Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #151 (12.07.2010)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 12 lipca 2010
Numer 27/2010 (151)



Kolejny udany tydzień dla x-fanów. Odejście jednej z ważniejszych postaci w całym Second Coming. Tajemnica "One Will Sacrifice..." rozwiązana. Oprócz tego wystartował kolejny event - Shadowland. Walka o duszę Nowego Jorku rozpoczęta...



Amazing Spider-Man #636
Delirium: Nadal jest dobrze, jeśli chodzi o zasadniczą oś fabuły. Tak samo z rysunkami, bo dwaj rysownicy zgrali się jak nigdy i ich style komponują się świetnie. Problem stanowią szczegóły, takie jak: czy ściągnięcie maski Kaine'a nie zagraża tajnej tożsamości Petera? Jakim cudem Piotrek przeżył w grobie? Co się stało z jego świńską grypą? Ale poza tym jest nadal bardzo fajnie i nawiązuje do oryginalnego polowania sprzed lat. Czekam na finał, a na razie przymykam oko i daję 7/10.
fcolossus28: No i Kraven nam wrócił, wszakże trochę odmieniony i przeklęty z powodu nie tej krwi, co trzeba, ale wrócił. Numer trochę słabszy od poprzednich, akcja trochę zwolniła i teraz dopiero czekamy na kulminację. Ciekaw jestem, jak Parker nie udusił się w grobie, w poprzednich Łowach zostało to zgrabnie wytłumaczone, a tutaj? Plusik za krewką córeczkę tatusia i brawa za odwagę. 6/10
medyk:
Kelly powinien pisać Spider-Mana na stałe. Bardzo podoba mi się "Grim Hunt", akcja w tym numerze trochę zwolniła, ale ma swoje momenty, np. "spotkanie" Kravena z Vladimirem. Ogólnie widać, że Kraven nie jest zadowolony z tego, co zrobiła jego żona. Czekam z niecierpliwością na jego konfrontację z Peterem, raczej nie będzie to tylko bezmyślna młócka. Plus za świetną oprawę graficzną.
LeGoL: Bez zaskoczenia. Przeklęty Kraven jest ok. Córeczka jeszcze lepsza, tylko żonka mogłaby już umrzeć, bo mnie wnerwia. Sam nie wiem, czemu. Nieco absurdalne jest to, że Peter nie udusił się zakopany w dole, ale ten absurd jest niczym w porównaniu do tego, co dzieje się w innym numerze z tego tygodnia. Ale wracając: historia się nam uspokoiła, ale nadal trzyma bardzo dobry poziom - 8/10.

Avengers: Childrens Crusade
#1
Delirium: Kopę lat, panie Heinberg. Naczekaliśmy się, ale chyba było warto, bo historia zaczyna się nieźle. Przynajmniej w większej części czuć oryginalną chemię drużyny, chociaż to nieuniknione, że coś musiało się zmienić. Historia zaczyna się jednocześnie interesująco i trochę niemrawo, ale przy tylu zaplanowanych numerach można spokojnie wybaczyć jeden na wstęp i przypomnienie, o co chodzi. Jest dobrze, ale musi się rozkręcić i na pewno jeszcze będzie co chwalić. O rysunkach mogę powiedzieć to samo. Cheung jest dobrym rysownikiem, ale też ma swoje wady i na przykład tutaj widać je w twarzach. Miejscami wychodzi też tu i ówdzie wpływ długiej pracy nad scenariuszem w postaci jakiegoś nie pasującego szczegółu. Za całokształt dam na zachętę 7/10 i czekam na rozwój, który dowiedzie, że to zasłużona ocena.
Hotaru: Chce mi się piszczeć jak rozhisteryzowana fanka "Zmierzchu", na którą właśnie spojrzał Pattison. Nareszcie! Po tylu latach! Chyba się rozpłaczę ze szczęścia. Heinberg i Cheung są mistrzami w prowadzeniu tych postaci. Interakcje między Billym i Teddym są tak naturalne, nie tylko w warstwie dialogowej, ale i poza nią - te gesty, spojrzenia. Podobnie zachowania Tommy'ego i całej reszty! Perfekcja! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zabrakło tu fabularnego trzęsienia ziemi, ale niech mnie - mógłbym czytać dziewięć numerów dialogów i przekomarzań pomiędzy Młodymi. Bajka!
LeGoL: Co ja mogę powiedzieć? Jest świetnie jak na początek. Jeśli Wanda ma kiedykolwiek powrócić, to jest najlepszy moment. Magneto wkroczył na scenę i w ogóle. Na razie bez oceny, bo to początek, ale już dostaję nerdgasmu.

Fantastic Four Annual
#32
Delirium: Czterdzieści kilka stron skutecznie zniechęcających do posiadania potomstwa kiedykolwiek w życiu. I nie mam na myśli rysunków Hitcha, bo one tym razem są ciut lepsze. Mam na myśli mało znanego brytyjskiego scenarzystę, który maczał palce w "Doctorze Who", więc teoretycznie mógł być tańszą wersją Paula Cornella. Nie wyszło. Dostaliśmy historyjkę z moralnej szarej strefy, w której nie wiadomo właściwie, o co chodzi, bo nowa postać, będąca podróbką starej, o przeciwnej płci, próbuje zrobić nie do końca wiadomo co, nie do końca wiadomo jak i zupełnie nie wiadomo, w jakim celu. Ale za to można wejść komuś do macicy, a potem na szczęście wszystko dobrze się kończy. Senkju for jor many, goł hew czizburger nał. Gdybym się w to zagłębił bardziej, pewnie wypisałbym długą listę bulszitów, ale na razie dam łaskawie 4/10.
LeGoL: Annuale mają to do siebie, że głównie mają zbić kasę. Nic więcej. Doskonałym przykładem jest beznadziejność annuala do Invicible Iron Mana. Tutaj jednak znalazłem "coś więcej". Fabularnie, jak i wizualnie, to ta historia nie zabija, ale fani F4, jak i ci którzy - jak ja - powoli przekonują się do pierwszej rodziny Marvela, nie będą zniesmaczeni. Jest ok. 6+/10

Hit-Monkey vol. 2
#1
Delirium: A teraz wyobraźcie sobie gadającą skarpetę albo jedną z lalek Jeffa Dunhama, bo czas na teatrzyk impersonacji: "Cześć. Jestem Daniel Way. Zrobiłem zajebisty komiks o małpie ze spluwami. No i ona strzela rękami i nogami, nie? No wiecie, nie? Osom! Ale kazali mi dopisać tu jakiś sens, no to piszę. Znaczy, ja coś napiszę, a wy mi powiedzcie, czy już jest sens, czy jeszcze nie, m-kay?" Odpowiedź na pytanie naszego wyimaginowanego scenarzysty brzmi: nie. Nie teraz i jeszcze długo nie, a najprawdopodobniej nigdy. Rysunki na pewno lepsze od scenariusza, ale i tak na poziomie raczej średnim. Dam 3/10.

Marvelman Family's Finest
#1
Delirium: Reprinty - tak jak było wiadomo od początku. Miałem jednak cichą nadzieję na podrasowanie grafiki i pokolorowanie stron, a tu nic z tego. No cóż, może to i lepiej. W końcu z klasyką najlepiej obcować w oryginalnej postaci. Mamy tu kilka bardzo klasycznych historyjek z wczesnego etapu istnienia Marvelmana i jego familii. To znaczy, że mają one wszystkie wady starych komiksów z poczuciem zrzynania z fawcettowego Captain Marvel na czele. Nie jest to moja ulubiona epoka ani ulubiony styl, ale jest to ważna część historii komiksu, z którą trzeba się zapoznać. Oceniać nie będę, bo z perspektywy czasu odbiór jest różny i nie odda prawdziwej wartości historii. To trochę tak, jakby recenzować na przykład H.G.Wellsa i czepiać się archaicznego słownictwa - po prostu nie wypada.

Philip K. Dick's Electric Ant
#4
Delirium: Nadal jest to moja ulubiona adaptacja. Wciąż idealne zgranie grafiki i fabuły bardzo dobrze oddaje surrealistyczny skręt w treści. A ponieważ uwielbiam surrealistyczne podejście do kwestii postrzegania rzeczywistości, było mi tu ciepło i przytulnie. Teraz czekam na finał i jak znam Dicka, lepiej niczego się nie spodziewać, bo i tak zaskoczy. W kategorii adaptacji ocena 8/10.
Hotaru: Po raz kolejny nie zawodzi. Rozumiem, że nie każdemu może podobać się taka zabawa konceptem rzeczywistości, ale mi to bardzo smakuje. Dzięki temu, że odcinki wychodzą co miesiąc, dawka zakręcenia jest rozłożona w czasie i nie powoduje bólu głowy. Do tego te rysunki Pascala Alixe... coś niesamowitego!

Scarlet
#1
Delirium: Wybaczcie kryptoreklamę, ale I'M LOVIN' IT! Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać po najnowszej kolaboracji Bendisa i Meleeva, ale już instynktownie czułem, że mi się spodoba. I instynkt nie zawiódł. Kiedy myślę o scenariuszu, wyobrażam sobie, jak Bendis strzela z liścia Millara i wrzeszczy: "this is how you work cliché to create shock value, bee-yotch!" Wykorzystanie środków wyrazu w tym komiksie po prostu mnie zachwyciło - zostało użyte właściwie wszystko, na czym próbują grać najbardziej prominentni twórcy, zmiksowane ze sobą chwilami na granicy absurdu i podlane monologiem wewnętrznym ponad czwartą ścianą. To wyzwanie dla współczesnego czytelnika. Jakby powiedzenie: "skoro za to płacicie i tak Wam się podoba, to macie wszystko!" Ale najważniejsze, że mimo tej zabawy stroną techniczną, pozostało miejsce na fabułę, która wciąga, chociaż przepełniona jest różnymi schematami, kliszami i oczywistościami. Bo skoro już Scarlet mówi do mnie i opowiada swoje życie, to chciałbym wiedzieć, jak mogę jej pomóc. Druga sprawa to rysunki. Alex Maleev od dawna należy do moich ulubieńców, a tutaj widać, że wrócił do formy po nie do końca szczęśliwym doświadczeniu z motion comics. Wszystko jest żywe i naturalne, a przy tym trochę brudne - tak jak lubię. No, a to dopiero początek. Udanej rewolucji życzę, panowie, i pod wrażeniem daję 9/10 oraz tytuł komiksu tygodnia.

Shadowland #1
Delirium: Myśląc o tym evencie, spodziewałem się czegoś w stylu obskurnych crossów z lat '90. jak "Dead Man's Hand". I póki co, właśnie tak to wygląda. Jest jakiś pomysł, ale nie ma jeszcze za bardzo feelingu. Pierwszy numer za wszelką cenę próbuje nas zaskoczyć i zaszokować, ale nie do końca z tym trafia. Wielka twierdza i oznakowane terytorium w środku Manhattanu owszem, zaskakują, ale raczej na zasadzie: "skąd to się kurde wzięło?" Lepiej byłoby jakieś solidne postawy położyć, niż skupiać prawie cały numer na Lesterze, żeby koniecznie dodać shock value i zwalić nas z nóg w ostatniej scenie. A ja wciąż stoję, bo jestem więcej niż pewien, że taka postać nie zniknie na długo. Oprócz tego, jest jeszcze usprawiedliwienie ignorancji bohaterów wielkiego kalibru wobec wydarzeń na ulicach. Naiwne, a jakże. Rysunki generalnie w porządku, tylko nie wiem, dlaczego Billy Tan uważa brwi za towar luksusowy, na który stać nielicznych. Ze względu na dużo lepsze towary w tym tygodniu, dam tylko 6/10.
eVolf: Przede wszystkim plus za to, że nie czytając Daredevila nie musiałem się zastanawiać, kto jest kim i skąd się wziął. A tak to jak każdy event, zaczyna się mocno, więc i z oceną wstrzymam się aż nie przekonamy się, czy z czasem jakość nie spadnie.
colossus28: Jak na pierwszy numer nowego eventu to chyba trochę za dużo głupot. Na początek nonszalancja żołnierzy, którzy w beztroski sposób wypuszczają sobie Bullseye'a z kajdan, zakrawa na bzdurę tygodnia. Przecież to numer stary jak świat. Zmiana Matta w mrocznego mściciela nie patyczkującego się z wrogami też jakaś taka nieprzekonywująca, przypomina mi to trochę przemianę Anakina w Gwiezdnych Wojnach dokonaną w trzy kwadranse. Reszta całkiem przyzwoita, więc dam 6/10.
medyk: trochę zawód... Spodziewałem się, że to całe Szadołland to będzie co innego, coś bardziej undergroundowego i dyskretnego, jakaś siedziba Hand w kanałach, coś w tym stylu. A nie twierdza w samym centrum Hell's Kitchen. Dodatkowo reszta bohaterów wydaje się zaskoczona jej istnieniem, zupełnie jakby twierdza ta postawiona została w pół dnia. Ogólnie jednak nie jest tak źle, końcówka niezła, ciekawe, jak zareagują Avengers i reszta na zachowanie Matta. Rysunki słabe, np. Punisher jest jakiś nieproporcjonalny, a Bullseye bez maski na trzech sąsiednich stronach potrafi wyglądać inaczej (może nie ZUPEŁNIE inaczej, ale różnica widoczna).
Misiael: Wszyscy spodziewaliśmy się czegoś innego, stąd zawód, jaki towarzyszy najświeższemu eventowi Marvela. Kiedy pierwszy raz usłyszałem o ulicznym wydarzeniu nazwanym później "Shadowland" miałem przed oczyma kameralne, klimatyczne walki street-levelowych herosów rozrywające się w ciemnych zaułkach, na mokrym od krwi i deszczu asfalcie. Tego oczekiwałem, a zamiast tego mam... Niewątpliwie dobry, ciekawy komiks, ale to jednak nie to. Fabuła przedstawia się nieźle. Wprawdzie oswobodzenie Lestera naciągane jak diabli, jednak im dalej, tym lepiej. Odmieniony Matt, reperkusje w Avengers, Danny i Luke chcący przemówić kumplowi do rozsądku - to wszystko mocno przemawia do czytelnika. Nie inaczej jest z ilustracjami. Świetnie przedstawione sceny walki i ten lekko oniryczny klimacik... To nie to, ale też dobre - 7/10
LeGoL: Ja bardzo przepraszam, ale co to do *** nędzy, *** mać, ma być? Jak wspomniałem wyżej, poziom absurdu sięga tutaj zenitu. Najpierw Bullseye od tak rozkuty, bo mu piana poszła? Potem Matt twierdzi, że nie będzie sam walczył, więc wysyła bandę ninja i w spokoju patrzy, jak Lester ich wyżyna, by na koniec, jednak samemu, z niezrozumiałą łatwością wygrać? WTF? Do tego rysunki.... Nigdy nie lubiłem Tana, a tu jest jego esencja, więc wręcz ciężko mi na to patrzeć. Oby to były złe dobrego początki, bo póki co, to tylko nie będę brzydko mówił co, bo limit autocenzury już się we mnie wyczerpał.


Spider-Man/Fantastic Four
#1
Delirium: No i szykuje się powtórka z historii o Pająku i X-Men. Dokładnie tak, jak można było przewidzieć - przebieżka przez epoki, jakiś wspólny wątek i dopychanie banterem nieścisłości fabularnych. Można poczytać, bo nie boli i jest nawet zabawnie, ale nie spodziewajcie się przeboju. Tutaj za najciekawsze uznałem nawiązanie do historycznego pierwszego pojedynku między Namorem i Human Torchem. Rysunki również na średnim poziomie, a autor (pewnie z racji pochodzenia) ma tendencję do upodabniania facetów do latin loverów. Takie typowe 5/10 z lekkim plusem.

Steve Rogers: Super-Soldier
#1
Delirium: Liczyłem na coś, jeśli chodzi o ten tytuł, bo w końcu Brubaker pisał świetnego Steve'a, ale było to albo w innym życiu, albo robił to inny Ed Brubaker. To wygląda raczej, jakby dialogi napisał jego młodszy brat, który ze zdziwieniem odkrył, że jak się wysadzi człowieka razem z samochodem, to niewiele z niego zostaje. Musiał oglądać CSI Guggenheima, nie ma co… Dowiadujemy się stąd także kilku innych ciekawych rzeczy, jak na przykład tego, że nazwisko Erskine jest jak czerwona koszula w Star Treku. Albo tego, że Steve jest teraz Top LEO (moim zdaniem zdecydowanie lepszy tytuł), a mimo to sam lata na misje po przeciwnej stronie świata i potrafi wyciągnąć z aktówki nienagannie wyprasowany smoking. Zresztą, rysownik uczy nas rzeczy jeszcze ciekawszych: można przeżyć z nieproporcjonalnie małą głową, na której twarz zajmuje może jedną trzecią twarzoczaszki. No ale dobra, wciąż chcę się dowiedzieć, o co biega z tym serum, bo główna oś fabuły jest całkiem interesująca. No i gościnnie wystąpił Wisdom, a to już duży plus. Przymknę więc oko i dam 6/10 z lekkim kredytem.
LeGoL: Jest dobrze. W zasadzie lepiej, jeśli bym napisał, że nie jest źle, bo mnie ten numer nie porwał, ale też nie odrzucił. W zasadzie nie mam się do czego przyczepić, historia zapowiada sie dobrze, rysunki też są ok. Początek bez oceny, poczekam na rozwój.

Thor" The Mighty Avenger
#1
Delirium: Hm… całkiem fajnie to wyszło. Nie jest za bardzo dziecinne i porównałbym to raczej do Iron Man Legacy niż linii Marvel Adventures. Rysunki nie są zbyt kreskówkowe, a nawet powiedziałbym, że mają swój klimat. Akcja mocno różni się od klasyki Thora i ma trochę więcej humoru, a dzięki temu czuć ją świeżością. Czyta się lekko i całkiem przyjemnie. Z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że podobało mi się nawet bardziej niż niektóre poważne i mainstreamowe tytuły w tym tygodniu, dlatego dam 7/10.

cX-Force vol. 3 #28
Delirium: D.O.B.R.E! Naprawdę. Kiedy już myślałem, że więcej nie wykrzeszą z tego eventu poza oczywistościami okazało się, że jeszcze mogę zostać mile zaskoczony sposobem opowiedzenia historii i grafiką. Liczyłem na duety K&Y oraz C&O, ale wciąż nazwę to pozytywnym zaskoczeniem, bo przerośli samych siebie. Podczas pierwszego czytania przeszedł mnie dreszczyk i nie wiedziałem, czy to bardziej zasługa tego, co czytam, tego, jak to wygląda, czy może mieszanki wybuchowej obu czynników. Wiele wydarzeń dało się przewidzieć, ale i tak odbiór jest jak najbardziej pozytywny. Dam 8/10.
Hotaru: Bardzo dobry numer. Choć mógłby być jeszcze lepszy. Stronie graficznej nie mam wiele do zarzucenia. Choi i Oback spisali się na medal - podoba mi się bardziej organiczna niż zwykle paleta kolorów, przez co rysunki są bardziej brudne i odzwierciedlają nastrój fabuły. Kyle i Yost też się postarali - mamy kilka naprawdę epickich scen, kilka emocjonalnych kwestii i zacne zakończenie walki z Bastionem. I chociaż epickich fragmentów jest wiele, to jednak całość nie wydała mi się epicka, wyczuwam niewykorzystany potencjał. Ale może trochę się czepiam. I tak jest setki razy lepiej niż w Messiah War.
Volf: Event zbliża się do końca i choć całościowo nieco mnie rozczarował, głównie ze względu na dłużyzny i kiepskie numery Fractiona (plus rysunki w Legacy), tak ten numer zbiera u mnie najwyższe noty. Zjawiskowa oprawa graficzna, dramaturgia wydarzeń, epickość, komiks ma wszystko to, co lubię, i to w iście skondensowanej dawce. Zdecydowany numer tygodnia.
Krzycer: Czyli jednak Hope ma unikalną, mesjańską moc Syncha... Ale skąd ten ognisty ptaszek? Pozostaje czekać na wyjaśnienie tej tajemnicy - tylko czemu mam wrażenie, że tak od razu jej nie wyjaśnią? Głupio by było, gdyby Hope z Cyclopsem zdążyli porozmawiać, wyjaśnić swoje postawy i przeprosić się wzajemnie już w następnym - ostatnim - odcinku Second Coming, ale jeśli nie zrobią tego tam, to wtedy stanie się to w Uncanny Fractiona, a to już napawa mnie przerażeniem. A czemu tak tylko gdybam o przyszłości, a nie piszę o tym numerze? A czy naprawdę trzeba kolejny raz pisać, że Kyle z Yostem odwalili kawał dobrej roboty, a Choi to ładnie zilustrował?
colossus28: Miała być misja samobójcza dla wszystkich, a okazała się tylko dla jednego, Cable poświęcił się w naprawdę epickim stylu i choć ta śmierć to zero zaskoczenia, ładnie to zostało rozrysowane. Jak zwykle główny przeciwnik nie do pokonania na końcu dostaje łomot, ale to zapewne zasługa "nowego" mutanta, którego nie wziął pod uwagę. No i te moce Hope? Sądziłem, że pokaże coś więcej niż tylko "weźmy wszystkie mutanckie moce do kupy i dajmy jej na zdrowie". Ale pewnie wyjaśnienie w następnym odcinku. 7/10
wolvie111: Mike Choi jest świetny, to na początek. Scena Cable'a dobra. Chcieliście Hope w akcji, to macie, i nie byle jakiej. Widać, że Hope pożycza sobie zdolności innych, ale skąd feniks, nie wiadomo. Czytało mi się to cholernie dobrze, co normalne w przypadku Yosta i Kyle'a. Za tę chwilę radości z czytania komiksu dam 9/10.
LeGoL: Jeżeli istnieje jakaś istota wyższa, to dziękuję jej za to, że tego finału nie pisał Fraction. Nie ma zaskoczenia. W zasadzie wszystkiego, co się wydarzyło, moglismy się tutaj spodziewać, ale K&Y tak to napisali, że... WOW! Do tego rysunki Choi'a. To nadaje epickości, której brakowało choćby w zakończeniu Siege. Piękna scena z Cablem, później Hope, a przy tym wiele mówiąca wymiana spojrzeń miedzy Emmą i Scottem. I tu pojawia się pytanie: Kim jest mesjasz mutantów? Wydaje mi się, że to, iż nadal nie mamy odpowiedzi, tylko zdawkowe informacje, jest dobre, oby tylko z tą tajemniczością nie przesadzili. Jedno jest niemal pewne: esencja Phoenix jest w Hope, a jej własne zdolności? Osobiście uważam, że mała ma coś w rodzaju summoningu mocy. Mniejsza z tym. Numer tygodnia. 9+/10. Ocena eventu przy chapterze 14. Cholera, jakie to było dobre!

X-Men vol. 2
#1
Delirium: Jak na pierwszy numer serii pod tytułem X-Men, to kiepsko. Gdy ostatni raz pojawiło się coś takiego, pobite zostały wszelkie rekordy sprzedaży, a tutaj nie liczyłbym nawet na pierwszą dziesiątkę. Nie ma iskry, ot co. Numer jest solidnie napisany, ale właściwie nic się tu nie dzieje. Boom! na początku, potem trochę zbyt szybkie wyciągnięcie wniosków i wezwanie do strugania kołków. I to właściwie wsio - bez fajerwerków, bez zwiększonej objętości, bez rewelacji ani rewolucji. Chociaż muszę podkreślić raz jeszcze, że czytało się całkiem przyjemnie. Za to rysunki… tsk! Czuję się, jakby końcówka lat dziewięćdziesiątych wróciła, żeby się zemścić za rozpad Spice Girls. Weźcie sobie numer tego samego tytułu tak z lat 97/98 i na nowo zdefiniujcie sobie uczucie déjà vu. Póki co dam 6/10, a dalej zobaczymy.
gHotaru: Lubiłem rysunki Paco Mediny, kiedy pracował przy New X-Men. Jego prace w New Warriors już tak mnie nie łechtały i dobrze, że ten komiks bardziej przypomina ten pierwszy ze wspomnianych tytułów. Ale i tak jest kilka akcentów, które mnie denerwują - głównym jest biuściasta i wylaszczona Pixie. Medina powinien wrócić do interpretacji Skottiego Younga. Fabularnie zaserwowano nam klopsa. Nigdy nie przepadałem szczególnie za wampirami, ale kiedy historia była dobrze poprowadzona, to krwiopijcy mi nie przeszkadzali. Ta nie jest dobrze poprowadzona. Coś tu się nie klei, odnoszę wrażenie, że poszczególne fragmenty złączono razem nie za pomocą superglue, ale gumy do żucia. Kto wie, może w kolejnym numerze będzie lepiej?
Krzycer: Hm. Nie chcę pisać, że jestem rozczarowany tym numerem, ale spodziewałem się mocniejszego uderzenia na początek. Albo inaczej - na początku mamy bardzo mocne uderzenie wampira-zamachowca-samobójcy, ale reszta numeru jest już wyciszona. Niby jest jeszcze starcie w ciemnym zaułku i dekapitacja jakiejś wampirzycy, ale przecież X-Men równie dobrze mogliby mieć zamknięte oczy przez cały czas. W zeszłym tygodniu pisałem, że nie wiem, dlaczego wampiry zmierzą się akurat z mutantami. Odpowiedzią najwyraźniej ma być Jubilee - i liczę, że będzie to naprawdę dobra odpowiedź, bo od niej zależy sens całego tego eventu... Paco Medina się w miarę sprawdza, ale za to kolory są... dziwne. Cienie polegają głównie na tym, że połowa włosów Pixie jest czarna. Ale, hej, przynajmniej Pixie jest pełnoprawną x-manką.
Dżentelmen: Dobry komiks. Jest intryga, ale wciąż nie wiemy, dlaczego chcieli właśnie Jubilee. X-Men zawsze zaskakują swoimi decyzjami. Cyclops powiedział Loganowi, by wybrał sobie drużynę, no to on bierze dwie najbliżej stojące osoby, choć w sumie to nawet logiczny wybór. Jedni z niewielu mutantów, którzy ucierpieli przy SC, choć Angel też miał jakieś pokrzywdzone skrzydła w ostatnim X-Force. Teraz tylko czekać, aż na scenę wejdzie Blade.
wolvie111: Główna okładka miodzio. Początek z wampirem jak najbardziej dobry. Później, jak inni zauważyli, trochę zwolniono tempo, jednak całość utrzymana w dobrym charakterze. Jestem ciekaw, co dalej z Jubilee i chcę więcej. Zaletą są też rysunki. Ogónie dałbym 7/10
LeGoL: Mam ciągłe wrażenie, że ta seria powstała tylko na rzecz historii z wampirami, żeby to się działo w jakiejś serii, a nie w kolejnej mini. Ale w zasadzie nie jest źle, zapowiada się bardzo dobrze, a pewnie wyjdzie jak zwykle, czyli średnio. W zasadzie liczę tutaj tylko na Blade'a, X-Mana i przemienioną Jubilee. Tradycyjnie nowo startujący numer bez oceny końcowej.

X-Women #1
Delirium: Komiks znany także jako "X-Men: Ragazze in fuga", który został przedrukowany z wydania europejskiego, potraktowany kredkami i podciągnięty pod emancypacyjną akcję Marvela. Tylko właściwie, gdzie ta emancypacja, skoro bohaterki głównie się wdzięczą i więcej tu porn faces niż u Landa? Dziwna to kolaboracja, kiedy taki propagator rodzinnej sielanki jak Claremont sprzymierza się z artystą erotycznym. W ogóle dziwię się, że Marvel w końcu zdecydował się na wydanie tego w Stanach. A co z treścią? Cóż, Claremont i treść od dawna nie krzyżują swoich ścieżek. Coś bardziej dla wielbicieli erotyzowanych fan-fików. Mi się nie podobało. Najwyżej 4/10.
Wolvie111: Nie znam twórczości Milo Manary, ale jestem pewien, że jego rysunki odnalazłyby się w erotykach. Sprawdzały się w sytuacjach jak rozmowy między bohaterkami. Piękne panie w ponętnych pozach z wymownymi minami i skąpych ciuszkach. Gorzej było podczas akcji. Tak czy inaczej, oko faceta ucieszy. Lekka historia, ale czego można się było spodziewać. Mimo wszystko mi się podobało. Dam 7/10.

Young Allies #2

Delirium: No dobra, była wielka akcja, muszą być jakieś reakcje i konsekwencje. Całkiem fajnie zostało to przedstawione i uzasadnione. Team, który właściwie nie istnieje, podzielił się na dwie części i obie do czegoś powoli dochodzą. W porządku. Ale nadal mam wrażenie, że nie jest to tytuł o młodych sprzymierzeńcach, tylko o złych bastardach, bo to oni zawierają całą dozę świeżości i skupiają wszystkie tajemnice. I mają siedzącego w cieniu tajemniczego przywódcę, a to, jak wszystkim wiadomo, jest ogromnie znaczące. Rysownik wciąż mnie nie przekonuje, ale merytorycznie tytuł zasłużył sobie na słabe 6/10.





Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0151a.jpgDracula #3

Autor: Jelena Kevic-Djurdjevic

Hotaru: Damn you, Jelena Kevic-Djurdjevic! Byłem pewien, że wytypuję którąś z genialnych okładek Jimmy'ego Cheunga to Avengers - The Children's Crusade #1, a tu jakiś zeszycik o wampirach dostał jeszcze lepszy cover. Przemyślany, świetnie skomponowany, klimatyczny i równie dobrze wykonany. Z bólem serca muszę uznać jego wyższość...




bScarlet #1

Autor:
Alex Maleev

Delirium: Okładki Alexa Maleeva zawsze są klimatyczne, porządnie wykonane, a jeśli pojawiają się na nich panie, to są też po prostu ładne. Takie są fakty i nie ma co tu dużo dyskutować ani się rozwodzić. Tu jednak jest coś jeszcze - połączenie z wnętrzem zeszytu i nawiązanie do technik, jakich użył Bendis. Tak samo jak Scarlet mówi do nas w środku, tak z okładki patrzy prosto w oczy i wycelowaną bronią zadaje nieme pytanie: "You gonna help me here or just fuck 'round? 'Cuz I don't have time for your bullshit."





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.07.08


Redaktor prowadzący: Kisiel
Korekta: S_O
Redaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.