Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #124 - X-Men: God Loves, Man Kills Premiere HC

X-Men: God Loves, Man Kills HC lt_124.jpg
Scenariusz: Chris Claremont
Rysunki: Brent Anderson
Okładka: Brent Anderson
Liczba stron: 96
Cena okładkowa:
$19,99
Zawiera:
Marvel Graphic Novel #5: God Loves, Man Kills

ArtX: Wątek nietolerancji i nienawiści rasowej był jednym z tych czynników, dzięki którym zakochałem się w Mutantach Marvela, będąc jeszcze dzieciakiem i czekając z niecierpliwością na początek kolejnego miesiąca, kiedy to w kioskach pojawi się nowy numer X-Men wydany przez TM-Semic. Miłość ta trwa po dziś dzień, pomimo kilkunastu lat więcej na karku i przerzedzonej już czupryny (delikatnie mówiąc). W latach dziewięćdziesiątych na polskim rynku wydawniczym ukazało się sporo dobrych opowieści do scenariusza Chrisa Claremonta, ale nie było nam dane zapoznać się z "God Loves, Man Kills" (tak nawiasem mówiąc, jest to chyba jeden z najbardziej intrygujących tytułów, jakie wymyślono), a wielka szkoda, bo jest to chyba szczytowe osiągnięcie Claremonta obok "Dark Phoenix Saga". Każdy fan filmów Singera słyszał chyba, iż scenariusz drugiej części filmowej trylogii o X-Men powstał w oparciu o omawiany tutaj komiks. Nie dajcie się jednak zwieść – film czerpie z komiksu tylko ogólną ideę, ale różni się od niego w jakichś 90%. Jest to chyba dobre zjawisko, bo dzięki niemu i film, i komiks są świetne, chociaż inne.

Claremont stworzył postać Williama Strykera jako przywódcę sekty religijnej (the Purifiers), która wierzy, iż mutanci są dziećmi Szatana i jako tacy powinni zostać unicestwieni na chwałę Boga. Scenarzysta łączy tutaj nienawiść rasową ze ślepym i destruktywnym fanatyzmem religijnym; wątek ten został zupełnie pominięty w filmie "X2". Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Claremont atakuje w pewnym sensie religię (postrzeganą jako zjawisko) pokazując, iż zbyt często jest ona mylona z Bogiem – a wbrew pozorom to nie to samo, gdyż Bóg jest jeden, a religii jest mnóstwo. Błędne postrzeganie tych dwóch pojęć sprawia, że "Bóg kocha, a człowiek zabija" w imię tego właśnie Boga.

Komiks ten jest bez wątpienia moralitetem, dotykającym bardzo ważnych tematów. Nie znaczy to jednak, że jest pozbawiony akcji. Mamy tutaj odpowiednią jej dawkę, dlatego czyta się to przyjemnie, również jako komiks przygodowy – kolejny pojedynek X-Men z bandą złych facetów. Pierwotnie ilustracje miał stworzyć legendarny Neal Adams, lecz ostatecznie projekt trafił pod ołówek Brenta Andersona. Efekt końcowy to solidne, realistyczne rysunki, chociaż zamieszczone w ekskluzywnym wydaniu "Premiere" szkice Adamsa świadczą, iż jego wersja byłaby również wspaniała. Anderson nieźle rysuje akcję i Nowy Jork; postacie prezentują się dobrze, lecz bez szczególnego blasku. Ogólnie rzecz biorąc, od strony graficznej jest OK.

"God Loves, Man Kills" to moim zdaniem jeden z lepszych komiksów, jakie wydał Dom Pomysłów. Jego wymowa, inteligentny scenariusz i ważne, intrygujące przesłanie stawia go w równym rzędzie z The Man Without Fear czy też "Weapon X". Natomiast ponury, pesymistyczny klimat oraz ukazanie ludzkiej głupoty, zaślepienia i krótkowzroczności kojarzy mi się z eksperymentalnym Silver Surfer: Parable. Wydanie w formacie "Premiere" zawiera interesujące dodatki w postaci komentarzy twórców i wspomnianych już szkiców Adamsa. Przedmowa Claremonta, w której wyjawia on m.in., co skłoniło go do napisania takiego scenariusza, też była dla mnie ciekawą lekturą. Mimo, iż komiks ten ma już prawie 30 lat, nadal jest aktualny. Jedna z lektur obowiązkowych dla fana X-Men – klasyka, z którą trzeba się zapoznać. Czytelnicy ceniący sobie inteligentną rozrywkę z mądrym przesłaniem też powinni być usatysfakcjonowani, nawet jeśli nie są miłośnikami Dzieci Atomu.

nietendon: Komiks zaczyna się sceną bezlitosnego morderstwa dwójki mutancich dzieci przez Purifiers. Typowy, chwytający za serce prolog powoli i wyraźnie tłumaczący czytelnikowi kto jest dobry, a kto wręcz przeciwnie. "God Loves, Man Kills" nie jest bowiem typowym czytadłem Claremonta, w którym dwie grupy postaci w kolorowych kostiumach tłuką się, wrzeszcząc na siebie nawzajem. Mamy tu dwie strony klasycznego dla zeszytów z "X-Men" w tytule konfliktu: mutanci (reprezentowani dumnie przez Charlesa Xaviera i jego uczniów) kontra obawiający się ich ludzie (sterowani za pośrednictwem telewizyjnej ewangelizacji przez wielebnego Williama Strykera).

Fanatyzm religijny jest jednym z głównych poruszanych przez Claremonta w komiksie problemów. Stryker wykorzystuje swoją pozycję w mediach i poparcie społeczeństwa, aby przy pomocy zmilitaryzowanych ochotników oczyszczać świat z plagi, jaką są mutanci. Jego argumenty, momentami głupie ("bo w Biblii nie ma słowa o mutantach"), momentami zaskakujące (skoro homo-superior to odrębny gatunek, nie przysługują im ludzkie prawa) trafiają do stale powiększającej się grupy słuchaczy jego kazań. Coraz głośniejszy odzew mieszkańców Nowego Jorku umacnia z kolei wysokie stanowisko Strykera, pozwalając mu bezkarnie posuwać się coraz dalej w swej "świętej krucjacie" i przekraczać kolejne granice. Błędne koło. Perpetuum mobile.

Miły jest fakt, że Claremont postarał się ukazać czytelnikowi motywacje obu stron konfliktu, wielokrotnie stawiając naprzeciw siebie ich przedstawicieli. Inna sprawa, że czytelnik ani na chwilę nie zostaje zainteresowany sprawą Strykera. W każdym aspekcie jest ona przedstawiona w negatywnym świetle. Chyba tak, jak powinno być. Autor w typowy dla siebie sposób zasypuje plansze komiksu kilogramami dymków z wieloakapitowymi manifestami. Trzeba jednak przyznać, że czyta się to zaskakująco dobrze. Oczywiście nadal jest to dzieło Chrisa Claremonta uważającego, że przepuszczenie dowolnego impulsu elektrycznego przez ciało człowieka wybudzi tego ze śpiączki i załata fabularne dziury.

Główną areną, na ktorej rozgrywają się najważniejsze bitwy w albumie, jest studio telewizyjne. Teren, na którym Stryker czuje się jak w domu. Odwołując się do obaw telewidzów bez problemu pokonuje w debacie stawiającego na racjonalizm Xaviera. Wielebny jest przekonujący również dlatego, że sam wierzy w swoją sprawę. On i jego Purifiers wolą zginąć, jeżeli jest szansa na zabranie ze sobą choćby jednego mutanta. Są w stanie zabić własne dziecko, jeżeli urodziłoby się z genem X. Finał komiksu odbywa się również przed kamerami, w paśmie największej oglądalności, gdzie trzeba uważać na każde słowo i być świadomym, że argumenty mogą pozostać nieusłyszane, bo właśnie nadszedł czas na blok reklamowy.

Fajnie jest popatrzeć, jak w tej delikatnej sprawie zachowuje się Magneto, który z subtelności raczej nie słynie. Jego chwilowe zawieszenie broni z X-Men zasiewa w Profesorze ziarenko zwątpienia. Widząc, że metody Magnusa przynoszą wymierne skutki, Charles chyba nigdy przedtem nie był tak bliski porzucenia swojego idealistycznego marzenia.

Album jest też znakomicie, choć staroszkolnie, zilustrowany przez Brenta Erica Andersona i pięknie pomalowany przez Steve'a Oliffa. Trafiają się kadry-perełki, jak ten z błyskawicą przecinającą nocne nowojorskie niebo... Jest to komiks, którego wiele osób chce nie lubić za samo nazwisko scenarzysty. Fani mutantów powinni jednak dać mu szansę. Choć nie bez wad (typu np. toporna symbolika w scenie ukrzyżowania Charlesa przez jego studentów) opowiada historię na tyle spójną, że posłużyła za bazę do scenariusza drugiej części filmu o przygodach X-Men.

LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.