redakcyjnym okiem

Secret Wars było przełomowym krokiem w historii Marvela pod wieloma względami. Na początku lat 80. wydawanie serii o z góry zaplanowanej liczbie numerów nie było tak powszechne, jak obecnie. W 1982 roku ukazała się miniseria Contest of Champions - pierwsza limitowana seria w historii Marvela, ale składała się ona zaledwie z trzech numerów i rozmachem nie mogła równać się z Secret Wars, która rozpoczęła się dwa lata później.

Secret Wars redakcyjnym okiem


Lex: Secret Wars było przełomowym krokiem w historii Marvela pod wieloma względami. Zacznijmy od tego, że na początku lat 80. wydawanie serii o z góry zaplanowanej liczbie numerów nie było tak powszechne jak obecnie. W 1982 roku ukazała się miniseria Contest of Champions - pierwsza limitowana seria w historii Marvela, ale składała się ona zaledwie z trzech numerów i rozmachem nie mogła równać się z Secret Wars, która rozpoczęła się dwa lata później.

Zostawmy jednak na chwilę przełomowość SW i jej rolę w rozwoju Marvela - skupmy się na samej historii. Jest ona po prostu świetnie i dynamicznie napisana. Mamy w niej wszystko, co powinno być w crossoverze: pełną zaskakujących zwrotów akcję; dużą grupę potężnych bohaterów, którzy tworzą i zrywają sojusze; i wreszcie wieloletnie reperkusje. W SW jesteśmy świadkami wydarzeń, które na wiele lat wpłynęły na życie herosów - najlepszym przykładem jest Spider-Man, który przez przypadek sprowadził na Ziemię symbiota, który stał się później Venomem.

Zastanawiałem się, kto jest głównym bohaterem SW i z lekkim zaskoczeniem doszedłem do wniosku, że zdecydowanie na pierwszy plan wychodzą złoczyńcy. Superbohaterowie - mimo dowództwa Kapitana Ameryki - zachowują się dość chaotycznie. Raz są zbyt ostrożni, raz zbyt nierozsądni. Dostają porządne lanie od łotrów, a wygrywają tylko, gdy wykorzystują element zaskoczenia lub osłabienie przeciwnika. Indywidualne popisy herosów (Thor, później She-Hulk) robią wrażenie, ale złoczyńcy radzą sobie z nimi. Nie ma mowy, żeby superbohaterowie spróbowali pokonać Beyondera, a przecież wśród łotrów wyzwanie rzucają mu Galactus i Doom. Ta trójka (Beyonder, Galactus i Dr. Doom) jest zdecydowanie poza zasięgiem pozostałych uczestników crossovera i tylko ich wzajemna rywalizacja uratowała superbohaterów. Tak naprawdę, to SW jest hołdem dla geniuszu Dooma, który odważył wtrącić się w walkę dwóch kosmicznych istot i wyszedł zwycięsko z tej rywalizacji.

Nie sposób wytknąć pewnych wad SW. Zdarzają się niedopatrzenia w fabule, np. rezurekcja Captain Marvel odbywa się off-panel (Doom nawet nie wspomina, że przywraca ją do życia) i nie zostaje skomentowana przez jej przyjaciół. Na jednej stronie nie ma Moniki, na drugiej już jest, a wszyscy zachowują się, jakby nigdy nie zginęła numer wcześniej. Jest jeszcze kilka tego typu drobiazgów, ale nie mają one decydującego wpływu na ocenę crossovera, zwłaszcza, że w obecnych historiach nie jest lepiej pod tym względem.
Poważniejszą wadą był sposób wydawania miniserii i tie-inów. Secret Wars była publikowana przez 12 miesięcy, natomiast tie-iny, dotyczące wydarzeń po powrocie herosów zostały wydrukowane zaraz po jej rozpoczęciu. Dla obecnych czytelników nie ma to większego znaczenia, ale w 1984 roku fani poznali efekty SW (np. zmianę składu F4) w chwili, gdy główna miniseria dopiero się rozpoczynała. To tak, jakby śmierć Kapitana Ameryki w jego serii została przedstawiona w momencie wydania Civil War #2 - "trochę" psuje to napięcie i zdradza zakończenie. Na szczęście Marvel szybko zorientował się, że było to złe rozwiązanie i już przy Secret Wars II nie popełnił tego błędu.
Zdecydowanie polecam Secret Wars - warto przyjrzeć się epokowemu wydarzeniu, które ukształtowało świat Marvela na wiele lat.


redevil: Rozmach - te słowa cisną mi się na usta po przeczytaniu Secret Wars. Bo w jakim innym komiksie tajemnicza istota zbiera największych czempionów i złoczyńców świata i stawia ich naprzeciw siebie, aby walczyli i zniszczyli przeciwnika? Gdzie indziej Dr. Doom odzyskuje swoją śliczną twarz, Galactus zostaje pokonany, niezniszczalna tarcza Captaina America łamie się, Banner kontroluje Hulka, a Spider-Man dostaje swój nowy strój, który okaże się Venomem. I to wszystko niemal jednocześnie!

Scenarzyście tego komiksu udaje się prowadzić dobrze skonstruowaną historię, która zaczyna się od pokazania dwóch stron konfliktu. Już tu znajdujemy niespodzianki - największą jest obecność wśród złoczyńców potężnego Galactusa. Także siły dobra złożone z Avengers, Fantastic Four i X-Men mają nieoczekiwanego partnera - Magneto. Jim Shooter mimo, że nie poświęca żadnej postaci, może poza Doomem, dużo miejsca, to sprawia, że żadna z nich nie wydaje się zbyt pusta, każda ma swoje "pięć minut", które czasem zawiera się w kilku panelach. O dziwo to wystarcza. Scenarzysta operuje najbardziej znanymi bohaterami, nie musi więc przybliżać ich czytelnikowi. I mimo tak wielkiej liczby herosów każdy z nich mówi, zachowuje się i odczuwa tak, jak powinien, tak jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Widoczne jest to już od pierwszej sceny, gdy Ben i Johnny przekomarzają się, tak jak robili to setki razy.

Dzięki Bogu scenarzysta nie poprzestał jedynie na rozmachu opowieści i liczbie charakterów. Najciekawszą rzeczą, jaką udało mu się stworzyć, to pokazanie relacji w każdej z frakcji. I tak wśród złoczyńców przywództwo obejmuje Dr. Doom. Bohaterowie z kolei tracą Magneto, bo ten nie czuje się wśród nich dobrze. Mutanci Xaviera odłączają się od reszty bohaterów - nawet wśród herosów istnieją podziały. W X-Men trwa walka o prym między liderem - Storm, a Xavierem. Niejako w tle rozgrywa się bitwa, dla której znaleźli się na tej planecie. A w połowie opowieści władca Latverii kradnie historię dla siebie i wtedy robi się jeszcze ciekawiej.

Historia tej walki sił dobra i zła nie jest więc sztampowa, nie posiada nawet oczywistego zakończenia. Właściwie gdybym miał napisać, o czym ona jest w jednym zdaniu, to powiedziałbym, że pokazuje wielkość i geniusz Victora von Dooma.
Shooter tworzy historię, którą do dnia dzisiejszego czyta się z przyjemnością. Prawdą jest, że pojawia się w opowieści kilka kiksów, szczególnie w prowadzeniu wątków miłosnych, gdzie monologi bohaterów przyprawiają o ból zębów swoją naiwnością, ale przymykam na to oko, pamiętając, że komiks ma swoje lata. Właśnie te lata od wydania sprawiły, że niedosyt w historii czujemy oglądając ją. O ile rysunki pana Zecka (znanego z chociażby "Ostatnich łowów Kravena") są poprawne (choć jeden błąd raził mnie w oczy - rysując postać Galactusa Zeck sprawił, że ten potężny byt stał się kolejnym facetem w śmiesznym stroju), to niestety samo kadrowanie, kolory i onomatopeje są po prostu wiekowe. Sprawiają, że sama historia traci na płynności.
Mimo jednak kilku minusów historia "Tajnych wojen" wciąga, pozwala spędzić kilka przyjemnych chwil na lekturze. W końcu na własne oczy zobaczyć jedno z najważniejszych marvelowskich wydarzeń, której echa odbijają się do dziś, warte jest tych niewielkich pieniędzy.


jaro: Secret Wars nie należy do historii, które się starzeją. Oczywiście nie ma sensu oceniać jej na takich samych zasadach, jak współczesne crossovery, gdyż wtedy po prostu komiksy były robione inaczej. Gdy jednak przestaniemy zwracać uwagę na las wykrzykników, onomatopeje, czy też miejscami niezamierzenie zabawne dialogi, wyłoni nam się obraz porządnie skonstruowanej opowieści. Opowieści, która na swój sposób naprawdę potrafi urzec.

Najpopularniejsi bohaterowie i złoczyńcy zostają oderwani od swoich zwyczajowych zajęć i przetransportowani na inną planetę, gdzie tajemniczy głos nakazuje im walczyć do upadłego, za nagrodę obiecując spełnienie marzeń. I już w tym momencie mamy do czynienia z odejściem od banału, gdyż zamiast klasycznego scenariusza "dobrzy współpracują, źli się kłócą, bójka, i po sprawie" dostajemy obraz nieźle skonstruowanych postaci i całkiem przyjemnie pogmatwanych relacji pomiędzy nimi. I tak, Doom jak zwykle gra w swoją własną grę, X-Men trzymają się razem, Magneto pomimo flirtu z jasną stroną mocy dalej jest sobą, itd., itp. - długo można by jeszcze wymieniać. Shooterowi udała się trudna sztuka zachowania charakterystycznych cech charakterów poszczególnych bohaterów historii, wyraźnie "czuł" każdego z nich. Nie zżymamy się podczas czytania: "kurczę Felek kartofelek, Spidey by tak nigdy nie powiedział", "motyla noga, to Dr. Doom, czy Iron Man?", a to duży plus, zwłaszcza gdy spojrzymy na dzisiejsze crossovery, gdzie zdarza się, że w tłumie ginie indywidualność części postaci, lub też nabierają zupełnie niezrozumiałych cech. Brawa tu należą się za optymalnie dobraną liczbę przymusowych turystów w świecie Beyondera. Wiarygodne są także podziały, jakie pojawiają się w trakcie opowieści, a jeszcze lepszy efekt daje pokazanie "ludzkiego oblicza" części złoczyńców. Pociągnięto tu nieco odcieniami szarości klasyczną czarno-białą "szachownicę", gdzie postać jest albo dobra-dobra, albo zła-zła. Zabieg ten został wykonany bardzo delikatnie i powierzchownie, jednak sprawia, że współczesny czytelnik mniej musi przymrużać oko, by dobrze bawić się podczas lektury.

Rzecz jasna oczekiwania wobec Secret Wars miałem inne, niż choćby wobec tej bliższej nam, niedawnej wojny w świecie Marvela, stąd może tak pochlebna ocena. Jednak w trakcie czytania kilka razy zaświeciła się mi w głowie lampka z napisem "ej, to wcale nie jest do tego stopnia oldskulowe", "czytanie tego przy odpowiednim podejściu daje sporo frajdy" - i to było miłym zaskoczeniem. Wiadomo, że strona graficzna nie może zachwycać, chociaż jest porządnie wykonana, tak samo jak humorystyczne wstawki śmieszą mniej, czasem raczej irytując (chociaż parę razy zdarzyło mi się autentycznie uśmiechnąć, i to całkiem szeroko). Urok Secret Wars polega jednak na tym, że i jako historia, i jako crossover (spójność!) broni się pomimo swojej oldskulowości. Ciekawi mnie, czy za dwadzieścia lat z hakiem recenzent Avalonu* napisze podobne słowa o takim House of M czy Civil War. No, ale na to przyjdzie nam jeszcze parę latek poczekać.


* Za dwadzieścia lat z hakiem Avalon oczywiście będzie zajmował się nie tylko komiksami, ale także piłką nożną, muzyką, czarną magią, gotowaniem i w wolnych chwilach władzą nad światem. Nie wierzycie? Ha, trudno, w każdym razie prosimy o wspomnienie tych słów, gdy Wasze dzieci będą upiększały ściany swoich pokojów plakatami z podobiznami naszych redaktorów.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.